Przeznaczenie wampira cz.1
Opowiadanie w formie pamiętnika. Autorką pamiętnika jest Crystal, która pewnego dnia spotyka tajemniczego mężczyznę.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PROLOG - POCZĄTEK ZAWARTY JEST W BIBLII... Ks. Rodzaju, rozdział 4, werset 1-17.
Wersja łacińska: (1) Adam vero cognovit Havam uxorem suam quae concepit et peperit Cain dicens possedi hominem per Dominum (2) rursusque peperit fratrem eius Abel fuit autem Abel pastor ovium et Cain agricola (3) factum est autem post multos dies ut offerret Cain de fructibus terrae munera Domino (4) Abel quoque obtulit de primogenitis gregis sui et de adipibus eorum et respexit Dominus ad Abel et ad munera eius (5) ad Cain vero et ad munera illius non respexit iratusque est Cain vehementer et concidit vultus eius (6) dixitque Dominus ad eum quare maestus es et cur concidit facies tua (7) nonne si bene egeris recipies sin autem male statim in foribus peccatum aderit sed sub te erit appetitus eius et tu dominaberis illius (8) dixitque Cain ad Abel fratrem suum egrediamur foras cumque essent in agro consurrexit Cain adversus Abel fratrem suum et interfecit eum (9) et ait Dominus ad Cain ubi est Abel frater tuus qui respondit nescio num custos fratris mei sum (10) dixitque ad eum quid fecisti vox sanguinis fratris tui clamat ad me de terra (11) nunc igitur maledictus eris super terram quae aperuit os suum et suscepit sanguinem fratris tui de manu tua (12) cum operatus fueris eam non dabit tibi fructus suos vagus et profugus eris super terram (13) dixitque Cain ad Dominum maior est iniquitas mea quam ut veniam merear (14) ecce eicis me hodie a facie terrae et a facie tua abscondar et ero vagus et profugus in terra omnis igitur qui invenerit me occidet me (15) dixitque ei Dominus nequaquam ita fiet sed omnis qui occiderit Cain septuplum punietur posuitque Dominus Cain signum ut non eum interficeret omnis qui invenisset eum (16) egressusque Cain a facie Domini habitavit in terra profugus ad orientalem plagam Eden (17) cognovit autem Cain uxorem suam quae concepit et peperit Enoch et aedificavit civitatem vocavitque nomen eius ex nomine filii sui Enoch
Wersja polska: (1) Mężczyzna zbliżył się do swej żony Ewy. A ona poczęła i urodziła Kaina, i rzekła: Otrzymałam mężczyznę od Pana. (2) A potem urodziła jeszcze Abla, jego brata. Abel był pasterzem trzód, a Kain uprawiał rolę. (3) Gdy po niejakim czasie Kain składał dla Pana w ofierze płody roli, (4) zaś Abel składał również pierwociny ze swej trzody i z ich tłuszczu, Pan wejrzał na Abla i na jego ofiarę; (5) na Kaina zaś i na jego ofiarę nie chciał patrzeć. Smuciło to Kaina bardzo i chodził z ponurą twarzą. (6) Pan zapytał Kaina: Dlaczego jesteś smutny i dlaczego twarz twoja jest ponura? (7) Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną; jeżeli zaś nie będziesz dobrze postępował, grzech leży u wrót i czyha na ciebie, a przecież ty masz nad nim panować. (8) Rzekł Kain do Abla, brata swego: Chodźmy na pole. A gdy byli na polu, Kain rzucił się na swego brata Abla i zabił go. (9) Wtedy Bóg zapytał Kaina: Gdzie jest brat twój, Abel? On odpowiedział: Nie wiem. Czyż jestem stróżem brata mego? (10) Rzekł Bóg: Co żeś uczynił? Krew brata twego głośno woła ku mnie z ziemi! (11) Bądź więc teraz przeklęty na tej roli, która rozwarła swą paszczę, aby wchłonąć krew brata twego, przelaną przez ciebie. (12) Gdy rolę tę będziesz uprawiał, nie da ci już ona więcej plonu. Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi! (13) Kain rzekł do Pana: Zbyt wielka jest kara moja, abym mógł ją znieść. (14) Skoro mnie teraz wypędzasz z tej roli, i mam się ukrywać przed tobą, i być tułaczem i zbiegiem na ziemi, każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić! (15) Ale Pan mu powiedział: O, nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie! Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił, ktokolwiek go spotka. (16) Po czym Kain odszedł od Pana i zamieszkał w kraju Nod, na wschód od Edenu. (17) Kain zbliżył się do swej żony, a ona poczęła i urodziła Henocha. Gdy Kain zbudował miasto, nazwał je imieniem swego syna: Henoch.
I. SPOTKANIE Z TAJEMNICZYM Nienawidzę listopada! Jestem w tym miesiącu niewolnicą szarości, obleśnie nagich drzew i krzewów oraz pierwszych płatków śniegu. Miotam się myślami między pracą a domem, między domem a pracą. Poza tym, stwarzam jedynie pozory stu procentowego szczęścia, bo tak naprawdę, idąc lekko ubielonym chodnikiem nikt nie trzyma mnie za rękę i nikt nie szepce do ucha jak bardzo jestem mu potrzeba. Oj tam! Takie typowe żale samotnej dwudziestodwulatki. Nie bierze się to jednak znikąd. Życie nie rozpieściło mnie pod względem ilości adoratorów. Akurat to może nie tyle mnie niepokoiło, co zbyt długi brak partnera, z którym mogłabym się dzielić uśmiechem i łzami. Mniejsza z tym. Końcówka listopada była taka, jak zwykle. Powroty do domu z pracy były dla mnie czymś szczególnym. Miałam wtedy świadomość, że dosłownie na chwilę jestem wolna. Krok za krokiem, coraz bliżej znajomego bloku, znajomej klatki i równie znajomych drzwi na czwartym piętrze. Klucze w zamek, przekręcamy, zapach minionego dnia wbija mi się w nozdrza. Znowu mama zapomniała przewietrzyć mieszkanie... Wreszcie nadszedł dzień, który w pierwszej chwili nazwałam mianem "INNY". To był bodajże piątek. Tak, na pewno piątek, bo pamiętam, że tego dnia uporczywie wracała do mnie myśl o pracującym weekendzie. Nie mogłam się pogodzić, że to "któryś z kolei". Byłam z jednej strony podirytowana, z drugiej zadowolona, że wpadnie trochę więcej grosza. Idąc do domu starałam się skupić na miękko opadających płatkach śniegu. Przystanęłam z przymusu czerwonego światła na skrzyżowaniu, spojrzałam leniwym wzrokiem na zegarek. Dochodziła dwudziesta. Gwar na ulicy był duży. Zresztą, co tu się dziwić, szłam główną ulicą. W drodze do domu miałam wybór dwóch znajomych mi szlaków. Jeden okrężną drogą wzdłuż pasażu sklepów i domów jednorodzinnych, a drugi na skróty, pomiędzy wyższymi zabudowaniami, zwanymi potocznie blokowiskami, ustawionymi wzdłuż rzadko uczęszczanej drogi jednokierunkowej. Tego dnia coś mnie podkusiło, żeby skręcić między bloki, co pozwalało z reguły zaoszczędzić około dziesięć minut drogi. Szłam po chodniku, zostawiając za sobą ślady butów na śniegu. Był jeszcze nietknięty, dosłownie dziewiczy. Odbijał w sobie milionami refleksów światło pobliskiej latarni. Wpatrywałam się pod nogi z radością, obserwując srebrzyste iskierki. W pewnym momencie, kiedy mijałam dającą mdłe światło latarnię, kątem oka dostrzegłam ruch po lewej stronie. Spojrzałam w tym kierunku automatycznie, jednak wzrok napotkał jedynie dwa ośnieżone samochody, linię krzewów, kilka drzew oraz śmietnik ziejący czarną otchłanią. Wzruszyłam w myślach ramionami, sugerując samej sobie, że to tylko omamy wzrokowe. Pewnie to jakiś kot przebiegł między samochodami, a mi zaraz serce staje w poprzek. Głupota i nic więcej, droga Crystal! Przeszłam jeszcze jakieś dwadzieścia metrów, uspokajając się z każdym stawianym krokiem, kiedy nagle przystanęłam. To był impuls! Jakby paraliż! Nie miałam wcale zamiaru zatrzymywać się, tym bardziej, że blok, w którym mieszkałam, był już w zasięgu mojego wzroku. Odwróciłam się powoli, jednak nikogo nie zobaczyłam. Szukałam wielkimi jak monety oczami nie wiadomo czego, zastanawiając się w duchu, czy już całkiem padło mi na mózg?! Wtedy właśnie poczułam, że ktoś mnie obserwuje. To takie uczucie, kiedy jest się tego pewnym na sto procent! Nie byłam w stanie wytrzymać tego dłużej. Już po kilku sekundach oderwałam nogi od ziemi, zmuszając je do biegu. W niecałą minutę przekroczyłam próg klatki, oddychając głęboko z zadyszki. Biegłam takim sprintem, że pani wuefistka z liceum na pewno by się zdziwiła.
* * *
Następnego dnia nie byłam już taka głupia. Posłusznie poszłam główną ulicą, mijając zaspane okna domów szczelnie pozatykane kolorowymi roletami. Chciałam znaleźć się w ciepłym mieszkanku jak najszybciej. Mróz tego wieczoru uderzył z ogromną siłą, a wydawał się jeszcze większy ze względu na wiatr. Nie była to wichura, ale wiadomo, że przy mrozie nawet leciutki wiatr daje o sobie znać. W takie wieczory działa to w obie strony, jakby mróz i wiatr założyli spółkę trudniącą się dokuczaniem. Wchodząc do domu miałam ochotę wcisnąć się między żeberka kaloryfera, nawet brązowego płaszcza do kolan nie chciało mi się zdejmować. Nie było jednak innego wyjścia. Robiłam po kolei wszystkie czynności, które powtarzałam prawie każdego dnia. Rozbieranie się, przebieranie, wypicie gorącej herbaty, prysznic plus mycie głowy, kolacja, sprawdzenie poczty na skrzynce internetowej i do łóżeczka spać. Tego właśnie dnia sprawdzałam pocztę. Siedziałam z drugim tego wieczoru kubkiem gorącej herbaty, sama w swoim pokoju. Tylko tyle miałam spokoju każdego dnia - te wieczory, kiedy zamykałam drzwi swojej przymałej twierdzy, włączałam komputer i skupiałam się tylko i wyłącznie na tym, co pisało na ekranie monitora. Czasem w przerwie między jednym listem a drugim wcierałam hardo krem w policzki, żeby na drugi dzień nie być „popękaną”. Dochodziła dwudziesta druga. Monitor raził białym tłem zaczętego właśnie e-maila. Szykowałam się do odpisania do mojej najlepszej koleżanki, z którą od dłuższego czasu mogłam jedynie pisać elektroniczne listy. Tylko na to miałyśmy czas. Ona zapracowana, ja tak samo. Chwilami nawet wyolbrzymiałam swoje zapracowanie, żeby uniknąć spotkania, a to tylko ze względu na chęć psychicznego odpoczynku od innych ludzi. Wystarczyło mi dziesiątki klientów, którzy przewijali się każdego dnia w punkcie, gdzie pracowałam. „Cześć Shanon! Właśnie wróciłam z pracy i jestem padnięta...” [kursor miga uparcie] „Może to śmiesznie zabrzmi, ale spoglądając na te krótkie spodenki moro, w których teraz siedzę, przypomniałam sobie, że muszę zakupić u Ciebie jeszcze ze dwie pary. Nie wiem, czy aktualnie masz takie na sklepie, ale jakbyś mogła to zamów. Te kremowe były boskie! Przeczytałam wiadomość od Ciebie i szczęka mi opadła na ziemię i przeturlała się pół metra dalej. Zakochałaś się! Muszę poznać tego fagasa, który tak pomieszał Ci w głowie! ...” W tym momencie zawiesiłam się na momencik, uznając przy okazji, że bardzo sztucznie zabrzmiała ta moja radość. Po cichu zazdrościłam Shanon, że znalazła sobie partnera. Od podstawówki byłyśmy takimi samymi nieudolnymi kokietkami, które za Chiny Ludowe nie mogły sobie znaleźć odpowiedniego faceta. Swego czasu zaczęłyśmy nawet przyznawać z kwaśną miną, że „pora zostać lesbijką”. O tak, brakowało mi bardzo tych długich wieczorów, kiedy siadałyśmy razem przed telewizorem, śmiejąc się do rozpuku albo płacząc ile sił. Wcześniej śmiało mogłam powiedzieć, że byłyśmy przyjaciółkami. Teraz ta więź nieco zanikła, dlatego bezpieczniej jest gdy określam Shanon jako dobrą koleżankę. Jednak pod względem zwierzeń nic się nie zmieniło. Ja byłam pierwszą osobą, która dowiedziała się, że Shanon otworzyła swój własny sklep z bielizną. Ona pierwsza dowiedziała się, że dostałam minimalną podwyżkę. To ja dowiedziałam się pierwsza, że od szamponu z takiej i takiej firmy można nabawić się mega wielkiego łupieżu. A Shanon jako pierwsza dowiedziała się, że uzależniłam się od chipsów. Nawet mamie tyle nie mówię, co jej. Co nie znaczy, że z mamą mam gorszy kontakt. O nie! Wiem tylko, że Shanon niczego nie wykorzysta przeciwko mnie, a mama...Cóż. Niezbadane są te tereny. Kursor migał i migał, a ja zawieszona z kubkiem przy ustach analizowałam zakochanie się. Wiele razy wydawało mi się, że strzała Amora trafiła mnie w tyłek. Właśnie, w tyłek. Jak na razie nigdy w serce. Czekałam na tą chwilę z utęsknieniem, wyobrażając sobie romantyczne spacery, kolacje przy świecach i tego jedynego w zasięgu ręki, w zasięgu ust. Otrząsnęłam się z myśli i odstawiłam kubek na biurko z taką siłą, że aż podskoczyłam na krześle. Zastanowiłam się przez moment, bo przecież nie miałam zamiaru tak walnąć nim o blat. Nagle poczułam znajomą pewność, że ktoś...Nie, tym razem mnie nie obserwował, raczej...wołał. Przetarłam oczy po czym znieruchomiałam tak, jakbym chciała usłyszeć wyraźniej czyjeś słowa. Zarówno w głowie, jak i w moim otoczeniu panowała cisza, nie licząc odgłosów telewizora z poprzedniego pokoju. Cmoknęłam zniesmaczona własną głupotą i wstałam od komputera. Jakoś tak bez namysłu i sensu odgarnęłam firankę z okna i wyjrzałam na zewnątrz. Wszystko było widać jak na dłoni. Śnieg leżał na ziemi jak gdyby nic, blok naprzeciwko stał jak stał, tylko ja miałam dziwne uczucie, że jest na zewnątrz coś, co powinnam zobaczyć. Wreszcie spojrzałam na sam dół, na plac tuż pod moim blokiem. Serce podskoczyło mi do gardła, kiedy na białym tle zobaczyłam czarny zarys postaci. Długi czarny płacz, czarne włosy lekko powiewające na wietrze i te oczy...Przełknęłam ślinę, której akurat w tym momencie zabrakło. Postać wpatrywała się prosto w moje okno! Jakby wiedziała, że tam stoję. To był mężczyzna. Jego surowe rysy bladej twarzy zdradzały, że nie jest kimś zwykłym. Głęboko osadzone oczy lśniły dziwnym blaskiem i o dziwo miały złoty kolor. Chciałam odejść od okna, ale zamiast tego moje mięśnie same poruszyły się w stronę klamki. Parę sekund później stałam w otwartym na oścież oknie, nie czując chłodu, który natychmiast oplótł moje ciało. Koszulka z krótkim rękawem i krótkie spodenki nie były stworzone na taką pogodę, a tym bardziej na wdzierający się do pokoju wiatr. Wpatrywałam się w oczy tego mężczyzny. Nie mogłam się oderwać, nie mogłam nad sobą zapanować! W końcu usłyszałam w głowie głośne: „Zejdź do mnie.” Brzmiało to jak prośba, ale taka bardziej zdecydowana. Byłam pewna, że autorem tych słów jest ten koleś na dole. „Zejdź do mnie, zejdź...Przyjdź. Czekam.” – To wszystko słyszałam wyraźnie. Słowa lodowatymi sylabami wbijały mi się mózg. Krążyły pod czaszką tak, że włos jeżył się na głowie. „Zejdź do...” - Czyś ty już do reszty zwariowała? – usłyszałam nagle za plecami. To była mama. Dopadła szybko okna, odpychając mnie delikatnie, acz zdecydowanie. Zamknęła oba skrzydła i energicznie zasunęła firanki, jakby miały stanowić granicę nie do pokonania dla zimnego powietrza z dworu. Kiedy usłyszałam jej głos i poczułam dotyk dłoni na ramieniu, mogłam nareszcie oderwać oczy od nieznajomego. Opadłam bezwładnie na krzesło, wbijając wzrok w plamkę na blacie biurka. - Crystal, co ci odbiło, na Boga?! – krzyknęła, spoglądając na mnie spod byka. Nie mogłam wydobyć z siebie ani jednego słowa. Nie dlatego, że czułam lekkie omamienie, ale ze względu na zwykły wstyd jaki mnie ogarnął. Zdałam sobie sprawę, jak beznadziejnie musiało to wyglądać. - Prawie goła stoisz w oknie, a ja siedzę w pokoju i zastanawiam się skąd takie zimno ciągnie. Słuchasz mnie? Przeniosłam wzrok na zaczerwienione oblicze mamy. Nie mogłam jej powiedzieć, że na dole stał jakiś mężczyzna, który siłą swego umysłu zmusił mnie do otworzenia okna, nawijał w myślach, a jego oczy lśniły żółtym blaskiem. No przecież to samo w sobie brzmi idiotycznie! - Mamo, ja po prostu źle się poczułam – wyjaśniłam po chwili. - To już wiem - odparła ironicznie. - Ale dlaczego otworzyłaś na oścież okno, kiedy na zewnątrz jest mróz? Miałam na końcu języka „nie wiem”, ale zamiast tego odpowiedziałam: - Oj, nic się nie stało. Musiałam odetchnąć świeżym powietrzem na wiadomość, że Shanon się zakochała. - Tak. A ty z tego powodu masz chorować? - Nie, ale... - Crystal, nigdy więcej takich numerów, jasne? Dorosła, a taka głupiutka! – podsumowała, po czym pogłaskała mnie po głowie. Mama nigdy nie potrafiła się długo gniewać. Dlatego też nie próbowałam się z nią kłócić. Kiedy zaczynała krzyczeć wolałam odczekać, co było zdrowsze zarówno dla niej, jak i dla mnie. Tym razem uspokoiła się na dobre, kiedy włożyłam dżinsy i niebieski sweter. - Tak lepiej – powiedziała z uśmiechem. – Mam nadzieję, że nie będziesz chora. Odwzajemniłam uśmiech, który wypadł w tym momencie dość blado. Wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. Mam tu na myśli racjonalne wytłumaczenie. Może na chwilę straciłam możliwość logicznego myślenia? Przecież niemożliwym jest, żeby ktoś kierował wolą drugiego człowieka. Może do zbieg okoliczności, który wydawał mi się bytem jakimś...? Jakimś dziwnym? Szlag mnie trafiał! Siedziałam…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Silent M.
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…