Pożądanie
To opowiadnanie o złudzie i fałszywej wizji siebie, o drugiej naturze człowieka.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kawiarnie albo bary, gdzie klient obsługiwany jest z pewnego rodzaju troską czy ma szanse poczuć się kimś ważnym, to miejsca, które potrafią podnieść na duchu i pozwalają choć na moment być lepszym albo raczej - należeć do lepszych. Nie chodzi tutaj o drogie lokale gdzie można być panem i władcą, a szczególnie, gdy ma się portfel uginający się pod ciężarem banknotów, ale takie, które są zawsze czyste, niedrogie i wszystko, choć nie koniecznie pierwszej mody - jest estetyczne i zarazem proste. Obsługa to nieco inna sprawa - bo nie chce się być miłym gdy zarabia się cztery złote za godzinę ciągłego biegania i uśmiechania się. Świadomość że ktoś wydaje na jeden posiłek tyle, ile zarabia się przez cały dzień jest jeszcze bardziej przygnębiająca. Do kawiarni czy tanich restauracji przychodzą zupełnie rożni ludzie, traktując je jako miejsce posiłków albo spotkań ze znajomymi. Zazwyczaj nie są biedni, a raczej nie najbiedniejsi. Doktor Bernard – stały klient gastronomicznych lokali należał do tego typu ludzi, którzy nie tracą czasu na robienie posiłków, uważając, że to strata czasu, dlatego codziennie, a nawet dwa razy dziennie odwiedzał kawiarnie znajdująca się niedaleko szpitala. Jednak zdarzało się, i to nie rzadko że spędzał tam tyle czasu, że będąc w domu, mógłby ugotować sobie obiad na cały tydzień. Odwiedzał kawiarnie koło godziny drugiej po południu, bywał też rano albo wieczorem. Czasem siedząc przy stoliku, czytał książkę i robił szybkie notatki. Był psychiatrą. Być może przesiadując tu, w miejscu pełnym ludzi, starał się powrócić do normalności. Nie był zbyt rozmowny. Zostawał dłużej wieczorami, ostatnio zdarzało się to dość często, wtedy był bardziej skory do rozmowy niż rankiem czy w ciągu dnia. Zamawiał kawę albo czerwone wino, nigdy nie jadł na wieczór. Sprawiał wrażenie człowieka miłego i życzliwego, pewnego siebie ale zarazem niezorganizowanego. Miał kilku znajomych, którzy tak jak on, zjawiali się w kawiarni po racy żeby odpocząć, doktor Bernard bywał tu jednak najczęściej z pośród całej czwórki. Gdy schodzili się w komplecie, a zdarzało się to dość rzadko, zawsze, bez wyjątku, kończyli spotkanie w zupełnej nieświadomości. Bywało, że pracownicy musieli wzywać taksówki, a nawet sami odprowadzać delikwentów, co jednak robili z chęcią, bo miło było dostać napiwek chociażby z jednym zerem na końcu, a zdarzały się z dwoma. Doktor, mimo że nie posiadał natury towarzyskiej, lubił wdawać się w rozmowy i dyskutować, nie zdradzając oczywiście kim jest i co robi, udzielał o sobie informacji szczątkowych. Dopiero gdy czuł, że dialog nieubłaganie zbliża się ku końcowi, odkrywał tajemnice, że jest lekarzem psychiatrą i do tego nie byle jakim. Zakończenie było, albo miało być jakby szokiem dla rozmówcy, który doznawał zaszczytu, że rozmawia z lekarzem … psychiatrą. Sam doktor niesamowicie podbudowywał swoje ego taką wymianą zdań o niczym. Jednak widział w tym pewne skrzywienie i choć bardzo się starał, nie potrafił powstrzymać w sobie wrodzonego, choć niezrozumiałego i niemożliwego do opanowania - mimo licznych starań - dziwnego uczucia wyższości, unosił się czy to posadą, czy znajomością jakiegoś tematu, albo jeszcze czymś innym, co nie do końca miało swoje odbicie w rzeczywistości. Wprost nie znosił być drugi, podświadomie zawsze pragnął być najlepszy. Starał się pozbyć tego przyzwyczajenia, ale ciągła walka z myślami nie przynosiła żadnych rezultatów. To nieco zwyrodniałe przeświadczenie polegało na tym, że doktor do skutku szukał argumentów, które będą przemawiać za jego racją. Objawiało się także zamiłowaniem do drogich butów, swetrów, spodni, a nawet tym, że Doktor Bernard w sklepie sięgał po droższy keczup, po droży sok czy drożą paczkę cukierków. Walczył z tym, gdyż wiedział, że jest to poczucie chore i nieracjonalne, że nie można mieć wszystkiego i być wszystkim – to nie możliwe … Pewnego lutowego popołudnia, rytualnie, jak zawsze zszedł schodami na dół, ubrany był zwyczajnie – elegancko i z klasą, w ręce trzymał kurczowo ściśniętą gazetę. Powiesił płaszcz na wieszaku i usiadł przy prostokątnym stoliku. Kawiarnia była nieco stylizowana na pub, i była też nieco dłużej otwarta niż inne lokale tego typu, w środku panował przyjazny klimat, który tworzył atmosferę bezpieczeństwa i swojskości. Doktor Bernard zamówił kawę i rozłożył na stole gazetę. W kawiarni z każdą minutą przybywało klientów, zaczynało się robić dość ciasno. Mimo że dzień stawał się coraz dłuższy i Słońce powoli, lecz systematycznie wykradało, minuta po minucie dobę spod panowania nocy. Jednak nawroty jesiennej depresji nie pozwalały o sobie, od tak, zapomnieć. To takie miejsca jak to, pozostawały azylem, roztańczoną łąka, gdzie śmiech i muzyka, każą odrzucić to, co na zewnątrz – zimę, błoto, ciapę, które jak ruchome piaski, były grzęzawiskiem blokującym czucie i chęć. Luty jednak był tym miesiącem, który dawał nadzieję na wiosnę, na radość i zieleń, był wbrew pozorom pełen optymizmu. Do kawiarni, właśnie w tym czasie, kiedy każde miejsce, każda wolna przestrzeń jest na wagę złota, wszedł niepozornie wyglądający mężczyzna. Był raczej młody, dość wysoki, około metr osiemdziesiąt. O twarzy szczerej i miłej z wyglądu. Jego wejście nie zwróciło niczyjej uwagi. Stojąc w drzwiach, ogarnął wzrokiem niemal cały lokal. Ucieszył się, że nikt go nie zauważył, dzięki temu poczuł się swobodnie i wolnym krokiem zszedł po schodach. Gdy znalazł się na dole, zdjął kurtkę, po czym powiesił ja na wieszaku obok wejścia. Ponownie zmierzył wzrokiem całą sale. Jedyne widoczne, wolne miejsce znajdowało się obok doktora Bernarda. Jednak, nie ruszył z miejsca jak pocisk, żeby je zająć, ale odwrócił się i zaczął … przewieszać swoją kurtkę z pierwszego wieszaka na drugi, potem na trzeci, znowu drugi, i znowu trzeci. W końcu rzucił ją, jakby w ten sposób miał uniknąć meczącego wyboru. Zaczepiła się. Usatysfakcjonowany, szybkim krokiem podszedł do stolika, przy którym siedział doktor. - Przepraszam, wolne – spytał uprzejmie. - Naturalnie, niech pan siada – odpowiedział równie uprzejmy doktor. Wieczorem, stawał się na tyle towarzyski i rozmowny, że w niczym nie przypominał, zabieganego i nieco oschłego Bernarda, który przychodził tu wczesnym popołudniem. Przygodny towarzysz doktora, nie zdradzał oznak szczególnego zainteresowania tym, co się działo dookoła, wydawał się być nieobecny. - Czy mają tu dobrą kawę – spytał, czując że milczenie się przeciąga. - Kawę, mają wyśmienitą, zresztą jestem stałym klientem i do tej pory nigdy się nie zawiodłem. Proszę się nie niecierpliwić, jest duży ruch, ale za chwile na pewno ktoś podejdzie. - Dziękuje, znaczy się, ja nie pije często kawy – jest … za ciężka, ale pytam o kawę, bo jak jest dobra kawa, to jest wszystko dobre - powiedział mężczyzna. -Przyznam szczerze, że pierwszy raz się spotykam z takim poglądem, ale kto wie czy nie jest rzeczywiście bardzo trafny – odparł doktor z zadowoleniem, po czym złapał się za kołnierzyk od koszuli, przesunął lekko na bok odpiął guzik i dodał – gorąco się robi, dziś jest tu szczególnie dużo klientów. Zresztą nie dziwie się, w taką pogodę nie da się w domu wysiedzieć. - Rzeczywiście, gdy noc przychodzi zbyt szybko, to samotność jest nie do zniesienia. - No, ale to już nie grudzień i nie listopad, jeszcze miesiąc i mamy wiosnę – odparł doktor. Siedzieli chwile w milczeniu. Nieznajomy, spoglądał to w stronę lady, to przez okno, jednak ruch te zdawały się być nie tyle oznaką zniecierpliwienia, co zakłopotania. Ostatecznie wlepił swój wzrok w młodą kelnerkę, obsługującą dwa stoliki dalej, patrzył jak delikatnie stąpała w kierunku lady i wracała do stolika, znowu była pod ladą i znowu przy stoliku. Obserwując jej powabne, kobiece i subtelne ruchy, zapragnął, żeby to właśnie ona spytała go, czego sobie życzy. Swój wzrok zatrzymał na udach, patrzył jak napinały się, gdy stawiała kolejny krok, odczuwał w tym dużą przyjemność. Gdy tak trwał niemal hipnotycznie wpatrzony, zauważył, że zaczynają się zbliżać w jego kierunku, jednak ani przez moment nie pomyślał, że kelnerka idzie właśnie do niego, aby przyjąć być może setne już zamówienie. Gdy podeszła do stolika, nieruchomym wzrokiem, jakby wyrwanym z amoku, spojrzał na nią. Wyglądała bardzo młodo, no około dwadzieścia, co najwyżej dwadzieścia trzy lata, ,jej brązowe, niemal kasztanowe włosy, zaczesane z przedziałkiem na środku głowy, opadały na ramiona. Były takie zdrowe i lśniące, ich piękny zapach, o dziwo, nie skażony dymem papierosowym, można było jedynie porównać z zapachem jaki przychodzi z pierwszym podmuchem wiosennego wiatru, tak świeży, pełen optymizmu i dziwnego przyświadczenia radości, nie pozwalał o niej myśleć inaczej niż o jakiejś nimfie, która stała siękelnerką, aby bezlitośnie uwodzić, budzić zachwyt i pożądanie. Miała słodką twarz, rozmarzoną i ,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil akam
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…