Wróć do katalogu

Proces III

Bunt jednostki wobec systemu

Gomezopublikowano 25 lutego 200726 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Audiencja

Podczas tej długotrwałej, uciążliwej wędrówki Jan tracił nadzieję, że uda mu się znaleźć właściwą drogę i powrócić szczęśliwie do domu. Nieustannie padający śnieg zasypywał leśne dukty, siarczysty mróz utrudniał oddychanie. Jan przygotowywał się na najgorsze, że pozostanie w tym gęstym lesie już na zawsze, że dopiero po miesiącach, jacyś zbieracze runa leśnego odkryją jego szczątki pośród drzew. Stąpając głęboko w śniegu szedł jednak dalej wytrwale. W ciszy panującej wokół słychać było tylko jego trzeszczące kroki i spadający, od czasu do czasu, z uginających się pod jego ciężarem gałęzi, śnieg. To właśnie wówczas, mimochodem i całkiem przypadkowo, zauważył przykryty śnieżnym kołnierzem drewniany domek. Wystarczyłby jeden metr, a nie byłoby najmniejszej szansy na spostrzeżenie tej niepozornej, ukrytej w leśnej gęstwinie, chatki. Wyglądem swym nie przypominała normalnego, zamieszkałego domu. Jednak drewniane schody, co wzbudziło zdziwienie u Jana, były oczyszczone ze śniegu, jakby ktoś przed chwilą dokładnie zamiótł je. „Kto mógłby w tej głuszy i na takim bezludziu mieszkać?”, pomyślał. Wszedł na drewniane schody, wówczas dopiero stwierdził jak przyjemnie jest oprzeć stopy o coś pewnego i stabilnego, od czego można się zdecydowanie odbić a nie grzęznąć w miękkim puchu zapadając się w nim co chwila. Zapukał w drewniane drzwi, namyślając się przez chwilę czy w ogóle warto to robić. Otworzył je nie czekając i nie spodziewając się odpowiedzi. „Jednak ktoś oczyszcza regularnie te schody ze śniegu”, wpadło mu na myśl gdy znalazł się już wewnątrz. Drewniana chatka składała się z jednego, małego pokoiku, w którego kącie stał składany stolik. Na nim lampa naftowa i radio tranzystorowe. Przy stoliku na krześle obitym ceratą siedziała młoda dziewczyna ubrana w krótki kożuszek. Głowę owiniętą miała kolorową chustą. W klapę kożuszka wpiętą miała plastykową wizytówkę z napisem „Marcelina”. Przeglądała kolorowe czasopismo. Nie zauważyła i być może nie usłyszała wejścia Jana. Przewracając strony pisma bawiła się równocześnie pokrętłem radia, pokój wypełniały dźwięki muzyki rozrywkowej, raz głośniejsze, raz cichnące. Jan otrzepał buty ze śniegu głośno stukając nimi w podłogę. To dopiero zwróciło uwagę dziewczyny. Podniosła głowę znad lektury, ściszyła radio, nie wyłączając go jednak całkowicie. - Słucham? -powiedziała, spoglądając pytająco na przybysza. - Co pani tu robi? -zapytał również Jan. Był zaskoczony, że znalazł w leśnych ostępach ten domek, że w nim siedziała dziewczyna, że słuchała radia i przeglądała kolorowe czasopismo, że ..... właściwie to było najdziwniejsze, że ona wcale nie była zaskoczona jego wizytą, traktując ją normalnie, nawet z lekkim znudzeniem, czy też zniecierpliwieniem. Jakby przez ten domek, prócz niego, przewijało się mnóstwo takich jak on Janów lub jemu podobnych. I, że traktuje go jak zwykłego petenta. - Słucham? -powtórzyła ściszając zupełnie radio. - Co pani tu robi? -powtórzył również Jan. - Sprzedaję bilety? -odpowiedziała. - Bilety?! -Jan prawie krzyknął. - Tak, bilety. - Jakie bilety? Po co? Na co? Kto je kupuje na tym pustkowiu? Kto tu panią znajdzie? Trafiłem przypadkowo, błądząc w tych ogromnych borach, tracąc już jakąkolwiek nadzieję, że z nich kiedykolwiek wyjdę. A pani jak gdyby nic mówi, że sprzedaje bilety. Kto pani to zlecił? Kogo pani reprezentuje? Marcelina milczała. Jego pytania nie robiły na niej wrażenia. Spoglądała jeszcze na Jana lecz wzrok swój już kierowała na kolorowe strony czasopisma. - To kupuje pan czy nie? -po chwili spytała. - Na co pani sprzedaje bilety? - Na audiencję. - Audiencję? Czyją? U kogo? Gdzie? Z kim? -Jan nie tylko był zdziwiony lecz też poirytowany, zdenerwowany, stawał się gwałtowny i złośliwy, żądał wyjaśnień. Ton jego głosu był zaczepny. Marcelina to wyczuła. Pochyliła lekceważąco głowę nad kolorowymi stronicami. Z obowiązku jeszcze powtórnie zapytała. - Kupuje pan czy też nie? Janowi trochę przykro zrobiło się z powodu swojego zachowania. Lecz ten wyczerpujący marsz, las, śnieg, mróz, ta nieprzystępna cisza i nagle ten napotkany znienacka domek, to musiało wpłynąć na jego nastrój. I jeszcze te dziwne słowa dziewczyny. - To w takim razie poproszę jeden bilet -zdecydował się -albo dwa, trzy od razu -przypomniał sobie o przyjaciołach - taki kawał drogi przeszedłem. - Każdy może kupić tylko jeden, więcej nie można, wyłącznie dla siebie. - W takim razie poproszę jeden. - Zwykły, ulgowy, świąteczny, pracowniczy? -Marcelina otworzyła szufladę stolika, wyciągnęła zwój blankietów, długopis, pieczątkę i notatnik. - Zwykły. Jak najbardziej zwykły -potwierdził Jan. - Na kiedy? - Jak najszybciej. Pierwszy, wolny termin. Dziewczyna przeglądała notatnik, wertowała jego stronice. - Przepraszam pana, lecz na razie nie mam możliwości. Sprzedaję tylko z miesięcznym wyprzedzeniem a przez najbliższy miesiąc planowany jest remont. Proszę przyjść później, za jakiś miesiąc. Remont prawdopodobnie się już skończy. - W jakim miejscu odbywa się audiencja? - W Gmachu Głównym. - Gdzie on się znajduje? Marcelina wskazała ręką w nieokreślone miejsce za siebie. - Gdzieś tam, ukryty w lesie. Nigdy tam nie byłam, nie miałam takiej potrzeby. Lecz kto chce i komu jest dane do niego trafić to go znajdzie. Tak jak pan znalazł mój domek. - Dużo miała pani już chętnych na audiencję? Sporo pani biletów sprzedała? Czy też ja może jestem jedynym klientem, który zawitał w progi tego domu? -w tonie jego głosu można było wyczuć kpinę. - Tak, pan jest jedynym -nad wyraz poważnie odpowiedziała Marcelina. -Nikt inny nie kupował u mnie jeszcze biletu, choć przesiaduję tu już dosyć długo. Pan pierwszy. Moja poprzedniczka twierdziła, że był u niej jakiś człowiek zainteresowany kupnem biletu na audiencję. Niecierpliwy, niespokojny, zabłąkany przechodzień. - Gdzie jeszcze prócz tego zapomnianego w borze miejsca można kupić bilety? Kto jeszcze prócz pani je rozprowadza? - Tylko u mnie, w tej chatce. Nikt inny nie ma prawa ich oferować. Tu jest jedyne miejsce, gdzie można je otrzymać. Bez biletu kupionego u mnie nie dostanie się pan do Gmachu Głównego. - Kto tu trafi? Żadnej wskazówki, żadnego drogowskazu po drodze, żadnej reklamy. To czysty przypadek, zrządzenie losu, ślepy traf. Znalezienie pani w tym ciemnym borze graniczy prawie, że z cudem. Marcelina wzruszyła ramionami. - Ktoś o tym pomyślał. Tak już musi być. I pewnie tak pozostanie. Była już lekko zniecierpliwiona, pragnęła powrócić do przerwanej lektury. - To sprzeda mi pani ten bilet, czy też nie? -Jan nie dawał za wygraną. - Powiedziałam już, że za miesiąc. Jak skończy się remont. Nie wiadomo jeszcze czy dotrzymają terminu. Ale proszę przyjść się upewnić. - Jak ja tu powtórnie trafię? Nie mam najmniejszej szansy ponownego odnalezienia tej, zagubionej w leśnej głuszy, chatki. Przecież sama pani dobrze o tym wie. - Nic na to nie poradzę. - To proszę mi sprzedać teraz. Poczekam, aż skończy się remont Gmachu Głównego i dopiero wówczas udam się do niego. Na audiencję. - Nie mogę. Sprzedaję na konkretny termin. Wypisuję go na blankiecie. - Ja sam wypiszę proszę panią. Dzień, w którym się zdecyduję. Będzie wyglądało jakby to pani wypisała. To moja jedyna szansa, inaczej nigdy nie dostanę się na audiencję, nie będę już miał tej możliwości. Bardzo panią o to proszę. Bardzo -Jan złożył ręce, prawie błagalnie spoglądał w oczy Marcelinie. Ona myślała, myślała, wreszcie oderwała z rulonu jeden z biletów, postawiła okrągłą pieczęć, podała Janowi. Otworzyła notatnik. - Dobrze. Wypisze pan datę na bilecie. Dzień, w którym pan się zdecyduje i który będzie panu najbardziej odpowiadał. W drodze wyjątku i chociaż to nie jest zgodne z obowiązującymi przepisami, sprzedam panu. Tylko proszę się udać na audiencję mniej więcej w tym czasie -wskazała odległy termin. -Remont na pewno już będzie zakończony. - Bardzo pani jestem wdzięczny. Ile płacę? -Jan przetrząsał kieszenie w poszukiwaniu pieniędzy. Spocił się gdy stwierdził, że portfel pozostawił w domu. - Zapomniałem pieniędzy -powiedział zrezygnowany. - Zapłaci pan przy wejściu. -mruknęła Marcelina, oczami wracając już do lektury pisma, ręką podkręcając regulator dźwięku od radia, coraz głośniejsza muzyka wypełniała pokój. Jan stał z biletem w ręku. Chciał się jeszcze upewnić. - Jak trafić do Gmachu Głównego? Czy są jakieś znaki, które do niego prowadzą? Marcelina wsłuchana w odgłosy płynące z tranzystora, pochylona nad kolorowymi obrazkami, nie słyszała pytań Jana. On próbował jeszcze dojrzeć tytuł tego tak interesującego pisma i datę jego wydania lecz dziewczyna przysłoniła stronice łokciami. Jan opuścił drewnianą chatkę. Zamykając za sobą drzwi słyszał jak muzyka staje się coraz głośniejsza. „Pewnie podkręciła regulator maksymalnie jak tylko można”, pomyślał. Wszedł w zaśnieżone drzewa, oddalał się stąpając głęboko w śniegu. Po kilku minutach przypomniał sobie o pytaniu, które zadał dziewczynie na początku i na które, podczas tej nerwowej i prędkiej rozmowy, nie uzyskał odpowiedzi. „ U kogo jest ta audiencja? Kto jej udziela? Kto ją przygotowuje? Czy otrzymał właściwy bilet? Właśnie na tą audiencję, której tak niecierpliwie czasami wyczekiwał? Na rzeczywistą, na tę prawdziwą? Czy też kupił bilet na jakąś symboliczną, mało znaczącą, jakich wiele. Które tylko tajemniczością, fikcyjnym zaciekawieniem chcą potwierdzić ważność, autentyczność, a tak naprawdę to tylko ukrywają swoją mizerną istotę?”. Natychmiast zawrócił w stronę chatki. Szukał jej rozglądając się dookoła. Nic, tylko zaśnieżone drzewa. Tylko one i zapadający się trzeszczący śnieg. Choć zdawało mu się, że powinien być w pobliżu chatki, nie zauważył jej. „Dosyć tego męczącego spaceru, dosyć niepewnej wędrówki. Muszę szukać drogi do domu.” Słońce już zaszło, w borze robiło się coraz ciemniej, szybko zapadał zmrok. Jan błądził jeszcze przez pewien czas, aż wszedł na wydeptany w śniegu trakt. Doszedł nim do domu. Usnął zaraz zmęczony. Nazajutrz przetrząsając kieszenie spodni znalazł otrzymany od Marceliny bilet. Widniał na nim numer „1” i zamazana pieczęć, z której nie można było nic odczytać. Schował bilet do szkatułki. Postanowił udać się we wskazanym przez Marcelinę terminie na audiencję. Do tego czasu żył normalnie, tak jak wcześniej, tak jak przez wszystkie poprzedzające wędrówkę w borze lata. * * * Nadmiar pracy i wypełnione obowiązkami dni sprawiły, że ani się obejrzał jak szybko minął czas dzielący go od mającej nastąpić audiencji. Jednak podczas tych prędko mijających miesięcy Jan często myślał o spotkaniu z Marceliną i o bilecie spoczywającym w szkatułce. Przygotowywał się wewnętrznie do mającej nastąpić wizyty, opracowywał w myślach pytania, które postanowił zadać, wynotowywał w punktach interesujące kwestie, które chciał podczas rozmowy poruszyć. Tydzień, który zakreśliła Marcelina w swoim notatniku właśnie nastąpił. Pewnego pogodnego, słonecznego dnia Jan wypisał na bilecie datę i wyruszył na wędrówkę, w zalesione tereny, w nadziei rychłego ujrzenia Gmachu Głównego. „Remont z pewnością już się zakończył”, myślał maszerując przez las. Pragnął trafić w pobliże domku Marceliny i tam odszukać miejsce, które ona niedbałym ruchem wówczas wskazała. Po wielogodzinnych poszukiwaniach zabłądził jednak. Stanął pośród drzew zdezorientowany, zagubiony. Ani chatki, ani Gmachu Głównego. „Czyżby tylko przypadkiem można było trafić do upragnionego celu poszukiwań? Zawsze przypadek i łut szczęścia? Czyż nie można zaplanować, określić drogi, pewnie i zdecydowanie się po niej poruszać, nieuchronnie aż do ostatecznego punktu? Czy tylko nieufność, rozchwiana uwaga i od czasu do czasu, mimo woli coś zabłyśnie?” Tak było i tym razem. Gdzieś w oddali, gdy Jan obserwował spłoszoną sarnę, wśród drzew zamajaczyły kontury budowli. Zaraz też znikły, pozostawiając wrażenie, jakby były tylko chwilowym przywidzeniem. Jan postanowił jednak dokładnie sprawdzić ten ślad, poszedł w tym kierunku. Drzew było coraz mniej, las przeszedł w zagajnik aż wreszcie Jan znalazł się na leśnej polanie, na której środku majestatycznie wznosiła się olbrzymia, kamienna budowla. Jan obchodził ją dookoła, zadzierał głowę ku górze, ku strzelistym wieżom. Gmaszysko było bardzo stare, zbudowane z dużych kamiennych bloków, o kilku zakratowanych oknach z zamalowanymi na czarno szybami oraz jednej parze drzwi, od strony południowej. Czas pozostawił na nim ślady zniszczenia. Mury były spękane, okna powykrzywiane, krzewy i trawa wdzierały się na dziedziniec wyłożony kamiennymi płytami. Przed drzwiami wejściowymi, na kamiennej posadzce spał młody chłopak. Jan nachylił się i trącił go ręką. On przebudził się gwałtownie, spoglądał zdziwiony, lekko przestraszony, na przybysza, przecierał oczy. - Co pan? Skąd pan? Jak pan się tu znalazł? -pytał zaskoczony. - Przyszedłem na audiencję. Mam bilet -Jan wyciągnął z kieszeni blankiecik…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych