Wróć do katalogu

Próba

o życiu i próbach jakie trzeba przejść

Korena, opublikowano , 30 min czytania, 4,5 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Eksperyment

1 Ziemia pokryła się śniegiem dokładnie tydzień temu. Większość dróg była zasypana, a my staliśmy w zaspie śnieżnej i nie mogliśmy ruszyć samochodu nawet o centymetr. Śnieg rozpadał się na dobre, zrobiło się niemal całkiem ciemno, a moja żona powiedziała: - Chyba dziś nie dojedziemy na mszę. W myśli przyznałem jej rację. Nie było szans byśmy wydostali się stąd przed siedemnastą. Spojrzałem na zegarek. Za dwie. Ostatni raz przycisnąłem pedał gazu i utwierdziłem się w przekonaniu, że nic z tego. Utknęliśmy. - Co teraz? – zapytała Jola, a w jej oczach widziałem niemą prośbę: „Zrób coś”. Rozłożyłem ręce. - Chyba musimy wrócić na piechotę. Nie wyjedziemy dziś. A i do kościoła nie dojdziemy na czas. Jej ramiona opadły bezwładnie. Nie to chciała usłyszeć. A jednak wzięła torebkę do ręki, mocniej opatuliła się szalikiem i już otwierała drzwi od samochodu. Ja także wyszedłem na zewnątrz. Wiatr był niemiłosierny. Nie uszliśmy trzydziestu metrów, kiedy poczuliśmy jego obezwładniającą siłę. Od domu dzieliło nas pięćset metrów. Dotarcie zajęło nam półtorej godziny. Pierwsze co zrobiliśmy to rozpaliliśmy kominek i opatuliliśmy się ciepłymi, suchymi rzeczami. Czerwone poliki piekły od mrozu, a palce jeszcze nie ruszały się tak sprawnie jak powinny. Usiedliśmy na kanapie, kiedy Jola powiedziała: - Najgorsze jest to, że obiecałam księdzu Bartoszowi, że będziemy. Miałam zbierać składki na nowy ołtarz… - Zrozumie, że nie mogłaś nic zrobić. Cud, że dotarliśmy do domu. - Tak. Wiem. – powiedziała, ale jej mina mówiła co innego. Czuła się winna. Taka już była ta moja żona.

2 - Proszę księdza! – zawołał Olek, najstarszy ze wszystkich ministrantów i jedyny, który tego dnia stawił się na służbę. – Zasypało Kownackich! Ksiądz Bartosz odwrócił się i z niedowierzaniem zapytał. - To Kownaccy mają samochód? No proszę… Coraz mniej wiem o moich parafianach. – ostatnie zdanie wypowiedziane było z nieopisaną nostalgią. - Co robimy proszę księdza? - A cóż mamy zrobić? - No… Zasypało ich pod samym kościołem… - Ksiądz zamyślił się lekko po czym zapytał: - Czy Kimińscy dziś byli? – Olek zastanowił się chwilę. - Zdaje się, że nie… - Nie, powiadasz… Tam mi się właśnie wydawało… Czy coś się stało? - Nie wiem proszę księdza. Być może nie dojechali, bo zasypało wąwóz. Zawsze tamtędy jechali. - Ach tak… Zasypało. Cóż. Pewnie tak! Chyba ich jutro odwiedzę. Ale najpierw, pomóżmy Kownackim. – Po tych słowach obaj wyszli zakrystii.

3

Około godziny dziewiętnastej w domu Kimińskich rozległ się dźwięk telefonu. Słuchawka dzwoniła długo i namiętnie, aż w końcu pojawił się sygnał automatycznej sekretarki, gdzie rozradowany głos powiedział: „Tu Jola i Zbyszek Kimińscy. Jeśli nie pomyliłeś numerów, zostaw wiadomość. Postaramy się oddzwonić”. Głos ucichł, a w tle pojawił się głuchy sygnał. Wraz z nim rozmówca odłożył słuchawkę.

4

Obudziłem się rano i pierwsze co poczułem to nieopisany żal, że w tej chwili muszę wstać spod ciepłej kołdry i zacząć szykować się do pracy. Ognisko w nocy zgasło i całe mieszkanie przeszło chłodem. Od tego mrozu czułem zimny powiew na polikach. Mocno przytuliłem się do Joli, a ona w półśnie zapytała: - Nie musisz już wstawać do pracy? - Nie chcę. – odpowiedziałem i zacisnąłem powieki jakby to miało uratować mnie przed jawą. - Która godzina? – zapytała ona, a ja z ociąganiem i wielką niechęcią spojrzałem na zegarek. Dochodziła szósta. Powiedziałem to Joli, a ona zrobiła jedyną rzecz, której nie powinna była robić. Nie teraz… Wyprostowała się i ściągnęła ze mnie kołdrę. Poczułem jak chłodne powietrze przechodzi mi po plecach i nogach. Mięśnie zacisnęły się w skurczach, a powieki nadal pozostały zamknięte. - Wstawaj leniuchu! – Jola szturchnęła mnie w bok. Nie poddałem się. - Zaraz naleję zimnej wody i cię poleję. Obiecuję. – no właśnie. Otóż chodzi o to, że była do tego zdolna. Wiedziałem o tym aż za dobrze. Dlatego otworzyłem oczy i wyprostowałem się na łóżku. Wyjrzałem przez okno i z ulgą stwierdziłem, że śnieg już nie pada, a nawet zaczął się częściowo topić. Być może okaże się, że samochód będzie na chodzie. Odkrycie to dodało mi nowych sił by stawić czoło tej okrutnej zimie. Wykąpałem się i ogoliłem, a Jola w tym czasie nakrywała do stołu. Śniadanie przebiegło w ogólnej ciszy, tylko ona uśmiechała się do mnie co jakiś czas, jak to zwykła była robić. Dzisiaj jadłem dużo szybciej niż zwykle, bo miałem świadomość, że droga do samochodu nie będzie łatwa. Jeśli okaże się, że on nie wyjedzie z zaspy, spóźnię się bardziej niż przewidywałem. Tak więc niecałe dwie minuty po śniadaniu już ubierałem kurtkę i wychodziłem na mróz. Pierwszy uderzył moją twarz i policzki, które zaczęły piec pod jego wpływem. Oczy zaczęły łzawić, a szalik oplątany dookoła szyi niewiele pomagał. Dotarcie w miejsce wczorajszej porażki zajęło mi około czterdziestu minut. Z ulgą zauważyłem, że śnieg pod kołami nieco się uleżał, stopniał i stwardniał. Wsiadłem za kierownicę i przekręciłem kluczyk w stacyjce. Silnik zapalił się. Odetchnąłem. Przez chwilę bałem się, że nic z tego. Koła zaczęły pracować na przyspieszonych obrotach odgarniając śnieg spod siebie. W pierwszej chwili auto nie chciało współpracować. Nastawiłem wsteczny bieg i z całej siły przycisnąłem pedał gazu. Usłyszałem jak trybiki wewnątrz pracują, ale samochód wciąż stał w miejscu. Zły walnąłem kierownicę i zmieniłem bieg na jedynkę, potem dwójkę i dodałem gazu. Tąpnęło mną, jakby spadł z jakiejś większej wysokości. Uderzyłem głową w dach, bo jak zwykle zapomniałem zapiąć pasa, a nie było Joli, która mogłaby mi o tym przypomnieć. Grunt jednak, że samochód ruszył i kilka sekund później, lekko zdezorientowany, ale usatysfakcjonowany byłem na trasie. Do pracy spóźniłem się niecały kwadrans, nie ze względu na śnieg, ale ze względu na korek, który utrudniał dotarcie na miejsce. Cała ulica zapełniona była autami, które poruszały się pięć metrów na kwadrans. Kląłem pod nosem, świadomy, że innej drogi do pracy nie mam. Kiedy przyszedłem, szefa na szczęście jeszcze nie było, toteż spóźnienie uszło mi płazem. Zasiadłem więc za biurkiem, wziąłem do ręki plik papierów, który czekał na zatwierdzenie i tak minął mi czas do obiadu. Obiad zjadłem w restauracji na dole, chyba nieco zbyt szybko do dostałem zgagi i ciężko było mi usiedzieć do wieczora. W drodze powrotnej jak zwykle śpiewałem na cały głos, i nawet nieźle mi się jechało, pomijając fakt, że znów zaczął padać śnieg. Kiedy wchodziłem do domu, zauważyłem, że mamy gościa. - Szczęść Boże! – przywitałem się z księdzem Bartoszem, który kończył jeść ciastko. - Szczęść Boże, Zbyszku! Właśnie tłumaczyłem Joli, że przyjechałem do was, bo się martwiłem. – w momencie kiedy to mówił, podawał mi rękę na powitanie. - Księdza zmartwiło, że nie było nas wczoraj na mszy. Niewiele osób podobno przyszło. - No tak. Straszna zamieć była. My utknęliśmy na pierwszym odcinku drogi. - Utknęliście? - Tak. Samochód wpadł w zaspę i nie sposób było wyjechać. Zamiast na siedemnastą na mszę, byliśmy po dziewiętnastej w domu. Mieliśmy nawet dzwonić, żeby ksiądz się nie martwił, ale kiedy dotarliśmy, byliśmy tak zziębnięci, że zaraz położyliśmy się spać. - Rozumiem. – ksiądz pokiwał głową ze zrozumieniem. – Ale teraz samochód już na chodzie? – zapytał patrząc przez okno na stojące auto. - Tak, tak. Na chodzie. Cudem udało mi się go wyprowadzić ze śniegu. Spóźniłem się przez to do pracy. – wyznałem. Na to Jola zapytała: - Jak to się spóźniłeś? Ile? Długo? - Piętnaście minut, ale szefa jeszcze nie było, toteż nikt mnie nie nakrył. - Całe szczęście! – odetchnęła z ulgą moja nieco przewrażliwiona żona. - Tak, Zbyszku. Bóg czuwał nad tobą. – dodał ksiądz wypijając resztki herbaty, którą miał w filiżance. Po tych słowach wstał i podał rękę mówiąc – No. Ja to będę szedł. Dziękuję za miłą gościnę. Cieszę się, że u was wszystko w porządku. – po tych słowach założył kapelusz i skierował się w stronę drzwi. Ja i Jola ruszyliśmy za nim. Już w progu, nagle przystanął, odwrócił się i zapytał, jakby czekał na to od dawna: - Tak właściwie… Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale tak sobie myślę… Nie macie na co narzekać prawda? – po tych słowach uśmiechnął się do mnie w oczekiwaniu na odpowiedź. Spojrzałem na Jolę, lekko objąłem ją w pasie i odpowiedziałem: - Nie mamy, proszę księdza. - Tak… Ty, Zbyszku, masz świetną pracę, mieszkanie niczego sobie, samochód na który nie było was stać, ale który odziedziczyliście po krewnym… Niczego sobie życie, prawda? - Można tak powiedzieć. – odpowiedziałem ostrożnie i oczekiwałem na uchylenie rąbka tajemnicy, do czego on zmierza. Ksiądz jednak tylko uśmiechnął się, jeszcze raz zdjął i nałożył kapelusz w lekkim ukłonie i wyszedł. A ja zrozumiałem, że miał rację…

5

Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Wcale nie chciało mi się wstawać, szczególnie, że kiedy odgarnąłem kołdrę, poczułem, że mam gęsią skórkę na całym ciele. Zerknąłem na Jolę, która smacznie spała. Nie powinienem był jej budzić, ale nie potrafiłem się opanować. Delikatnie pocałowałem ją w szyję, potem nieco mocniej w policzek. Obudziła się, spojrzała na mnie, uśmiechnęła się i zapytała: - Czy ty nie powinieneś już wstawać? – spojrzałem na zegarek. To prawda… Zegarek wskazywał szóstą rano, a więc najwyższy czas zacząć szykować się do pracy. Zamiast tego jednak, spojrzałem błagalnie na Jolę i powiedziałem: - Zawsze umiesz zabić cały romantyzm, wiesz? – zaśmiała się. - Wiem. Ale taką mnie kochasz. – pocałowała mnie w usta, przykryła się kołdrą i zarządziła. – Wstawaj. Ja idę spać. Dobranoc. - Sadystka. – wstałem posłusznie i ruszyłem do łazienki czyniąc mój rytuał. Kiedy stamtąd wyszedłem , śniadanie było na stole, a Jola w szlafroku patrzyła na mnie zza stołu. - Taka kobieta to skarb - powiedziałem i zasiadłem za stołem. - A co miałam zrobić, skoro nazwałeś mnie sadystką? - Potwierdzić, że mam rację. - Tego nie mogłam zrobić. W imię wszystkich kobiet na całym świecie, musiałam udowodnić ci, że się mylisz. Kiedy szedłem do samochodu, Jola wyszła na próg i ubrana tylko w szlafrok i ciepły sweter, pocałowała mnie na do widzenia: - Pa, kochanie. - Pa. – powiedziałem otwierając samochód. – A teraz wracaj do domu, bo mi się jeszcze przeziębisz, albo co i co ja zrobię? - Sam będziesz musiał robić sobie śniadanie. – skwitowała. - No właśnie!

6

Tym zrazem w pracy byłem dziesięć minut przed czasem. Nikt nie mógł mi zarzucić, że tak nie jest. Podbiłem kartę i wszedłem go mojego gabinetu. Nie zdążyłem usiąść za biurkiem, kiedy drzwi otworzyły się i w progu stanął mój szef: - Dzień dobry, Zbyszku. - Witaj, szefie – wstałem i podałem rękę przełożonemu. Uścisnął ją mocno, ale zaraz puścił. Wyprostowałem się i czekałem na to co ma mi do powiedzenia. - Jak ci się u nas podoba? – zapytał. Odpowiedziałem niemal zbyt szybko. - Świetnie mi się pracuje. – spojrzał na mnie znacząco i chłodnym tonem oznajmił. - Przyszedłem uprzedzić cię, że długo tu nie popracujesz. Wraz z końcem miesiąca pożegnasz się z tą posadą. – Oniemiałem. Zauważył chyba, że nie wiem co powiedzieć, więc powiedział mi prosto w twarz – Jesteś zwolniony Zbyszku. – po czym wyszedł. A ja nie wiedząc co dalej czynić, usiadłem na krześle i bezmyślnie zacząłem wypełniać papiery czekające na podpisanie. Waga tej informacji dotarła do mnie dopiero w porze obiadu, gdzie siedziałem i zacząłem się zastanawiać co się stało. W gruncie rzeczy szef nic nie powiedział. Po prostu oznajmił, że mnie wyrzuca. A ja nie wiem za co i dlaczego akurat teraz. Spóźniłem się wczoraj po raz drugi w mojej niemal siedmioletniej karierze, a szef nawet jeśli się o tym dowiedział, najpierw powinien dać mi upomnienie, a nie bez słowa oznajmić, że tracę pracę. Niewiele zjadłem, raczej tylko rozwaliłem wszystko na talerzu i poszedłem rozmówić się z nim i wyjaśnić ewentualne nieporozumienia. Zapukałem do drzwi jego biura i usłyszawszy : „Wejść” otworzyłem drzwi. Jakby nie pamiętał porannej rozmowy, bo od razu zapytał: - O co chodzi, Zbyszku? - Czemu tracę pracę? - A. To. Cóż… Tak postanowiłem. Tylko tyle. - To nie jest wyjaśnienie. Chcę usłyszeć prawdę. Dlaczego? - Ech… Zbyszku. Nie gryź się tym tak bardzo. Jesteś jeszcze młody. Znajdziesz inne zajęcia. Nie sądzę, żeby kariera biurowa była ci pisana. - Dlatego jestem zwolniony?! – nie mogłem uwierzyć. - Między innymi. – opowiedział wymijająco. - A więc czemu?! Cholera! Mam prawo wiedzieć co zrobiłem źle! - Kto powiedział, że zrobiłeś coś źle? Dobrze. Powiem ci prawdę, bo jak sam twierdzisz, zasługujesz na to. Firma bankrutuje. Wykupił nas bogaty przedsiębiorca, który nie wiedzieć czemu zarządził, że ty i kilku innych ludzi nie nadajecie się do tej pracy. Nie pytałem czemu, ale to był jedyny warunek by nie zwolnił nas wszystkich. Dostaniesz świetne referencje. O to się nie martw. - Co?! Kim jest ten przedsiębiorca! Chcę poznać jego nazwisko! - Przykro mi, nie mogę ci pomóc, a teraz nalegam byś opuścił moje biuro. Zdaje się, że przerwa obiadowa właśnie dobiegła końca. Chyba nie chcesz stracić pensji i za ten miesiąc. Stałem jak sparaliżowany. Czułem się upokorzony i wykorzystany. I za wszelką cenę chciałem wiedzieć o co chodzi. A jednak szef nie miał już nic do dodania. Zamiast tego wstał z fotela, podszedł do drzwi, otworzył je i zarządził: - Do widzenia, Zbyszku. Papiery chcę mieć na swoim biurku przed piątą.

7

Trudno powiedzieć jak się czułem, gdy po całym dniu pracy wracałem do domu. Byłem wściekły, czułem się podle. Jak kretyn, idiota. Szef zarządził, że mnie zwolni, by nie stracić udziałów. To nie było sprawiedliwe. W myślach mówiłem mu najgorsze rzeczy jakie tylko przyszły mi do głowy. Byłem wściekły, że nie miałem odwagi powiedzieć mu tego w twarz. Zaciskałem pięści na kierownicy, gdy nagle przed oczami stanął mi obraz Joli. Mojej kochanej Joli. Miłości jeszcze z liceum. Co ona na to powie? Będzie się gryzła, będzie tłumiła w sobie smutek, bo na głos nigdy nie narzekała. Poczułem pieczenie w gardle. Po raz pierwszy od dwudziestu pięciu lat chciało mi się płakać. Nie dlatego, że straciłem pracę. Dlatego, że muszę unieszczęśliwić najbliższą mi osobę. Wściekłość ogarnęła mnie na nowo. Przycisnąłem pedał gazu i jadąc jakby w amoku nie zauważyłem kiedy przegapiłem mój zjazd. Zorientowałem się kilka kilometrów dalej i wcisnąłem pedał hamulca, by wrócić na właściwą trasę. Samochód jechał dalej, a na liczniku widniała niebezpieczna prędkość osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. W tych warunkach było to naprawdę niebezpieczne. Przez chwilę ogarnęła mnie panika, szybko jednak doprowadziłem się do odpowiedniego stanu i jeszcze raz wcisnąłem pedał hamulca tym razem spokojnie. Moich uszu dobiegł dziwny dźwięk, a ja zrozumiałem, że hamulce nie działają. Jechałem jednokierunkową droga i nie mogłem nic zrobić. Co gorsza w tej właśnie chwili zaczął padać śnieg i widziałem zaledwie mały fragment drogi przede mną. Straciłem poczucie czasu. Zacząłem zwalniać, ale na niewiele się to zdało, bo jak się okazało już od jakiegoś czasu jechałem po lodzie. Wstrząsnął mną dreszcz strachu. Raptem problem utraty pracy wydał mi się

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych