Wróć do katalogu

Przekleństwo mgły - cz. I

W czasach które nastały ziemia buchała tajemniczą mgłą. W jej oparach w lesie natrafiono na małą kość. Jej tajemnicę ma rozwikłać sfrustrowany reporter.

alink, opublikowano , 30 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

PRZEKLEŃSTWO MGŁY - cz. I

Po 2020 roku nic już nie było takie, jak przed Wielką Przemianą. Koniec świata, wieszczony na długo przed tą graniczną datą, co prawda nie nastąpił, ale Ziemia zmieniła swoje oblicze diametralnie. Przesunęły się kontynenty, granice państw i miasta. W jednych miejscach zniknęły góry, gdzie indziej zalśniły jeziora, a wszędzie z powierzchni unosiła się wieczna mgła, jakby planeta oddawała uwięziony przez wieki swój gorący oddech. Oddech upiora…

ROZDZIAŁ I

1.

O kości powiedział mi Cyryl. Zadzwonił, kiedy jeszcze spałem, i bez ostrzeżenia wrzasnął do słuchawki. Niestety nie był to sen i w pierwszej chwili miałem trudności ze skojarzeniem głosu z osobą. W głowie huczało mi jak w studni. Zakląłem z cicha pod nosem, złorzecząc całemu światu. Nie tak wyobrażałem sobie początek dnia. Cyryl był policjantem i jeśli już dzwonił, to nie bez powodu. Wiedziałem o tym, dlatego mimo szumu w głowie postarałem się o chwilę skupienia i słuchałem go w milczeniu, usiłując jednocześnie powstrzymać rodzącą się co chwilę potrzebę ziewania. W pewnej chwili Cyryl naprawdę mnie zainteresował - ściszając głos wydusił z siebie coś, co zabrzmiało jak „kosteczka”, po czym nagle zamilkł. Czekając słyszałem jego oddech i zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem mój stary przyjaciel nie dostał zawału. Miał już w końcu pięćdziesiątkę na karku i mocno stresującą robotę. W końcu cisza zaczęła mnie drażnić. Nie wytrzymałem i odezwałem się: – No… co z nią? Z tą cholerną kosteczką. Tak chyba powiedziałeś. Nie za bardzo rozumiem. – A to, barania głowo, że to kawałek szkieletu dzieciaka! – wypalił Cyryl. Powiedział to z taką irytacją, że gdybym mógł, zobaczyłbym pewnie jego kudłaty łeb przeciskający się przez szczelinę słuchawki. Przebudziłem się już zupełnie. Potarłem oczy i usiadłem na łóżku. Czyżby wreszcie rodził się jakiś konkretny temat, pomyślałem? Może było jeszcze za wcześnie na takie nadzieje, ale one z reguły pojawiają się jako pierwsze i taka właśnie myśl zaczęła mi kiełkować w sennej wciąż głowie. – Nie powiedziałeś jeszcze, gdzie to się stało i kto znalazł tę… kosteczkę – mruknąłem po chwili zastanowienia do słuchawki. Odsunąłem ją na moment i ziewnąłem szeroko. Nie mogłem się już powstrzymać. – Powiedziałem, szlag by to, ale pewnie jeszcze spałeś. O dwunastej w południe, Matko Boska, Mateusz… – Oj, gadajże w końcu – jęknąłem. Powiedział, że w Szczyrku. Że tę kosteczkę wygrzebała w lesie jakaś psina. Właściciel psa nazywał się Jan Adamczyk. Zanotowałem to w trakcie rozmowy, pogadałem z Cyrylem jeszcze chwilę, a na koniec powiedziałem mu, że temat biorę i zaraz zbieram się do wyjazdu na miejsce. – No i dobrze – sapnął. – Ruszysz wreszcie tyłek z posad. „Ruszysz wreszcie tyłek z posad…” – powtórzyłem w myślach i ciężko westchnąłem. Skubaniec miał w gruncie rzeczy rację. Od wielu dni nie miałem na nic ochoty, z wyjątkiem rozmyślania o swoim parszywym losie. Nie było się zresztą do czego ruszać tyłek. Człowiek nie mógł spokojnie wychylić nosa, żeby się nie nawdychać tego żółtego świństwa. Były momenty, że sam już nie wiedziałem, co jest rzeczywistością, a co ułudą. I na tę mgłę zwalałem winę za całe zło tego świata. Ale tak naprawdę po prostu nic mi się nie chciało. Bo nie mogłem znaleźć żadnego, cholernego tematu. Więc może teraz…

Łatwo było obiecać, gorzej wstać z ciepłego łóżka. Zwlokłem się jednak i łapiąc równowagę poczłapałem do łazienki pod prysznic. Po drodze sprawdziłem, czy za oknem powietrze jest już czyste. Widok ulicy 11 Listopada zaniepokoił mnie lekko. Pomiędzy rzadko stojącymi przy głównym trakcie miasta budynkami snuły się resztki żółtoburej mgły. Oznaczało to, że kiedy spałem, mgła mogła przedostać się do mieszkania, tym bardziej, że kładąc się uchyliłem okno – komunikaty wyraźnie jednak mówiły, że przez najbliższą dobę mgła się nie pojawi. No i masz, pomyślałem ze złością. Jak tu wierzyć naukowcom?

Mieszkałem w Bielsku-Białej od urodzenia i – jak się okazało – dobrze wybrałem. Żywioł Wielkiej Przemiany obszedł się z tym miastem wyjątkowo łaskawie w porównaniu z innymi miejscowościami regionu. Oczywiście, nie obyło się bez „przemeblowania”. Ale jego skutki nie były tak tragiczne, jak w innych miejscach, nie mówiąc już o kraju czy całym wręcz kontynencie – zniknęło sporo budynków, pozapadały się ulice, ubyło ludzi… to prawda. Miasto wydłużyło się też jak guma do żucia. Jednak przetrwało. Ludzie odbudowali je, urządzili na nowo, i znowu można było w nim żyć. Nie miałem na co narzekać.

Zakręciłem wodę i wyszedłem z kabiny. Parowałem jak rozżarzony kamień oblany zimną wodą. Wytarłem się do sucha i odświeżony zabrałem się do pakowania rzeczy. W tym czasie podróż do Szczyrku była prawdziwą wyprawą. Nie to, co kiedyś. Z zazdrością pomyślałem o tym, że przed 2020 rokiem do tej uroczej miejscowości jechało się ponoć kilkanaście minut! Tak przynajmniej twierdzili ci, którzy przeżyli Wielką Przemianę. Teraz było to kilkadziesiąt razy więcej – trzeba było pokonać blisko dwieście kilometrów drogi wijącej się pośród rozpadlin, ziejących gejzerów, przełęczy i licznych tuneli. A wszystko w oparach żółtej, smrodliwej mgły. Sprawdziłem jeszcze raz, czy wszystko pozbierałem, uszczelniłem okna, nasypałem kanarkowi jedzenia na tydzień (przyglądając mu się byłem już pewien, że to cholerne żółte świństwo na pewno zagościło w pokoju – ptak wyglądał jak naćpany) i wyszedłem z mieszkania.

Byłem w połowie drogi, kiedy naszły mnie nieoczekiwanie wątpliwości. A jeśli okaże się, że kość to, na przykład, pozostałość jakiegoś cmentarza sprzed stu lat, podróż tam i z powrotem dobije moje nadwątlone finanse jak amen w pacierzu. Prawdę mówiąc ostatnio nie miałem szczęścia do tematów. Jako nieetatowy reporter prasowy posiadałem też nieetatowe dochody – czyli takie, które, albo były, albo nie. W ciągu minionych miesięcy z przewagą tego ostatniego. Jakoś sobie jednak radziłem szczęśliwy, że przynajmniej moja była żona, Alicja, niczego od ode mnie nie chciała. Ja zresztą od niej też. W sumie temat nadany przez Cyryla mógł podbudować mój budżet, o ile coś z tego wyjdzie, pomyślałem przyglądając się widokom zza okna samochodu. Mijałem właśnie jakiś płaski odcinek porośnięty rdzawymi krzakami. Co jakiś czas oczy atakowały mi napisy z przydrożnych tablic reklamowych, przekonujące, że jadę do raju. O żeż! uśmiechnąłem się w duchu. Dawno nie był nawet w knajpie, a teraz jadę wprost do raju. Jednak jestem szczęściarzem! Szczyrk był piękny, wiedziałem o tym, bo już kilka razy miałem okazję oglądać go w folderach reklamowych. Kiedyś otoczony górami, teraz oblany seledynowymi wodami jezior, nadal przyciągał turystów. Podobno przyjeżdżało ich nawet więcej niż przez Wielką Przemianą. Ale żeby to był raj? A właściwie dlaczego nie, zastanowiłem się. Czyż droga do raju nie wiedzie przez piekło? Mijałem je właśnie – głębokie na kilkaset metrów jary porośnięte drzewami naszpikowanymi kolcami. Spojrzałem za okno i na plecach poczułem ciarki. Jechałem więc tam, do raju, i tyłek ścierpł mi już na kawałek drewna od tego siedzenia, a w głowie wątpliwości kreśliły same znaki zapytania. Wciąż nie byłem do końca przekonany. W każdym razie, ucieszyłem się, wykazałem na tyle dużo zainteresowania, że przełamałem własne lenistwo i postanowiłem coś zrobić. Ruszyłem tyłek z posad… A to już powinno poprawić mi nastrój. Tyle, że nie poprawiało, cholera.

2.

Byłem już całkiem blisko celu podróży. Mijałem teraz w większości puste pola porośnięte zakurzonymi krzakami i ustawione co kilkadziesiąt kilometrów rzędy wielkich metalowych reklam, ciągle z tym samym napisem o raju, pewnie po to, aby nikt już nie miał wątpliwości. W końcu siłą reklamy jest jej powtarzalność, nie było w tym nic nadzwyczajnego, może poza faktem, że takie nasycenie okazywało się irytujące. Od czasu do czasu pojawiało się też na poboczu jakieś samotne drzewo albo stara drewniana szopa. Wszystko jednak w oparach żółtawego koloru mgły. Był to więc księżycowy krajobraz, który nie nastrajał optymistycznie, wręcz przygniatał i frustrował. Początek lata z temperaturami grubo powyżej trzydziestu stopni też robił swoje i sprawiał, że człowiek popadał w rezultacie w dziwne odrętwienie. Nie inaczej było ze mną. Żałowałem jednego - że wyruszyłem z domu tak późno. Nagle zrobiło się całkiem ciemno (zniknęły nawet informacje o raju!), a ja nie miałem przy sobie mapy. Było ich pełno w samochodzie, owszem, ale tak się zazwyczaj składało, że nigdy tej, która akurat była potrzebna. Pozostawało mi więc wierzyć, że żaden gówniarz nie poprzekręcał znaków drogowych dla hecy, jak to ostatnio coraz częściej zdarzało się w całym regionie. Jakaś głupia mania opanowała małolatów… Po tym, jak minąłem wielki most, w świetle reflektorów wiekowego pikapa dostrzegłem tablicę z napisem zapraszającym do zajazdu. Zwolniłem nieco, postanawiając zatrzymać się na mały posiłek. Od rana nic nie jadłem. Kiedy zauważyłem odbijającą w prawo wąską dróżkę, zjechałem na pobocze. Wtedy, tuż przed skrętem na parking, przez drogę przebiegł mi kot. Skurczybyk wyskoczył jak królik z cylindra – z nicości. Tak mi się przynajmniej zdawało. – Cholera by to wzięła! – wyrwało mi się. Nie zdążyłem nawet zahamować. Jeszcze nie dojechałem, a los już zaczynał pokazywać swoje złośliwe oblicze, zsyłając mi pod sam nos to pechowe zwierzę. No nic…, uznałem z pokorą. Stało się. Nie wierzyłem w zabobony, ale byłem przesądny – od kiedy w chwilę po Wielkiej Przemianie z ziemi zaczęła wydobywać się ta paskudna mgła, ludzie tracili głowy. Ci, którzy nieopatrznie nawąchali się cholerstwa, marudzili coś o Bogu, przeznaczeniu, miewali wizje przyszłości, słowem – zachowywali się jak zdrowo naćpani. Wróciła też wiara w pecha, którego symbolem, przynajmniej dla mnie, był właśnie kot. Skoro jednym mgła mieszała w głowach, dlaczego mnie nie mógł kot? Nie byłem nieudacznikiem. Kot, tak czy owak, nie był moim ulubionym zwierzęciem, ale – do diabła – nie jego w końcu obwiniałem w takich momentach. Nie byłem idiotą! Tymczasem parking przed zajazdem świecił pustkami. Sam zajazd jednak był czynny, bo świeciło się w oknach. Moją uwagę zwróciła bryła budynku – na tle ciemnego nieba linia dachu połyskiwała w świetle zimnych promieni księżyca, jakby oddzielając to, co realne, od wyobrażeń i niejasnych przeczuć. Musiałem przyznać, że sprawiało to dosyć upiorne wrażenie. Patrząc na zajazd poczułem, że na rękach jeżą mi się drobne włoski, jakbym stał nie przed zwykłym barem przydrożnym, a jakimś wielkim generatorem prądu. Wzruszyłem ramionami, po czym zamknąłem samochód i pełen sprzecznych myśli udałem się prosto do budynku. W środku przywitała mnie niema pustka. Jedynie za barem brzuchaty mężczyzna, z rękawami koszuli podwiniętymi pod łokcie, polerował talerze. Przez moment stałem bez ruchu jak kołek i przyglądałem się barmanowi – facet był wysoki, barczysty, miał śniadą cerę i brzuch jak balon. Jego twarz wyrażała absolutną obojętność i przypominała bardziej maskę wykutą z metalu niż żywego człowieka. Wyglądało na to, że barman albo pomywacz, czy kim tam był, nie zauważał mnie, i to pomimo faktu, że kilka razy znacząco chrząknąłem. W końcu zniecierpliwiony i wkurzony podszedłem do lady i trzasnąłem z impetem w wystający z niej przycisk. Zadźwięczało jak w kościele. Grubas jednak nawet nie drgnął! Było to dziwne, bo taki dźwięk umarłego wyrwałby z grobu, a co dopiero żywego człowieka. Zanim zdążyłem dokończyć myśl, z boku skrzypnęły drzwi i pojawiła się w nich kobieta w średnim wieku, o przeciętnej urodzie, wyraźnie podekscytowana. Jej oczy błyszczały jak talerze, które tęgawy jegomość, milcząc nadal jak grób, wciąż uparcie polerował. – Dobry wieczór – powiedziała kobieta, uśmiechając się i śmiesznie przy tym podrygując. Zachowywała się jak człowiek przyłapany na gorącym uczynku, który nerwową wesołością usiłuje zatrzeć złe wrażenie. – Przepraszam, ale nie zauważyłam, że ktoś wjechał na parking – tłumaczyła. A jakże, cholera, zakpiłem w myślach. Byłoby to dziwne, gdybyś godzinami sterczała w oknie i wypatrywała na tym odludziu samochodów. Równie dobrze można by tu oczekiwać na latający spodek… Gestem wskazałem na grubasa, zamierzając powiedzieć, że przecież ktoś tu, u licha, jest, ale zanim zdążyłem otworzyć usta, kobieta zaćwierkała pierwsza: – On jest głuchy jak pieniek. I nie widzi. Ale doskonale myje naczynia. Zrobiło mi się głupio. – W takim razie to ja przepraszam – wydukałem nieco speszony. - Już myślałem, że mam halucynacje… Wciąż zawstydzony spojrzałem na kartę dań, usiłując tym ukryć zmieszanie. Kobieta przyjęła jednak zamówienie z uprzejmym wyrazem twarzy, po czym, uspokojona już, zniknęła za drzwiami. Usiadłem w taki sposób, aby móc obserwować głuchego pomywacza. Uznałem, że nie ważne - ślepy czy głuchy, ale facetowi mogło nagle odbić i z powodzeniem mógł mnie zdzielić znienacka w łeb… Brzuchaty wyglądał zresztą dosyć niesamowicie. Dopiero teraz do mnie dotarło, że oczy pomywacza rzeczywiście sprawiały wrażenie martwych. Nieruchome i bez cienia emocji, wyglądały jak doszyte do szmacianej lalki. Jednym okiem obserwując mężczyznę zabrałem się w końcu do jedzenia. Zmiotłem z talerza pulpety z dorsza, a do tego porcję frytek polanych majonezem. Po wszystkim poczułem tak błogie rozleniwienie, że z trudem wstałem. Trąciłem ponownie dzwonek. Tym razem chciałem tylko zapłacić. Kobieta pojawiła się momentalnie, jakby tylko czekała na sygnał. Dałem jej dziesiątaka, a ona chwyciła monetę i wrzuciła ją sobie za koszulę. Byłem pewien, że usłyszę, jak dycha brzdęknie zaraz o podłogę. Pomyliłem się – mimo, że nie zauważyłem, aby miała nawet namiastkę piersi, dziesiątak gdzieś widocznie musiał się jednak zatrzymać. Kiwnąłem jej głową gotów odejść, kiedy zapytała, czy smakowało mi jedzenie. – Tak – odparłem uprzejmie. – Obżarłem się za wszystkie czasy. – To się cieszę – kobieta rzuciła mi rozciągnięty od ucha do ucha uśmiech. Odwzajemniłem się podobnym i zapytałem jeszcze, ile mi drogi zostało do Szczyrku. – Góra pół godziny – odparła nieznajoma. – Są tam przy wjeździe jakieś motele? – Są. I to niedrogie. – Dzięki. W takim razie do widzenia. Zadowolony odwróciłem się w stronę drzwi. – To zapraszam przy powrocie – usłyszałem jeszcze, a po chwili: – Niech pan wypatruje motelu po prawej. Za jakieś pół godziny. Zresztą i tak innego nie ma… Posłałem jej kolejny lichy uśmiech i wyszedłem. Tuż za drzwiami przystanąłem, wpatrując się w ciemną nicość. Chwilę nasłuchiwałem, sam nie wiedząc dokładnie czego, może po prostu ciszy, a kiedy już miałem zejść z małego podestu, usłyszałem za drzwiami, że kobieta mówi do kogoś w środku, aby zostawił już te głupie gary. Czyżbym miał halucynacje? Naprawdę baba coś mówiła? Przecież w środku był tylko głuchy pomywacz! Wariactwo, pomyślałem i ruszyłem w kierunku samochodu. Dziwne miejsce…

Coś

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych