Przedostatni
Gdy tylko ją wyczuł odwrócił się z uśmiechem. Tym samym, niezmiennym od lat, choć pośród jej siwych włosów trudno było już odnaleźć ślady dawnego złota.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kobieta ułożyła się wygodnie na łóżku, karmiąc bladość swej skóry ostatnimi promieniami słońca. Żegnała się z nim jak z najlepszym przyjacielem, takim, którego wyrzekła się lata temu i którego może już nigdy nie zobaczyć. Tak, ta chwila była nieunikniona, przynosząca tyle samo bólu co otuchy, strachu co radości, zwątpienia równie mocnego jak ekscytacja. Pieściła zadbanymi dłońmi czerwoną włóczkę, która może kiedyś, a może już nigdy, stanie się prezentem dla jej męża. Czerwony... nie lubiła nici tego koloru, ale z braku każdego innego musiała dziś posłużyć jej za rozrywkę. Dzień pora spania, czesania się i niekiedy jedzenia, ustępował tej, którą uważała za najcenniejszą - nocy, porze miłosnej uczty, w której każdy jej oddech, każde mocniejsze bicie serca sprawia przyjemność jemu. Tak naprawdę tylko on się liczył, tylko on, odkąd pierwszy raz go ujrzała. Miała czternaście lat, gdy spotkali się przypadkowo w starym sadzie ojca. Ojciec wyrabiał niedaleko słodycze, ona prawdziwą słodycz odkryła dopiero w uścisku jego lodowatych dłoni. Na samą myśl o nich, choć dzielili ze sobą już tyle lat, robiło jej się gorąco. Wprost parzyły, gdy tworzył na jej skórze zimne, niewidoczne znaki. Omiotła wzrokiem hamaki czosnku i zastępy krzyży, zdobiące jej pokój. Ze starymi, jeszcze przedmałżeńskimi pamiątkami, parasolami przeciwsłonecznymi, szmacianymi lalkami, koniem na biegunach, (którego dosiadał dziś święty Taeb, patron łowców, przyglądający jej się ze swoich złoconych ram, chyba ze zrozumieniem) tworzyły groteskową, wręcz pokraczną mozaikę. W końcu, była to jej oaza spokoju miejsce, które on znał jedynie z opowieści. Stłumiła kaszel, próbując złagodzić jego atak. Z bólu zacisnęła szczęki, strużka krwi uznała to za najodpowiedniejszą drogę ucieczki, spływając na niedokończony szal. Opadła na posłanie, szarpiąc powietrze płytkim oddechem. Nagle dom zdał się zbyt małym, by pomieścić pokłady jej rozterek i cierpienia. Pragnęła choć raz jeden, przed śmiercią opuścić go, podążyć wąskimi uliczkami rodzinnego miasta, tak naprawdę jedynego skrawka ziemi, który znała. Zresztą, wiele mogło się zmienić, odkąd zakazał jej samotnych wycieczek. Nic nie martwiło go bardziej niż to, że istnieją podobni do niego, teraz już rzadko spotykani, kiedyś zalewający ulice rzekami ludzkiej posoki. Potwory, bo tak je nazywał, nie zasługiwały na odrobinę współczucia. Jego ojciec stworzył jedynie czterech, którzy cenili ludzi i starali się zachować harmonię. Stwory, w które zamieniali się pogryzieni, tworzyły jedynie pustą, bezrozumną przepaść pomiędzy ludzką, a wampiryczną jaźnią. Prawie z takim samym strachem, choć również z odrobiną szacunku traktował łowców wampirów. Z ich powodu również nie pozwalał jej się poruszać po ulicach miasta. Dziś, niedouczeni i zepchnięci na społeczny margines nie stanowili takiego zagrożenia jak pokolenie wcześniej - tamci łowcy wyczuwali martwych po zapachu. Nieustannie tropili ich, wyłapując woń na służących w skażonych dworach, kobietach ukąszonych niedawno, nierządnicach przynoszących ukojenie świeżo ukąszonym, szukającym resztek traconego człowieczeństwa w ich lepkich objęciach, a nawet młodych ludziach, którym udało się zabić potwora. Dobry wampirojad pośrodku tłumu potrafił poklepać drugiego po ramieniu, choć widzieli się po raz pierwszy i życzyć udanych łowów. Takich bał się najbardziej. Dobrych. Tych błądzących z kołkami młodzieńców, którym nie raz i nie dwa wskazywał drogę powrotną z lasu, kłaniających się mu z wdzięcznością, traktował pobłażliwie, a nawet martwił się o ich dalszy los. Taki już był, bez winy i nie zwątpiła w to ani na chwilę, spierając plamy posoki z jego białych koszul. Nie chciał tego, kochał ludzi, fascynował go każdy aspekt ich ulotnego życia. Głaskał ją po włosach i prosił, aby opisała mu tą chwilę. Sam nie czuł dotyku. Ile razy żałował, że jej to wyznał! Przynosił jej lustro, gdy jeszcze malowała usta i szeroko otwartymi oczami śledził precyzje jej ruchów. Pytał, co w nim widzi, co odnajduje w tym kawałku szkła. Co w nim takiego niezwykłego, co przyciąga kobiety bardziej niż złoto? Wypytywał, jak to jest oddychać, jeść lody i czekoladki, a ona odpowiadała. Odpowiadała odkąd się znali, od pierwszego spotkania. Przymknęła oczy, zbierając siły by powrócić do tego wspomnienia. Ukryła się przed ojcem w sadzie, a łaskocząca w nos trawa wywoływała u niej mimowolny śmiech. Nieświadomie ocierała się o nią coraz bardziej, tak że łaskotała ją po policzkach i nosie. - Jakie to uczucie? - usłyszała za plecami. Wystraszyła się, ale tylko przez chwilę. Bała się, że nakrył ją tu ten kulejący mężczyzna, za którego ojciec zamierzał wydać ją za mąż. Widząc wysokiego, przystojnego młodzieńca wpatrującego w nią niebieskie oczy usiadła elegancko i przygładziła sukienkę. Miała na niej ogromną, zieloną plamę, ale on wydawał się jej nie zauważać. - Łaskocze - odpowiedziała, bo było to najoczywistsze na świecie. - Co to znaczy? Spytał bardziej zaciekawiony, nadal zachowując dystans, na jaki grzeczna panienka mogła pozwolić. - To tak... -zamyśliła się, szukając w jasnej główce odpowiednich słów. Zawsze ich szukała, bezustannie, a teraz nareszcie znalazł się ktoś, kto może zechce ich wysłuchać, kto ich nie wyśmieje. - To tak, jakby świat chciał pana ucałować i przytulić tą trawką, ale jest zbyt mała i delikatna, aby mogła to zrobić. Daje panu tylko... taką małą zapowiedź, i sprawia to panu... radość. Uśmiechnął się do niej, przyklękając tuż obok, i zrywając źdźbło pożółkłej już trawy. Przejechał jej nią po ramieniu, tak że serce zabiło jej mocniej, nie wiedziała czy ze strachu. - A ta? Też łaskocze? Spytał ponownie. Najwyraźniej zwlekała z odpowiedzią zbyt długo. Przekrzywił lekko głowę, tak że złote włosy przysłoniły jej na chwilę porcelanowy obraz jego skóry, szykował się chyba do odejścia. - Nie - wyszeptała w końcu - ta jest dość nieprzyjemna, drapie i do siebie zniechęca.
***
Noc trwała już długo, gdy zbudził ją jej opiekun, wślizgując się do pomieszczenia. Jan był jednym z tych, którzy czcili wampiry, ona tego nie rozumiała, jej mąż wydawał się nawet brzydzić swoim sługą. Uważał, że takie zachowanie jest wypaczone i totalnie nienaturalne. Był oddanym człowiekiem, ale nigdy nie odważyłaby się nazwać go dobrym. Chociaż starała się go traktować jak przykazał Bóg, gardziła jego przyziemnymi pragnieniami wiecznego życia i rozpusty. Gardziła nim tym mocniej, im częściej Olivier tłumaczył mu, co oznacza przemiana. Jest to całkowite zatracenie ludzkich cech. Jan wydawał się nie posiadać ich już teraz. Był bardzo wysoki, zawsze chodził jednak przygarbiony, jakby w oczekiwaniu na grad uderzeń. - Pan wrócił, jest w dobrym humorze - oznajmił, gnąc się przed nią w pół i zaciskając nerwowo palce. Zawsze tak dziwnie nimi poruszał, jakby coś knuł. - Wiem, bo tu jesteś - odpowiedziała z wymuszonym uśmiechem. Podała mu niedokończony szal. - Wyrzuć to, możliwie daleko. Odsłoniła kołdrę, pozwalając się przebrać. Olivier nie był zazdrosny. Nigdy, o nikogo. "Pokraczny stwór", jak zwykła nazywać Jana, podniósł ją lekką jak piórko i zaniósł do wspólnego pokoju. Dzielili go z Olivierem szczęśliwie, przez te kilka godzin, podczas
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil brudnopis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…