Wróć do katalogu

Prorok cz.2

Opowiadanie w oparach steampunku... Zachęcam do czytania i oceniania. Enjoy!

karolczak0, opublikowano , 19 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

3.

Finneas otworzył oczy. Pod sobą czuł ciepły piasek plaży. Przez chwilę wpatrywał się nieruchomo w niebo, po czym zwymiotował słoną, morską wodą. Gdy torsje ustąpiły, ponownie spojrzał w niebo. Zdziwił go jego kolor. Przestworza były bowiem fioletowe, od bladego różu na horyzoncie, po głęboką purpurę w nadirze. Złapał się za obolałą głowę, próbując uporządkować fakty. Ostatnim, co pamiętał, był widok morskiej toni zbliżającej się ku niemu z niebezpieczną prędkością w chwili, gdy wyskoczył z eksplodującego „Pielgrzyma”. Obecnie zaś znajdował się na suchym lądzie, wyczerpany, ale żywy. Pytanie, w jaki sposób się tu dostał i gdzie właściwie jest? Rozważania przerwał mu znajomy głos dochodzący z tyłu: - Patrzcie! Odzyskał przytomność. Nawigator odwrócił się. Ujrzał biegnącego ku niemu Efraima, w asyście kilku mary-narzy. - Dobrze, że żyjesz. – powiedział, klepiąc nawigatora po ramieniu – Wyciągnęliśmy cię z wody i wrzuciliśmy na naszą szalupę. Nie byłeś szczególnie żywotny, ale widzę, że jest dobrze. - Co to za miejsce…? – zapytał Finneas, wstając chwiejnie – I czemu niebo jest fiole-towe? - Niebo? To jeszcze nic. Spójrz, jakie tu rosną dziwaczne rośliny. Drzewa wyglądają bardziej jak grzyby, do tego ta seledynowa trawa. Cóż. Wygląda na to, że dotarliśmy na miejsce. Jesteśmy w Źródle. Wkrótce Finneas dowiedział się, że na wyspę dotarły dwie szalupy, które płynęły obok siebie – w sumie piętnastu ludzi i trochę dobytku. Wszyscy byli zmęczeni, chociaż szczęśliwi, że żyją. O losie pozostałych nie było wiadomo nic. Nikt nie wiedział również, co stało się z kapitanem. Wieczorem rozpalono ogniska. Efraim zwołał ludzi i ogłosił: - Jako, że kapitan prawdopodobnie nie żyje, dowodzenie, jako najwyższy rangą, przejmuję ja. Jak niektórzy wiedzą, na okręcie byłem… jestem arcymagiem. Moim zada-niem miało być i będzie przeprowadzenie ekspedycji do źródła oddziaływania thaumicz-nego znanego, jako Pieśń. Nie wiadomo, co może spotkać nas na tej wyspie, więc w razie mojej śmierci dowództwo przejmie pan Finneas Gnosis, nawigator. Aha, i jeszcze jedno… Liczę na dyscyplinę większą niż ta, którą wykazaliście się na okręcie… Dlatego wszelkie próby buntu, jak i dezercja będą karane śmiercią. Dziękuję, możecie już odejść. Zbierzcie broń i prowiant, wszystko, co zabraliście ze statku, opatrzcie rany i ukryjcie szalupy. Jutro wyruszamy.

* * *

Stwierdzenie, że wyspa była dziwna, to spore niedomówienie. Wyspa była dziwaczna. Sprawiała wrażenie wyjętej ze snu, jednak musiałby to być koszmar szaleńca. W głębi lądu rosły drzewa, o których mówił Efraim; bogowie wiedzą, czym naprawdę one były. Bladoniebieskie, organiczne twory, pokryte śluzem, przypominały trzewia; niektóre z nich zdawały się pulsować. Na szczęście dawały się jeść, choć w smaku były ohydne. Nie spotkali żadnych zwierząt, jeśli nie liczyć pijawkopodobnych narośli na kamieniach. Z każdym dniem wędrówki zbliżali się do Źródła, co widać było także w krajobrazie, coraz mniej przypominającym ten, do którego przywykli. Kolory były coraz bardziej wy-paczone, fiolet nieba był już niemal jaskrawy, rośliny coraz mniej przypominały rośliny, kamienie przestawały być kamieniami. Czwartego dnia wyprawy rozbili obóz w niby – lesie kolczastych tworów, które wy-suwały swe ciernie, gdy ktoś zanadto się do nich zbliżył. Rosły tu też olbrzymie, gąbczaste liście, które ścięli i zbudowali z nich prymitywne szałasy. Nieopodal znaleźli strumyk, woda, mimo odpychającej woni, nadawała się do picia. Na noc wyznaczano dwuosobowe warty. Tego wieczora wypadała pora Finneasa i Iona, młodego chłopaka, który na statku był majtkiem. Zajęli miejsca strażnicze na skraju obozu, w pewnej odległości od siebie, tak, by objąć zasięgiem jak największy obszar. Wartowanie było dość żmudnym zajęciem i Finneasowi zdarzało się czasem przysnąć. Na krótko przed świtem obudziło go wołanie towarzysza: - Nawigatorze! Tam ktoś jest! Finneas pospiesznie odgonił resztki snu i rozejrzał się przed siebie, po czym bardziej wyczuł niż zauważył, jakiś ruch na granicy cienia. - Stój! Kto idzie?! – krzyknął w mrok, odbezpieczając jednocześnie keraunet. Tajemnicza postać zniknęła do reszty w cieniu. Nawigator nie mógł już niczego wy-patrzeć. Zapadła głucha cisza. A potem cień rzucił się wprost na Finneasa. Nawigator zdążył wystrzelić z keraunetu, jednak chybił. Niewiele myśląc, odruchowo osłonił się przed atakiem, a następnie skontrował, ogłuszając napastnika kolbą. Gdy dobiegł do nie-go Ion, było już po wszystkim. Razem obrócili ciało agresora, by przyjrzeć mu się do-kładnie w świetle pochodni. Kiedy ujrzeli jego twarz, Ion z wrażenia omal nie upuścił trzymanej żagwi. Finneas zaś, jak gdyby nie wierząc w to, co widzi, wyszeptał: - Kapitan Atheos…?

* * *

Kapitan Atheos Dunweldynn był w żałosnym stanie, gdy go znaleziono. Wycień-czony, w zniszczonym ubraniu, z trudem potrafił sklecić spójne zdanie. Nie był w stanie powiedzieć, co robił przez ostatnie pięć dni, zaś, gdy zapytano go o los pozostałych członków załogi, zaczął płakać. - Jest cieniem samego siebie – zauważył Finneas w rozmowie z marynarzami – W niczym nie przypomina opanowanego, rzeczowego elfa, jakim był na statku. Jakie wyda-rzenia mogły doprowadzić go do tego stanu? Czyżby katastrofa „Pielgrzyma” tak nim wstrząsnęła? Wkrótce opatrzono Atheosa, odziano i nakarmiono. Po południu Efraim zwołał ko-lejną naradę. -...postradał zmysły, to oczywiste. - przekonywał drużynę - Dlatego nie może już wydawać samodzielnie rozkazów. Dlatego dowództwo wciąż pozostaje w moich rękach. Mam nadzieję, że nikt nie wyraża co do tego wątpliwości. Nikt nie wyrażał. - Dziękuję. Jutro wyruszamy w dalszą podróż, jednak przedtem musimy wyjaśnić pewną kwestię. Jest raczej mało prawdopodobne, że kapitan przybył na wyspę sam. Dla-tego musimy dowiedzieć się, co stało się z pozostałymi członkami załogi, by, w razie po-trzeby, ruszyć im na pomoc. Przyprowadźcie kapitana. Atheos fizycznie wyglądał już nieco lepiej przed południem, jednak nie można było powiedzieć tego samego o jego psyche. Nie chciał odpowiadać na pytania, miast tego wodził przerażonym wzrokiem po zgromadzonych dookoła towarzyszach, jakby ich nie poznając. Po kilku nieudanych próbach wyciągnięcia od niego jakichkolwiek informacji, Efraim zdecydował się użyć magii. Usiadł naprzeciw elfa, przyłożył dłonie do jego skroni i powiedział: - Atheosie, spójrz mi prosto w oczy. Jesteś w bezpiecznym miejscu, wśród przyjaciół, nikt cię nie skrzywdzi. Atheos, zdawało się, uspokoił się nieco. - Teraz zadam ci pytanie; postaraj się na nie odpowiedzieć: Co stało się z twoimi to-warzyszami? Z tymi, z którymi przypłynąłeś na wyspę? - Ja... – powiedział były kapitan i niespodziewanie zaniósł się płaczem - Ja... Nie! Nie mogę powiedzieć...! - Oni... nie żyją...! Wszyscy nie żyją! - Co im się stało? Utonęli? Stary elf milczał, pochlipując cicho. W końcu jednak odrzekł: - Nie. Ja... Ja ich zabiłem...! Wszystkich ich zabiłem! Efraim odwrócił się do załogi. Wszyscy stali w milczeniu, zszokowani. - Dlaczego ich zabiłeś? - zapytał po dłuższej chwili - Bo oni też to widzieli... - Co widzieli? Na bogów, odpowiedz Atheosie! - Źródło... Widzieliśmy Źródło...!

* * *

Dzień później wyruszono w dalszą drogę. Wyznanie Atheosa spowodowało podział w grupie. Część osób żądała kary śmierci dla elfa za jego odrażający czyn, podczas gdy pozostali uznawali słowa kapitana za bredzenie szaleńca. Efraim na razie wstrzymał się z wydaniem wyroku. Atheosa prowadzono związanego liną, w eskorcie, jednak czyniono to bardziej z uwagi na niepoczytalność, aniżeli okrutny czyn, do którego się przyznawał. Apatycznie, z oczami zaczerwienionymi od płaczu, szedł pokornie przed siebie. Nibylas ustąpił wkrótce miejsca pseudosawannie, z szarym mchem pełniącym rolę trawy i rosnącymi pojedynczo kolczastymi drzewami. Efraim twierdził, że do Źródła po-został dzień, może dwa, drogi. Podczas postoju Atheos wykorzystał chwilę nieuwagi pilnującego go marynarza, ze-rwał więzy, pobiegł kierunku jednego z kolczastych nibydrzew i objął jedno z nich moc-nym uściskiem. Iglaste kolce wystrzeliły momentalnie ze szczelin, przebijając nieszczę-śnika na wylot. Gdy dobiegli do kapitana, ten już konał, wciąż podtrzymywany w pionie przez ciernie. Cieknąca krew spływała z licznych ran nieprzerwanym strumieniem. Zdjęli go i ułożyli na ziemi. Ostatkiem sił, mimo przebitych płuc, zdążył wycharczeć przed śmiercią jedno, jedyne słowo: -...Uwierzcie! Wypowiedziawszy to, Atheos Dunweldynn, elf, były kapitan "Pielgrzyma", skonał. Tego samego dnia pogrzebano jego ciało w prowizorycznym grobie. Nikt nie mówił tego głośno, ale po śmierci Atheosa dało się wyczuć coś w rodzaju …ulgi? Faktem było, że wkrótce niemal wszyscy zapomnieli o przedśmiertnym żądaniu kapitana. Oprócz Finneasa.

* * *

Pierwsze sygnały tego, że zbliżają się do celu pojawiły się już rano. Na niebie pojawiły się, blade, potem coraz wyraźniejsze, błękitne smugi. W niczym jednak nie przypominały one chmur - podłużne formy o dziwnym blasku, krążące wokół epicentrum, które mieściło się tuż za horyzontem. Później natknęli się na ruiny. Z początku pojedyncze, w miarę wędrówki zaczęły tworzyć obszerny kompleks. Opuszczone miasto. Mijali niszczejące domy, świątynie, fo-ra. Resztki kamiennych budowli nie przypominały dzieła żadnej znanej na Kontynencie cywilizacji. Wkrótce zorientowali się, że miasto wybudowano na planie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych