Wróć do katalogu

Replika

Prywatni detektywi zostają zatrudnieni do dziwnej sprawy.

Annkuni, opublikowano , 47 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Był pochmurny październikowy wieczór. Deszcz przestał padać na chwilę, dlatego, skulona samotna postać stojąca w bramie jednej z krasyńsich kamienic postanowiła pójść dalej. Postać jedną ręką otulała się szczelnie znoszonym brązowym płaszczem, drugą przytrzymywała stary kapelusz, który był kiedyś zielony. Co chwila mijała latarnie uliczne, które o tej porze roku były zapalane znacznie wcześniej, aby umożliwić nielicznym pieszym rozpoznanie drogi. Mężczyzna w kapeluszu szedł szybko, na jego ziemistej pooranej zmarszczkami twarzy rysował się lęk. Jego brązowe jak bursztyn oczy, co chwila strzelały na boki, co kilka kroków mężczyzna odwracał się jakby sprawdzał czy ktoś go nie śledzi. A gdy tylko coś lub ktoś wydawał mu się podejrzany natychmiast chował się w bramie i czekał aż potencjalny prześladowca go wyminie. Po kilkunastu przystankach, co parę metrów mężczyźnie udało się w końcu dotrzeć do sobie wyznaczonego celu. Staną przed kamienicą na ulicy Słomkowej i uważnie rozejrzał się dookoła. Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, uważnie przeczytał spis mieszkańców domu. Szybko przebiegał wzrokiem po drukowanej liście i przeczytał: „Prywatni detektywi Julian Dom i Filip Neriusz Wiński 4a”. Mężczyzna odetchną z ulgą i rozejrzawszy się jeszcze raz wszedł do środka. Klatka schodowa była zadbana, po schodach nie walały się śmieci a w okna na pół piętrach wisiały czyste firanki zauważył to, bo stawał przy każdym oknie, aby wyjrzeć na plac przed kamienicą. Ciężko dysząc wspiął się na ostatnie piętro i przez chwilę stał ciężko dysząc wsparty o balustradę. Głośno przełknął ślinę i zapukał do drzwi oznaczonych mosiężnymi cyframi „4a”. Wytarł pot z czoła i zastukał pięścią w dębowe drzwi. Po chwili rozległo się szuranie krzesła i pewne kroki. Głośny szczęk łańcucha i zamka i tuż przed mężczyzną stanął wysoki blondyn o bystrym spojrzeniu i trzydniowym zaroście. Ubrany we flanelową niebieską koszule i sztruksowe brązowe spodnie. Rękawy koszuli miał podwinięte powyżej łokci a za lewym uchem wetkniętego papierosa. - Dobry wieczór – Mrukną, – w czym mogę pomóc? - Ja do panów detektywów. – Powiedział cicho mężczyzna zdejmując sfatygowany kapelusz ukazując siwe, krótko z cięte włosy. - Zapraszam. – Powiedział chłopak i zapraszającym gestem wskazał drogę do przedpokoju. – Pan pozwoli wezmę płaszcz. – Powiedział zamykając drzwi za siwym mężczyzną. - Nie dziękuje ja tylko na chwilę. Muszę szybko wrócić zanim się zorientuje. – Powiedział wyraźnie przestraszony gdyż kurczowo ściskał w reku kapelusz. - W takim razie proszę wejść dalej nie będziemy rozmawiać w korytarzu. Po tych słowach ruszył do pokoju, który był poczekalnią wyposażoną w wygodną skórzaną kanapę mały stolik do kawy i szafę na płaszcze, naprzeciwko, której stało puste biurko. - Zapraszam do gabinetu. – Powiedział wskazując duże drzwi. Gdy mężczyzna przez nie przeszedł znalazł się w dużym pokoju, w którym stały dwa biurka zarzucone papierami. Jedno stało między drzwiami wejściowymi a balkonowymi przy nich siedział krępy mężczyzna o czarnej kręconej czuprynie brązowej twarzy i prawie czarnych oczach. Studiował coś pilnie gdyż nie zwrócił uwagi na przybycie klienta. Jego szara marynarka wisiała na krześle a mankiety białej koszuli były podwinięte a szarozielony krawat był do połowy rozwiązany. - Nazywam się Juliusz Dom – Powiedział zielonooki blondyn podając swą dłoń mężczyźnie. – Pan wybaczy mojemu wspólnikowi, ale jest pochłonięty magazynem podróżniczym. - Moje nazwisko Zieliński Jerzy. – Powiedział siwowłosy mężczyzna – byłem umówiony, ale niestety nie mogłem przybyć wcześniej. - Nie szkodzi, proszę niech pan spocznie. – Powiedział wskazując fotel naprzeciwko swego biurka, które stało tyłem do drzwi balkonowych. - Przychodzę w sprawie dość delikatnej wagi. – Szepnął mężczyzna sięgając po chusteczkę do wewnętrznej kieszeni płaszcza. - Niech pan się nie obawia, jesteśmy dyskretni. Proszę powiedzieć, w czym rzecz. – Powiedział spokojnym głosem Juliusz patrząc na swego klienta. - Chodzi o moją córeczkę. Ona...Ona została uprowadzona...Tak na pewno została uprowadzona... – Zaczął Józef drżącym głosem ocierając spocone czoło chusteczką. – Wyda się panu to niezmiernie dziwne, ale ktoś porwał moją Dorotkę i zastąpił ją jej sobowtórem... - Sobowtórem? - Tak, wiem, że wydaje się to panu niedorzeczne, ale ta osoba, która podaje się za moją córkę nią nie jest. Wiem to na pewno... – Szepnął łamiącym się głosem Józef. - Może mi pan objaśnić skąd ma pan tę pewność? – Zapytał spokojnie Julian biorąc do ręki pióro i coś notując na kartce. - Ależ oczywiście, kiedyś ona była taka...Taka pełna życia, uwielbiała się bawić, śmiać. Zawsze się z nią dogadywałem. Odkąd jej matka umarła to ja byłem dla niej opoką a ona dla mnie. Pamiętam kupiłem jej porcelanową lalkę, tuż po tym jak moja żona umarła, nie rozstawała się z nią na krok. Od pewnego czasu wcale się nią nie bawi. Położyła ją w szafie i nawet na nią nie popatrzy... Poza tym zaczęła stosować wulgaryzmy nie wiem skąd się ich nauczyła my z żoną nie stosowaliśmy takiego słownictwa. I co mnie najbardziej boli zmieniła swój stosunek do mnie, obraża mnie, kopie, pluje mi w twarz i co najgorsze ona...Ona mówi, że nie jestem jej ojcem... – Mężczyzna przerwał i wytarł łzy napływające mu do oczu. - Faktycznie tak diametralna zmiana nastawienia. A ile ona ma lat? - W kwietniu skończyła sześć. - Rozumiem, a od kiedy pan spostrzegł taką zmianę? - W zeszłym miesiącu jakoś tak. I niech pan sobie wyobrazi, że ona mnie zaczyna śledzić. Kiedy idę po zakupy ona idzie za mną... - To jest akurat normalne, że dzieci idą z rodzicami do sklepów. - Ależ proszę pana ona nie śledzi, niby zostaje w domu i ogląda program w telewizji a ja ją widzę między pułkami w markecie. Nie mogę wyjść z domu żeby ona najpierw mi nie wymyślała, że to niby idę do kochanki a ją zostawiam z sąsiadką, której nie cierpi...A potem czuje na sobie czyjś wzrok odwracam się na ulicy i widzę jak się ukrywa w uliczce czy za budką z warzywami. - Nie próbował pan rozmowy? Może to szok po stracie matki? A może pańska praca tak pana zajmuje, że ona czuje się odsunięta? – Odparł spokojnie Julian nadal coś notując. - Chciałem z nią porozmawiać a ona wpadła w histerię, że niby ją do domu dziecka chcę oddać. Jeżeli chodzi o stratę matki to oboje to przeżyliśmy równie mocno i przez to staliśmy się sobie bliżsi. Natomiast, jeśli chodzi o moją pracę to ona nie jest zajmująca. Pracuję w kościele to znaczy naprawiam i konserwuje to, co jest do naprawienia. – Powiedział cicho. – Ja nawet musiałem chyłkiem wymknąć się z mieszkania, aby tu przyjść. - Rozumiem panie Zieliński, obiecuję, że zrobię wszystko, co tylko w mojej mocy, aby odnaleźć pańską córeczkę lub wyjaśnić, dlaczego tak nagle się zmieniła. – Powiedział wstając i podając mu dłoń na pożegnanie. Julian odprowadził pana Zielińskiego do drzwi i głęboko się zadumał. Poszedł do małej kuchenki i zrobił sobie kawy. Gdy wszedł do gabinetu jego przyjaciel ciągle ślęczał nad artykułem. -, Co sądzisz o tym Filipie? – Zapytał otwierając drzwi na balkon. - Może faktycznie ktoś mu córkę podmienił, - powiedział spoglądając na Juliana. - Raczej mało prawdopodobne. Nie ma na świecie dwóch identycznych osób. A klony nie myślą samodzielnie. Są wiernymi kopiami danej osoby. A ta dziewczynka ma inną osobowość. – Mrukną zapalając papierosa. - A może ma szybszy okres dojrzewania? Wiesz bunt i te sprawy. - Filip mówimy o sześciolatce. Raczej mało prawdopodobne. – Powiedział bardziej do siebie Julian. – Cóż pomyślimy o tym jutro. Ja idę do domu padam z nóg. Dobranoc Filipie. – Powiedział podchodząc do szafy i wyjmując swój płaszcz. - Do jutra, ej Julek! – Krzyknął za nim Filip. - Mówiłem żebyś mnie tak nie nazywał. – Sapnął zirytowany Julian, tym zdrobnieniem posługiwały się jego matka i dwie starsze siostry. - Ale wiesz, co Ci powiem Julek? Potrzebna nam sekretarka. – Powiedział wyszczerzając zęby do wspólnika. - A ty pewnie masz kandydatkę, co? - Dokładnie i ma doświadczenie. Nawet spore, pomagała w hotelu u wuja w wakacje, i aż w ośmiu firmach. – Powiedział wyniosłym tonem. - Nie zatrudnię twojej siostry Filip nawet nie masz, co marzyć. - Ale dlaczego? Jest dobra i zna się na tym fachu a poza tym uwielbia CSI i inne kryminalne seriale. – Krzykną za wychodzącym już Julianem. - Nie! – Krzykną Blondyn i zamkną z impetem drzwi. - Pogadamy o tym jutro! – Krzykną już do zamkniętych drzwi Filip.

Następnego ranka, gdy Julian wyszedł z mieszkania do pracy postanowił wstąpić do Cafe Ingrid na kawę. Nigdzie indziej tak dobrze nie prażą kawy. Jednak, gdy otwierał drzwi tuż przed nim pojawiła się mała dziewczynka w czerwonym płaszczu. Rzucił na nią okiem i od razu wiedział, kim jest. To córka jego klienta nie da się pomylić. Wczoraj zostawił mu jej zdjęcie. Lecz zamiast słodkiej minki aniołka maiła grożący krew w żyłach grymas. - Odwal się od niego albo pożałujesz. – Syknęła mrużąc bursztynowe oczy, podobne do oczu ojca. – Nie żartuje nie wtrącaj się do tego, co Cię nie dotyczy. Po tych słowach dziewczynka ulotniła się równie szybko jak się pokazała. Julian rozejrzał się po ulicy, stracił ochotę na kawę i ruszył w kierunku Słomkowej. Przez pięć następnych dni Julian pracował bez wytchnienia starając się zakończyć wszystkie sprawy, które dotychczas rozpoczął, aby móc zająć się sprawą dziwnej przemiany sześcioletniej dziewczynki. Przez tych kilka dni nie był pozbawiony ciągłego gderania Filipa na temat jego siostry i jej kwalifikacji na stanowisko sekretarki, której według niego im wcale nie potrzeba. Jednak Filip postawił sobie za punkt honoru, aby wkręcić siostrą do biura. Cóż zobaczymy, kto ma większą siłę charakteru i jest bardziej uparty, pomyślał z ponurą satysfakcją Julian.

- Proszę cie Julian matka moja rodzona mnie ukatrupi, jeżeli jej nie zatrudnimy. - Powiedział Filip wychodząc z biura. Ciaśniej opatulił się kurtką i włożył ręce do kieszeni. - Myślałem, że dasz mi już z tym spokój. Po co nam baba w biurze? Tylko będzie zrzędzić – Powiedział Julian ze śmiechem – o przepraszam Filip zapomniałem, że Ty już to robisz. Roześmiał się i unikając ciosu przyjaciela. - Wracając do sprawy, ta mała naprawdę wydaje się jakaś dziwna. – Powiedział – jakbyś widział jej oczy. Krzyczałbyś. - Nie przeginaj Julek. - To ty nie przeginaj. Tak przekomarzając się wyszli na ulicę. Po chwili pogrążyli się w rozmowie o sprawie dziewczynki i nie spostrzegli się, gdy doszli do baru u Zbycha gdzie mieli zjeść obiad. Usiedli przy stoliku w głębi lokalu. Po chwili zamówili dwa dania obiadowe i po piętnastu minutach dostali zamówienie. Jednak nie było im dane, aby zjeść w spokoju gdyż do Filipa zadzwoniła siostra usilnie mu coś tłumacząc. Cała rozmowa trwająca kilka minut a jedyne słowa, których używał Filip to „tak” i „no”. Rozłączył się i spojrzał na towarzysza przepraszającym wzrokiem. - Co? – Zapytał po chwili wkładając kawałek kotleta do ust. - No cóż, moja siostra dzwoniła... - Trudno by było się domyślić – Odparł z kpiną w głosie podnosząc widelec z kęsem do ust. - Będzie tu za chwile... - Słucham? – Zapytał opuszczając widelec na talerz. - Nie dało się wykręcić, serio to nie moja wina, nie wiem jak ona nas znalazła nie mówiłem gdzie idziemy. – Rzekł przepraszająco Filip. - Jasne, dlaczego nie powiedziałeś jej, że nie potrzebujemy sekretarki? – Żachną się Julian. - Gdyż tak naprawdę potrzebujemy jej... To jest sekretarki gdyż nie idzie sie połapać w twoich notatkach a kawa, którą parzysz smakuje jak pomyje... - Wcale nie! – Przerwał mu Julian – ja wiem, o co chodzi w moich notatkach a kawę możesz robić sobie sam. Filip miał coś powiedzieć, gdy naglę do stolika podeszła moda dziewczyna o kręconych rudych włosach i ogromnych zielonych oczach. Ubrana w dżinsy, czerwony golf robiony na drutach i bordowy beret z daszkiem. Na ramieniu zwieszoną miała płócienną brązową torebkę z długim paskiem, na stopach miała zamszowe kozaki kolorem pasujące do torebki a w rękach trzymała oliwkowy płaszcz. - Cześć bracie - powiedziała pochylając się i muskając policzek Filipa – wyobraź sobie, że w autobusie zepsuł się silnik i musiałam dymać tutaj na piechotę. Julian przyglądał się jej przez chwile, po czym chrząkną. Wtedy dziewczyna przeniosła na niego spojrzenie i w jednej chwili na jej usta pomalowane czerwoną szminkę, czego wcześniej Julian nie spostrzegł, wpłynął uśmiech a w policzkach pojawiły się dołeczki. - Ty pewnie jesteś Julian Dom, tak? – Zapytała podając mu dłoń. Gdy tylko Julian ją uścisną jednocześnie kiwając głową dziewczyna ukazała rząd śnieżno białych zębów. - Ja jestem Olga Skrzyńska, młodsza siostra Filipa Neriusza. – Tu znowu popatrzyła na brata. - Dziwne odkąd to rodzeństwo ma inne nazwiska? – Zapytał unosząc znacząco brew i spojrzał wymownie na przyjaciela. - Ach to! – Roześmiała się dźwięcznie Olga – Moja mama wyszła za jego tatę jak miałam piętnaście lat i już mi się nie chciało biegać po urzędach i zmieniać wszystkiego w papierach. Filip spojrzał na przyjaciela przepraszając. - I wyobraź sobie, że Filip Neriusz od dwóch miesięcy mówi, że pilnie poszukujecie sekretarki... – Powiedziała – wybaczcie na chwilę, ale od rana nie piłam kawy – powiedziała wstając i podeszła do baru. - Mówiłeś, że ona cie meczy! – Syknął Julian. - No cóż trochę to nagiąłem, ale i tak szuka pracy. – Powiedział Filip przepraszającym tonem i skromnie spuszczając oczy. Julian miał coś mu powiedzieć do słuch, ale wtedy wróciła Olga i siadła po prawej stronie Juliana a po lewej Filipa. - Więc, kiedy jest rozmowa? – Zapytała – I powiedzcie mi, kiedy będę miała odpowiedź. Spojrzała wyczekująco na brata a potem przeniosła wzrok na Juliana. - No słucham panowie – Dodała nagląco. - Sprawa wygląda tak... – Zaczął Julian, lecz widząc błagalny wyraz twarzy Filipa westchnął i postanowił ustąpić – zaczynasz od poniedziałku o dziewiątej, nie toleruję spóźnienia ani częstych zwolnień z pracy, to, że twój brat będzie twoim szefem nie znaczy, że będziesz miała taryfę ulgową. Jasne? – Zapytał patrząc groźnie na dziewczynę. - Jak słońce. – Rzekła z uśmiechem. - Do twoich obowiązków będzie należeć otwieranie drzwi, obsługa gości i takie tam inne biurowe sprawy. - No przecież wiem, nie pierwszy raz z tego będę chleb jadła wiec nie musicie się martwić. – Powiedziała Olga z uśmiechem stając. – To do poniedziałku. Wychyliła jeszcze resztkę kawy, musnęła brata w policzek, coś mu szepnęła do ucha. Promiennie uśmiechnęła się do Juliana podając mu dłoń i ulotniła się równie szybko jak przyszła.

W poniedziałek punkt dziewiąta do biura weszła a raczej wbiegła Olga, zdyszana jak po długim biegu. Cóż prawie całą odległość między jej mieszkaniem na Jaśminowym Osiedlu, a centrum gdzie znajdowało się biuro obu panów, musiała przebyć w biegu. Gdyż wszyła dwie minuty po czasie i spóźniła się na autobus, który miał ją zawieźć prosto do celu. Dlatego była zmuszona przebiec sprintem dwa przystanki by móc wsiąść w jedenastkę, która skręcała tuż w lewo przed jej przystankiem, dlatego gdy tylko wysiadła z autobusu musiała się puścić biegiem przez główną ulice, aby dotrzeć tuż przed autobusem o sygnaturze jeden, który zatrzymuje się o dwa przystanki przed ulicą Słomkową. Dlatego ostatni odcinek drogi musiała przebiec niemal bez wytchnienia, aby zdążyć na czas. Jednak udało się jej, co prawda za dwie dziewiąta wpadła na klatkę schodową i przeskakiwała, co dwa schodki wspinając się na górę, ale udało się jej. Dotarła na miejsce na czas. Sama sobie pogratulowała i po zawieszeniu płaszcza w szafie poszła do małej kuchenki, aby zrobić sobie kawę, na którą nie miała już czasu rano. Małe pomieszczenie było na tyle funkcjonalne i dobrze umeblowanie, że jedna osoba mogła swobodnie się poruszać mały stolik z dwoma krzesłami stał naprzeciwko kuchenki gazowej. Na małej lodówce, stojącej naprzeciwko zlewu były przylepione śmieszne naklejki szeroko uśmiechniętych owoców a pod każdym z nich był podpis „jedz owoce będziesz zdrowy”. Nucąc pod nosem jakąś żywą piosenkę przeszukiwała pułki w poszukiwaniu kawy. Po długich poszukiwaniach w szafce nad zlewem znalazła jakiś niezidentyfikowany brązowy proszek, który ktoś uznał za kawę i przez pomyłkę umieścił na liście nadających się do spożycia produktów. Obok był cukier i dwa kubki. - No pięknie, - mruknęła do siebie - nawet filiżanek nie mają. Wyszła z kuchenki i rozejrzała się po średnim pokoju. Zrobiła kwaśną minę, od razu rozpoznała rękę brata w próbie dekoracji pokoju. Jedynym znośnym meblem w tym pomieszczeniu była czarna kanapa i stolik do herbaty. Gdyż widać było, że zostały dopiero zakupione. Sięgnęła do kieszeni szarego żakietu po telefon komórkowy. Nie lubiła biurowego stylu, zawsze ją drażnił jednak dziś zmusiła się do włożenia szarego kostiumu składającego się ze spódnicy w kolano, u dołu obszytej cienką czarną tasiemką i żakietu skrojonego, aby podkreślić jej talie. Do tego nałożyła czarne kozaki z lakierowanymi czubkami, białą koszulę z żabotem i do kompletu skórzaną torebkę z wielką klamrą na przedzie i dwoma uchwytami. Włosy spięła w koński ogon dużą spinką. Po krótkim zastanowieniu w książce telefonicznej komórki znalazła numer do swojej matki. Przycisnęła „połącz” i przyłożyła telefon do słuchawki. - Haloo? – Rozległ się dźwięczny głos po drugiej stronie. - Cześć mamuś, - powiedziała radośnie Olga. - Witaj kochanie, jak pierwszy dzień w pracy? – Zapytała. - No cóż, dopiero zaczynam i mam taki problem... - Już?! – Wykrzyknęła przerażona kobieta. - Mamo, to nic poważnego po prostu, chodzi o problemy natury praktycznej, biuro Filipa Neriusza i jego wspólnika wygląda cóż no...Trochę jakbyś wstawiła sofę i biurka w mieszkanie o stanie surowym. – Powiedziała z uśmiechem na ustach. - Aż, tak źle? – Zapytała po chwili milczenia matka Olgi. - Karen czy ja cie kiedyś oszukałam? Oni nawet nie mają filiżanki, aby podjąć klientów w odpowiedni sposób. A kawę musiałam posłodzić pięcioma łyżeczkami gdyż inaczej nie dało się tego... Czegoś wypić. - To faktycznie mamy problem. Kochanie proszę prześlij mi zdjęcia tego – tu zawiesiła głos – mieszkania. A ja pomyśle nad tym, co da się z tym zrobić. A co do filiżanek to ja wam podeślę, jeden z moich kompletów, nawet wiem chyba już, który. No to buzia kochanie i trzymaj się. – Powiedziała, po czym się szybko rozłączyła głośno cmokając w słuchawkę. Olga uśmiechnęła się do siebie i usiadła za dużym starym, dębowym biurkiem. Popatrzyła chwilę na ekran niepodłączonego komputera i zabrała się do łączenia kolejnych kabelków. Zajęło jej to niespełna pół godziny, zawsze lubiła majsterkować i dłubać w komputerach, co zawsze zadziwiało jej matkę a jej ojczyma napawało dumą. Oboje chcieli dla niej jak najlepiej jednak ona nie poszła nie w ślady matki, która prowadziła firmę produkującą kosmetyki ani w ślady ojczyma, który miał dobrze prosperującą firmę komputerową. - Przydałby się telefon, - pomyślała na głos. I właśnie, gdy miała zamiar zadzwonić do salonu weszli Julian i Filip. - Dzień dobry. – Powiedziała radośnie z firmowym uśmiechem na twarzy. - Cześć siostra! – Krzykną radośnie Filip. Julina mruknął jedynie „Dzień dobry” i znikną za dużymi dwuskrzydłowymi drzwiami. - On zawsze taki przyjemny? – Zapytała Olga szeptem i wskazała palcem drzwi. - Nie po prostu nie idzie mu sprawa i nie ma, na czym wytrzeć zębów. – Powiedział cicho. – Jak czujesz się na stanowisku? Widzę, że podłączyłaś sobie komputer. - Taa, ale nie mam telefonu stacjonarnego. - No wiem miałem pójść do sklepu, ale jakoś nie miałem okazji. – Powiedział podchodząc do drzwi, za którymi znikną Julian. – Przerwę obiadową masz o trzynastej i wtedy możesz kupić sobie jakiś aparat, wrzuć w koszty. A nie powinienem ci tego mówić droga siostro, ale mamy w banku rachunek reprezentacyjny. I jak czegoś brakuje to bierz z tego rachunku kasę. Dobra? - Tak, oczywiście. – Powiedziała wstając zza biurka. – A tak przy okazji skoro już jesteśmy przy tym... Trzeba to biuro ładnie urządzić, z mamą się tym zajmiemy. - Mowy nie ma! – Krzykną z gabinetu Julian –Zostaje tak jak jest! - Ależ Julianie – powiedziała Olga wchodząc za bratem do ich wspólnego gabinetu. – Nie możecie przyjmować klientów w takim syfie. - Według mnie tak jest dobrze, z charakterem. Tak jak powinno wyglądać męskie biuro, zero koronek czy bibelotów! – Wrzasnął. - Stoję tuż obok i naprawdę nie musisz się wydzierać Julianie. A poza tym nie można tego miejsca określić, że ma charakter. Jakikolwiek charakter. Takie pomieszczenia odstraszają klientów. - Może w to nie wierzysz, ale nikt się nie skarżył – powiedział Julian opierając się dłońmi o blat biurka. - A ile klientów przyszło tu z drugą wizytą? – Zapytała zadziornie. Tutaj Julian zamilkł szukając przykładu, ale prawda była taka, że ta mała ruda istota, która irytowała go od samej zmianki o niej miała rację. Zawsze jak przychodził do nich klient ze sprawą to pierwsze spotkanie było tutaj a każde kolejne gdzie indziej. Zazwyczaj w domu klienta lub w restauracji. Zwinął dłonie w pięści tak mocno, że aż kostki mu pobielały. - Nie masz zajęć? – Warknął spoglądając na głupawy uśmieszek wspólnika. - Oh ależ mam, tak oczywiście, że mam. – Zaszczebiotał radośnie Filip i wyszczerzył zęby w głupawym uśmiechu. Julian spojrzał się na niego tak, że gdyby wzrok mógł zabijać, Filip padłby trupem tutaj przed nimi. Potem przeniósł spojrzenie na Olgę, jednak na nią jego zimny wzrok nie podział tak jak na jej brata. Dziewczyna stała z dumnie podniesioną głową, śmiało patrząc mu w oczy. - Na żaden remont się nie zgodzę. – Mruknął pod nosem. – Proszę niech pani wraca do swoich zajęć. Olga miała coś powiedzieć jednak Julian podniósł dłoń nakazując jej milczenie, po czym, machną ręką jakby odstraszał natrętną muchę. Dziewczyna widząc ten lekceważąc gest dumnie uniosła głowę do góry, teatralnie odwróciła się na pięcie i wymaszerowała z gabinetu zamykając za sobą drzwi. - Jeszcze się przekonamy czy nie będzie remontu. – Powiedział do siebie Olga siadając za biurkiem.

Julian przez następne kilka dni był bardzo zajęty, kursował między sowim domem na obrzeżach miasta a biurem. Dlatego nie zauważył poczynań Olgi, która co jakiś czas do stawiała drobiazgi, aby stworzyć przyzwoitą atmosferę. Jedyną korzyść, którą znalazł w tym, że przyjęli sekretarkę to znaczna poprawa smaku kawy, niemal tak dobra jak w Cafe Ingrid. Uwielbiał kawę w tej malutkiej kafejce i często tam zaglądał, lecz odkąd zatrudnili Olgę nie musiał chodzić tam regularnie. Był w trakcie sprawy, którą zlecił mu Jerzy Zieliński nie miał czasu na nic, często zapominał, aby coś przegryźć, od rana siedział w bibliotece i studiował stare księgi, pisma i skrypty, po prostu wszystko, co mogło go zbliżyć, choć trochę do zakończenia sprawy. Czuł się jak student na pierwszym roku, tak zresztą na niego patrzyli inni. Nawet bibliotekarka zaczęła żartować, że może mu dorobić dodatkowy klucz, gdyż Julian, co rano spotykał kobietę, gdy otwierała bibliotekę. Czasem nawet, gdy zasiedział się kobieta, która nazywała się Stanisława, wyganiała go tuż przed zamknięciem. Wysiłki Juliana okazały się daremne gdyż, w całej bibliotece nie mógł znaleźć niczego, co mogło mu cokolwiek wytłumaczyć. Dlatego pewnego razu, gdy wracał piechotę do biura postanowił wstąpić do kościoła, aby w skupieniu przemyśleć pewne fakty, o których był wspomniane mimo chodem w jednej z księdze. Wchodząc do kościoła, uderzył go zapach kadzidła i wosku. Kościół nie był okazały, koniec XIX wieku. Julian rozejrzał się po rzeźbach i malowidłach. Zajął miejsce w jednym z ostatnich

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych