PUCHOWA RĘKAWICZKA
Jeśli zrobisz wszystko najlepiej, jak umiesz, to nie ma się czym martwić…
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
PUCHOWA RĘKAWICZKA
{i} Śnieg zacina bezładnie ze wszystkich stron ograniczając widoczność do może pięciu metrów. Przycicha na chwilę, żeby zaatakować ze zdwojoną siłą. Wtedy widoczność spada do metra, może dwóch. Nie widać chmur, ale muszą być gęste, bo jest prawie zupełnie ciemno. Porywisty lodowaty wiatr jakimś cudem przenika przez wszystkie warstwy ubrań, wyjąc przy tym niemiłosiernie. Ciągle jeszcze żyję. I ciągle jeszcze idę. Krok za krokiem. Płytki oddech za kolejnym. Pięć kroków i odpoczynek. Nie daję rady więcej na raz... Nie jest trudno. Nie trzeba się wspinać. Trzeba po prostu nie przestawać iść. Czuję, że jestem już bardzo blisko. Może jeszcze kilka kroków. A może tylko godzina, albo dwie. W płytkich oddechach i wolnych krokach zatraciłem gdzieś poczucie czasu. Chcę się poddać. Wycofać. Ale doszedłem już tak daleko. Zawsze mogę się wycofać. Dlaczego miałbym się wycofać właśnie w tej chwili? Jeszcze kilka kroków i odpocznę. Głowa boli mnie niemiłosiernie. W uszach dudni przyspieszony łomot serca. Duszę się z braku tlenu, ale wiem już, że mnie to nie zabije. Nie zabiło przecież nigdy dotąd. Zgrabiałych dłoni nie czuję zupełnie. Mimo grubych polarowych rękawic i grubych puchowych łapawic z jednym palcem, jak za przedszkolnych czasów, ręce najpierw zmarzły, potem bolały, a teraz przestały już boleć. Tyle, że nie mogę niczego porządnie złapać. Zatrzymuję się i odwracam. Mój wzrok wędruje w śnieżycę wzdłuż liny przywiązanej do mojej uprzęży. Lina jest czerwono-czarna. Pamiętam to. W tym świetle nie rozpoznaję kolorów. Gdy wysilę wzrok dojrzę na końcu liny zarysy mniejszej postaci idącej wolno, krok za krokiem, zupełnie jak ja. Nie jestem pewien czy więcej widzę, czy więcej sobie wyobrażam. Jest odległa o jakieś pięć metrów zaledwie, ale i tak ledwo ją widzę. Czekam, aż zbliży się na dwa i podnoszę rękę w jej stronę, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. W tym potępieńczym wyciu wiatru nie ma sensu krzyczeć. Zresztą jak tu krzyczeć, gdy brak oddechu. Widzę w odpowiedzi uniesioną dłoń i ruszam dalej. Uśmiecham się, ale jestem tak szczelnie opatulony, że nikt nie ma szans tego zauważyć. I w tym momencie dostrzegam go. Niewielki usypany z kamieni kopczyk. Dotarliśmy. Jeszcze tylko kilka kroków. Zatrzymuję się. Nie patrzę za siebie. Czekam aż postać idąca za mną zatrzyma się o krok w tyle. Nie patrzę na nią. Wbijam czekan w śnieg i wyciągam dłoń w puchowej rękawicy w jej stronę. Patrzę na swoją dłoń i widzę, jak wsuwa swoją puchową czerwono-czarną dłoń w moją. Łapiemy się za ręce jak przedszkolaki dobierające się w pary przed wyjściem do ogrodu. Nie patrzymy na siebie. Prawię czuję jej uścisk, choć wiem, że raczej sobie wyobrażam, bo przecież nie czuję dłoni już jakiś czas. Od kopczyka dzieli nas może dziesięć kroków. Robimy pierwszy…
Zawsze budzę się w tym właśnie momencie…
{/i} Od rana była wyjątkowa mgła. Przed świtem termometr w hotelu pokazywał dwa stopnie zaledwie. Gdy wyszedłem w ciemność ogarnął mnie przenikliwy chłód. Nie ubierałem się szczególnie ciepło, bo przecież za dwie-trzy godziny będzie znacznie cieplej, a do południa będzie pewnie kilkanaście stopni i będę wędrował w t-shircie tylko. Ale rano było zimno. Spałem w starym hotelu z lat późnego socjalizmu, ale za to przy samych Krupówkach i śniadania były znośne, a ceny dość niskie. Szedłem szybkim krokiem przez mgłę w kierunku dworca PKS, skąd od rana jeżdżą busy w różnych kierunkach. Zwykle od szóstej rano można dostać się w najbardziej popularne miejsca. Zwykle, ale nie pod koniec września. Teraz mamy wolny rynek. Bus rusza, gdy się zapełni. Wsiadłem do busa z tablicą „Morskie oko”, ale zanim odjechał minęła ponad godzina. Nie opłaca się jechać na wpół pustym busem. A zbierali się tylko tacy zapaleńcy jak ja. Zanim się zapełnił była 7:30. Straciłem półtorej godziny na starcie. Ciekawe czy dam radę. Z Palenicy czeka mnie dwugodzinna droga nad Morskie Oko. Potem śniadanie w Schronisku. Godzina nad Czarny Staw. I jakieś trzy godziny na Rysy. Może trzy i pół. Nigdy tam jeszcze nie byłem. A przymierzałem się już ze trzy razy. A trzeba jeszcze wrócić póki jest jasno. Czyli o tej porze roku przed osiemnastą. Przynajmniej do asfaltu. Resztę mogę przejść z latarką.
Przyjeżdżam w Tatry zawsze we wrześniu. Nie ma już tysięcy turystów. I luźniej na trasach. Oczywiście pogoda kapryśna. I kilka razy dopadł mnie śnieg i nie mogłem wyjść w wyższe partie. Ale to nie miało takiego dużego znaczenia. Chodziło o to, żeby pobyć ze sobą. Posłuchać siebie. Posłuchać siebie w ciszy. Bo wtedy… wtedy czasem wszystko się układa tak, jak powinno…
[…]
Zobaczyłem go gdy siedział może dwadzieścia metrów poniżej szczytu oparty o skałę plecami. Obok stał rozpięty czarno-żółty plecak, a on nalewał sobie kawy z termosu do termosowego kubka. Obok niego na kamieniu leżała czerowo-czarna puchowa rękawica. Jedna. Zobaczył mnie i uśmiechając się nieznacznie uniósł kubek w moją stronę w geście ni to pozdrowienia, ni to toastu. Odkiwałem mu łbem głupio i podniosłem dłoń do skroni w geście pozdrowienia. Ciemne oczy zwęziły mu się w uśmiechu. Spod siwej szopy włosów w nieładzie, spod siwych brwi patrzył na mnie z sympatią. Mógł mieć z siedemdziesiąt lat. A może mniej, bo ruchy miał pewne i szczupłą sylwetkę. Może siwizna mnie zmyliła. Dwadzieścia metrów wyżej w gęstej mgle, na granicy widoczności na szczycie przycupnęły kolorowo ubrane postacie. Jeszcze chwilę i stanę na najwyższym miejscu w Polsce. Po raz pierwszy. Stanąłem obok mężczyzny. - Jestem tu pierwszy raz – uśmiechnąłem się do niego oddychając szybko – zawsze chciałem tu wejść, ale nigdy się jakoś nie złożyło… Uśmiechnął się i pokiwał głową ze zrozumieniem. - A Pan? – zapytałem – pewnie nie pierwszy raz? - Tu? – zmyślił się – Nie, byłem tu wiele razy. No tak. Niepotrzebnie wdałem się w tą dyskusję, jakby wejście na Rysy stanowiło jakieś szczególne osiągnięcie. - A Pan? Kiedy Pan wszedł po raz pierwszy na Rysy – zapytałem. - Ja? – zastanowił się – ja… nigdy nie wszedłem na Rysy… - uśmiechnął się szeroko i wychylił ostatni łyk kawy z kubka. - Czemu? – zdziwiłem się – przecież to już tylko kilka kroków… - Bo – uśmiechnął się do mnie patrząc mi w oczy – nie chcę wejść na ten szczyt – pokręcił głową – na żaden szczyt… bez niej… - zmarszczki wokół oczu na opalonej twarzy podkreśliły szeroki uśmiech.
{i} Zawsze budzę się w tym momencie… Wiem dobrze, co było dalej. Pamiętam jak schodziliśmy jeszcze kilka godzin. Pamiętam jak wczołgaliśmy się do namiotu. Pamiętam jak pomogłem jej zdjąć kurtkę i zmienić czapkę na suchą. Jak pomogłem jej zdjąć buty i puchowe spodnie. Jak owinąłem śpiworem i rozcierałem zmarznięte stopy udając, że dłonie w których wracało krążenie zupełnie mnie nie bolą. Jak zapiąłem ją szczelnie w puchowy śpiwór i ściągnąłem ciasno kaptur. Śnieg topił się powoli w kubku na maszynce gazowej, ale zasnęła ze zmęczenia zanim zrobiłem herbatę. Wypiła ponad litr wracając, więc nie budziłem jej. Patrzyłem z czułością na jej spuchniętą od wysokości buzię, popękane wargi i nie mogłem przestać się uśmiechać. Wiedziałem, że za kilka dni znowu będzie śliczna. Ale przecież w ogóle za tym nie tęskniłem. Dla mnie była śliczna tu i taka. Spuchnięta, spieczona słońcem, ze skórą schodzącą z opalonego nosa, brudna i zmęczona. Wypiłem herbatę parząc usta i palce. Patrzyłem na nią znikającą w dopiero teraz zapadającym zmroku, a potem opatuliłem się szczelnie śpiworem i wtuliłem w nią. Widziałem kłęby pary wydychanej przez nią i wsłuchiwałem się w jej oddech. Był równy, choć przyspieszony. Objąłem ją delikatnie i odwróciłem ją w swoją stronę. Nie obudziła się. Wymamrotała tylko coś przez sen. Objąłem ją szczelnie ramionami. Jak u Kaczmarskiego – zimą ciało ogrzejesz tylko innym ciałem… A potem zdjąłem rękawicę. Wsunąłem gołą dłoń do jej śpiwora i złapałem jej dłoń – ciągle w puchowej rękawicy. Przez sen uścisnęła ją i spała dalej… – tak zasnąłem…
{/i} Siedzieliśmy razem w Bacówce na Krupówkach i sączyliśmy grzane wino. Zaprosiłem go na kolację i przyjął zaproszenie. Nieopodal skwierczał kominek rozkosznie rozgrzewając zmarznięte i zmęczone mięśnie. Za oknem po Krupówkach snuli się turyści. W tle stroiła instrumenty jakaś góralska kapela. Za oknem zaczął padać deszcz. Mieliśmy szczęście. Przez cały dzień nie padało. I mimo gęstej mgły było dość ciepło. Zaczęło padać dopiero przed chwilą. Zapadł zmrok i temperatura spadła do kilku zaledwie stopni. Po szybie spływały gęste strugi deszczu. Grzane wino rozgrzewało od środka, a zapach zasmażanej kapusty i smażonej jagnięcej kiełbasy rozpalał głód. Gapiłem się na pływający plasterek pomarańczy w moim winie i zerkałem na mojego kompana. Pił wino małymi łykami i gapił się w ogień. Jakby zupełnie nie spieszył się i smakował różne aspekty tej chwili tak, jak smakował każdy łyk…
Kilka godzin wcześniej wlazłem na Rysy. Zostawiłem go pod szczytem, a potem pozdrowiłem go mijając w drodze w dół. Spakował swoje rzeczy, założył plecak na jedno ramię, a…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Brian
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…