Przebudzenie
Kolejna porcja absurdu. Tym razek Kastet budzi się i nie wie gdzie jest...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Rozdział pierwszy: Klaudiusz
Kastet otworzył zaklejone ropą oczy. Trząsł się z zimna, leżał w chmurze własnego fetoru, w kałuży swoich odchodów – przynajmniej myślał, że należą one do niego. W ustach miał zupełnie sucho, z trudem je otworzył, okropnie bolała go głowa i mięśnie. Jedyny dźwięk, jaki był w stanie z siebie wydać był suchym mlaśnięciem, dźwięk jaki wydaje sztywny język odlepiający się od szorstkiego podniebienia. No i mógł jęczeć - z zamkniętymi ustami - jęczał więc i jęczał, zdał sobie bowiem sprawę z faktu, że wolał by się w ogóle nie budzić niż zastawać swoją osobę w takim fatalnym stanie. Nie miał pojęcia co ze sobą zrobić, ledwo się ruszał, był sam dla siebie kłopotem. Nie raz miewał kaca, ale w życiu nie czuł się jeszcze tak okropnie.
Nie wiedział gdzie jest, ani jak się tu znalazł. Jedyna rzecz, jaką był w stanie powiedzieć na temat otaczającego go świata to fakt, iż jest już dawno po zmroku. Otaczały go drzewa, leżał w błocie. Dookoła panowała względna cisza rozpraszana lekko hukiem odległego miasta. „Las – przeszło mu przez głowę – jestem w lesie.” Podparł się na rękach i z wielkim trudem stanął na nogach. Spróbował otrzepać się z brudu, lecz nie przyniosło to żadnego skutku, był kompletnie przemoknięty i cały uwalony w błocie. Zorientował się, że nie ma prawego buta, ani skarpetki.
Zza drzew prześwitywało żółte światło jakiejś latarni. Chwiejnym krokiem ruszył w jej stronę, mając nadzieje, że znajdzie przystanek znajomego autobusu, lub przynajmniej jakieś zabudowania, ludzi, którzy dadzą mu cokolwiek do picia, bądź jedzenia. Nie był pewien, ale podejrzewał, że jego żołądek jest zupełnie pusty, czuł skurcz w brzuchu – jak by był on wypełniony ostrymi kamieniami. Chwiejnym krokiem przemieszczał się w stronę światła. Był tuż tuż. Nagle potknął się i z łomotem wyrżnął szczęką w krawężnik, którego się zupełnie nie spodziewał w tym miejscu. Zrobiło mu się ciemno przed oczami. Stracił przytomność.
Kastet obudził się po kilkunastu minutach, w jeszcze straszniejszym stanie niż wcześniej. Teraz nie mógł nawet porządnie mlasnąć miał bowiem zwichnięta szczękę. Do tego zranił się w brodę – krew z rany zmieszała się z brudem jego koszuli.
Rozejrzał się uważnie. Znajdował się na zupełnie pustej ulicy gdzieś pod Warszawą – wnioskował to z faktu iż mieszka w Warszawie – nie mógł się za daleko od niej oddalić. Ulica była długa, prosta, podziurawiona lekko i mokra, musiało przez ostatni czas nieźle padać. Oświetlały ją latarnie, co dawało jej charakterystyczny, pomarańczowy połysk. Nie było na niej żadnego przystanku, co lekko zaniepokoiło Kasteta. Obrócił się za siebie, by się zorientować, że miejsce w którym się obudził nie było lasem, lecz kupa połamanych, wyświechtanych drzew, obdartych z kory i obszczanych przez psy. Pomiędzy nimi widoczne były kupy śmieci, pozostawione przez zamieszkujących okolicę niechluji. Jakieś sto metrów od skacowanego Kasteta do ulicy, na której się znajdował, pod kątem prostym dochodziła inna, węższa uliczka, prawdopodobnie prowadząca do jakichś zabudowań – przynajmniej taką miał Kastet nadzieję. Nie zastanawiając się długo ruszył w jej stronę by po chwili zagłębić się w ciemności. Chodzenie sprawiało jemu duży kłopot, kulał na obie nogi. Uliczka, którą szedł opadała lekko i była zupełnie nie oświetlona. Potykał się co chwila o jakieś kamienie i wpadała w dziury jakimi upstrzona była dorga. W końcu dotarł do pierwszysch latarni – mrygających lekko żółtym światłem. W ich słabym blasku, dość niedaleko, zobaczył szyld prawdopodobnie zamkniętego sklepu – zwiastuna cywilizacji.
Po chwili jego oczom ukazały się pierwsze wiejskie zabudowania. Jego jedyna nadzieja – ludzie dobrej woli – musieli je zamieszkiwać. Wyobrażał ich sobie jako uśmiechniętych ojców i matki, którzy zapraszają go do środka, oferują ciepłą kąpiel, poją herbatą i karmią pysznym, owocowym ciastem. Kastet przyspieszył kroku i dopadł pierwszej lepszej furtki. Nie było przy niej dzwonka, więc wszedł na działkę bez uzyskania zezwolenia ze strony jej wielkodusznych, współczujących i kochających przybłędy właścicieli. Chłopak już widział siebie siedzącego przed suto zastawionym stołem, pełnym ciepłego jedzenia i, utykając lekko, pokuśtykał w stronę małego, drewnianego, zupełnie zaniedbanego domu. „W nim może nie być wanny” – przeszło mu przez myśl, lecz zupełnie nie stracił chęci do konfrontacji z już zresztą zszokowanymi właścicielami. W oknie bowiem od jakiegoś czasu stał Klaudiusz – właściciel domu, obrońca rodziny i głowa domu. Kastet go nie widział, bo wewnątrz było ciemno. Klaudiusz, pewny że właśnie ktoś ma zamiar zrabować jego dobytek, zgwałcić żonę i córkę, zabić psa i podpalić jego dom, uprzednio wiążąc całą rodzinę w środku, przykuwając wszystkich do kaloryferów i polewając ich benzyną, przywitał, ogarniętego euforią Kasteta, kuśtykającego w stronę drzwi ostrzegawczym strzałem z dubeltówki. Kastet, usłyszawszy strzał upadł na ziemię, skręcając sobie kostkę i tłukąc łokieć. W przerażeniu zaczął czołgać się spowrotem w stronę furtki, tarzając się w gównach Klementyny – ukochanego jamnika Klaudiusza – i już po chwili znalazł się spowrotem na ulicy. Klaudiusz, widząc uciekającego napastnika, uśmiechnął się triumfalnie i opiekuńczym ramieniem przygarnął trzęsącą się ze strachu żonę. Po chwili odryglował klapę do piwnicy, otworzył ją i przytulił swoją córkę, która wygramoliła się ze środka wprost w objęcia opiekuńczego ojca. Rodzina Klaudiusza była bezpieczna.
Rozdział drugi: Dom Ludzi Dobrej Woli
Kastet stracił rezon. Jego wyidealizowane wyobrażenie mieszkańców okolicy uległo zmianie, lecz nie poddał się zupełnie – miał jeszcze nadzieję trafić na ludzi dobrej woli. Szedł przez kilka minut i już po chwili jego palec zbliżał się do przycisku dzwonka umieszczonego na furtce jakiejś działki z dużym, ładnie otynkowanym, pokrytym czerwoną dachówką domem, ulokowanym w samym sercu posesji. W domu tym musiało być dużo ludzi, gdyż przed nim stało z sześć samochodów, wszystkie okna były rozświetlone, a z wewnątrz dobiegały rytmy jakiejś wesołej muzyki.
Gdzieś w oddali, w środku domu rozległ się dźwięk dzwonka. Kastet nie musiał długo czekać na reakcję domowników. Drzwi zostały energicznie otwarte, a z domu wybiegła sympatycznie wyglądająca, nieco krzywo, niezdarnie wręcz biegnąca pani. Kiedy zbliżała się do nieoczekiwanego gościa, Kastet zachwiał się i musiał się oprzeć o furtkę. - Biedaczyna! – wykrzyknęła babcia – Jak ty wyglądasz? No chodź do nas, chodź, chodź. Ugościmy cię. Gość dom, Bóg w dom! – mówiąc to wzięła Kasteta pod rękę i zaczęła prowadzić go do domu. Dotarli do obszernej, ciepłej i wypełnionej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil v0rek
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…