Wróć do katalogu

Pomiedzy sprawiedliwością a prawem

Do domu nowo mianowanego ministra sprawiedliwości włamuje się zamaskowany mężczyzna. By obronić rodzinę prokurator generalny będzie musiał stawić czoła zamaskowanemu, uzbrojonemu bandycie, przy okazji, jeszcze raz zmierzyć się ze sprawą, którą prowad

Dani, opublikowano , 1 godz. 3 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Po dwunastu latach pracy w prokuraturze w końcu do Krzysztofa Piekalskiego uśmiechnęło się szczęście. Przez cały ten czas oddawał się ciężkiej harówce na rzecz usunięcia ze społeczeństwa, zwyrodnialców i wszelkiej maści przestępców. Dzięki uporowi, konsekwencji i przede wszystkim skuteczności udało mu się osiągnąć szczyt. Media od lat nazywały go „żelaznym pogromcom”, „niezłomnym stróżem prawa”, „obrońcom niewinnych”. Nie było więc dziwnym to, że ekipa rządząca państwem, po serii klęsk i upokorzeń, chcąc podreperować swój wizerunek u społeczeństwa zwróciła się właśnie do niego. Krzysztof odebrał w końcu nominację na Ministra Sprawiedliwości. Cieszył się z tego awansu ogromnie, oto on skromny sługa prawa, pochodzący z niewielkiego miasteczka na południe od Gdańska stanął w końcu na czele wymiaru sprawiedliwości, wkrótce miał zostać jednym z najmłodszych ministrów w rządzie, miał zaledwie trzydzieści siedem lat. Był dumny z siebie i szczęśliwy z sukcesu, ale pełnię szczęścia poczuł, odbierając nominację z rąk samego premiera, kiedy zobaczył radość i dumę w oczach swojej żony Marty i córki Weroniki. Był teraz na szczycie, miał wszystko: władzę i wspaniałą rodzinę piękną, trzydziestopięcioletnią małżonkę oraz cudowny, siedemnastoletni owoc ich wieloletniego związku w postaci rozsądnej i mądrej nastoletniej dziewczyny. Kiedy wśród obiektywów kamer, błysków fleszy podchodził do szefa rządu, by uroczyście przyjąć dokument, dający mu zwierzchnictwo nad resortem, nie mógł oprzeć się, by nie zerknąć na swoje ukochane kobiety. Obie panie jego życia wyglądały cudownie. Marta ubrana w białą sukienkę, z tymi swoimi długimi, jasnymi, lekko kręconymi włosami i wielkimi zielonymi oczyma była najpiękniejszą kobietą w sali. Na co dzień pisywała artykuły do jednego z poczytnych pism kobiecych. Jego siedemnastoletnia córka Weronika oczko w głowie rodziców, jako jedynaczka mogła zawsze liczyć na wsparcie ze strony mamy i przede wszystkim taty. Dzięki starannej opiece obydwojga wyrosła na wspaniałą dziewczynę, szczupła wysoka inteligentna. Po rodzicach odziedziczyła wszystko co najlepsze: urodę i wdzięk oraz talenty artystyczne po matce, przenikliwość i rozum po ojcu. Miała takie same, trochę tylko ciemniejsze włosy niż Marta i ciemne, brązowe oczy po Krzysztofie. Nic nie mogło popsuć tej, najpiękniejszej chwili w jego życiu, on członek rządu i jego kobiety patrzące na niego z dumą i radością. Tego dnia odbyło się też małe przyjęcie w domu państwa Piekalskich, goście świętowali wraz z jego rodziną ogromny sukces. Nie wszystkich, zaproszonych na przyjęcie Krzysztof lubił, prócz przyjaciół, było tam kilka osób, które po prostu musiał zaprosić z uwagi na politykę, bądź konieczność wspólnego prowadzenia interesów. Późnym wieczorem wyszedł ostatni gość przyjęcia, tak więc państwo Piekalscy pozostali się sami w swoim niezbyt dużym, ale dobrze urządzonym domu. Krzysztof cenił sobie prywatność i spokój, położona na uboczu, przy skraju lasu z dala od siedzib ludzkich rezydencja, miała zapewniać prokuratorowi i jego rodzinie absolutny komfort. Parterowy budynek, posiadał pięć pokoi: salon, gabinet Krzysztofa, sypialnię państwa Piekalskich, gniazdko Weroniki i pokój gościnny. Po za tym była tam jeszcze obszerna kuchnia, przedpokój, i dwie łazienki. Każde pomieszczenie, urządzone było przez Martę z wyczuciem i dbałością o szczegóły. Państwo Piekalscy nie szczędzili pieniędzy, na to, żeby ich wspólny dom stanowił stylową oazę spokoju, w której człowiek na tak odpowiedzialnym stanowisku mógł odprężyć się po ciężkiej pracy, nie myśląc o wszystkich tych sterujących rzeczach związanych z zawodem jaki uprawiał. Wszyscy troje uwijali się jak w ukropie, by przed położeniem się spać doprowadzić mieszkanie do porządku, wspólnymi siłami szybko uporali się z brudnymi naczyniami i bałaganem w salonie. Po skończonej pracy Krzysztof opadł wyczerpany na swój ulubiony, skórzany fotel stojący w rogu pokoju. - Teraz przydałby mi się z tydzień urlopu – wysapał luzując krawat – jutro czeka mnie kolejny ciężki dzień, muszę zapoznać się z tyloma rzeczami, naprawdę nie wiem jak z tym wszystkim dam sobie radę. Marta podeszła do męża i usiadła mu na kolanach, objęła go czule, pogładziła dłonią policzek mężczyzny. - Spokojnie – wyszeptała – dasz sobie radę. Pamiętasz jak zaczynałeś pracę w prokuraturze? Z początku też marudziłeś, a to, że zrzucają na ciebie zbyt wiele obowiązków, obarczają najcięższymi sprawami, nie szanują pracy. - Tak pamiętam – uśmiechnął się wspominając dawne czasy – z początku nic mi się nie udawało, w sądzie szło jak po grudzie. - Ale w końcu wszystko się ułożyło – pocałowała męża czule – teraz będzie tak samo. Zobaczysz. - Mamo! – Zawołała z łazienki Weronika – nie widziałaś gdzieś mojej maseczki wygładzającej? Tej w zielonej tubce! - Poszukaj w naszej sypialni – odpowiedziała Marta – pożyczyłam ją sobie ostatnio i chyba wyniosłam do nas! Dziewczyna jak burza wparowała do salonu z nadąsaną miną, wciąż jeszcze miała na sobie zieloną suknię balową z odkrytymi ramionami, którą rodzice zakupili jej specjalnie na tę okazję, na wierzch narzuciła szlafrok. Popatrzyła z dezaprobatą na rodziców, położyła ręce pod boki i powiedziała: - Mamo! Miałaś nie podbierać moich kosmetyków. Teraz to ją zabierasz, a kiedy chciałam taką ci kupić to powiedziałaś, że nie chcesz. - Chciałam ją tylko wypróbować – powiedziała kobieta – nie lubię kupować kosmetyków, których działania nie znam. - No, ale ta jest akurat dla nastolatek – stwierdziła Weronika – a ty musisz mieć dla starszych kobiet. - No to ładnie mnie podsumowałaś – parsknęła Marta – jestem stara. - Wiesz o co mi chodzi – wydęła usta dziewczyna – moje rzeczy należą do mnie i nie lubię jak ktoś mi je podbiera. - Leży w szufladzie mojej szafki nocnej – oznajmiła kobieta – znajdziesz sama? - Tak – westchnęła dziewczyna. Weronika odwróciła się na pięcie i poszła do sypialni rodziców. - Kiedy ona podbiera moje tusze, szminki, szampony pielęgnujące i odżywki to jest dobrze – powiedziała do męża Marta – a kiedy ja sobie pożyczyłam jej maseczkę to zaraz musiała zrobić awanturę. - Jak to nastolatka – stwierdził Krzysztof – ty inaczej postępowałaś w jej wieku? - Kiedy byłam w jej wieku moja mama nie używała kosmetyków. - W ogóle? - No miała jakieś szminki – uśmiechnęła się Marta – ale tak brzydkie, że nie użyłabym takiej za nic. Mężczyzna pocałował namiętnie swą żonę. - Co powiesz kochanie – rzekł – na małe „figielki”, dzisiejszej nocy? Kobieta przytuliła się mocniej do swego partnera. - Wolałabym duże figle – powiedziała uśmiechając się szelmowsko – niech tylko Werka pójdzie spać. Weronika weszła do sypialni, przekręciła włącznik, słabe światło w kinkietach oblało, swym przygaszonym blaskiem pokój. Dziewczyna obeszła wielkie łóżko i zatrzymała się przy małej szafeczce, stojącej przy oknie. Wysunęła szufladę i wśród pokaźnej kolekcji kosmetyków zaczęła poszukiwania swojej maseczki. - O, a to co? Wyciągnęła podkład L’oreala, który jej matka stosowała na specjalne okazje, przeczytała to, co było na opakowaniu. Po czym zapakowała go do kieszeni przy szlafroku. W końcu odnalazła też swoją maseczkę. Zabrał ją, wstała i już miała ruszyć w stronę wyjścia, kiedy na swej drodze spostrzegła obcego. Wysoki mężczyzna, ubrany na czarno z kominiarką na twarzy, trzymał w ręce pistolet z tłumikiem. Ubiór zasłaniał wszystko, po za zimnymi, oczami, koloru stali, dzikimi wyrażającymi bezwzględność i gniew. Weronika zamarła, stała nieruchomo wpatrując się niemo w napastnika. - Chodź gówniaro – syknął ochrypłym głosem mężczyzna. Dziewczyna stała jak zahipnotyzowana, bojąc się ruszyć. - No rusz kurwa dupę – warknął zjadliwie nieznajomy. Chwycił Weronikę ręką i szarpnął przystawiając broń do głowy, nie opierała się, była zbyt przestraszona, by zrobić cokolwiek. Mężczyzna objął lewą ręką jej szyję i zaczął taszczyć w stronę wyjścia z pomieszczenia. Państwo Piekalscy, wciąż siedzieli przytuleni do siebie, kiedy jakiś głuchy łomot rozległ się w sypialni. - Co ty tam wyprawiasz – zawołała Marta – przecież mówiłam, że jest w szufladzie, szafki nocnej! Nie było odpowiedzi, próżno kobieta czekała na jakiś kąśliwy komentarz córki, jakie zwykle wygłaszała w tego typu sytuacjach. Taki obrót spraw wywołał lekkie zaniepokojenie. Pani Piekalska zerwała się z kolan męża i ruszyła w stronę sypialni. - Werka – zawołała – słyszysz mnie? Nie było odpowiedzi, Marta stanęła przed wejściem do sypialni. Nagle rozległ się głośny rumor, drzwi ze zgrzytem wyleciały z framugi, wyważone silnym kopniakiem. Do przedpokoju wybiegł ubrany na czarno mężczyzna, stalowym uściskiem ręki obezwładniał Weronikę, wymierzył lufę pistoletu w głowę Marty. - Do salonu – ryknął. Kobieta z nieprzytomnym przerażeniem patrzyła na wielkiego bandziora, mierzącego do niej z broni, trzymającego jej córkę jako zakładnika. Stała oniemiała, nie wiedząc co się dzieje, w pierwszej chwili pomyślała, że jest w jakimś strasznym śnie, to co się działo nie mogło być prawdą, ale za raz zorientowała się, że wszystko co widzi jest rzeczywiste. Zaniepokojony zamieszaniem Krzysztof ruszył w ślad za żoną, wybiegł do korytarza i stanął jak wryty, widząc zagrożenie, w jakim znalazły się dwie najukochańsze osoby w jego życiu. - Czego chcesz – wydukał – zabierz pieniądze, biżuterię, wszystko... Tylko nie rób im krzywdy! - Wszyscy do salonu – powiedział napastnik celując raz do Marty, to znowu do Krzysztofa. Piekalscy stali nieruchomo jak posągi, tępo obserwując broń w dłoni mężczyzny. Byli zszokowani cały zajściem, niedowierzając własnym oczom. - Kurwa, coś powiedziałem! – Ryknął obcy. Krzysztof z Martą aż podskoczyli, wyrwani wrzaskiem z osłupienia. Wszyscy wolno przeszli do dużego pomieszczenia, napastnik wciąż trzymał Weronikę, państwo Piekalscy stali na środku pokoju trzymając ręce w górze. - Pod ścianę, i na ziemię – warknął mężczyzna – już! Marta i Krzysztof wykonali natychmiast polecenie cofnęli się do elewacji i usiedli na podłodze. Napastnik pchnął Weronikę w stronę rodziców, dziewczyna potknęła się, mało nie upadła. Szybko usiadła między Krzysztofem i Martą, przytuliła się do matki. - Słuchaj – prokurator przełknął ślinę i odezwał się nieśmiało – mamy wideo, nagrywarkę DVD, telewizor, dwa komputery. Bierz co ci się spodoba i proszę zostaw nas w spokoju. Napastnik nerwowo miotał się po całym salonie wymachiwał bronią na wszystkie strony, zaczął przewracać meble, wpierw sekretarzyk, potem biblioteczkę z oprawionymi w skórę książkami, ściągał po kolei wiszące na ścianach obrazy, w końcu natrafił na to, czego szukał. Za jednym z portretów znajdował się zamykany szyfrem sejf. Nieznajomy wymierzył do Krzysztofa. - Otwieraj skurwysynu – warknął. Prokurator generalny wstał z podłogi, podniósł ręce do góry i ruszył w stronę kasy pancernej cały czas śledził wzrokiem lufę pistoletu, wymierzoną w jego pierś. Zatrzymał się przy ścianie, czekając na dalsze komendy. - No na co kurwa czekasz – wycedził wściekłym, ochrypłym głosem napastnik – otwieraj to chujostwo, bo zaraz zacznę strzelać. Wycelował w stronę kobiet, Weronika wtuliła się w ramiona matki, przestraszona Marta zamknęła oczy. - No skurwielu – parsknął napastnik – którą sikoreczkę mam najpierw ustrzelić? Obie są takie słodziutkie, że zanim zacznę strzelać z chęcią je… Krzysztof nie czekał dłużej, drżącymi rękoma zaczął wybierać sekwencję cyfr, otwierającą zamek szyfrowy. Po chwili masywne drzwiczki sejfu ustąpiły. Mężczyzna otworzył kasę na oścież. Wewnątrz znajdowało się kilka plików banderolowanych banknotów dwustuzłotowych, parę zestawów kolczyków, jakieś dokumenty i diamentowa kolia, którą Piekalski kupił swej żonie na piętnastą rocznicę ślubu. Napastnik uderzył prokuratora rączką pistoletu w głowę, prokurator upadł na podłogę, nie podniósł się, udawał, utratę przytomności. Marta z Weronikom, natychmiast podniosły lament, ich oczy zalały się łzami. Zerwały się chciały podejść do Krzysztofa, sprawdzić, czy żyje. - Tatusiu – załkała Weronika – tato, nic ci nie jest? - Stulić mordy – napastnik wycelował w nie pistolet – na glebę – rozkazał – słyszałyście suki? Zatrzymały się w połowie drogi, z przerażeniem obserwowały, leżącego na podłodze Krzysztofa. Bały się o to, czy żyje, chciały sprawdzić czy nic poważnego mu się nie stało, ale broń skierowana w ich stronę musiała ostudzić ich zapał. Nie miały wyjścia musiały ulec woli napastnika, wycofały się na swoje miejsca i potulnie usiadły z powrotem. Nieznajomy tym czasem zaczął pakować zawartość sejfu do kieszeni, było to trochę mało wygodne, zważywszy, że trzymał w dłoni pistolet, sprawdził, czy prokurator jest nieprzytomny, dla pewności kopnął go w brzuch. Krzysztof poczuł ból, zacisnął zęby ale nie poruszył się, dalej odgrywał brak świadomości. Czuł jak stróżka, ciepłej, lepkiej krwi spływa z rozciętego czoła i zalewa powiekę. Napastnik odłożył broń na stół, tuż obok Piekalskiego, odwrócił się do niego plecami i poświęcił całą uwagę opróżnianiu kasy pancernej. Krzysztof otworzył jedno oko i ostrożnie zerknął w stronę mężczyzny. Tamten nie zwracał najmniejszej uwagi na niego, ani na kobiety. Rzucił okiem w stronę stolika, na którym leżał pistolet. Wiedział, że ma mało czasu, że napastnik może go ubiec, szybciej chwycić broń od niego, zdawał sobie jednak też sprawę, że jeżeli nie spróbuje to bandyta po okradzeniu jego domu, może wyrządzić krzywdę Weronice i Marcie. Serce go ścisnęło na samą myśl o tym, co może wydarzyć się dalej, zebrał w sobie całą odwagę i błyskawicznie skoczył w stronę stolika. Napastnik zorientował się, odwrócił i próbował uprzedzić Krzysztofa, prokurator był szybszy, złapał broń i pociągnął za spust. Zamek tylko głucho stuknął, Piekalski jeszcze raz odciągnął kurek i nacisnął język spustu, żadnego efektu. Bandyta stał nad nim i patrzył z wyższością, spod kurtki wyciągnął drugi pistolet i wymierzył do Krzysztofa. - Tamten jest pusty – powiedział – ten nie. Dla potwierdzenia swoich słów wystrzelił w górę, z sufitu posypał się tynk, gospodarze podskoczyli, zaskoczeni niespodziewanym hukiem. Prokurator rzucił nie naładowaną broń na podłogę. Spodziewał się teraz najgorszego, zamknął oczy i czekał, aż padnie strzał. - Błagam nie – zerwała się Weronika – niech go pan nie krzywdzi – błagam… Napastnik popatrzył na nią jego zimne dotąd, beznamiętne oczy przybrały dziwny, niepokojąco ponury wyraz. Popatrzył na Krzysztofa, przytknął mu lufę do czoła. - Nie – pisnęła Weronika i rozpłakała się. Bandyta w końcu ściągnął palec ze spustu i cofnął broń. - Dołącz do tych swoich gołąbeczek – rozkazał melancholijnym tonem. Prokurator popatrzył z niedowierzaniem na napastnika, nie ufał mu. Wolno podniósł się z ziemi i ruszył do żony i córki, obie szlochały, kiedy był już przy nich wtuliły się w jego ramiona. - Byłem ciekaw czy ty się odważysz – powiedział spokojnie nieznajomy – czy jesteś gotów zabić dla swojej rodziny. Widzę, że tak, że zachowałeś się dokładnie tak jak ci, których za coś takiego karałeś. Napastnik usiadł na krześle przy stole i opuścił broń. Powyciągał z kieszeni wszystko, co zabrał z kasy pancernej i odłożył na blat. - Czego ty chcesz człowieku? – Warknął rozwścieczony Krzysiek – o co ci chodzi do diabła? Bandyta ściągnął kominiarkę ukazując swoją twarz miał koło trzydziestu pięciu lat, ciemno brązowe, krótkie, zmierzwione włosy znaczone pasemkami siwizny. Pociągłe niezwykle spokojne oblicze, orli nos i stalowe, przenikliwe oczy. - Poznajesz mnie skurwysynu? – Powiedział – no jak pamiętasz? Zmarnowałeś mi życie fiucie jebany. Krzysztof przyjrzał mu się dokładnie, znał go od razu rozpoznał, zapamiętał je kiedyś, dawno temu. Wówczas ów człowiek był młodszy, bez takich zmartwień, wymalowanych na licu, ponurego i groźnego spojrzenia. - Paweł Wilczewski – powiedział cicho prokurator. Marta od razu skojarzyła to nazwisko, słyszała je już kiedyś, przy okazji pierwszej „wielkiej sprawy” męża. Niegdyś gazety rozpisywały się namiętnie o zabójstwie syna pewnego szanowanego biznesmena. - Wpierw chciałem cię zabić jak psa sukinsynu – powiedział napastnik – podziękuj córce, że tego nie zrobiłem. Dzięki mała – zwrócił się do dziewczyny – ustrzegłaś mnie przed popełnieniem koszmarnej głupoty. Nie warto marnować sobie resztki życia dla takiej gnidy. - Daj nam spokój – rzekł prokurator – to co się wydarzyło było dawno temu. - Trzy tygodnie temu wyszedłem z pierdla, ale dla mnie to „dawno temu” nie skończy się nigdy – parsknął Wilczewski – i nie pierdol mi tutaj o błędach młodości bo nie wytrzymam. - O czym ty mówisz człowieku? - O tym, że zniszczyłeś porządnego człowiek, tylko po to by twoja kariera nabrała rozpędu. - Sam się zniszczyłeś robiąc to, co zrobiłeś. Dowody były jednoznaczne, skazał cię sąd w uczciwym procesie, jakim prawem zwalasz winę na mnie? - Nie pieprz – napastnik walnął z furią ręką w stół – jednoznaczne dowody? Uczciwy proces? Naciągana bajka fiucie to nie były jednoznaczne dowody, a opinia publiczna „ukamienowała mnie”, nim cała ta farsa, którą ty nazywasz „uczciwym procesem” się zaczęła. Jakbyś nie był tak zaślepiony robieniem wielkiej kariery dostrzegłbyś nieścisłości. Ale nie, liczyła się tylko wygrana, prawda była tylko i wyłącznie niewygodnym balastem. Pamiętasz co wtedy ci powiedziałem, na komisariacie, podczas przesłuchania? - To była twoja wersja wydarzeń i tyle – mruknął prokurator – każdy, komu grozi wysoki wyrok kłamie. - Twój mąż wówczas uznał to, co powiedziałem za bzdurę – Paweł zwrócił się do Marty – ciekaw jestem czy i wy tak powiecie. Prawda przyszedłem tu po to by zabić tego skurwiela – wskazał prokuratora – ale nie mogłem, wiecie czemu? Bo nie jestem tym, za kogo on mnie wziął. Tym, kogo ze mnie chciał zrobić. Wiecie co się stało, dlaczego trafiłem za kratki? - Nie – pokręciła przecząco głową Weronika – i nie chcę wiedzieć. - A szkoda, że nie chcesz, dowiedziałabyś się czegoś o swoim tatuśku smarkulo. Widziałem ten dzisiejszy materiał z wręczenia nominacji „panie ministrze” – powiedział z sarkazmem Paweł – ach jak te twoje kobiety patrzyły na ciebie, z jakim uczuciem, miłością, niemal jak w portret świętego – Wilczewski na krótką chwilę utkwił zamyślony wzrok w ścianie – dzisiaj „porysuję” trochę ten twój majestatyczny portret obrońcy uciśnionych – powiedział w zadumie – który z takim zaangażowaniem budowałeś przez te wszystkie lata. - Zamknij się – warknął Piekalski – po co tu przyszedłeś? Po zemstę, zadośćuczynienie? Jeżeli chcesz rekompensaty zabierz pieniądze i wynoś się z mojego domu! - O nie mój drogi – skrzywił się napastnik – wpierw sobie szczerze porozmawiamy. Wilczewski zwrócił się do Marty. - Od czego by tu zacząć – powiedział – już wiem. Co wiedziałaś o moim procesie? - Tylko to co z gazet – wyszeptała kobieta – o ile dobrze pamiętam chodziło o zabójstwo w afekcie. - Gówno prawda – wycedził ze złością Paweł – kupa pierdolonych kłamstw! To było działanie w obronie własnej, broniłem tych, którzy byli najbliżsi mego serca. - Pieprzysz człowieku – chłodno skwitował prokurator – w czasie procesu wykazałem, że jakby twoja wersja wydarzeń była prawdziwa można było zachować się zupełnie inaczej, nikt by nie musiał zginąć. - Ile kurwa czasu myślałeś nad tym co należałoby zrobić w sytuacji, w której znalazłem się tamtego wieczora? Ty i cały sztab twoich kolegów przez pieprzony tydzień siedzieliście i dumaliście jakieś zawszone teorie, jak postąpić w czasie takiego zagrożenia. A ile czasu ja miałem na podjęcie decyzji? Piętnaście, może dwadzieścia sekund. Potem zafundowałeś mi osiem długich lat pojebańcu na to, by wszystko jeszcze raz przeanalizować, ile razy bym o tym nie myślał i tak zawsze wychodziło, na to samo musiałem ich zabić bo nie było innego wyjścia. Zrobiłem wtedy dokładnie to samo co ty dzisiaj zasrańcu – z nienawiścią popatrzył w oczy Krzysztofa – podniosłem broń i strzeliłem. Tylko w tamtym pistolecie były naboje. W tym, który dzisiaj dostałeś ode mnie nie, to jest jedyna różnica. - Mamo – Weronika popatrzyła na Martę – o czym oni mówią co się wydarzyło? - Tata oskarżał tego pana w procesie, dawno temu – kobieta pogładziła czule po głowie córkę – i wygrał, ten żałosny człowiek ma teraz do taty żal – wycedziła z pogardą. - Werka – powiedział Paweł do dziewczyny – tak zdaje się wołają do ciebie rodzice. Córka Piekalskich pokiwała potwierdzająco głową jej wielkie, brązowe oczy wciąż były zaczerwienione i mokre od łez - Opowiem ci wszystko, od samego początku. dziewięć lat temu byłem szczęśliwym człowiekiem, miałem rodzinę, żonę Magdę i syna Jacka. Boże, jak ja ją kochałem, to, że się spotkaliśmy było najlepszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała. Kochałem w niej wszystko. Jej uśmiech, długie kasztanowe włosy, jej zielone oczy. Po urodzeniu Jacka trochę przytyła, wówczas podobała mi się jeszcze bardziej, jak cudownie wyglądała kołysząc tymi swoimi pełnymi biodrami. A Jacuś naprawdę słodki dzieciak, miał wtedy cztery laka, był uroczy z tymi słodkimi loczkami, jest bardziej podobny do matki niż do mnie. Od niedawna mieszkaliśmy w naszym pierwszym wspólnym domu, wzięliśmy go na kredyt mieszkaniowy trzydziestoletni. Magda wciąż mówiła, że jak go spłacimy to przebudujemy poddasze i damy je Jackowi. Ciężko i uczciwie pracowałem na spłatę naszych zobowiązań, jeździłem jako sanitariusz w karetce pogotowia, ratując ludzkie życie. Przez ten cholerny kredyt trudno nam było związać koniec z końcem, łapałem jakieś „fuchy” by dorobić coś jeszcze na boku. Zaraz obok mieszkał taki jeden gnojek Wietrzycki, strasznie uciążliwy sąsiad, całe jego podwórze i pół ulicy zastawiały wraki rozpierdzielonych samochodów, ciągle tylko siedział w warsztacie i dłubał, wiecznie tylko krzyki hałasy, rozkręcona muzyka. Pamiętam, że czasem tam do niego wpadał ten cały Siarzeski razem z tym swoim kumplem Kosowskim. Szczerze mówiąc nie obchodziło mnie za bardzo kto tam do nich przyłaził, irytujące było jedynie to, że często, balowali przez całą noc hałasując, to denerwujące, kiedy rano wstaje się o szóstej do pracy. Prawda kilka razy wykłócałem się z tymi gnojkami, ale nigdy do żadnego rękoczynu nie doszło. Dobrze pamiętam tamten wieczór, miałem pracować na trzecią zmianę, ale wziąłem sobie „dzień na telefon”, rano nie najlepiej się czułem, Magda nalegała, żebym został, odpoczął, pobył trochę z rodziną. Planowaliśmy położyć Jacka wcześniej spać i spędzić ten wieczór tylko we dwoje, rzadko mieliśmy dla siebie czas to nam było potrzebne… Dochodziła dziesiąta wieczorem, dopiero co zdążyliśmy utulić naszego synka cicho wymknęliśmy się z jego pokoju i zeszliśmy na dół do gościnnego – mężczyzna schował twarz w dłoniach – to się potoczyło tak szybko – westchnął – mieliśmy od teściów kilka butelek domowej roboty wina, zszedłem po jedną do piwnicy: Pawła uderzył zaduch podziemnego, pozbawionego okien pomieszczenia, zapalił światło i zaczął przeciskać się pomiędzy „gratami”, które przywieźli ze sobą. Wciąż nie miał czasu na rozpakowanie pudeł, w których znajdował się ich cały dobytek. Podszedł do półek, ustawionych pod ścianą, większość z nich była pusta, tylko na jednej stało kilka słoików z przetworami i siedem butelek wina. Zabrał jedną z nich i ruszył z powrotem na górę. Cieszył się jak dziecko kiedy wskakiwał na stopnie myślał już o tym co wydarzy się później, Jacek spał a on i Magda mieli w końcu oddać się miłosnej rozpuście, tak jak kiedyś, przed narodzeniem ich synka, zabawić się we dwoje, jak czynili przed ślubem. Kiedy dotarł już niemal na górę, usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Ktoś rozbił okno i wdarł się do jego mieszkania. W salonie rozległy się krzyki. Paweł przylgnął do ściany i zamarł. Z niepokojem nasłuchiwał co się działo. Magda krzyknęła, była przerażona. - Zamknij się suko – wycedził jakiś mężczyzna – idź po bachora. No już! Ktoś inny chodził po domu wywracając meble, zrzucając z półek książki. Paweł usłyszał Jacka. Wyrwane brutalnie ze snu dziecko, nie wiedząc co się wokół dzieje rozpłakało się. Paweł poczuł niesamowity ucisk w piersi, jego serce łomotało gwałtownie pod wpływem ogarniających go emocji. Czuł paniczny strach, nie o siebie, lecz o tych, którzy byli bliscy jemu. Ogarnęła go wściekła, bezsilna rozpacz, ktoś zagrażał jego rodzinie. Chciał coś z tym zrobić, ale nie wiedział, co i w jaki sposób. Wśród krzyków, zamieszania i płaczu rozpoznał łkający, paniczny głos swojej żony. - Proszę zostawcie go – zawołała – nie krzywdźcie mojego synka. - Zamknij się kurwo – jeden z napastników uderzył Martę. Paweł usłyszał łoskot, jego żona upadła na podłogę po ciosie bandyty. - Ucisz kurwa tego bachora – warknął ktoś inny – bo jak nie, to ja to zrobię. W tym momencie Paweł nie wytrzymał, przestał myśleć logicznie, wiedział tylko, że coś musi zrobić nie zastanawiał się nad tym co czyni, po prostu działał automatycznie, instynktownie w dziwnym amoku nie zwracając uwagi na otoczenie. Jakby niewidoczna bariera odgradzała go od rzeczywistości. Wyskoczył z piwnicy i ruszył w stronę salonu, ściskając w ręce szklaną butelkę z winem. Kiedy gnał, owładnięty szałem jakby z innego świata docierały do niego głosy napastników, płacz, lament jego dziecka i żony. Wokół wszystko wirowało nie rozpoznawał kształtu mebli, pomieszczeń tylko podążał na przód ogarnięty rozpaczliwym strachem i dziką wściekłością. - Ktoś jest w piwnicy – powiedział jeden z mężczyzn. - Spoko – powiedział drugi – stary dzisiaj na noc pracuje, nikogo więcej tu nie ma. - Sprawdzę. Kiedy Paweł był już przy framudze spostrzegł bandytę zmierzającego w jego kierunku. Mężczyzna w dresie, z maską na twarzy trzymał w ręce jakiś połyskujący w półmroku, metalowy przedmiot. Wilczewski wyskoczył na niego z wściekłością, furią uderzył butelką w głowę, raz potem drugi. Zaskoczony bandyta cofnął się wymierzył do niego z broni. Paweł nie zastanawiał się nad tym co się dzieje, dopadł napastnika, nim ten zdążył wystrzelić, chwycił za rękę, rozpoczęła się szarpanina. Pistolet wypalił raz kula uderzyła w regał i ugrzęzła w ścianie. Wilczewski był silniejszy od przeciwnika, nie zwracając na nic uwagi w szaleńczym szale podsunął broń do szyi włamywacza, pociągnął za spust. Pistolet wypalił drugi raz. Potem pchnął bandytę, ten stracił równowagę i runął na ławę, odbił się od blatu i upadł na podłogę. Dopiero teraz wszystko zaczęło docierać do Pawła, jakby niewidzialna zasłona zaczęła się rozwiewać. Dotarło do niego, że wciąż trzyma w ręce dymiący jeszcze pistolet, kwaśny zapach siarki i prochu unosił się wokół. Wilczewski zobaczył krew na swoich dłoniach, oraz lepką czerwoną kałużę na podłodze, obok pogrążonego w konwulsyjnych drgawkach bandyty. Obejrzał się w prawo, zobaczył Magdę, tulącą do piersi płaczącego Jacka, jakiś metr od nich stał drugi mężczyzna w masce. Napastnik był również zaskoczony przebiegiem zajścia. Stał oniemiały, wahając się co zrobić. Paweł bezwiednie wycelował do niego, nawet nie zauważył kiedy pociągnął za spust. Pierwszy wystrzał był dla niego samego zaskoczeniem. Widział czerwoną plamę, jaka pojawiła się na kreszowej kurtce, na wysokości żeber. Wpierw niewielka, chwilę potem zaczęła rosnąć krew zalewała pierś bandyty. Wilczewski pociągnął jeszcze raz za spust, to było jak automatyczny skurcz mięśni jego palec wskazujący zadziałał, nim Paweł zdołał cokolwiek pomyśleć. Padł drugi wystrzał, potem trzeci. Napastnik z niedowierzaniem patrzył na dziury w swoim ciele oblekające się czerwienią, z dziwnym wyrazem oczu, jakby chciał zapytać „dlaczego” popatrzył na Wilczewskiego. Potem osunął się, wpierw na kolana, by upaść na wznak twarzą na podłogę. Paweł wciąż stał oniemiały, trzymając dymiący pistolet w ręce, trząsł się jak osika. Drżącą ręką uniósł broń do góry i popatrzył na nią z przerażeniem, potem rzucił z odrazą na podłogę. Wciąż tępo rozglądał się po swoim salonie, pociemniało mu przed oczami. Widok dwóch martwych drgających ciał, oblanych krwią wywołał u niego konwulsje, oparł się o ścianę i zwymiotował. Potem przysiadł na dywanie. Oniemiały popatrzył na Martę, ściskającą ich syna, dostrzegł przerażenie w oczach swojego dziecka, i szok, malujący się na twarzy żony. Żadne z nich się nie odezwało, nie mogli wydobyć z siebie nawet jednego słówka. - Ktoś z sąsiadów wezwał policję – powiedział z zadumą Paweł – słyszałem dźwięki syren radiowozów, zbliżających się do mojego domu. - To prawda tato? – Zapytała Weronika – czy to samo powiedział tobie przed procesem? - Córuś – westchnął Krzysztof – zrozum, każdy przestępca się broni. Rzadko który przyznaje się, większość z nich uważa się za skrzywdzonych i niewinnych. Dowody i zeznania świadków były inne, jednoznaczne. Policja nie znalazła kominiarek, świadkowie zeznali, że pistolet widzieli wcześniej u Wilczewskiego. - Tak, oczywiście – parsknął Paweł – to, że ojcem jednego z tych ludzi był wpływowy biznesmen, powiązany z politykami było według ciebie bez znaczenia. Stary tego Siarzeskiego wyznaczył wysoką nagrodę dla świadków, którzy zgodzą się zeznawać w procesie zabójcy jego syna, według ciebie to nie miało żadnego wpływu na wyrok, to, że wymusiłeś zeznania ode mnie, kiedy byłem w szoku, spowodowanym całym tym zamieszaniem, nie miało znaczenia, to że policjant, który wpierw zeznał, że zgubił kominiarki napastników, potem na sali sądowej stwierdził, że żadnych masek nie było, też według ciebie nie miało znaczenia. Że do mojej obrony wyznaczono ciapowatego adwokata z urzędu, bez doświadczenia też było nie ważne. Fakt, że media należące do Siarzeskiego oczerniały mnie na każdym kroku, tworząc jakieś wymyślone historie na podstawie zeznań przekupionych świadków był nieistotny – Wilczewski, z kieszeni wyciągnął złożoną, wymiętą kartkę papieru i podał Marcie – czytaj warknął. - „Raport nr 345/248 z przebiegu zajścia, dnia… - Dalej – powiedział Paweł – tam gdzie wyszczególnione są dowody, znalezione na miejscu zdarzenia. - Znalezione dowody i poszlaki: pistolet wz. 35 Wis kal 9mm, stłuczona butelka, kominiarki. - Dziwne, że potem o tych kominiarkach nikt już nie wspominał – wtrącił Wilczewski – jakby zapadły się pod ziemię. - Dwie kominiarki niczego nie dowodzą, mogły należeć do ciebie – stwierdził Prokurator – nie rozumiem czego one mogły dowieść? - No, będąc na głowach napastników dużo – stwierdził z sarkazmem Paweł – nikt nie maskuje się bez powodu wchodząc do cudzego domu. - W raporcie nie ma wzmianki o tym, ze ci mężczyźni mieli te maski na głowach. To żaden dowód. - Nie pierdol! Wilczewski zerwał się z miejsca błyskawicznie skoczył do Piekalskiego i kopnął w brzuch. Prokurator padł na podłogę zwijając się z bólu. Paweł wymierzył do niego z broni. - To nie jest sala sądowa – wycedził przez zęby – nikt tu nie będzie przywiązywał wagi do twojej demagogii. Prawda jest taka, że pierwsze co zrobili policjanci po wejściu do mojego domu, to ściągnięcie kominiarek bandytom, nie spakowali ich do tych śmiesznych torebeczek z dowodami tylko cisnęli gdzieś w kąt. - To zadziwiające jak dobrze pamiętasz co się wydarzyło – parsknął Krzysztof – kiedy cię przesłuchiwałem śpiewałeś inaczej. - A tak, pamiętam – parsknął Paweł i zwrócił się do Weroniki – wiesz jak wyglądało przesłuchanie przez twojego tatuśka? Magda z Jackiem pojechali do rodziców żony Pawła, on sam został zabrany z miejsca zdarzenia przez policjantów na przesłuchanie. Tkwił w ciasnym, dusznym pokoiku z parą gliniarzy od dziesięciu godzin. Wciąż jeszcze przeżywał wydarzenia wieczoru. Miał już tego dość, w kółko odpowiadał na ten sam głupi zestaw pytań, wścibskich i niesamowicie szczegółowych. - Proszę jeszcze raz powiedzieć – odezwał się śledczy z wygoloną na „pędzel” głową, ubrany w dżinsy i skórzaną kurtkę – w której ręce rzekomy napastnik trzymał broń? - W prawej – powiedział…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych