Przeznaczenie Człowieczeństwa cz. 3
Dalszy ciąg powieści. Tym razem będzie religijnie. Polecam szczególnie ludziom niewierzącym, może utożsamią się z gł. bohaterem :)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Bóg. Historia całej ludzkości zawsze obraca się wokół jakiejś religii, u pewnych cywilizacji ta cecha jest wyraźniejsza, u innych mniej. Ale nieważne, o jakiej społeczności mowa, wiara w to czy inne bóstwo zawsze odegra w jej dziejach olbrzymią rolę, poczynając od losów zwykłych jednostek, aż po te dotyczące spraw międzynarodowych. Są na świecie tacy ludzie, którzy oddalają się od swojej religii, aby potem powróciła ona do ich psychiki ze zdwojoną siłą, niczym bumerang. W historii było aż nazbyt wiele przypadków wywoływania wojen przez takie zjawiska. Aż trudno uwierzyć, że przez oddanie swojego życia, jakiejś wyższej sile, istocie, jakkolwiek to nazwiesz, uwierzenie w tę moc, w tego boga, jesteśmy gotowi prowadzić wojnę, zabijać naszych bliźnich, niszczyć ten świat metr za metrem. A przecież wszystkie religie nawołują do pokoju, do szanowania praw drugiego człowieka, do poświęcania się dla innych. Do dobra. A my dalej to robimy. Dalej jesteśmy gotowi zabijać za swoje ślepe oddanie, nie licząc się z kosztami. Czasem nawet mordujemy z powodu nienawiści do drugiego narodu, zasłaniając się swoją religią, niczym złowrogą mgłą w czasie zimowej nocy. Wszystko to, co próbuje nam nasze bóstwo przekazać, ignorujemy wtedy, bez wahania oddając się swojemu ślepemu gniewowi, gotowi ginąć za przekonania, które prędzej czy później znikną z tego świata. I tak oto fundamentem jest dobro, a ludzie tworzą z niego zło. Są również na świecie tacy, dla których religia jest wszystkim, dla których jest jak powietrze, jak ratunek. Ci ludzie widzą w niej nadzieję, czują że nie są sami, że zawsze ktoś, tam, w górze, będzie żeby ich chronić. Takie osoby często decydują się na posługę u swojego bóstwa, stają się sługami siły, w której oddziaływania na nasz świat wierzą. Zaczynają rozgłaszać przekonania, które sami w sobie widzą, po całym świecie. To również nieraz prowadzi do wojny. Ale są również i tacy, którzy kochając Boga, mają w sobie potęgę tak wielką, że nigdy, przenigdy nie skrzywdzą innej istoty. I nikt, ani nic, ani żadne bóstwo, ani cierpienie, ani radość, ani żadna inna siła nie wyprze z nich tego. Są oni jak orędownicy prawdy, męczennicy za zbawienie. I każdy z takich ludzi wierzy, że pewnego dnia zostanie za to nagrodzony.
U końca ulicy, majaczyła niewyraźnie na tle szarego nieba, sylwetka kościoła. Im bliżej Seimash się go znajdował, tym większa się stawała, aż w końcu wypełniła całe jego pole widzenia, od ziemi aż do chmur. Był to duży, niezgrabny budynek, zbudowany na planie bryły. Wystrzelała z niego pojedyncza, smukła wieżyczka zwieńczona drobnym krzyżem. Do olbrzymich, otwieranych wrót wejściowych, prowadziła elegancko wybrukowana alejka, kończąca się łagodnymi schodami. Wszystko to mieściło się właściwie na skraju miasteczka, w opuszczonej okolicy, która jednak w niedzielne popołudnia za każdym razem wypełniała się różnego rodzaju pospólstwem chrześcijańskim, zdążającym na mszę. Dziwna rzecz, ale gdy Seimash tam wszedł, od razu poczuł ulgę, jakby wszedł do jakiegoś przybytku bezpieczeństwa, a za sobą zostawił ten wrogi, szary świat. Bardzo często tak się czuł na terenie kościoła, jakby odwiedzał starego przyjaciela czy może świątynię, w której nic nigdy mu się nie stanie. Powoli wspiął się po schodach i stanął przed otwartymi wrotami. Przeszedł przez nie i znalazł się w maleńkim holu, z którego obu stron można było zobaczyć żerdzie z szarymi misami na szczytach. Chłopiec podszedł do jednej i zanurzył prawą rękę w znajdującej się tam wodzie święconej. Wykonał znak krzyża i wszedł do kościoła. Znalazł się w olbrzymiej nawie głównej, z obu stron zastawionej ławami dla wiernych. Pomiędzy nimi, dążyła prosto jak strzelił przestrzeń kończąca się prezbiterium z ołtarzem na szczycie. Seimash ukląkł, przeżegnał się, i poszedł w głąb. Światło było przytłumione, a jednak nie przeszkadzało w widzeniu, przeciwnie, tworzyło refleksyjny nastrój. Zaczął się rozglądać dookoła. Zawsze zadziwiała go architektura wszystkich kościołów, i miał to szczęście, że w jego miasteczku mieściło się jedno z ładniejszych. Po obu stronach, stały przytulone do ścian konfesjonały, pomiędzy którymi wisiały średniej wielkości obrazy. Przedstawiały one całą drogę krzyżową Jezusa Chrystusa, od osądzenia, aż po zmartwychwstanie. W nawie panowała głucha cisza, zakłócana jedynie echami kroków Seimasha. Nikogo nie było. Prawie. Bowiem u stóp ołtarza, ujrzał tego, kogo spodziewał się ujrzeć. A ujrzał klęczącą sylwetkę drobnego, acz wysokiego mężczyzny, z opuszczoną głową, pogrążonego w modlitwie. Stanął u stóp schodów prowadzących na prezbiterium i czekał w ciszy. Ale mężczyzna najwyraźniej wiedział, kto przyszedł do niego, bo zaledwie kilka sekund później wstał i odwrócił się. - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – powiedział Seimash. - Na wieki wieków. Był to człowiek w średnim wieku, z owalną, trochę nierozgarniętą, ale dobrotliwą twarzą. Na nosie połyskiwały okulary, pod którymi rysował się słaby zarys drobnego zarostu. Szczyt głowy w całości pokrywały mu czarne, gładko ostrzyżone włosy. - Dawno cię tu nie widziałem, chłopcze – dodał ksiądz Piotr. Seimash niezauważalnie uniósł wzrok i spojrzał na makietę olbrzymiego krzyża, zawieszonego nad ołtarzem, na którym wyrysowano ukrzyżowanego Chrystusa, z cierpiącym wyrazem twarzy. - Poczułem, że powinienem z Nim porozmawiać – odparł chłopiec z nikłym uśmiechem. - Poczułeś? A co poczułeś? – zapytał ksiądz a sutanna zaszeleściła mu, gdy schodził z prezbiterium w stronę rozmówcy. - Pragnienie rozmowy. - A widzisz. I tu ujawnia się cała siła wiary w Boga. Nieważne jak daleko byś się od Niego oddalił, on zawsze będzie cię wzywać do swojego serca. - Tak, tylko że niektórzy ludzie nie słuchają tego wezwania i oddalają się jeszcze bardziej – odparł Seimash z jakimś dziwnym rozrzewieniem w głosie, razem z księdzem Piotrem mijając ławy po lewej ręce i zbliżając się do zachrystii. - Chyba do nich nie należysz? - A jak ksiądz sądzi? - Ja? Ja nic nie sądzę. - Standardowa odpowiedź. Wielu innych ludzi uznałoby tę rozmowę za głupią, niewartą zachodu, naiwną albo żałosną. Dla nich, wiara nie miała znaczenia, uważali ją za oznakę słabości albo próbę usprawiedliwienia społeczeństwa swoich niepowodzeń. Seimash jakoś nigdy tak nie uważał. Religia stanowiła dla niego oddzielny świat, światło w ciemnościach życia. Wierzył w Boga i zwracał się do niego za każdym razem, gdy nie znajdował pocieszenia wśród ludzi. Co zdarzało się bardzo często. Weszli do miło urządzonej zachrystii, z dużym stołem pośrodku i różnymi obrazami oraz symbolami religijnymi, którymi były poobwieszane ściany. - A więc usłuchałeś wezwania Pana Jezusa – powiedział ksiądz Piotr, siadając na jednym z krzeseł i gestem zapraszając rozmówcę, żeby usiadł naprzeciwko. – Cieszysz się z tego powodu? - Chyba tak – odpowiedział chłopiec po chwili ciszy. – W końcu to oznacza, że Bóg się o mnie troszczy... Ale zaraz, zaraz... – przerwał nagle. – Proszę księdza, wychodzimy z założenia, że to Jezus mnie wezwał tutaj... Z kolei ja mam wrażenie, że przyszedłem tutaj z powodu własnych kłopotów, aby od nich odpocząć i je przemyśleć w spokoju. Jednym słowem... Uważam, że przyszedłem tu z własnej woli, a nie dlatego, że Bóg tak chciał – zakończył. - A skąd wiesz, że to Bóg nie wywołał twoich problemów, żebyś do Niego przyszedł? – odparł ksiądz. - Ale... To by była skrajnie egoistyczna postawa. Bóg nas kocha. Chce dla nas jak najlepiej. Sprawiałby mi cierpienie, tylko po to żebym tu przyszedł? Jaki to ma sens? - Ty dobrze wiesz, jaki. Już o tym rozmawialiśmy kiedyś – Piotr uśmiechnął się. - Tak... Tak, i dzisiaj właśnie chciałem wznowić tamtą rozmowę – chłopiec westchnął. - Ksiądz powiedział mi wtedy... Powiedział mi wtedy, że wszystko, co Bóg robi ma jakiś cel. Nic nie zdarza się przypadkiem, nic nie idzie na marne. On ciągle…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil The One
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…