Wróć do katalogu

Prawo Oma

Nie wychodź z doma bez łoma. Czyli postapokaliptyczna historia luźno inspirowana teoriami spiskowymi oraz filmem Repo! The Genetic Opera.

Denima, opublikowano , 18 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Banalny księżyc świecił jasno na upstrzonym banalnymi gwiazdami granatowym, banalnym nieboskłonie. Z banalnej, brązowej ziemi wyrastał banalny, szary bunkier, otoczony banalnym ogrodzeniem zwieńczonym banalnym drutem kolczastym. Pod banalną, solidną bramą stała banalna, stara ciężarówka z banalną zieloną plandeką. Dookoła rozpościerał się banalny, beżowy krajobraz. Chciałbym powiedzieć, że wnerwiony wstałem z kanapy wyłączyłem ten niesamowicie oklepany film postapokaliptyczny i poszedłem do kuchni po kolejny browar. Niestety, to wszystko było realne, tak banalnie realne, że miałem ochotę strzelić sobie w łeb. Z pewnością uczyniłbym to już kilka miesięcy temu, gdyby nie to, że zorganizowana grupa przestępcza znana jako Kolorowe Kosteczki z Supermocami byłą zorganizowana chyba tylko dzięki mnie. Śmierć Julka rozkawałkowała morale w ekipie, ale to jeszcze byłbym w stanie przeżyć, nie był przecież pierwszą Kosteczką, która potoczyła się za planszę. Najgorsze, że chłopaki i dziewczyny zaczęli się nawzajem obwiniać, za wszystko, co się stało. Szczęściem oszczędzono mi zarówno bezpodstawnych oskarżeń jak i najgłośniejszych sporów, gdyż w tym czasie leżałem nieprzytomny pod ciężarówką, po tym, jak jeden z banalnych drutów kolczastych okazał się być podłączony do banalnego prądu. Może szłoby nam lepiej, gdybyśmy mieli ze sobą choć trochę wspólnego. Popatrzyłem na zgromadzony przy kabinie ciężarówki oddział. Wysoka, anorektyczna Hanka paliła papierosa, rzucając dokoła nerwowe spojrzenia. Drobny Azjata Damian kombinował coś przy swoim laptopie. Ubrana w nieodłączne fiolety Nika nasunęła na oczy czapkę z daszkiem i odpłynęła niewiadomo gdzie, dobitnie dając nam do zrozumienia, jak niewiele ją obchodzimy. Jurek, wielki, umięśniony były żołnierz jako jedyny wiedział, co robić i właśnie przeładowywał pordzewiałą pepeszę, którą obserwował z podziwem nasz kierowca, niski, pulchny piroman imieniem Michał. Biedni i bogaci, twardzi i miękcy, normalni i ci na skraju szaleństwa. Nie łączyło nas zupełnie nic. Nic, oprócz tego, że odmówiliśmy szczepienia. Cztery lata temu na świecie wybuchła pandemia. To znaczy, kij, nie wybuchła, ale wszyscy w to uwierzyli. Zwykła, nieco zmutowana grypa według mediów dziesiątkowała ludzkość. Zamykano szkoły, rozdawano maseczki, trąbiono o tej grypie gdzie się dało. Aż w końcu wprowadzono przymusowe szczepienia. Na całym świecie, z jednym wyjątkiem. Z jednym, małym wyjątkiem, małego, zakichanego kraiku gdzieś w Europie Środkowej. Tam rząd nie zgodził się na zakup szczepionek i przyjął przeciwną taktykę. Gdzie się dało trąbił, że nie ma się czego bać, że wystarczy myć ręce, nie wychodzić z domu, jak się jest chorym, uważać na osoby kaszlące i tak dalej. Naprawdę, po raz pierwszy poczułem, ze żyję w naprawdę porządnym kraju, gdzie politycy mogą się żreć, brać łapówki i robić tysiące innych małych świństewek, ale jak przyjdzie co do czego, to liczy się naród. Że nie dadzą nam, do cholery zginąć! Autentycznie się popłakałem, kiedy prezydent oznajmił, że Amerykanie mogą sobie aplikować te rtęciowe trucizny, ile im w duszy gra, ale Polacy pozostaną wierni rozsądkowi i Bogu. Jestem ateistą, ale autentycznie ryczałem, na środku baru, w otoczeniu dziwacznie się na mnie patrzących „twardych facetów”. Ale co z tego, że rząd broni nas własną piersią? Całe to ich poświęcenie, to, że właściwie pogrzebali się pod względem politycznym, to, że przełożyli nasze dobro, nad swoje, wszystko to społeczeństwo zebrało w zgrabny pakiecik i wepchnęło im do gardła. Zaczęły się masowe wyjazdy za granicę, po szczepienia. Ponad połowa kraju wyjechała, zanim politycy zablokowali granice, w rozpaczliwej próbie obrony narodu. Połowa tych, co zostali wyjechała nielegalnie, potem jeszcze trochę. Została nas mniej niż jedna ósma. Głównie ci, którzy byli przeciwni szczepionkom. Ci, którym zabroniono opuszczenia kraju wściekli się. Strasznie się wściekli, robili jakieś pikiety podpalali budynki rządowe. Wrzeszczeli „Mordercy!” i wyrzucali rządzącym, że zostawili ich na pewną śmierć od wirusa. Dopiero kiedy przestały do nich dochodzić maile od bliskich z Zachodu, kiedy zamarły zagraniczne media, kiedy ogłoszono, że wszyscy zaszczepieni umarli w ciągu tygodnia, dopiero wtedy przyszło opamiętanie. Nie potrafię tego opisać. Wyobraźcie sobie, te tysiące ludzi skandujących pod Sejmem, do których nagle dociera, że ci, których tak nienawidzą w rzeczywistości uratowali im życie. Wyobraźcie sobie, co musieli czuć, kiedy wspominali przyjaciół, którym zazdrościli ucieczki za granicę, kiedy uświadamiali sobie, że ci przyjaciele już nie wrócą, a oni sami ocaleli tylko dzięki zrządzeniu losu i przytomności polityków, którym tak ubliżali. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Ludzie rzucili się do kościołów, albo do domów po bliskich, a potem do kościołów, nawet ci niewierzący. Nie dlatego, że się nawrócili. Po prostu nie chcieli zostać sami. Chcieli się komuś wygadać, jeżeli nie Bogu, to człowiekowi w konfesjonale. Nie księdzu – człowiekowi. Nie zdziwiłbym się, gdyby w tę noc sam Jezus zstąpił z krzyża, żeby przekazać słowa otuchy ostatniemu narodowi na świecie. Europa opustoszała. Poza Polską pozostały małe grupki ocalałych, którzy ucieczką uniknęli szczepienia, po dwóch latach zostało ich pewnie tylko kilku. Życie wróciło na dawną orbitę, strach minął i powróciły standardowe ludzkie reakcje, takie jak współczucie dla bliźniego, objawiające się kradzieżą, rozbojem i ogólną degrengoladą. Z jakiejś głębokiej Ameryki wylazły nowe partie, głoszące, że wirus nadal żyje, ale to promieniowanie poszczepionkowe jest największym zagrożeniem. Tym sposobem wszystkie amerykańskie niedobitki ruszyły z głodem w oczach do Oklahomy, jedynego jakoś zorganizowanego miasta za oceanem. Oni w to uwierzyli, łapiecie? Uwierzyli, że tylko tam będą bezpieczni, że te wszystkie trupy mogą nagle zmutować i wstać, jak w cholernej Neuroshimie! No i poleźli tam i tak stworzono z nich armię. Normalną, pełnoprawną armię. Bo Amerykanie nie potrafią zbudować czegoś sami, oni potrafią tylko podbijać. W ciągu następnego roku dotarli do Niemiec i siedzą tam, wygrażając nam pięściami. Ale teraz, kiedy Polacy zostali przetrzebieni, poczuli w sobie ducha powstańców. Pierwszy atak Amerykanów spotkał się z tak zaciekłym oporem, że biedni burgerożercy nie za bardzo wiedzieli, co się tak właściwie stało i z tępymi minami poszli nazad do Berlina. Tam zrobili sobie chyba jakąś fortecę i zadbali, żeby żaden Polak nie uszczknął niczego z Europejskich magazynów. Kierując się strachem ocalałych przed chorobą, poumieszczali najważniejsze dobra w kostnicach, między trupami. Ci, którzy choćby zbliżą się do zamkniętych na głucho bunkrów, zostają w trybie natychmiastowym odstrzeleni. Potem ponoć ich głowy nabija się na pale i zostawia gdzieś po świecie, na przestrogę innym Hienom Cmentarnym. Czyli nam. Taka już nasza rola w tym wyjątkowo perfidnym, wyjątkowo banalnym świecie. Taka już rola tych wszystkich dziwaków, opartych o brezent ciężarówki, tych wszystkich popaprańców, których nie łączy absolutnie nic, poza tym, że nie poddali się szczepieniu. - Darek, czy ty w ogóle słuchasz, co ja do ciebie mówię? – spytał wściekle Jurek. - Ke? – nie słuchałem. - Bo właśnie do ciebie mówię, że nie za bardzo mi odpowiada stanie tu przez cały dzień i czekanie na Amerykańców, wiec może byś ruszył cztery litery i zrobił zwiad? - Znowu ja? – skrzywiłem się mimowolnie na wspomnienie ostatniej próby przejścia przez ogrodzenie. - Spoko, nie ma prądu – rzucił Damian, wklepując coś na klawiaturze swojego komputera. – Już wyłączyłem. Chyba. - Bardzo mi miło. Nika, chcesz iść ze mną? - Ke? – spytała kobieta, wyciągając słuchawkę z ucha. Już wiedziałem, co czuł Jurek. - Pytam, czy chcesz ze mną iść na zwiad. Wyglądasz, jakby ci się nudziło. - A czy ona kiedykolwiek wygląda inaczej? – mruknęła Hanka. - Ty! – warknął na nią Michał. – Ty nie szukaj guza, tyczko! - Masz coś do mnie? Masz? Masz?! Zaczynało się robić gorąco. Kiwnąłem Nice i razem pospiesznie oddaliliśmy się od ciężarówki. Nawet nie próbowaliśmy wpisywać kodu na wiszącej przy bramie konsolce – już pierwsza nieudana próba oznaczała natychmiastowy przyjazd policji, czy co to tam Amerykanie mieli. Nika, jako nieduża akrobatka przecisnęła się między metalowymi prętami bramy, a ja, jako słusznego wzrostu muzyk wlazłem na druciane, potwornie tandetne ogrodzenie. Drut kolczasty nie zrobił specjalnego wrażenia na moich rękawiczkach, a już na pewno nie na gruncie, na którym wylądował po tym, jak zahaczyłem o niego płaszczem. Mówiłem już, że nie lubię chodzić na zwiady? Po dostaniu się na teren magazynu było jeszcze weselej. Trzeba było uważać na kamery,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych