Wróć do katalogu

REHABILITACJA: seria druga - Powrót na leżankę

prolog i rozdział pierwszy dalszych losów młodej pacjentki w gabinecie masażu

AgnieszkaQ, opublikowano , 32 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{font:verdana}{c:navy}{b}{u}REHABILITACJA, seria druga - Powrót na leżankę{/u}{/b} {i}"Wilk wolny wyje, na smyczy pies skowycze…” J. Kaczmarski, z utworu „Obława IV”{/i}

{u}prolog do serii drugiej{/u}

I: HAPPY EASTER!! P.S. czemu nie dajesz znaku życia, co u Ciebie?? my student: wzajemnie :) zapracowany... a u Ciebie?? I: eh, mam ciężki czas, ten zasraniec mi grozi i nie chce się odwalić ode mnie kto wie co on jeszcze wymyśli wczoraj mu niezle odrypalo, jednak, nawalony czyms byl a w takim wypadku muszę się teraz mieć chyba raczej na baczności my student: wiesz, grozby chyba zawsze trzeba traktowac w powazny sposob, bo nie wiesz czy to nie jest bardzo powazne I: zastanawiam się czy by nie iść z tym na policję my student: ja potraktowalbym to serio I: ale się boję, że to go jeszcze bardziej wkurzy my student: i zglosil na Policje dokladnie I: a ja chcę żeby sobie odpuścił i dał mi spokój idąc na policję spokoju sobie chyba nie da my student: bedzie wiedzial, ze zostalo to zgloszone, jesli staloby sie cos Tobie, to do niego pierwszego zapukaja I: będzie miał tylko więcej powodów żeby się mścić… my student: ale on Ci grozi!! jak to zglosisz, to watpie ze jeszcze bedzie Ci grozil ale wiesz, jak jest pod wpływem środków odurzających to i tak trzeźwo nie myśli ale tak zrobilbym ja, Ty sama musisz podjac decyzje to psychol jakis jest nie boj sie go mysle, ze jak najwiecej osob powinno wiedziec, ze Ci grozil I: mówię mu że się go nie boję, ale tak naprawdę zacznę chyba zamykać się w domu na jakiś dodatkowy zamek my student: no widzisz I: ale się wpakowalam,kurde ;( muszę się jakoś tej mendy w końcu pozbyc my student: nic sie nie wpakowalas, tylko poznalas kogos niewlasciwego z kad mialas wiedziec, ze to jakis bandyta zerwij z nim kontakty i postaraj sie zmienic nr tel I: jak się nic nie zmieni to niestety będę musiała tak zrobić no to miałam wesołe święta, nie ma co my student: a Ty nie przejmuj sie tym, ale badz konsekwentna pojedz po nim jak po swini zeby sie odczepil I: wczoraj pojechałam my student: i już I: wiesz, wczoraj chyba coś wziął, bo mu odwaliło totalnie teraz co chwila dzwoni ale nie odbieram pewnie rano zdał sobie sprawę z tego co zrobił doszło do zapijaczonego czerepa i chce mnie znowu przepraszać nie, koniec sentymentów, skończyło sie, chce wojny to będzie ją miał my student: wojna do niczego nie prowadzi, ja zerwalbym poprostu wszystkie kontakty I: boję się, że sama go zabiję my student: ok, musze już zmykać I: dobra, spokojnych świąt Ci życzę fajnie, żeśmy pogadali pa!! my student: musze jeszcze oddac dzis autko do wypolerowania i wyczyszczenia w srodku a potem jajeczka poswiecic :) I: moje już sie gotują my student: do pozniej :) I: ok., w takim razie pa!! my student: nie nie, tych nie bede gotowal ;P I: <hahaha>

Westchnęłam i nieprzytomnie wyszłam z gg. Tak, miałam poważne kłopoty. Powinnam pozamykać się w domu na cztery spusty i nie ważyć się nosa za drzwi wystawiać. Bardzo się bałam i zdawałam sobie sprawę z tego, co mnie może spotkać ze strony tego człowieka, to fakt. „Skąd się tacy biorą?”, dość często zachodziłam w głowę, wykończona wszelkimi atrakcjami, które do tej pory moja prywatna ropucha mi zafundowała. „Jak to, nie wiesz?”, moja ukochana maturzystka próbowała mnie w takich chwilach jakoś wesprzeć. Ujęła całe zjawisko chyba najtrafniej, jak się tylko dało: „Z Głupolandii.” Tak, niektórzy faceci są jak ropuchy, które po pocałunku wcale nie zmieniają się w książęta z bajki, lecz raczej pozostają oślizłymi, trującymi płazami. I dlaczego ja akurat na takiego trafić musiałam? Eh, przy moim szczęściu wszystko było możliwe. - Chrzanię go! – stwierdziłam, mrugając nerwowo oczami. – Chociażby z najzwyklejszej przekory, dziadowi na złość, będę szczęśliwa. I nic nie zmaże uśmiechu z mojej twarzy – postanowiłam twardo. Stawką w tej grze była moja wolność. I moje życie.

{u}rozdział 1{/u} miłe złego początki

Niezbadane są wyroki boskie. Mocno nadszarpnięty stan zdrowia, spowodowany jeszcze bardziej chorym stanem życia osobistego, sprawił, że pewnego marcowego poranka stawiłam się w przychodni na badaniach krwi. Byłam już niemiłosiernie głodna, gdyż, jak wiadomo, takie badania muszą odbywać się na czczo. Nienawidziłam wychodzenia z domu bez śniadania, dlatego też czułam się bardziej koszmarnie niż zwykle. Nie miałam siły na nic; w moich oczach, niegdyś tak radosnych, ledwo tliły się nieśmiałe iskierki życia. Po pobraniu próbki wyszłam z laboratorium i usiadłam na ławce przed drzwiami. Wyciągnęłam z plecaka soczek kupiony w przychodnianym sklepiku jeszcze przed badaniem. Odkręciłam butelkę i całą jej zawartość wypiłam jednym duszkiem. Wiedziona ciekawością, spojrzałam pod nakrętkę i aż prychnęłam z dezaprobatą, myśląc sobie: „Jakaś chora kpina od losu. I co jeszcze!? Cholerna wiosna…” Pod nakrętką było napisane: „KTOŚ CIĘ KOCHA!” Dlaczego tak zareagowałam? Miało to nierozerwalny związek z tym, co się ze mną działo od Bożego Narodzenia aż do chwili obecnej. A działo się. Oj, działo… Wyleczywszy się z chronicznego doła, powodowanego tęsknotą za utraconą miłością pod postacią Pana P., odzyskałam radość życia i postanowiłam wycisnąć każdy dany mi dzień do ostatniej kropli przyjemności. Zaczęłam jeszcze częściej chodzić po imprezach i poznawać nowych ludzi, wśród których znalazło się także paru całkiem fajnych facetów. Ubzdurało mi się wtedy, że chcę mieć swojego księcia z bajki. Znane porzekadło mówi, że trzeba uważać na swoje życzenia, bo jeszcze kiedyś się spełnią. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, nie czekałam zbyt długo, by usłyszeć rżenie rumaka, płaszczącego się u moich stóp. Niestety, jak się później miało okazać, nie bez powodu mówi się także, że życie to nie bajka. Na jednej z imprez spotkałam swojego kolegę z lat szkolnych. Właśnie wrócił do Polski zza granicy. Wiedziałam, że od zawsze mu się podobam, lecz nie przypuszczałam, że to zainteresowanie moją osobą przetrwa tak długo. Zaczęliśmy wiec widywać się coraz częściej. W jednym z wieczornych SMS–ów nieoczekiwanie spytał: „O czym marzysz?” Nie myśląc zbyt wiele, odpisałam: „O ksieciu na bialym koniu :)” Po kilku minutach otrzymałam SMS zwrotny następującej treści: „jam jest ksionze :D lecz moj rumak masci czarnej :D” Dało mi to do myślenia. Treść wiadomości wydała mi się dość jednoznaczna. Lubiłam chłopaka, lecz nie byłam wtedy jeszcze w stanie stwierdzić, czy na lubieniu nie poprzestanę. Poza tym nie chciałam zbyt bardzo się do nikogo zbliżać z prostego powodu – moje plecy dość konkretnie zaatakowała wysypka, z którą w bólach poradziły sobie dopiero tabletki antykoncepcyjne. Mój Czarny Ksionżę okazał się być jednak bardzo zdeterminowany w dążeniu do celu. Szybko wyczuł, że muzyka ma ogromny wpływ na moje samopoczucie, tak więc zaczął mnie rozmiękczać przy pomocy ballad Guns’n’Roses. Zgodnie z przewidywaniem, będąc pod wpływem uroku jednej z takich muzycznych chwil, w których wprawdzie byłam zakochana w słowach piosenki, a nie w nim, lekkomyślnie zgodziłam się spróbować z nim być. Poza tym, życie w samotności zaczęło mi doskwierać coraz bardziej; nie chciałam po prostu dłużej już być sama. Nie zdawałam sobie wtedy jeszcze sprawy, że nie wolno brać pierwszej lepszej trafiającej się okazji. Chociaż chłopak dość gorliwie zarzekał się, że nie będę tego żałować, a on nie zmarnuje danej sobie szansy. Czegóż miałam się bać? Na początku rzeczywiście traktował mnie jak księżniczkę. Mogłam liczyć na wspólne spędzanie czasu, codzienne rozmowy, w tym telefoniczne, wieczorne odbieranie mnie z pracy w szkole językowej i z korków i odprowadzanie pod sam dom, prezenty, kwiaty, czekoladki… Miałam wszystko, o czym zawsze marzyłam ze strony faceta. A nawet jeszcze więcej, niż bym chciała, niż byłam w stanie znieść. Pierwszym sygnałem, że coś jest nie tak, stał się problem wychodzenia na spotkania ze znajomymi. Czarny Ksionżę nie kwapił się do zbyt częstego wychodzenia, a samej mnie puszczać, rzecz jasna, nie chciał. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mi nie ufa. Zaczęłam się zastanawiać, czy dałam mu kiedykolwiek podstawy do braku zaufania… Mnie zależało na utrzymywaniu dobrych kontaktów z moimi znajomymi, więc na spotkania chodzić chciałam. Zwłaszcza, że na wyjścia nie miałam zbyt dużo czasu, więc życie towarzyskie i tak już znacznie kulało. Poza tym, nie robiłam tam nic złego. Tak mi się przynajmniej wydawało. Zwykle gdy on nie chciał gdzieś iść, a ja tak, częstował mnie szantażem emocjonalnym pod przeróżnymi postaciami. Zdarzało się, że posuwał się nawet do przedstawiania mi swojej wersji prawdy, by tylko zatrzymać mnie w domu. Wpędzona w poczucie winy, poddawałam się i powoli pozwoliłam odseparować się od grona moich znajomych, których denerwowało ciągłe odwoływanie przeze mnie i tak już nieczęstych spotkań. Następnym znakiem nadchodzącej katastrofy stała się kwestia mojej pracy. Potrafiłam zrozumieć to, że mnie zawsze odprowadza do domu; dbał w końcu o moje bezpieczeństwo. Ale przesadą już było robienie awantur, gdy zdarzało mi się wrócić do domu, nie zaczekawszy na niego. Z czasem zaczął nawet na mnie naciskać, bym zrezygnowała z pracy, a w zamian za to kwestią finansową zajmie się już tylko on. „Moja księżniczka nie będzie pracować”, twierdził z dumą, podczas gdy ja dostawałam spazmów na samą myśl o czymś takim. Oczami wyobraźni roztoczyłam wizję, w której siedzę cały dzień w domu, skazana na jego łaskę lub niełaskę, odcięta od świata i całkowicie pozbawiona prawa do dokonywania jakichkolwiek wyborów. Przeraziło mnie to. Myśli, jak by się tu od niego uwolnić, zaczęły coraz częściej gościć w mojej głowie. Czułam się osaczona i ubezwłasnowolniona. Niestety, opanował do perfekcji sztukę manipulowania mną przy pomocy wywoływania poczucia winy, a czasem nawet swego rodzaju zastraszania. „Zabiję każdego, kto ośmieli się rozdzielić mnie z moją księżniczką”, rzucił czasem niby to od niechcenia. Innym razem potrafiło mu się wyrwać, że jestem całym jego światem i odpowiadam za jego życie i szczęście. Nie chciałam nigdy nikogo, w tym także i jego, krzywdzić w żaden sposób, tak więc tkwiłam dalej w swojej złotej klatce. Nie wyszło mi to na dobre, gdyż już wkrótce środki uspokajające stały się nieodłącznym elementem mojej codziennej diety. Stwierdzono u mnie zaczątki nerwicy i tachykardię. Przy zdrowych zmysłach utrzymywała mnie jeszcze tylko moja praca, codzienne, choć już coraz rzadsze ćwiczenia i muzyka słuchana z mojej MP3. Z podjęciem ostatecznej decyzji o zerwaniu wciąż zwlekałam, aż na początku marca pomógł mi w niej Czarny Ksionżę we własnej osobie. Przyłapałam go, jak z mojej skrzynki mailowej pisał wiadomość do jednego z moich uczniów, w której rezygnował z udzielania dalszych lekcji! Domyśliłam się, że musiał skorzystać z funkcji zapamiętywania hasła na mojej przeglądarce; sam mnie namówił na skorzystanie z tej możliwości, tłumacząc uprzednio, że oszczędzę czas kiedy nie będę musiała co chwilę wpisywać hasła. Nie spodziewałam się wtedy, że podsuwając mi tą myśl, ma za tym także i swoje ukryte cele! Tego było już naprawdę za dużo. Akurat był wieczór i jeszcze nie wzięłam kolejnej dawki moich środków uspokajających, więc w porywie niekontrolowanego, dzikiego szału zerwałam z nim i wywaliłam za drzwi. Pielęgnowane we mnie poczucie winy wywołało jednak dość szybko falę niespodziewanych wyrzutów sumienia, więc kuląc się i wplatając w kołdrę, starałam się sobie tłumaczyć, że osobą, o którą przede wszystkim powinnam się troszczyć, jestem ja, i że nikt nie ma prawa mnie w żaden sposób krzywdzić. Owszem, nie chcę, by przeze mnie cierpiały inne osoby, ale nie może się to odbywać kosztem mojego własnego życia i szczęścia. Myślałam, że jeśli tylko nie dam się złamać i wytrwam przy swojej decyzji, moje problemy szybko się skończą, a on zachowa się honorowo i zniknie z mojego życia. Pomyliłam się. I to bardzo. Miałam go codziennie pod swoimi oknami, telefon dzwonił non – stop, a na gadu ustawiał opisy, mające za zadanie wpędzanie mnie w jeszcze większe poczucie winy. Gdziekolwiek bym nie poszła, widziałam jak śledzi mnie on lub jakiś jego kumpel. Odczułam na własnej skórze, co przeżywa szczute zwierzę. Męczyło mnie to niemiłosiernie, ale za bardzo nie wiedziałam, co mogłabym zrobić. Iść na policję? I co potem? Żeby za dużo o tym wszystkim nie myśleć, a też po części, by zrobić mu na złość, wzięłam dodatkowe godziny w pracy. Byłam więc obładowana zajęciami do granic wytrzymałości. Czas i siły na jakiekolwiek imprezy umarły śmiercią naturalną, więc zostałam zupełnie sama. No, może z wyjątkiem mojego kota. Takie życie w ciągłym napięciu sprawiło, że wylądowałam dziś, w poniedziałkowy poranek, na badaniach krwi właśnie. Na rance po igle w dole łokciowym trzymałam watkę i akurat szukałam w swoim przepastnym plecaku przygotowanej wcześniej kanapki, gdy nagle doleciała do mnie jakaś znajoma woń. „Oj, źle ze mną…”, pomyślałam, nie potrafiąc skojarzyć zapachu… „Oliwka!”, olśniło mnie i w tym momencie tuż obok mnie ktoś usiadł. Ktoś ubrany w białe wdzianko. Zamarłam. Nieśmiało podniosłam wzrok i odruchowo moje usta wygięły się w zaskoczonym uśmiechu. Tak, to był mój masażysta! - Witam – odezwał się do mnie zaczepnie. – Co słychać? - Krew – wymamrotałam pierwsze, co mi do głowy przyszło – badania kontrolne – dukałam dalej, wskazując na drzwi laboratorium. – Nic jeszcze nie jadłam… - Oj, i widzę, że taka niewyspana – zwrócił uwagę na wyraz mojej twarzy. - Tak, wstałam bardzo wcześnie. I w ogóle, wykończona jestem – odparłam, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak wyglądały moje oczy po przepłakaniu połowy uprzedniej nocy w akcie bezradności. Nagle ktoś go zawołał z klatki schodowej. - Muszę lecieć – rzucił mi w pośpiechu. – Fajnie było się spotkać. Nic nie odpowiedziałam, śledząc wzrokiem, jak się oddala. Nagle wszystkie wspomnienia sprzed kilku miesięcy stanęły mi przed oczami jak żywe. Ależ było wtedy fajnie! Zaświtało mi w głowie, że skoro raz ekipa rehabilitacyjna postawiła mnie na równe nogi, może to zrobić i po raz drugi. Pod wpływem tego nagłego impulsu, następnego dnia wybrałam się do lekarza i wymusiłam na nim skierowanie na zabiegi pod jakimkolwiek pretekstem. Otrzymałam dziesięć zabiegów w gabinecie masażu i pięć laserów. W domu wciąż w miarę regularnie wykonywałam wszystkie ćwiczenia, które poznałam na sali gimnastycznej, tak więc nie chciałam niepotrzebnie zabierać miejsca innym pacjentom. Podobno nie powinno się wchodzić dwa razy do tej samej rzeki. Cóż, ja najwyraźniej byłam na najlepszej drodze, by to właśnie zrobić… Od lekarza dowiedziałam się jednak, że do gabinetu masażu przyjęli całkiem niedawno pewną młodą masażystkę. Pamiętałam doskonale, jak bardzo działał na mnie mój masażysta, gdy trafiłam do niego po raz pierwszy. I jakim echem plotek i domysłów wszelkiego typu odbiło się to wśród moich koleżanek. Wprawdzie nauczyłam się do pewnego stopnia kontrolować swoje reakcje i wydawało mi się, że nie stanowię już dla niego zagrożenia, ale pomyślałam, że nie będę kusić losu, a poza tym, nie będę się narażać na cięte języki znajomych i spróbuję się zapisać do jego koleżanki po fachu. Innym powodem było to, że jednak wolałam ostatnio przebywać wśród kobiet; czułam się z nimi bezpieczniej. Miałam na uwadze również nieobliczalność Czarnego Ksiencia; gdyby się dowiedział, że chodzę na masaże do jakiegoś młodego chłopaczka, o którym w dodatku tyle się nasłuchał od moich znajomych o jeszcze bujniejszej wyobraźni niż moja, różnie mogłoby się to skończyć… Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny, a jakieś dziwne moce czuwają nade mną i troszczą się o mnie. Czasem nawet wbrew mojej własnej woli. Mój plan spalił na panewce. Okazało się, że masażystka nie przyjmuje w tych godzinach, w których ja mogłam…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych