Wróć do katalogu

Psychodeloman

fantastyka, absurd, psychodela

EdwardHorsztynski, opublikowano , 56 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Głęboki oddech

Grafoman z dysgrafią wziął głęboki oddech. Teraz tylko zapisać te kilka stron, zanim pstryczek elektryczek zrobi psikusa i na ekranie zamiast tekstu, którego każde zdanie nasączone jest potem, ujrzę czarny ekran. Już. Teraz czas na papierosa zwycięstwa. Dym wchodził ciężko, przyjemnie rozgrzewając płuca. Mimo to pięć dni bez snu zaczęło dawać się we znaki. Z żarzącym się Lucky Strike'em w ustach, odkręciłem butelkę szkockiej whisky. Szklanka poszła w górę. Gdy wracała na swoje miejsce, czułem, że sen zaraz zwali mnie z nóg, upuszczę szluga na podłogę i spłonę. Komputer zaś cudem się uratuje, razem z moim niedokończonym dzieckiem, a ja będę się cieszyć pośmiertną sławą. Dostane coś w rodzaju orderu Bohatera Związku Radzieckiego jakieś trzydzieści lat po mojej śmierci, gdy władza uzna że jednak nie byłem wrogiem ludu, a obrońcą spod Leningradu, pogromcą Hitlera, kapitanem Czerwonego Października i pierwszym człowiekiem w kosmosie. Jakie to zabawne, że po śmierci ilość wszelakich fanów zwiększa się. Również wydawcy są wielce szczęśliwi, bo biznes się kręci i nie trzeba płacić wynagrodzenia autorowi. Pisarz czy muzyk zawsze jest więcej warty będąc martwym. Ni stąd ni zowąd do uszu dobiegła mnie muzyka. Mister Sandman, bring me a dream Make it the cutest that I've ever seen Dogasiłem peta w popielniczce, gdy zobaczyłem w moim pokoju Piaskowego Dziadka. - Dzieło ukończone, Grafomanie? - Przedostatni rozdział. Ostatni napiszę w innym miejscu, w innym czasie. Choć nie jestem pewien, czy to można nazwać dziełem. Krytycy pewnie znowu mnie zmieszają z błotem. Albo z wódką, a potem wypiją bez zagrychy. To może lepiej kopnąć w kalendarz. Im bardziej wymyślne samobójstwo tym większa sława. Może jakbym zastrzelił kilku postkomuchów, a na końcu popełnił samobójstwo w jakiś nietypowy sposób... Może wtedy, któraś z moich książek stałaby się szkolną lekturą? Lecz znając polonistów, zaczęli by to interpretować w jakiś kosmiczny sposób. A potem by uczyli, że policjant zabity przez jedenastoletnią dziwkę, jest metaforą prześladowania chrześcijan za czasów Nerona albo, że pisząc o wilkołaku mordującym posłów, myślałem o podróży Mickiewicza na Krym. Oczywiście jako zwłoki, nie mógłbym przedstawić swojej wersji, jak większość pisarzy i poetów omawianych w szkole. Piaskowy Dziadek sypnął piaskiem i zapadłem w sen.

Wyglądała jak z filmu sado–maso, dla szarych, cichutkich bibliotekarek, które po pracy, w lateksowym stroju, masturbują się przed obrazem wodza Tysiącletniej Rzeszy. I rzeczywiście, za nią, na ścianie, wisiał olbrzymi obraz Furhera. Mimo że w czarnym, lateksowym kombinezonie jej sylwetka wyglądała pociągająco, to i tak dreszcz, który przeszedł mi po plecach, kiedy oblizała się języczkiem po ustach barwy krwistej czerwieni, nie był dreszczem podniecenia. Odwróciła się w stronę obrazu, a wódz podał jej bagnet. Rozpięła kombinezon, po to by następnie rozciąć bagnetem swój brzuch. Wnętrzności rozlały się na podłogę. Gdy jelito zaczęło pełzać w moją stronę, zacząłem się cofać, lecz niczym macka Cthulhu, chwyciło mnie za szyje i przyciągnęło do brunetki z esesmańską czapką na głowie. - Żryj to kochasiu. Jako że miałem pewne opory, jedna z "macek" dała mi porządnego klapsa w tyłek. - Albo jesz wątróbkę po bawarsku albo będzie kara... Będąc w pozycji klęczącej, modliłem się do wszystkich świętych, katolickich jak i prawosławnych o jakiś mały cud. Czyżby dźwięk telefonu był właśnie tym? Znowu byłem w moim pokoju. Nie wiedząc, czy naprawdę wróciłem, czy się przeniosłem do innego snu, podbiegłem do telefonu. - Dzień dobry, czy rozmawiam z Adamem M? - No raczej nie inaczej. - Dzwonię z Matrixostrady S.A. Chciałabym zadać panu parę pytań. Czy jest pan zadowolony z szybkości łącza? Czy abonament pana zadowala? Jeśli nie, mamy dla pana nową interesującą ofertę... Komm zu mir mein judischer Junge zurück, ich werde dir aus deiner Arsch der Holocaust machen! - Co do kurwy?! - rzuciłem telefonem jak oparzony. Mam już dość, jestem zmęczony. Chce... chce... iść spać. SPAĆ. Dopiero wiele godzin później, udało mi się wyrwać z objęć Morfeusza. Ewa Braun na szczęście mi odpuściła, lecz i tak pozostałe sny były iście psychodeliczne. Domyślam się że spałem z jakieś trzydzieści godzin. Podniosłem się z podłogi i odłożyłem telefon na miejsce. Czułem się, jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł. Na moje nieszczęście w korytarzu stało lustro. Wniosek? Praca choćby była naszą pasją i tak szkodzi na cerę. Potrzeba mi wakacji. Ale to potem, teraz trzeba doprowadzić się do stanu używalności. Zrzuciłem z siebie wszystkie ubrania. To są plusy mieszkania samemu. Możesz sobie biegać na waleta. W żadnym ubraniu nie czuję się tak naturalnie i swobodnie jak nago. Zresztą jest to przecież nawet zgodne z naturą. Człowiek zachodu zaś walczy z naturą na wszystkie możliwe sposoby, wyrzekł się jej. Nawet jego własne ciało stało się dla niego tabu. Czymś wstydliwym, czymś co trzeba ukrywać. Ze starej metalowej papierośnicy wyciągnąłem elegancko skręconego jointa. Powąchałem, wciągając powoli aromat w nozdrze. Głęboka woń niemal rozpieprzyła mi śluzówki. Odmiana White Russian, tegoroczny plon. Raźnym krokiem ruszyłem w stronę łazienki. Blancik i długa kąpiel, to właśnie to czego mi trzeba. Doktor nauk dziennikarskich nie ma łatwego życia w Kraju Nadwiślańskim. Momentami wypruwałem sobie flaki (ŻRYJ MOJE FLACZKI MEINE LIEBE!) by móc prowadzić godne, oświecone i pijane życie. Zasłużyłem na wakacje. Już wiem nawet gdzie pojadę, oj wiem... Przyjemny dymek, leciutki niczym chmurka, przywrócił mi jasność myśli. Plan na dzisiaj: zjeść pożywne pełnowartościowe śniadanie, zobaczyć jakie dragi mam, a jakie muszę zakupić, zdrzemnąć się jeszcze trochę i... ruszyć w trasę! Złapałem "chwilową" zwiechę i z wanny wygramoliłem się dopiero po około półtorej godzinie. Pewnie posiedziałbym jeszcze dłużej, gdyby nie męcząca gastrofaza. Wytarłem się i dalej będąc nago, wszedłem do kuchni. Zmarkotniałem po otworzeniu lodówki. Miałem ochotę na mega jajecznice z kiełbaską, cebulką, szczypiorkiem, dziecięcymi palcami i papryką. Niestety będzie to jajecznica składająca się jedynie z jajek i pieprzu. Podczas gdy stawiałem patelnie na kuchence włączyło się radio. - Gooooood mornig Vietnam! - zawył odbiornik. - Czy wiesz chłopcze, że jajka są cholernie zdrowe? Są źródłem łatwo przyswajalnego białka, witaminy A, D, E, witamin z grupy B, a także zawierają pierwiastki takie jak potas, siarka, fosfor, żelazo, cynk. - A mnie od małego straszyli, że zawierają bardzo dużo cholesterolu i są niezbyt zdrowe. - Ależ to bujda! Czy wiesz że Ribbentrop jadał codziennie na śniadanie jajecznice z szesnastu jajek? - I umarł przed sześćdziesiątką. - No bo go powiesili. Ogółem jajka... - Skończ już, wierze ci, niech ci będzie. Nałożyłem jajecznicę na talerz i zalałem kawusie wrzątkiem. - No kawa to na pewno zdrowa nie jest. Jesteś świadom, że... Próbowałem wyłączyć radio, ale bezskutecznie. Sam fakt, że przez cały ten czas nawet nie było podłączone do prądu, dotarł do mnie dopiero teraz. Koniec końców radio wyleciało przez okno i upadku z szóstego piętra raczej nie przeżyło. Co mi tam, sprzedam nową książką to stać mnie będzie na nowe radio. Na raty. Zarzucone 2c-b, czyli bardzo sympatyczna psychodeliczna fenyloetyloamina, zaczęła już działać, gdy szykowałem się do wyjścia. Przez chwile patrzyłem się w lustro. Tak dawno się nie goliłem, że aż zapomniałem jak wygląda moja twarz. KTO TO KURWA JEST?! – zapytałem sam siebie gdy maszynka do golenia zakończyła swoją pracę. Założyłem ciemnoniebieskie lenonki i wyszedłem. Usłyszałem nadjeżdżającą windę, zanim nacisnąłem magiczny przycisk. Czyli spotykamy się z sytuacją której nie lubię. Ta niezręczna cisza, ten krępujący moment, gdy dwoje prawie obcych ludzi spędza czas razem, w ciasnym zamkniętym pomieszczeniu. TSZZZZ - Dzień dobry pani Krystyno! (pieprzony moher, wnuk pewnie musi chodzić trzeźwy, a ty zamiast dać mu pieniążki na SKO to na R.M. wydajesz) – powiedziałem z uśmiechem. Achh ta miłość do ludzi, która ogarnia czasem człowieka po psychodelikach. - A dzień dobry, dzień dobry - odpowiedziała mniej miło, z krzywym uśmiechem, jakby zjadła coś kwaśnego. TSZZZZ, tss. Popełniłem błąd biorąc głęboki wdech nosem. Nie wiem czy w windzie panował zapach moczu, czy starego człowieka. - Zawiódł mnie pan, panie Adamie. Myślałem że porządny z pana chłopiec. Znałam nawet twoją babcie, gdyby ona wiedziała... - Ale o co właściwie chodzi? - zapytałem leciutko rozdrażniony. - O książki! O książki chodzi! Wnuczek pokazał mi jedno z pańskich dzieł, TFU! - splunęła za siebie żółtą starczą śliną – Te przekleństwa! Ta erotyka! Czy pan w ogóle chodzi do kościoła? A jeszcze te wszystkie szatańskie narkotyki! Tak dobrze pan je zna, jakbym sam pan brał! Zobaczy pan, od tego wstrzykiwania sobie maryhuaniny w żyłę, to najpierw pan wyląduje na ulicy, a potem na cmentarzu! Ale komunalnym, bo na katolicki to żaden ksiądz pana nie wpuści, już ja się o to postaram. Ja już wiem skąd te wulgaryzmy młodzież bierze. Z takich książek jak pańskie. - Taa... jakby młodzież w ogóle czytała cokolwiek... Skupiłem wzrok na antence od jej beretu, która się ruszała jakby szukała fal radiowych. Gdy winda zatrzymała się na parterze, wystrzeliłem jak z procy. Wychodząc z klatki schodowej odważyłem się na kolejny głęboki oddech. Tym razem zapach był o wiele milszy. Końcówka lata z odrobiną jesieni. Chyba mój ulubiony zapach. Owe osiedle zaś nie należało do moich ulubionych. Masa dresów wymieszana ze skinami. Choć na jedno wychodzi, bo ci drudzy to po prostu dresy, które znalazły sobie parszywą ideologię, by nadać sens swojemu żałosnemu życiu. Masz dłuższe włosy? JESTEŚ ZDRAJCĄ NARODU LEWACKA KURWO. A Kościuszko to niby łysy był, tak? W sumie to część z nich nawet nie wie co to za postać. W każdym razie, osiedla sobie nie wybierałem, ale skoro babcia zostawiła mi w spadku tu mieszkanie, to trzeba korzystać. A hołota dała mi spokój, od kiedy wiedzą, że zawsze chodzę z rewolwerem, który mile mi ciążył obecnie w kieszeni skórzanej kurtki. Wchodząc na parking minąłem grupkę tych narodowych chłopców. Jeden z nich kiedyś połamał matce żebra jak na wigilie podała karpia po żydowsku. Ciemnozielony garbus miał problem z zapaleniem, lecz czułem tak kurewski spokój umysłu, że nawet atak zombie i inwazja Armii Czerwonej nie wytrąciłaby mnie z równowagi. Automobil w końcu jednak zapalił. Ja również. Ruszyłem moim psychodelochodem ulicami Białegostoku. Szybko znalazłem się przed domem Serdecznego Znajomego. - Kto tam? - zapytał przez domofon. - Ja. - Co za ja? - Grafoman. Już przy wejściu uderzyła mnie silna woń kadzideł. Serdeczny Znajomy uściskał mnie w drzwiach. Chyba był tak samo trzeźwy jak ja. - Czego ci trzeba dobry człowieku ? - położył mi rękę na ramieniu. Widać po nim było że jest nieźle "skwaszony". Podałem mu kartkę. - Człowieku, dużo tego! - odpowiedział ze śmiechem – Ale da się zrobić. Zaczekaj. Usiadłem w pokoju pełnym psychodelicznych i hipisowskich malunków. Ogółem cały jego dom wyglądał jak z lat sześćdziesiątych. Biedak nie ogarnął jeszcze, że hipisowska rewolucja się skończyła. Wiecznie dobry dla wszystkich ludzi, idiota tworzący sobie lepszy świat, tak bardzo nie pasujący do systemu. Naiwniak, bezgranicznie wierzący w ludzką dobroć. Duchowy przewodnik lepszy od tysiąca księży razem wziętych. Szkoda, że nie ma więcej takich ludzi. - Robisz jakąś imprezę i mnie nie zaprosiłeś? – spytał, gdy w końcu stoczył się ze schodów. - Nie, to tylko dla siebie. Jadę na małe wakacje. - Dałem walutę i wziąłem to co trzeba. - Ale wiesz, jakbyś miał ochotę na jakąś wspólną grzybową podróż czy coś takiego... - Tak tak, wiem gdzie cię znaleźć – uśmiechnąłem się i zamknąłem za sobą drzwi.

Podróż w podróży

O świcie siedziałem już w moim zielonym wojowniku szos, który zabrał mnie w niejedną podróż po czasie i przestrzeni. Oczywiście w duecie z psychodelikami. O tej porze ulice Białegostoku były puste niczym jelita po środku przeczyszczającym, więc nie stwarzałem zagrożenia dla ruchu. Gdy już opuściłem miasto pomyślałem, że czas na jakiś drogoumilacz. Rzuciłem mapę Bieszczad na tylne siedzenie i jedną ręką otworzyłem czarną walizkę, leżącą na siedzeniu pasażera. A była to bardzo cenna walizka, niczym piracka skrzynia pełna skarbów. A do tych skarbów należała meskalina, lsd, 2c-b, 4aco-dmt, dużo grzybków różnych gatunków, kilka butelek absyntu, torba zioła, hasz i opium. Zawsze dobrze jest mieć pod ręką trochę opium. Zawahałem się zanim wziąłem kartonik z lsd do ust, z powodu podobizny Lenina na blotterze. Po chwili wziąłem kolejne cztery. - Czy one nigdy nie śpią? - pomyślałem obserwując nierządnice babilońskie przy drodze. Chodzące ludzkie toalety. Ale niektórych podnieca takie upodlenie. Znałem kiedyś dziewczynę, którą podniecał seks za pieniądze. Równie dobrze mogłaby przeznaczyć te pieniądze na biedne dzieci lub na używki dla mnie. To mogłyby być nawet pieniądze z Monopoly. Po prostu podniecał ją ten rodzaj perwersji. Plus dla niej, że miała odwagę, by spełnić swoje fantazje, w przeciwieństwie do znudzonych żon i innych kobiet które raz na jakiś czas, czy to raz na tydzień czy to raz na pół roku, fantazjują o seksie analnym, grupowym czy nawet gwałcie. Faceci zresztą też, lecz większość ludzi skrywa to w sobie, często bojąc się tego, co na to powie partner czy partnerka. Część z tych osób zaryzykowała i dostała opierdol od partnerki/partnera, a część też zaryzykowała i... nie żałowała spełnienia swoich fantazji. Lepiej zaryzykować niż być niespełnionym do końca życia. Ale ważne jest by nie zatracić się w tym. I nie skończyć całemu we spermie, krwi, szczynach i gównie. Po chwili namysłu, która trwała mniej niż ćwierć sekundy wziąłem na język kolejny kartonik. Hipisowska ambrozja, trudne dziecko Alberta Hofmanna. Broń dzieci kwiatów przeciwko systemowi. System zaś w odwecie zdelegalizował to co było używane jako cudowne lekarstwo przez terapeutów i to co wyzwalało ludzkie umysły. Teraz, słuchając "San Francisco" Scotta Mckenzie, poczułem nostalgię. Nostalgię za czasami w których nie żyłem, ponieważ urodziłem się za późno. Czasami, gdy coś w ludziach się przebudziło. Love and peace for everyone. Wolna miłość, komuny gdzie ludzie uprawiali ziemię i wszystkim się dzielili. I przede wszystkim muzyka. Muzyka która zacierała różnice między ludźmi. Jak oparzony, zmieniłem szybko piosenkę na taką z pierdolnięciem, zanim ten nostalgiczno-melancholijny nastrój pochłonie mnie całego. Jadąc, starałem się też nie zwracać uwagi na zakazane mordy na plakatach wyborczych. Fałszywe facjaty o sztucznych uśmiechach. Jak ci ludzie potrafią żyć ze samym sobą? Jadę, mając nadzieję, że w bieszczadzkim zaciszu będę mógł dokończyć książkę. W spokoju, z dala od tego całego wyborczego bałaganu. Niektórzy mówią, że to najważniejsze wybory od wielu lat. Mówią też, że przyniosą wielkie zmiany. Możliwe, zawsze przecież może być gorzej. Sam też nie mam zamiaru wybierać między pieskami Unii Europejskiej, konserwatywnymi białymi katolikami, postkomuchami i cyrkiem Palikota. Najrozsądniejszą opcją są "korwiny", lecz to jest opcja skazana na niepowodzenie. Mimo że 80% Polaków zgadza się z ich poglądami to i tak znowu zdobędą dwa procenty głosów. Może byłoby lepiej, gdyby ich guru nie starał się być na siłę kontrowersyjny i potrafił się wysłowić. Nawet jeśli mówi dobrze, to co z tego, skoro nie da się go zrozumieć. Druga rzecz, która by im pomogła to dostęp do mediów. A podobno w Kraju Nadwiślańskim cenzury nie ma. Szkoda, że jest jak jest, bo to chyba jedyna opcja, która uchroniłaby nas przed staniem się Socjalistyczną Republiką Europejską. Tak jak kiedyś byliśmy zależni od Moskwy tak teraz jesteśmy zależni od Brukseli. Czuję, że w przyszłości przerodzi się to w przyjazny, nowoczesny, dobrowolny totalitaryzm. Wszystko małymi kroczkami. Ogłupienie społeczeństwa, monokultura, manipulowanie opinią publiczną, wprowadzanie nakazów i zakazów. A ty pewnego dnia się obudzisz i się okaże, że jesteś faszystowskim kryminalistą. Czuję się rozczarowany. A jeszcze bardziej zrezygnowany. Czasem można mieć nadzieję, że wszystko się polepszy, że wszystko się zmieni. Dla Kraju Nadwiślańskiego nie widzę jednak żadnych perspektyw. Nie ma żadnej partii, na którą można by głosować. Można tylko wybierać między jednym złem, a innym. Nie ma nawet jednego człowieka, za którym można by pójść! Gdzie jest Piłsudski na swojej kasztance? Gdzie Kościuszko zbierający ludzi? Nie ma nikogo takiego. A sam lud nie ma głosu. Demokracja nie jest już demokracją, gdy do władzy się dorwie nieodpowiednia osoba, która zacznie zmieniać reguły gry. Za jakiś czas zaczną nas znakować kodami kreskowymi czy chipami. Ciągła inwigilacja niczym w Truman Show. Do tego przepisy odnoszące się do wszystkiego. Najmniejszy szczegół musi się zgadzać z przepisami unijnymi. Musisz szczać pod odpowiednim kątem, spać określoną liczbę godzin, brać tyle i tyle wdechów na minutę. Albo może w ogóle wprowadzić podatek od oddychania. A jeżeli powiedzą ci, że wiewiórka to warzywo i rośnie w dziupli to tak jest i już. - Nie dojdzie do tego bo proletariat znowu powstanie, by walczyć z kapitalistycznym terrorem. - Co do kurwy?! - pomyślałem. - Yy aae?! - powiedziałem Lenin siedzący z tyłu zachowywał stoicki spokój, w przeciwieństwie do mnie. - Nie widziałeś tabliczki "zbrodniarzom ludzkości do automobilu wstęp wzbroniony"?! - Ja zbrodniarzem? Wyzwoliłem przecież lud pracujący. - Ciągle gadasz o tym ludzie pracującym. Spójrz na swoje ręce, delikatne jak pupa niemowlaka. Nigdy nawet nie pracowałeś! - Jeśli masz zamiar mnie tu zbrodniażować to zacznij od Stalina. Ten gruziński bydłojebca nie powinien był dojść do władzy. Jóźwa się przydawał, jeśli trzeba było komuś spuścić łomot lub otworzyć słoik z ogórkami na zagrychę, ale to Trocki miał przejąć władze po mnie... - Wyżalisz się komuś innemu, ty rosyjsko-kałmucko-żydowsko-niemiecko-szewdzki ojcu chrzestny czerwonej zarazy. Wysiadka! - Zatrzymałem się na poboczu, lecz go i tak już nie było w samochodzie. Nie trzeba było brać tego kwasa. Zapaliłem papierosa, by uspokoić nerwy. Ledwo zdążyłem się zaciągnąć, by zaraz wszystko wykaszleć. W stronę mojego samochodu szedł ktoś wyglądający tak unikatowo, że mógłby robić za jednoosobową mniejszość etniczną. Pomarańczowe buty, rozwiązane sznurowadła , spodnie jak u Alladyna, dżinsowa kurtka, na głowie zaś kilka dredów i jakieś niebieskie pasemka. Do fryzury brakowało mu tylko przyklejonej gumy do żucia. Jeszcze większe było moje zdziwienie, gdy jak gdyby nigdy nic otworzył drzwi i wsiadł. Bojąc się odezwać do tego czegoś, siedziałem paląc papierosa nerwowo. - Jedziesz pan czy nie? - zapytał - Gdzie mam jechać? - No łapałem stopa, a pan żeś się zatrzymał. No i ruszyłem. Jakbym powiedział temu odklejeńcowi, że nie zatrzymałem się dla niego, ale po to żeby wysadzić Lenina, to sam bym wyszedł na odklejeńca. - Gdzie mam cie wysadzić? - Powiem panu jak będziemy na miejscu. - Kurwa, a co jeśli to jakiś psychol który rzuci się na mnie z zębami na jakimś odludziu? Albo jeszcze gorzej, może to zwolennik Palikota. Biorąc pod uwagę jego wygląd, może jedno i drugie - pomyślałem - Słucham? - zapytał - Słucham słucham? - Pan powiedział to na głos. - Powiedziałem? - Tak - Kurwa, dopiero początek drogi a już jestem ućpany po uszy. - Znowu pan to powiedział. Wcisnąłem mocno pedał gazu. - Czy nie jedziemy za szybko? - zapytał odklejeniec - Jesteś z gestapo? - Z czego? - Chłopak był zdezorientowany i trochę wystraszony, gdyż samochód jechał coraz szybciej. - Z policji? Z tajnych służb? NKWD? Stasi? SMIERSZ? Straży pożarnej!? Odpowiadaj! Albo zabije nas obu! Skurwesyny nie wezmą mnie żywcem! - Nie, nie! Nie jestem! - Kłamiesz! - Nie, przysięgam! Wybrałem się tylko na grzybobranie! Niech pan zwolni, bo obaj zginiemy! Garbus wydał dźwięk, jak zepsuta pralka, więc musiałem stanąć tak czy owak. Gdy tylko samochód stanął, młody wybiegł z samochodu i zaraz miał bliskie spotkanie z asfaltem. A mama mówiła żeby nie chodzić z rozwiązanymi sznurowadłami. Pomogłem mu wstać. Z zakrwawionym nosem wyglądał jeszcze gorzej. - To już nie chce mnie pan zabić? - Och, nie bierz tego osobiście. Jestem po prostu ostrożny – uśmiechnąłem się rozbrajająco. Gdy on przytykał chusteczkę do nosa, ja na skraju łąki leżącej przy drodze ujrzałem znajomy kształt. Podszedłem bliżej. Tak, oko mnie nie myliło. - Czy mówiąc że jedziesz na grzybobranie miałeś na myśli... TE grzybobranie? - gdy chłopak podszedł bliżej, uśmiechnął się na widok łysiczki lancetowatej. Zbieraliśmy w milczeniu i skupieniu, podczas tego świętego rytuału. To nie przypadek, że samochód zatrzymał się akurat tutaj. Przypadek nie istnieje. Jeżeli grzyb chce żebyś go znalazł, sam cie zaprowadzi. Każde spotkanie z grzybem jest świętością. Z każdej podróży wraca się doświadczeniem. Czasem są to srogie lekcje, ale te są najbardziej godne zapamiętania. I potrafią wiele zmienić w naszym życiu Po godzinie Psychodeloman i Odklej usiedli na łące i zajęli się konsumpcją. Wcześniej sobie nieznajomi, teraz czuli się jak bracia. Dwoje dzieci matki Ziemi. - Musze ruszać dalej. Dasz sobie rade? - Tak... zostanę tu jeszcze trochę. Tu jest pięknie. Bez słowa skierowałem się ku samochodowi. Na początku staruszek nie chciał zapalić, lecz w końcu dał z siebie wszystko. Lublin, bardzo sentymentalne miasto. Podczas studiów zdążyłem je dobrze poznać. To miała być niespodzianka, lecz zanim zdążyłem zaparkować samochód przed zadbanym białym domkiem niczym z amerykańskiego snu, Prosty wyszedł przed dom. - Dalej jeździsz tym złomem? - zapytał śmiejąc się. - Stary, to mój pierwszy samochód, sentyment pozostaje – uściskaliśmy się. - To miała być niespodzianka. - Twój gruchot hałasuje na pół miasta, a ja dźwięk tego silnika pamiętam aż za bardzo. Dobra, wchodź. Na pewno mamy dużo do obgadania. Widzę że jesteś w podróży - dodał gdy weszliśmy do domu. - Tak, jadę w Bieszczady, potrzebuje trochę wakacji... - Chodziło mi o twoje oczy. Masz źrenice jak pięciozłotówki. - Ach taak. To taaka... podróż w podróży. - Jak ci się układa z tą no... Jolą? - zapytałem, gdy już się rozgościłem na kanapie. - Wiem, że nigdy jej nie lubiłeś, ale nie jest taka zła jak zawsze ci się wydawało. - Człowieku, zrobiła z ciebie pantofla. - Gdy gadaliśmy ostatnio, miałeś więcej nie wypominać mojego tak zwanego nudnego życia. Czego się napijesz? - zmienił temat otwierając barek. - Niczego, ale to może ty skorzystasz z mojego... barku? - nie czekając na spodziewaną, niezdecydowaną odpowiedź, pobiegłem do samochodu po walizkę. Prosty. Człowiek, który towarzyszył mojemu psychodelicznemu rozdziewiczeniu. Teraz sam potrzebował przełomu. Czułem to, patrząc na niegdyś wolnego ducha, teraz uzależnionego od firmy i siedzącego pod obcasem kobiety. To było liceum. Szykowała się kolejna popijawa przy ognisku. I wyglądałoby to jak każde inne ognisko. Napilibyśmy się, powygłupiali w pijanym uniesieniu, następnego dnia budząc się z kacem i słabym echem tamtych chwil. Lecz Prosty zaproponował mi grzyby. Wbrew proroctwom znajomych, wcale nie oszaleliśmy, nie uciekaliśmy przed wyimaginowanymi smokami, ani nic z tych rzeczy. Podczas gdy towarzystwo się zataczało, rzygało i pieprzyło, my radowaliśmy się każdym naszym oddechem, dziękując za życie. Podczas gdy oni ze swojej alko podróży wynieśli tylko kaca, ja wróciłem z doświadczeniem i wnioskami. Uporządkowałem swój system wartości, uporządkowałem siebie. Skutki uboczne zażycia psylocybiny? Przestałem być kolejną cegiełką w murze. Dla mnie to jak najbardziej pozytywny skutek uboczny, ale dla systemu już nie. System nie lubi wyzwolonych umysłów. Dlatego psychodeliki wrzuca do jednego worka razem ze śmieciami, zostawiając masie alkohol i tytoń uśmiercający rocznie miliony osób. Wróciłem z walizką do domu. Prosty siedział w fotelu. Wyglądał jak zakochana trzynastolatka czekająca na pierwszą randkę. - Wiesz, od tamtej meskaliny którą spożyliśmy, dwa lata temu, nic sobie nie zarzucałem. - Jolka nie patrzyła na to przychylnym okiem, racja? - Wiesz, że jest trochę stereotypowa. Dla niej bez różnicy, czy to psychodeliki, opiaty czy dopalaczowy szajs. Wiesz, propaganda i telewizja robi swoje. - Domyślam się, aczkolwiek telewizji nie oglądałem od bardzo, bardzo dawna. Nie potrzebuje jej. - To dość dziwne jak na dziennikarza. Poczułem dziwne uczucie w żołądku. - Już od dawna się tym nie zajmuję. - No tak, jasne. Położyłem walizkę na stole. - O której wraca twoja kochana żonka? - Jakoś późnym wieczorem, pojechała w odwiedziny do matki. Mi się udało jakoś wymigać, mówiąc że muszę zrobić porządek z jakimiś papierami do firmy. - Więc... częstuj się mój bracie - otworzyłem walizkę. Zostawiłem go skwaszonego, pływającego w muzyce, a sam ruszyłem do kuchni. Gdy otworzyłem lodówkę, dopadła mnie jeszcze większa gastrofaza. Czemu moją lodówka tak nie wygląda? Może dlatego, że została wyprodukowana za komuny i ma wieczny deficyt towarów. Oblizując usta, sięgnąłem po serek pleśniowy i oliwki, lecz ręka zatrzymała się w powietrzu gdy usłyszałem szloch. Zostawiając lodówkę otwartą, szybko ruszyłem do pokoju. - Stary, co ci? - Prosty siedział na podłodze, zasłaniając twarz rękoma. - Hej, hej! - Dałem mu dwukrotnie lekko z liścia – Otrząśnij się! - podniosłem go z podłogi i posadziłem na kanapie. Prosty w jednej chwili ochłonął. Wyglądał jakby doznał oświecenia. - Ubieraj się, szybko - zerwał się z kanapy. - Ale dokąd...? - Jak dalej jesteś głodny, to weź coś z lodówki. Ba! Możesz wziąć wszystko. Zaczekaj tu na mnie. - Mam nadzieję, że wiesz co robisz - powiedziałem patrząc podejrzliwym wzrokiem, gdy wrócił z plecakiem i gitarą. - Człowieku! Nigdy nie byłem bardziej pewny - zaśmiał się wręcz dziecięcym śmiechem. - Patrząc na kurz na twojej gitarze, dedukuje że nie była ostatnio używana. - To prawda, nie miałem dla niej czasu ostatnio... lecz stara miłość nie rdzewieje. - Powiesz mi co planujesz? - Po prostu jedź w swoją stronę, wytłumaczę ci wszystko w samochodzie - po tym jak wrzucił gitarę i plecak do samochodu, wszedł do swojego ogrodu i roztrzaskał wszystkie krasnale ogrodowe o chodnik. W przeciwieństwie do jego sąsiadów, oglądałem tą scenę z rozbawieniem. - Nigdy ich nie lubiłem – wyjaśnił, kiedy wsiadł do samochodu. Jechaliśmy w milczeniu prawie godzinę, a ja cierpliwie czekałem, aż Prosty podzieli się tym co siedzi w jego głowie. - Zatrzymaj się tutaj - rzekł w końcu. - Między byciem nieszczęśliwym, a nie byciu szczęśliwym jest różnica. Ja zaś nie jestem szczęśliwy. Praca w firmie, despotyczna żonka, spotkania z jej nudnymi przyjaciółmi, domek z białym płotkiem i pieprzone krasnale w ogródku, nie czynią mnie to szczęśliwym. Czuje się... następną cegiełką w murze. - Więc co zamierzasz robić? - Nie wiem. I to właśnie jest najlepsze- roześmiał się. Psychodeloman nie próbował go zatrzymać, a Prosty nie oglądał się za siebie, kiedy on odjeżdżał.

Howgh!

W górę i w dół, w górę i w dół. A raczej było to w gó-gó-gó-góre i w dóóóóóóóół. Za każdym razem, wjeżdżając pod górkę bałem się, że mój psychodelomobil nie da rady i zjedzie z powrotem. Wydawał też niewróżący nic dobrego, odgłos burczącego brzucha, który przeszkadzał mi w podziwianiu widoków. Wjeżdżając do miejscowości Czarna, ogarnąłem, że to nie był samochód tylko właśnie mój brzuch. Nie spodziewałem się zbyt wielu bieszczadoturystów, jako że jest to koniec września, a nie lato. Niemniej jednak, miłośników cudownych jesiennobieszczadzkich widoczków nie brakowało. Widać było też wielu psyloturystów, zwabionych legendami łysiczkowych pastwisk. Psylocybinowe El Dorado. Zatrzymałem się pod barem o pięknej nazwie "Smocza jama". Szczerze…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych