Wróć do katalogu

Rajd

Szybki atak wojsk brytyjskich na bazę niemieckich V-2...

tomekzhp, opublikowano , 35 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wstęp. Na wstępie chciałbym poinformować, że całość tego opowiadania jest fikcją literacką. Wszelka zbieżność nazwisk i miejsc jest więc zupełnie przypadkowa. Prawdą jest jedynie to, że hitlerowcy w czasie II wojny światowej budowali wielkie schrony, aby chronić swój przemysł zbrojeniowy. Zaś brytyjski wywiad robił wszystko, aby takie schrony wykryć i zniszczyć. Najczęściej niszczono je bombardując je bombami o masie dochodzącej nawet do trzech ton. Czasem jednak wysyłano oddziały z tajnego SOE (Special Operations Executive) aby przechwycić cenne materiały.

Rajd

Na jednym z niezliczonych brytyjskich lotnisk zapadał zmrok. Kolejny dzień sierpnia 1943 roku dobiegał końca. Był to jeden z bardziej pracowitych dni w miesiącu, jeśli nie całym kwartale. Do stojących na płycie lotniska samolotów, powoli zbliżały się ciemne grupki żołnierzy objuczonych swym ekwipunkiem. Do odlotu pozostało jeszcze 30 minut. Właśnie teraz jest czas na chwilę oddechu. Każdy zrzuca spadochron, plecak, hełm i broń na kupę, ciesząc się ostatnią chwilą odpoczynku. Dowódca drugiego z trzech lecących do akcji plutonów, John Mael, przez kolegów zwany po prostu „Starym”, podszedł do pilotów przypadłej mu maszyny. - Jak leci chłopaki? – spytał siląc się na wyluzowany styl wypowiedzi. - Wszystko w porządku, nawet pogoda nam dziś sprzyja. Zdaje się więc, że na dziś będziemy mieli kaszkę z mleczkiem. - Wy może i tak. Polecicie, wyrzucicie nas i zwiejecie. A my tam - wskazał w stronę kanału la Manche - mamy roboty jak lodu. - Miłej zabawy. Idziemy na ostatni przegląd i odpalamy silniczki – pilot miał na myśli dwa wielkie śmigła transportowej Dakoty. Piloci udali się do swej pracy, więc John poszedł zobaczyć co z jego ludźmi. Miał ich w sumie dziesięciu. Dwaj saperzy po raz ostatni ćwiczyli procedurę zakładania kumulacyjnych ładunków wybuchowych, przeznaczonych specjalnie dla pancernych drzwi do wielkiego bunkra – magazynu rakiet V-1. Reszta drzemała lub gwarzyła wesoło z obsługą lotniska o wszystkim, byle nie o czekającej ich akcji. Poklepawszy po ramionach saperów, John odszedł kilka kroków na bok. Wziął kilka głębokich oddechów. Był to jego debiut w roli dowódcy plutonu, bał się, że coś mu nie wyjdzie. Co prawda plan akcji znał doskonale, ba, przeprowadzał go setki razy na poligonie. Ale jeśli rzeczywistość okaże się inna niż w planach? Czy podoła? - Dam sobie radę, dam sobie radę... – tak powtarzając podszedł z powrotem do swych ludzi. Wtem jeden z silników stojącego obok niego samolotu wydał przeraźliwy pisk i wyrzucając kłęby białego dymu powoli zaczął obracać śmigłem. Zaraz po nim ruszył też drugi silnik, a po minucie silniki wszystkich trzech maszyn grały już równym, miarowym tonem. No to zaczynamy! – powiedział dając znak do zakładania spadochronów i reszty ekwipunku. Po chwili jeden z mechaników podał mu spadochron i pomógł dopiąć wszystkie klamry. Po dokonaniu przeglądu spadochronów, spojrzał w stronę kabiny pilotów, skąd dojrzał rozpromienionego pilota pokazującego mu wyprostowany kciuk, sygnał że mogą wsiadać. Machnął na ludzi i wsiadł do maszyny. Zaraz po nim wtłoczyli się kolejni żołnierze. Każdy szedł jak najdalej na tył samolotu i usadawiał się możliwie najwygodniej na ławce. Gdy już wszyscy wsiedli, do drzwi podszedł jeden z mechaników i schował drabinkę. Potem wrzucił do kabiny paczkę papierosów i małą piersiówkę, prezent od obsługi lotniska, po czym zamknął drzwi. W kabinie zapanowała ciemność rozjaśniana jedynie przez dwie żarówki, jedną z przodu i jedną z tyłu. Nagłe szarpnięcie zasygnalizowało, że samolot ruszył w stronę pasa startowego. Po chwili wszystkie trzy maszyny stały już w szyku na pasie startowym. Nagle niebo rozjaśniły trzy zielone flary wystrzelone z wieży kontrolnej, zezwolenie do startu. Powietrze wypełniło się rykiem maszyn, które po długim rozbiegu uniosły się w górę i weszły na kurs do celu. - Dobra chłopcy. Według planu, do celu mamy tak z godzinkę lotu. Kto chce, może się zdrzemnąć. Pobudka na 10 minut przed skokiem.- To mówiąc wyjął z paczki trzy papierosy, dwa dla pilotów i jednego na wszelki wypadek (sam nie palił), i pociągnął łyczek z piersiówki. Resztę oddał swoim „chłopcom” i zajrzał do pilotów. Silny wstrząs wyrwał go ze snu, to jeden z pilotów pochylał się nad nim i pokazał mu sygnał „dziesięć minut do skoku”. Wstał i obudził resztę oddziału. Przez chwilę gwarzyli między sobą, gdy pilot pokazał „pięć minut do skoku” i otworzył drzwi. Nad drzwiami zapłonęło czerwone światło. John pokazał swym ludziom by się przygotowali. Wszyscy wstali, wpięli liny desantowe spadochronów do linki rozciągniętej wzdłuż samolotu i podeszli do drzwi. John stanął jako pierwszy, trzymając w ręku dwa zasobniki ze sprzętem. Nagle czerwona lampka zaczęła błyskać, dając sygnał „zrzut sprzętu”, wypchnął więc z całej siły zasobniki i po chwili ujrzał dwa spadochrony. Odruchowo wstał i stanął w drzwiach patrząc się w czerwoną lampkę. Po sekundzie zapłonęło zielone światełko, sygnał „skok”. Skoczył w próżnię, zaraz po tym poczuł szarpnięcie spadochronu. Przed sobą miał około 180 metrów opadania.

...

Na kilka sekund przed uderzeniem ujrzał ziemię. Natychmiast złączył i wyprostował nogi, zrzucił plecak, a zaraz po tym uderzył w ziemię. Przewrócił się na plecy, by wytracić impet uderzenia i natychmiast sięgnął do klamry odpinającej spadochron. Gdy tylko się wyswobodził podbiegł do plecaka, a konkretniej do przypiętego do niego składanego pistoletu maszynowego typu „Sten”. Wyszarpnął go z troczków, złożył, wetknął zamek i przeładował. Odetchnął. Mógł już się bronić. Najniebezpieczniejsza część operacji za nim. Teraz musi zebrać rozrzucony w czasie desantu oddział i zasobniki ze sprzętem. Wylądował na niedużej łączce nieopodal jakiegoś sadu. Nagle z sadu wyszło dwóch uzbrojonych ludzi. - Stój! Podaj hasło! – krzyknął jeden z nich celując w jego pierś z pistoletu. Obaj ubrani byli po cywilnemu, tak przynajmniej wyglądali w ciemnościach nocy. - Przyszliśmy się pobawić! Odzew! - Zabawki już czekają! Witajcie we Francji. – Obawy Johna okazały się nieuzasadnione, to nie byli Niemcy, tylko ludzie z francuskiego ruchu oporu. - Witam. Wybaczcie panowie, ale muszę zebrać ludzi. Pogadamy za chwilę. Pobiegł na drugi skraj łączki, gdzie z pola pszenicy wyłoniło się kilku jego żołnierzy. Nieśli ze sobą dwa zasobniki ze sprzętem. Kazał im podbiec do cywilów przy sadzie, rozpakować zasobniki i ukryć je we wskazanym przez nich miejscu. Kazał też zakopać spadochrony. Na pytanie o resztę, wskazali mu pole, z którego wyszli. Właśnie zbliżała się reszta oddziału. Po szybkim przeliczeniu ludzi okazało się, że są wszyscy. Szczęście w nieszczęściu, pomyślał, skoro nic się teraz nie stało, to stanie się później. Pobiegł po swój plecak i ruszył w stronę sadu. - Dobra. Jesteśmy w komplecie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, panowie poprowadzą nas dalej. – To mówiąc wskazał na cywilów. - Tak jest. Będziemy wam towarzyszyć do końca misji. Potem mamy rozkaz polecieć z wami do Anglii. - Prowadźcie więc! Oddział ruszył niosąc ze sobą cały ekwipunek. Nie było tego dużo. Kilka wiązek granatów, mała i duża radiostacja, RKM wraz z zapasem amunicji oraz najważniejsze: dwa ładunki kumulacyjne, detonator i 100 metrów kabla. Oprócz tego 9 żołnierzy miało „Steny” oraz po 10 magazynków, jeden miał snajperkę. Szli w głąb sadu, który po chwili się skończył. Przeszli wąską miedzę i zagłębili się w las. Po chwili dotarli do ścieżki, którą szli dalej. Według mapy szli w dobrym kierunku i tempie, mieli nawet 15 minut zapasu. Teraz najważniejsze to dotrzeć w okolice kompleksu rakietowego i zająć dobrą pozycję do ataku. Na makiecie wyglądało to łatwo, ale jak będzie w rzeczywistości? Po mniej więcej pół godzinie marszu w świetle księżyca dojrzeli koniec linii lasu. Stanęli. Przewodnik ruchem ręki wezwał Johna do siebie. - Na granicy lasu zaczyna się strome obniżenie tworzące jakby podkowę wokół fabryki. Teraz pana kolej, jesteśmy do dyspozycji. - Dziękuję. Przejdźmy może na ty, będzie milej i łatwiej. Jestem John. - Paul - Jacques - odpowiedzieli ściskając sobie ręce. John dał sygnał do odpoczynku i sam ruszył na rekonesans. Podczołgał się na granicę lasu, a to, co ujrzał przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Przed nim ukazał się wykop wykonany w zboczu wzgórza, z dna którego wystawał wielki bunkier. Na oko miał ze 100 metrów długości i dwa razy tyle szerokości. Jego strop sięgał prawie wierzchu wykopu, bunkier miał więc około 30 metrów wysokości. Dojścia do niego broniły trzy linie drutu kolczastego. Między drugą i trzecią krążyli wartownicy z psami, między pierwszą i drugą nie było nic. - Pewnie miny – pomyślał. Wzdłuż płotu, co około 20 metrów, stały wieże z gniazdami ciężkich karabinów maszynowych i reflektorami. Przed bunkrem znajdował się wielki plac, na którym kończyła się droga i linia kolejowa. Tam też umocnienia były największe. Stało tam kilka wartowni i mniejszych bunkrów. Zgodnie z planem, mniej więcej przed nim znajdowało się małe boczne wejście do bunkra. Jego cel. Ale nikt w sztabie nie przewidział, że wykop może być tak stromy. - To technicznie nie wykonalne – stwierdził z typową dla siebie flegmą szef wywiadu w jego jednostce. Wokół bunkra i placu przed nim las tworzył wielki półokrąg. Brzeg lasu porastały kępki krzewów i traw. Na lewo od Johna było małe wzniesienie. Wróciwszy do oddziału rozpoczął odprawę. - Jest nieźle chłopaki – zaczął – Zaraz za granicą lasu stoi „nasz” bunkier. Niestety stok, który mamy do pokonania jest wiele bardziej stromy niż myśleliśmy. Potem mamy tylko poletko minowe i strażników z psami. Ostateczny plan jest taki: RKM stanie na tym wzgórku – to mówiąc pokazał na wzniesienie za sobą – i będzie ubezpieczał nasze zejście do bunkra. Potem, gdy my będziemy w środku, przejdzie w okolice bramy głównej i lotniska, które gdzieś tam musi być. – machnął ręką w stronę placu przed bunkrem – Stamtąd wesprze nas, ale tylko po usłyszeniu gwizdka. Reszta rozstawi się wzdłuż lasu na szerokość około 10 metrów i będzie osłaniać „Mikiego” i „Lalę”, którzy zejdą by przeciąć druty i wytyczyć przejście przez miny. Jak dojdziecie do drzwi to osłonicie przejście saperów, którzy ruszą na wasz znak. Jak zrobicie wejście to ruszy reszta. „Długi” ustawi się, ze swym cackiem, – wskazał na snajperkę – z samego brzegu szeregu, od strony placu i nie dopuści nikogo w naszą stronę. A potem pójdzie z RKM-em osłaniać ucieczkę. Weźmie też małe radio i będzie słuchał. Wszystko jasne? – spojrzał na krąg skupionych wokół niego twarzy – Jeśli tak to idźcie na stanowiska. Akcję zaczynam tylko i wyłącznie ja. Radio zostaje ze mną. - A co z nami? – usłyszał za sobą jednego z przewodników. - O! Przepraszam, zapomniałem o was. Tak właściwie, co wy ze sobą macie i co umiecie? - Mamy dwa Lugery z tłumikami i kilka magazynków. Mamy też granaty. - Jasne. Idźcie z innymi, przydacie się, szczególnie tam w środku. – wskazał na bunkier. Gdy cywile odeszli John spojrzał na zegarek. Dochodziła pora nawiązania łączności z dowództwem i pozostałymi dwoma plutonami. Podszedł do czekającego na niego radiotelegrafisty i razem wzięli się do rozstawiania radiostacji. Gdy radiostacja była już gotowa znów spojrzał na zegarek. Pozostało mu pięć minut do sesji łączności. Sięgnął do przytroczonej do pasa manierki i solidnie sobie pociągnął. Miał pierwszą chwilę oddechu od początku akcji. Właściwie wszystko szło zgodnie z planem, ale miał złe przeczucie. Drzwi do bunkra wydały mu się dziwnie małe, a bunkier za duży. Drugi i trzeci pluton ma przecież tylko po 20 kg plastiku każdy. Ale to musi wystarczyć. Poza tym bał się, że zgubi się w labiryncie korytarzy wewnątrz bunkra. Co prawda wywiad dostarczył do Anglii plan wnętrza, ale zawsze coś mogło być nie tak. Przymknął oczy. W takich momentach zawsze przypominała mu się jego ukochana. Wiedział, że Jenny czeka na niego. Oczyma wyobraźni widział jej piękną buzię o typowej angielskiej urodzie, jej lśniąco rude włosy opadające na najzgrabniejszy kark na świecie. Poczuł ogarniającą go falę gorąca. Z nikąd usłyszał jej szept: - John, kocham cię. Słyszsz mnie? John... Nagły wstrząs wyrwał go z sielanki. Otworzył oczy. Przed nim stał radiotelegrafista i pokazywał na zegarek. Czas nawiązać łączność. Podszedł do radiostacji. Radiotelegrafista wcisnął kilka guzików, dostroił częstotliwość i podał mu słuchawkę. - Tu Dmuchawa! Tu Dmuchawa! Silnik zgłoś się! – Zaczął wywoływać – Tu Dmuchawa! Tu Dmuchawa! Silnik zgłoś się! - Tu Silnik! Dmuchawa jak mnie słyszysz? – usłyszał jakby z oddali. - Słyszę cię dobrze. - Jak kolumny? - Świątynia jest ich chyba pełna, bo dookoła pełno kapłanów. Ale na zewnątrz nic nie ma. - Inni pielgrzymi też nic nie widzą. Za ile dojdziecie do świątyni? - Za pięć minut. Przekaż innym. - Przekażę. Nie zapomnijcie pamiątek. - Nie zapomnę! Bez odbioru! - Bez odbioru! Oddał słuchawkę radiotelegrafiście. - „Drucik” - Tak? - Weź ze sobą tylko radio i jedną baterię. Resztę oddaj „ Długiemu” i szykuj się do roboty. Ruszył w stronę krawędzi lasu. Dotarłszy do „Długiego” poklepał go po ramieniu. - Za cztery minuty zaczynamy. Czołgał się tak wzdłuż całego szeregu, zamieniając z każdym parę zdań, aż dotarł do RKM-u. Potem wrócił na środek szeregu i zerknął na zegarek. Ma jeszcze minutę. Poczuł jak napinają mu się wszystkie mięśnie, włosy jeżą mu się na głowie, a cały świat staje się jaśniejszy. Serce zaczęło mu walić tak, że bał się czy nie usłyszą go wartownicy na dole. Znowu sprawdził czas. To już. Przyłożył kolbę „Stena” do ramienia i wycelował w najbliższego wartownika. Gdzieś z oddali usłyszał suchy trzask, jakby łamaną gałąź. Zaraz potem drugi. Tak nie mylił się, to inne plutony zaczęły atak. Jeszcze raz wycelował w słuchającego uważnie wartownika. Powoli ściągnął spust. Strzał zaskoczył go. Zaraz po nim wystrzelili inni. Krótką serią zagrał RKM. Na jednej z wież zapłonął reflektor, w poświacie ukazując celującego z CKM-u wartownika. Lecz nagle wartownik złapał się za ramie i runął na ziemię przez barierkę. John spojrzał na drugą z wież najbliższych jego oddziałowi. Stała ciemna, jakby martwa. John wstał na klęczki i machnął „Mikiemu” i „Lali” by szli na dół. Nagle dojrzał biegnącego wzdłuż bunkra Niemca z psem. Gdy ten tylko go zobaczył, podniósł karabin do oka i strzelił. Kula minęła Johna o centymetry, wręcz usłyszał jej gwizd. Natychmiast padł i posłał w wartownika serię trzech pocisków. Niemiec padł, a jego pies pociągnął go za trzymaną przez niego smycz w stronę z której przyszli. Przez chwilę zapanowała cisza. W dali słychać było palbę. Inni mają widać cięższą przeprawę. W tę pozorną ciszę wdarło się ostre wycie syren. W garnizonie ogłoszono alarm. Z bunkrów i wartowni na plac zaczęli wybiegać żołnierze. Z trzech stron przywitał ich ogień RKM-ów i snajperów. W tym czasie chłopcy na dole zdążyli dojść do pierwszej linii drutów i przeciąć ją. Przed nimi najgorsze: miny. Czołgali się obok siebie dźgając przed sobą bagnetami, ale eksplozja nie następowała. Nagle jeden z nich znieruchomiał, a zaraz po tym zaczął rozgrzebywać przed sobą ziemię rękami. Po chwili wetknął w nią małą chorągiewkę i ominąwszy ją ruszył dalej. Więc miny są. Pomimo ciągłego ostrzału na plac przed bunkrem wybiegało coraz więcej żołnierzy. Formowali grupki i ruszali pędem w różnych kierunkach. Spory oddział wbiegł też do samego bunkra. Na dole „Miki” z „Lalą” dotarli w końcu do bunkra. Spróbowali otworzyć drzwi i o dziwo udało im się. Stanęli jak wryci patrząc w stronę dowódcy. John pokazał im by pilnowali wejścia z dwu stron. A sam podczołgał się do saperów. - Dobra chłopaki. Nie wiem, o co w tym chodzi, ale wy macie się tego dowiedzieć. Jak dotrzecie do środka to nas ściągnijcie. Jasne? - Tak! - No! To miłej zabawy! – pokazał w stronę drzwi. Saperzy zaczęli ostrożnie zsuwać się na dół. Nagle jeden z ludzi na dole zaczął strzelać. John podniósł wzrok. Wzdłuż bunkra szedł oddział Niemców. Było ich z dziesięciu. Pierwszych dwóch padło natychmiast. Reszta natychmiast położyła się na ziemi, korzystając z osłony postrzelonych. Jeden rzucił się pędem w stronę, z której przyszli. Lecz nagle zarył nogami w ziemię i padł bezwładnie na ścianę bunkra. - Kocham „Długiego”, po prostu go kocham! – pomyślał John. Saperzy zeszli już na dół i czołgali się przez wytyczoną ścieżkę. Jeden z nich został przy minie, a drugi ruszył bezpośrednio do bunkra i po chwili w nim znikł. Leżąca grupa Niemców ostrzeliwała się gęsto i jeden z ludzi Johna dostał w ramię. Na szczęście w miarę niegroźnie. Reszta grupy mając Niemców jak na dłoni, waliła do nich tak, jakby chciała pomścić wszystkie naloty na Wielką Brytanię na raz. Strzelali do tego bardzo celnie. Po chwili więc zapanowała znów cisza przerywana tylko krótkimi warknięciami RKM-u i strzałami snajpera. Tę pozorną ciszę przerwał suchy trzask czegoś spadającego na beton. Zaraz po nim dał się słyszeć tupot butów. Spojrzawszy na wprost John dojrzał wybiegających na dach bunkra Niemców. Natychmiast posłał w tamtą stronę serię ze swego „Stena”. Kilku Niemców padło bezwładnie na beton, ale reszta przywarła do ziemi i zaczęła strzelać. John podczołgał się do jednego ze swoich ludzi. - Andy! Machnij tam ze dwa granaty i spadamy stąd! - Dobra! – Odpowiedział mu rozpromieniony Andy. - Ten to się chociaż dobrze bawi. – pomyślał John ruszając wzdłuż szeregu. Gdy był w połowie krzyknął do swych ludzi.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych