Wróć do katalogu

Pułapka

Historia zwykłego człowieka, który został przekreślony przez los w sposób w jaki każdy z nas może kiedyś zostać. Życie jest takie nieprzewidywalne.

MIKUS66, opublikowano , 14 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zabawne, jak człowiek potrafi uwierzyć w to, że złe rzeczy zdarzają się tylko innym ludziom. Oczywiście, nie chodzi o drobne niepowodzenia, lecz o sytuacje, które powodują iż dotychczasowe życie nabiera zupełnie innego obrazu. Człowiek z reguły zamyka się w sobie, traci kontakt ze światem, nie jest już taki, jaki kiedyś był. Traci to, co napędzało go. Często ludzie tracą wtedy smak życia, zatracają się w alkoholowym szaleństwie. Tracą niezauważalnie jeszcze więcej. Niektórzy, że tak powiem, szczęściarze, posiadają rodzinę, przyjaciół, którzy wyciągają ich z „dołka” i doprowadzają do takiej czy innej zdatności do egzystencji. Czasem z biegiem lat nawet powracają na tory szczęścia zdobywając drugą szansę. Są też tacy, których los nie szczędzi w żadnym calu i Ci potępieni już raz, nie mając nikogo, żadnej ręki, której mogli by się uchwycić, spadają na samo dno tracąc dom, zmysły a na końcu nawet samych siebie. Tych zapewne właśnie mijamy codziennie śpiących na ławkach, cuchnących w tramwaju, czy też zbierających na wino, mając za towarzystwo takich samych przekreślonych przez społeczeństwo jak oni sami. Ale to nie możemy być my. To dotyczy całej reszty, ale wiemy, przecież naprawdę wiemy, że to nie może spotkać nas. Jesteśmy dobrymi ludźmi, chodzimy do pracy, kupujemy żonie kwiaty, wysyłamy dzieci do najlepszych szkół. Płacimy podatki do cholery jasnej. Z jakiego niby powodu miałby nas Bóg ukarać taką tragedią? Myślałem, że należę do tej rzeszy wybrańców. Piękno życia, a może jego przekleństwo, polega na tym, że zawsze potrafi nas zaskoczyć. Pamiętnego lata, moja córeczka Lily, zaczęła narzekać na bóle głowy. Po paru tygodniach wizyt u lekarzy, począwszy od rodzinnego kończąc na najlepszych specjalistach w całym stanie, zdiagnozowano u niej złośliwego guza mózgu. Wyrok, który spadł na moją malutką był nad wyraz okrutny, lekarze nie dawali jej więcej jak miesiąc. Po trzech tygodniach zmarła. Margaret, moja żona, i ja w oczywisty sposób nie potrafiliśmy pogodzić się z tym, co się stało. Przeżyliśmy prawdziwe piekło przygotowując pogrzeb naszej wspaniałej, najcudowniejszej córci. Wybór sukienki, w której mieliśmy zobaczyć ją ostatni raz… Trumna, marne, malutkie drewniane opakowanie, w której miało zostać pogrzebane jej drobne ciało. Była jeszcze chudsza niż zwykle, wykończona przez chorobę. Miała tylko siedem lat, a Bóg, jakim kurwa prawem do tej pory nie wiem, odebrał ją, pozostawiając pustkę, której nie potrafiliśmy wypełnić nawet naszą miłością. Z czasem było coraz gorzej, ciągłe sprzeczki przeradzające się w straszliwe kłótnie i płacz Margaret, który wzmagał jeszcze bardziej mój ból. Nie potrafiłem pomóc ani sobie ani jej. Czułem, że straciłem nie tylko córkę, do której pokoju nie odważyliśmy się wejść od pogrzebu. Pół roku później, moja żona, odebrała sobie życie, wzięła mocne tabletki nasenne, zanurzyła się w wannie, z której wylewała się już woda i podcięła sobie żyły. Kobieta mojego życia umarła. Nie potrafiłem pojąć tego, jak to możliwe. Dziewczyna, którą poznałem na studiach. Zaplanowane mieliśmy całe życie. Idealnie dopasowani. Inni mogli nam tylko pozazdrościć tego, jak wspaniale byliśmy dobrani. Kto by wtedy mógł pomyśleć, że stanę w obliczu jej śmierci. Życie naprawdę jest niemożliwe do przewidzenia. Ale cholera jasna! Dość z tym! Minęło już 8 lat od tego, jak sprzedałem dom i wyprowadziłem się do Kalifornii. Nie byłem już takim człowiekiem pełnym ambicji, motywacji by zdobywać więcej. Po prostu egzystowałem by dotrwać do swojego końca. Samobójstwa się brzydzę, mimo iż nie wierzę w Boga. Chyba już od małego w nic nie wierzyłem… a może to przyszło później? Kurwa! To już naprawdę nie ma znaczenia. Siedzę teraz skrępowany na drewnianym krześle, które wkurwiająco skrzypi przy każdej jakiejkolwiek próbie ruchu. Oczywisty brak szerokiego pola manewru, z powodu związanych nóg i rąk jest jeszcze bardziej irytujący. Nie wiem też dlaczego tu jestem i jak do tego doszło. Wczoraj położyłem się spać a teraz budzę się z bólem głowy. A tak głowa… Coś mi na nią założono i gówno widzę. Jak mniemam taki też był tego zamiar. I do tego to coś strasznie cuchnie. W ciemności obawy ludzkie, które zazwyczaj łatwo odpędzić z pomocą światła słonecznego, nasilają się rosnąc i rosnąc niczym koło zamachowe napędzane coraz szybszym oddechem i biciem serca. Teraz gdy nic nie widziałem nachodziły mnie te myśli pochodzące sprzed lat. Noce zawsze były najgorsze. Zimne, ciemne. Wypijałem niezliczoną ilość whisky. Kiedyś nie lubiłem tej pieprzonej perfumowanej wódki, później nie miało to dla mnie znaczenia. Ważne, że spałem po niej praktycznie bezproblemowo. Choć nie zawsze, bywały koszmary, po których nie mogłem już usnąć. Wtedy wychodziłem na nocne spacery i nie raz mnie okradziono, pobito. Ale było mi wszystko jedno. W pewnym sensie teraz też mi jest. Całe to miejsce, w którym teraz siedzę mocno wali stęchlizną. Wszystkie potencjalne dźwięki zagłusza radio. Leci w niej piosenka Depeszów, znam ich, bo moja żona ich uwielbiała. Cholera. Oczy szczypią, łzy mi lecą. Ostatnio zdarzyło mi się to, gdy jadąc metrem zobaczyłem pewną parę. Nie byli jakimiś niezwykłymi ludźmi, powiedziałby nawet, że byli ubodzy. Jedli na przemian tą jedną, suchą bułkę. Ale szczęście jakie nie schodziło z ich twarzy, kuło mnie w sercu. Byli tak zakochani w sobie, że nie obchodziło ich nic innego, świat nie istniał, byli tylko oni. Tak jak kiedyś ja i Margaret, żyliśmy sobą. Dla siebie. I faktycznie, zazdrościłem tym cholernym popaprańcom, bo czym zawiniłem by być gorszym? Ale oni mnie chociaż nie wkurwiają jak cała ta reszta pospólstwa, która nie potrafi docenić tego co ma. Kłócą się, biją, ciągle chcą więcej. Wysiedliłbym ich na jakąś pieprzoną wyspę, albo sam na niej zamieszkał. Wróćmy do tego co jest tu i teraz. Muszę jakoś się wyrwać z tej chorej sytuacji. Tak naprawdę i tak nie mam po co i ani do czego wracać, ale sytuacja, w której jestem teraz jest jeszcze bardziej beznadziejna. W tle dalej słychać Depeszów. {i}„I'm not sure what I'm looking for anymore I just know that I'm harder to konsole”{/i} (Nie jestem pewien czego jeszcze szukam. Wiem tylko, że trudniej mnie pocieszyć). Boże, skąd ja to znam. Nic nowego. Ot, cały ja teraz. Zaczął się bujać, to wychylając się maksymalnie do przodu, to odskakując w tył. {i}„I don't see who I'm trying to be instead of me But the key is a question of control”{/i} (Nie rozumiem kim próbuję być zamiast siebie. Ale najważniejsza Jest kwestia kontroli). O Jezu, gdyby nie sytuacja w jakiej jestem, pewnie wybuchnąłbym śmiechem. Kontrola? Jak życie pokazuje, człowiek nie posiada żadnej kontroli. Pracowicie budujemy tylko kruchą namiastkę pozorów, które tworzą jeszcze słabszą imitację kontroli. Jeden zły ruch, zły wybór, żart Boga i świat, który rzekomo, jest kontrolowany, znika nam z oczu pozostawiając jedynie nas w…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych