Psujka
Dziwna historia...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Psujka.
Sam już nie wiem kim jestem. Bezdomny pies włóczący się po okolicy życia, znaczący od czasu do czasu miejsca "tu byłem". Tu byłem, to widziałem, to przeżyłem, tego doświadczyłem. Poczułem, odczułem, wyczułem, uciekłem. Znowu gdzie indziej. Dotknąłem, posmakowałem, skosztowałem, uciekłem. Innej drogi szukać. I tak bez końca. Bez początku.
Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Może nigdy, może zawsze taki byłem. Taki niepasujący, nieadekwatny. Może za dużo wymagam od siebie. Chyba także od innych. Ale tego akurat już nie zmienię. Najgorsze jest to, że istnieje taka granica, którą jeśli przekroczysz wszystko zacznie tracić swój pierwotny kolor. Swój smak, taki właściwy smak, taki jaki powinien być, taki jaki obmyślił dla nas stwórca. Rzeczy, które już tylko na pierwszy rzut oka wyglądają jak rzeczy, głębokie myśli, które nic za sobą nie niosą, uczucia... Uczucia są najgorsze, jeśli ciągle smakujesz wyłącznie namiastek. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, i nagle zdajesz sobie sprawę, że przystawka którą zjadłeś okazała się daniem głównym. A może to ze mnie jest łakomczuch? W tym kontekście moje nędzne uczucia wydają się być czymś najbanalniejszym pod słońcem.
I niech mi nie mówią, że trzeba cały czas do przodu kroczyć. Po co? Po co, skoro po przekroczeniu tej granicy wszystko się kończy. A jeżeli się kończy, to co dalej? Czy istnieje jakiś punkt, punkt wieczności, w którym wiecznie się trwa, który jest niezmienny... Czy jest coś, do czego powinno się dążyć - mając tą świadomość, że warto? Że nie spotkamy się z kolejnym zawodem?
Ech... Być może dążyłem do niewłaściwego celu. Nawet nie wiem, gdzie mam iść. Wszystko się zaczęło od tego... Że po prostu chciałem być szczęśliwy. Boże... Zrób coś ze mną, bo zwariuję!
Spróbuję przeanalizować to jeszcze raz. Wszystko. Od początku. Nie... Właściwie to zupełnie od początku się nie da. Zresztą początku chyba nikt nie pamięta. Cofnijmy się o jedno Ż. wstecz...
* * *
Urodziłem się w domu. Nie w szpitalu, ale w domu - po prostu to przyszło tak nagle. Pamiętam jakby to było wczoraj.
Ale może nie wyprzedzajmy faktów. Jako wolna dusza żeglowałem sobie spokojnie po oceanie wszechświata niebytu. Najpiękniejsze miejsce jakie znam. A powiadają, że gdzieś tam... Istnieje coś jeszcze piękniejszego. Ciężko mi to sobie wyobrazić. W stanie, w jakim się znajdowałem coś takiego jak czas nie istnieje. Dlatego też nietaktem z mojej strony byłoby próbować wytłumaczyć jak długo to trwało. Powiem tylko, że wystarczająco długo. Cieszyłem się, że nareszcie skończyły się moje wszystkie ziemskie problemy, że nie muszę się już niczym martwić. Tutaj... Wszystko co na Ziemi - wydawało się takie śmiesznie małe, śmiesznie zbędne. Wszystkie te troski...
Żeglowałem więc upajając się tym... Czymkolwiek to było. Aż do chwili w której spotkałem Jego. No wiecie... Jednego z tych... Co psują zabawę. Powiedział mi, że nie wiedzą co ze mną zrobić, bo już od trzech wcieleń kończę w ten sam sposób. To znaczy... Od trzech wcieleń skracam sobie drogę, skracam życie, skracam lekcję... Jakkolwiek by to nie nazwać (samobójstwo!), powiedział coś co tłumacząc na ludzki język słów i nieco barwiąc to nutką humoru, brzmiałoby jak: "jesteś niepoprawnym wagarowiczem". I że muszę wracać na Ziemię. Zapytałem, czy muszę. Odparł, że - koniecznie. Dlaczego? Dlatego, że ciągle nie ukończyłem lekcji życia. Powiedziałem mu, że te lekcje są bezsensowne. A on mi odparł, że na tym właśnie polegają - aby odnaleźć sens. Spytałem się, jak można go odnaleźć, skoro w gruncie rzeczy całe ziemskie życie, to tylko śmieszna zabawa. Odparł, że - czasami podczas zabawy, można naprawdę wiele się nauczyć. Zapytałem - po co mi to? Po co mi ta wiedza, to doświadczenie. Odparł, że to część rozwoju, że jeszcze nie jestem w pełni sobą, że jeszcze nie ukształtowałem się w pełni i że nie jestem jeszcze Gotowy. Powiedział, że jestem tak beznadziejnym przypadkiem, iż jeśli nie da mi żadnej porady, to znowu skończy się tak samo. Porada brzmiała mniej więcej tak - że wpierw należy odkryć siebie w pełni, gdyż dusza jest jak nieprzebyta dżungla. Później należy znaleźć w tym wszystkim jakiś sens, oraz cel - który pomoże nam się odpowiednio ukształtować... A później najtrudniejsza podobno część to nauczyć się z tym sensem żyć - i kultywować go tak długo, aż diament mojej duszy będzie dostatecznie doszlifowany, aby móc... Tu już nie zdradził, aby co. Dziwnie to wszystko brzmiało. Mimo, że nie byłem obciążony ziemskim ciałem, ciężko było mi to tak do końca ogarnąć. Zapytałem po raz ostatni - błagalnym tonem - "muszę?". Muszę.
I w tym momencie poczułem jakieś ukłucie. Ciężko opisać ten stan. Jakbym miał użyć jakiejś metafory, to powiedziałbym, że byłem statkiem, któremu ktoś nagle zrzucił z pokładu kotwicę. Wiedziałem już, że zostałem Przywiązany. Od tego momentu zaczyna się okres pełen niepokoju. Ktoś właśnie zapłodnił moją nową mamę.
Ciężko było... Żeglować po oceanie niebytu. To tak jakby z kulą u nogi iść na spacer po lesie. Ciągle jeszcze odczuwałem tą... Wolność, ale to już nie było to. A później... Później czułem się strasznie rozerwany. To tu, to tam. Co jakiś czas budziłem się w brzuchu u mamusi, co jakiś czas zasypiałem i wracałem w niebyt. Muszę przyznać... Że tam w brzuchu również jest przyjemnie. Tak ciepło. I cały grom nowych doznań. To jest ten okres, w którym wszystko cię pasjonuje, wszystko, dosłownie wszystko - chociażby sam fakt pobierania pokarmu, lub tego, że w żyłach pulsuje ci krew. A wiecie dlaczego? To się nazywa straszliwy głód życia. Jakiś instynkt... Odwieczny pierwiastek duszy, który zaprogramowany jest tak, aby chcieć... chcieć i chcieć i chcieć i chcieć. Chcieć żyć.
Jak już wspominałem, poza Ziemią czas nie istnieje. Dlatego też, jako embrion miałem dostęp do wszechpamięci. Także tej, którą ludzie nazywają przyszłością. Nie, nie wierzcie w to. Nie ma czegoś takiego, jak przeznaczenie. Przynajmniej nie do końca. W tym stadium rozwoju mogłem obserwować całe swoje życie - jakie najprawdopodobniej nastąpi. Ta umiejętność jest pewnego rodzaju drogowskazem.
Narodzę się jako biały mieszkaniec Europy, będę miał przyzwoicie zamożną rodzinę. Będę całkiem przystojny i inteligentny. Skończę dobrą szkołę, rozpocznę niezłe studia i tam poznam świetną dziewczynę, w której się zakocham ze wzajemnością. Na ostatnim roku będziemy mieli dziecko. Znajdę świetną pracę. Życie ułoży mi się świetnie! Chcę tego!
W tym właśnie momencie poczułem ostry, rwący ból. Nie wiem dokładnie nawet z której części ciała... Okropny ból, nie do wytrzymania - myślałem, że zwariuję! Nie wiem, ile dokładnie to trwało, ale przy takim bólu wydawało się wiecznością... A później... Doznałem tego uczucia, jak upływa ze mnie życie. Nie wiedziałem jak to możliwe. Po chwili znowu byłem Tam.
Ukojenie. Długo cieszyć się nim nie mogłem, pojawił się On. Spytałem, co to w ogóle miało być. Powiedział: "aborcja". Powiedział, że jakiś pechowy jestem. Ale, że i tak będziemy powtarzać do skutku, innej drogi nie ma. No więc znowu mnie Przywiązano.
Proces był jednakowy, jak poprzednio... Tyle, że... bałem się. Bałem się patrzeć w przyszłość. Przez to, co ostatnio się stało. Jak to jest dokładnie z tą przyszłością? Jak już wspominałem, nie ma czegoś takiego jak przeznaczenie. Tym samym nie ma czegoś takiego jak przyszłość. A jednak embriony zaglądają w nią... Gdyż jest to pewnego rodzaju drogowskaz. Ułatwia, albo utrudnia dalsze życie. W zależności od tego, co się tam zobaczy. Oczywiście po narodzinach zapomina się wszystko. Pozostaje tylko pewne podświadome przekonanie... Co będzie dalej, jak mamy postępować. Drogowskaz. Można to też nazwać intuicją. Jeśli jesteśmy zadowoleni z przyszłości, będziemy podświadomie postępowali tak, aby się ona spełniła. Jeśli nie - będziemy wiedzieli, czego unikać. Lub też nagminnie spełniać fatum, w zależności od tego czy jesteśmy optymistami, czy też - nie za bardzo. Ale to już materiał na inną bajkę.
Każde dziecko patrzy w przyszłość... Czasami tylko zdarzy się taki wariat jak ja. Nie spojrzałem. Zastanawiając się, jaki będzie tego efekt. Może życie będzie bardziej pasjonujące? Jeśli mam już żyć, to nie chcę, aby to życie było szablonowe. No i doigrałem się.
Urodziłem się w domu, zaskakując wszystkich. Nawet poród był błyskawiczny. Nie chciało mi się płakać tuż po narodzinach, jednak po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że warto - dla celów profilaktycznych, aby płuca trochę rozruszać. Specjalnie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil okhan
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…