Profesor z małej wioski
Moje pierwsze opowiadanie, napisane na serwisie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Gdy po raz pierwszy otrzymałem możliwość pracy w lokalnej gazecie, zdałem sobie sprawę, z faktu jak wiele zła i podłości drzemie w ludziach, których znamy, zdawałoby się od podszewki, w ludziach których każdego dnia widujemy w drodze do pracy, sklepu, do Kościoła, czy chociażby podczas spaceru z psem. Wydawać by się mogło, że wiemy o każdej ich tajemnicy – nawet tej najlepiej skrywanej, najgłębiej zakamuflowanej w ich domach, które nie zawsze można nazwać ich twierdzą. Gdy pierwszy raz usłyszałem o profesorze S-ewskim, to myślałem, że to jakiś głupi wymysł wioskowych plotkarek, które starają się zemścić na tym człowieku za to, że nie przepuścił ich dziecka do następnej klasy, albo ocenił konkretnego bachora w sposób nieprzystający do wiedzy, jaką zdaniem rodziców posiadał. Gdy jednak spotkałem się z profesorem osobiście, stało się dla mnie jasne, że jest to człowiek głęboko cierpiący. Szkoła w której uczył historii była jedną z setek tysiąclatek, jakie zostały nam po poprzednim ustroju – ustroju, w którym wszyscy byli równi. Tyle pobożne życzenia, praktyka jak wiemy była nieco inna. Szkoła była dużym, jednopiętrowym budynkiem, z podpiwniczeniem, płaskim dachem i niższą od całości salą gimnastyczną. Na zewnątrz sprawiała wrażenie obskurnej i zniszczonej – głównie dlatego, że jakiś bystry gminny urzędnik wpadł na pomysł by pomalować ją na dwa bardzo pasujące do siebie kolory – żółty i brązowy. Farba żółta pokrywała ściany od dachu do miejsca gdzie kończyły się okna klas umieszczonych na parterze – dalej, aż do samej gleby wszystko było brązowe – bliżej ziemi brudno-brązowe, głównie z powodu błota, które po ostatnim deszczu poprzylepiało się do ścian i nie zdążyło jeszcze odpaść. Wchodzę do budynku po małych schodkach – plastikowe drzwi wejściowe w wielu miejscach poprzepalane zapalniczkami – na szybie przyklejona kartka: „Zespół Szkół im… w …. przyjmuje darowizny na Dom Dziecka w ….., dary prosimy kierować do sekretariatu, lub do pani mgr. Anny W…..”. Przechodzę przez małe pomieszczenie, które mój dziadek określiłby jako „łapiwiatry” i po przekroczeniu kolejnych drzwi jestem na małej klatce schodowej. Mój wzrok od razu kieruje się w stronę wielkiej gabloty, szczelnie zapełnionej pucharami i medalami – znak, że trafiłem do szkoły w której przywiązuje się dużą wagę do rozwoju tężyzny fizycznej uczniów. Schody prowadzące na dół i na górę… Na szczycie tych prowadzących na górę, stoi starsza już woźna w stroju roboczym, z nieodłącznym atrybutem swojego zawodu – szczotką w ręku. - A pan to do kogo? - Jestem z prasy, z …. – wymieniam nazwę swojego pracodawcy i widzę uśmiech na twarzy kobiety. - Pan pewnie w sprawie naszego pana historyka, albo do proboszcza. - A czemu do proboszcza? – pytam zdziwiony, wszakże nie słyszałem by lokalny przedstawiciel Kościoła mógł stanowić obiekt mojej ciekawości. - A wie, pan bo jego jeden sąsiad podał do prasy, że zamontował kuranty na kościele, i mu spać nie dają – odpowiada woźna szczęśliwa, że mogła pomóc – Jak pan w sprawie naszego pana od historii to proszę najpierw porozmawiać z panią dyrektor… Pokornie przytakuję i wchodzę na pierwsze piętro, przechodzę przez sekretariat, w którym oprócz niezbyt przyjaznej twarzy sekretarki widzę młodą dziewczynę – może uczyć się co najwyżej w 3 klasie gimnazjum. Sekretarka wskazuje mi drzwi do których przyczepiona jest tabliczka z napisem „Dyrektor, mgr. Teresa S-ska.”. Pukam i po usłyszeniu niezbyt przyjaznego głosu wchodzę do środka. Duży zagracony gabinet, biurko… na jednej ze ścian wielki zasypany stosami książek segment…
Mgr. Teresa S-ska, dyrektorka Zespołu Szkół im. …. w ….
Pan profesor S-ewski, rozpoczął pracę w naszej szkole jakieś, trzy może cztery lata temu. Początkowo nasza współpraca układała się bardzo dobrze, później jednak, coś zaczęło się psuć. Głównie dlatego, że pomiędzy panem S-ewskim, a jednym z naszych wf-istów pojawił się pewien konflikt, którego przyczyn nie byłam w stanie ustalić. Pan profesor S-ewski, jest jednym z naszych najlepszych nauczycieli. W ciągu zaledwie kilku lat, jakie spędził w naszej szkole, uczniowie pod jego opieką zdołali zdobyć dwa pierwsze miejsca w lokalnych konkursach historycznych. Panie redaktorze, proszę mi wybaczyć protekcjonalny ton, ale owszem to wielki sukces, ale niech pan sam powie, po co kupować do szkoły drogie mapy, atlasy i inne pomoce naukowe, jeśli największy nacisk jest u nas kładziony na rozwój harmonijny – zarówno ciała, jak i umysłu. Niestety do pana profesora S-ewskiego, nie trafiały logiczne argumenty, jak chociażby fakt, że w poprzednim roku za pieniądze otrzymane od Rady Gminy udało nam się sfinansować budowę nowoczesnej pracowni komputerowej, oraz zakończyć remont sali gimnastycznej. Jakie były koszta sugerowanych przez pana S-ewskiego zakupów? Niezbyt znaczne, około 3 tysięcy złotych… Tak, dokładnie trzy i pół tysiąca. Na co miały iść te pieniądze… Na mapy, około 10 kompletów atlasów historycznych, oraz rzutnik do pracowni historycznej. Oczywiście rzutniki są w szkole trzy, jeden jest wykorzystywany przez naszego polonistę, pana M., drugi w pracowni techniczno – informatycznej przez pana mgr L., a trzeci pozostaje w „Sali pamięci patrona”. Czy ktoś z niego korzysta? Nie, ale nauczycielom nie wolno go używać… Co do tej uczennicy… Tak, Marysia nigdy nie była spokojnym dzieckiem. Od najmłodszych lat sprawiała problemy wychowawcze. Nic dziwnego, że zeszła na złą drogę…
Wychodzę z gabinetu pani dyrektor lekko zdenerwowany, czego nie jestem w stanie ukryć. Zostałem poproszony o zostawienie sprawy, w zamian za co zaoferowano mi nawet dość pokaźną, bo prawie tysiączłotową łapówkę. Nie przyjmuję pieniędzy, i co jeszcze bardziej dziwi panią dyrektor stwierdzam, że chciałby porozmawiać z panem S-ewskim. Sekretarka podaje mi numer telefonu komórkowego. Mam już wychodzić, gdy zaczepia mnie woźna, która tylko czekała aż zakończę rozmowę z dyrektorką. - I co? - I nic – odpowiadam – Nie dowiedziałem się niczego ciekawego. - Niech pan pójdzie do konserwatora. On panu powie więcej – szeptem dodaje kobieta i szybko wraca do swojej ciasnej kanciapy, do stolika na którym stoi elektryczny czajnik i kilka szklanek. Bez słowa wychodzę ze szkoły i idę w stronę kilku małych szopek, postawionych za boiskiem szkolnym w małym lasku, który pokrywa teren leżący przy budynku szkoły. Za pierwszą dużą komórką, na obalonym pieńku siedzi konserwator, pan Roman, na oko ma około czterdziestu lat, ubrany w znoszony brudne jeansy i koszulę w kratkę. Blondyn, na twarzy wąsy i lekki zarost. Raczej wesoły i przyjazny, uśmiecha się od ucha do ucha. Gdy mówię z czym do niego przychodzę, robi się bardziej spochmurniały. Wstaje z miejsca i otwiera jedne z kilku drzwi wbudowanych w drzwi budynku gospodarczego. Wchodzimy obaj do małego pomieszczenia, zwykłego składziku narzędzi. Konserwator siada na zdezelowanym fotelu, który kiedyś należał zapewne do pani dyrektor, zapala dwa papierosy marki Malboro i dokładnie mi się przygląda.
Pan Roman, konserwator
Panie redaktorze, co ja panu mogę powiedzieć o młodym S-ewskim? Wszystko. Znałem jego, ojca jego znałem, matkę, babkę i dziadka. To był początek mojej pracy na tym stanowisku w tej szkole, gdy Piotrek przyszedł tu do szkoły. Już jako dzieciak był w porządku. Wobec ludzi. Jak coś myślał to, mówił. Nie przyniosło mu to wielu przyjaciół, zwłaszcza, że wokół jego rodziny sąsiedzi robili czarną propagandę. Wie pan jak to jest. Po śmierci dziadka podział majątku na dzieci i sami niezadowoleni. Jeden mówi, że ten drugi go okradł, a ten drugi mówi, że pierwszy to psychiczny. Panie, takie jest życie co tu dużo gadać. Już jako nastolatek parę razy mi pomógł, tak tu, w szkole przy robocie. Kiedyś mieli wf, jeszcze z tym świętej pamięci Andrzejkiem… Nie, nie podam nazwiska, rodzina jego tu mieszka niedaleko, a poco mają mi później przypominać, że ich po prasie obmawiam. No więc, przywieźli do szkoły nowe ławki, i chłopaki od Andrzeja zaczęli nosić, ale dużo niszczyli. Wie pan, dzieciaki z dobrych rodzin, nienawykłe do roboty, przyzwyczajone do leniuchowania, i popisywania się jakie to silne. Piotrek był inny – brał jedno – dwa krzesła i przenosił kawałek, tam podawał drugiemu. Zmyślniej to robił – w ciągu, rozumie pan co mam na myśli. Jemu szło to szybciej niż innym, bo nie latał przez całą drogę, z sal lekcyjnych tu na dół, tylko brał pojedynczo i przenosił kawałek do kolegi, który oddawał następnemu, który z kolei przenosił kawałek dalej i wracał po następne, a z tamtego dalej już do klasy. Byłoby dobrze, żeby nie docinki, nauczycielek i kolegów. Im to się nie podobało, bo miał chłopak własny pomysł, nie szedł w czambuł za innymi, a im, że są gorsi od niego. Ot, zazdrość jak to między dzieciakami. Po skończeniu gimnazjum poszedł do jednej z tych nowych szkół tworzonych przez księży. Wie pan, dobry poziom, et cetra. Coś mu jednak tam chyba nie pasowało… Tu w ….. mówił, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale było widać, że nie mówi nam całej prawdy. Nikt go oczywiście za język nie ciągnął – nie chcesz to i nie mów – o taka twoja wola. Później poszedł na historię, studiował, skończył, potem jeszcze się trochę uczył i przyszedł tu pracować. Mówił, że lubi pracę z młodzieżą, a że młodzież lubiła jego to zaczęli się wokół niego gromadzić. Opowiadał im ciekawie, ze szczegółami, które normalnie poznają na studiach, a oni zapamiętywali. Mimo to, wciąż sporo było dzieciaków, które na niego, jak to oni mówią wrzucały, głównie bachory z urzędniczych domów, wie pan tu jak ma do szkoły przyjść syn, czy córka jakiegoś radnego to choćby dzieciak niedorobiony był, to panie, lepsze oceny jak młody geniusz będzie miał. A co do tej Maryśki… redaktorze, to była najładniejsza dziewczyna w szkole. I najstarsza. Miała osiemnaście, no dziewiętnaście lat i kończyła trzecią gimnazjum jak to się zaczęło, parę tygodni temu, po tym ich egzaminie gimnazjalnym. Na Maryśkę napalał się najbardziej ten pedofil, K-ski, tak ten fajfus od wf-u. Chciał to każdą babę w szkole miał. Z tego co ja wiem to dymał dyrektorkę i wszystkie młode nauczycielki… S-ewski się o tym dowiedział, znaczy o tym, że się na tą małą napala, pedofil jeden i go ostrzegł. Publicznie przy tych jego kurewkach, temu K-skiemu powiedział, panie redaktorze, że jak on tą Maryśkę będzie chciał tego to, on tego tak nie zostawi. A ta dziewczyna..., no wie pan, jak to taka młoda, dawała każdemu we wsi. Dopiero ten S-ewski zrobił z nią porządek… I o to poszło.
Mój rozmówca nie chce mówić więcej. Stwierdza, że i tak powiedział już zbyt dużo. Prosi, żebym porozmawiał z jego przyjacielem, sprzedawcą w sklepie spożywczym na zakręcie nieopodal szkoły. Bez pośpiechu wchodzę do małego obskurnego spożywczaka, nad ladą wielki napis „osobom poniżej 18 roku życia alkoholu nie sprzedajemy”. Przez chwilę szukam właściciela, który wreszcie wychodzi zza przepierzenia i z łobuzerskim uśmiechem na twarzy pyta się co podać. Gdy mówię mu w jakiej sprawie przychodzę jest nieco zmieszany, aczkolwiek spodziewał się mojej wizyty. Zdaję sobie sprawę, że jest ze mną bardzo szczery. Powoli zaczynamy rozmawiać o tym co naprawdę mnie interesuje.
Pan Mieczysław W-ak, właściciel sklepu
Znam oboje, i jego i tą dziewczynę. Panie, zanim on się zajął ich klasą, znaczy klasą tej dziewczyny, to ona tu głównie po prezerwatywy i piwo przychodziła. Aż szkoda było jej, bo ładna, widać, że nie głupia i że mogła by w życiu daleko zajść. Ale nie tutaj, tutaj każdy ją jak dziwkę traktował, a proboszcz to o niej regularnie w kazaniu mówił. Pyta pan, czy dobrze? Proszę pana, niech mi pan tu kawałów nie opowiada bo nie jestem w nastroju na żarty. On ją gorzej, proboszcz znaczy się, od szmaty traktował. A, dziewczyna…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Paweł Bondaruk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…