Wróć do katalogu

Roman Woźniczka "Zapiski 1915 - 1946r."

Lekko zbeletryzowane, zredagowane i nieco przerobione wspomnienia mojego dziadka. Dla zainteresowanych wersja ze zdjęciami. Tylko na maila.

ziemniaktg, opublikowano , 34 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Urodziłem się 4 lutego 1915 roku w pięknym, starym, koszarowym mieście Glatz,(dzisiejsze Kłodzko) z matki Klary i ojca Karola. Matka moja była z domu Luppatsch. Była ona Niemką, zaś ojciec pochodził z Katowic - Załęża , jego słowiańskie nazwisko pisano z niemiecka „Wosnitzka”, później, już w Polsce przywrócono na właściwe” Woźniczka”. Matka moja nie znała polskiego; dopiero po przybyciu do kraju trochę się nauczyła, lecz nigdy nie potrafiła poprawnie wysławiać się po polsku. Ojciec oczywiście mówił w tym języku i to bardzo dobrze. Należał do ludzi Górnego Śląska, którzy choć przez 6 wieków byli oderwani od Polski, przechowywali w swoich rodzinach język polski. Był to istny fenomen. W domu mówiliśmy z matką po niemiecku, a z ojcem po polsku i dzięki temu staliśmy się wraz z rodzeństwem dwujęzyczni, co w owych czasach było prawdziwym skarbem. Pisaliśmy także swobodnie w obu językach.

Pewnie spytacie skąd się mój ojciec wziął w Kłodzku? Był z zawodu księgowym i przyjechał za pracą do Kłodzka, gdzie w redakcji tygodnika rejonowego „Der Glatzer Gebirgsbote” znalazł pracę, zaś moja matka była w tej redakcji sekretarką. Była ona bardzo piękną kobietą, ojciec zaś, który był chłop jak dąb, zakochał się w matce i wkrótce pobrali się w kłodzkim kościele katolickim. Stąd większość dzieci urodziła się w Kłodzku. Moi bracia to: Adolf, Wolfgang, Stanisław, Feliks, Marcin i Józef. Mieliśmy tylko jedną siostrę Kasię (Kathe).

W Niemczech po pierwszej wojnie światowej była straszna bieda, ojciec za lepszym chlebem przeniósł się więc z rodziną do Bytomia. Tam z powodu niedożywienia rozszerzyła się plaga tyfusu brzusznego. Niestety choroba ta dotknęła również moją rodzinę. Zmarła wkrótce dwójka z mojego rodzeństwa: Stanisław i sześcioletnia Kasia; spoczywają na bytomskim cmentarzu. Śmierć tych dzieci matka moja strasznie przeżyła i była bliska załamania nerwowego.

Po powstaniu niepodległej Polski były powstania Korfantowskie (pis. org.) na Górnym Śląsku. Ojciec mój współpracował w Bytomiu z Wojciechem Korfantym i w czasie plebiscytu głosował na Polskę. Gdy jednak Bytom przypadł Niemcom, ojciec musiał uchodzić do Polski, żeby uniknąć prześladowań. Przeniósł się do Strzybnicy, gdzie znalazł w Hucie Ołowiu i Srebra posadę głównego kasjera. Dostał służbowe mieszkanie 6-cio pokojowe( góra rodzinnego domu z dużym ogrodem i podwórkiem) , obok ogrodu był kort tenisowy należący do Huty. W pobliżu znajdował się duży staw rybny, gdzie Huta hodowała karpie, które przed świętami były odławiane i rozdawane pracownikom Huty. Wodę do stawu doprowadzano sztucznym kanałem, który doprowadzał wodę z Pniowca. Był też basen kąpielowy z trampoliną i kabinami z którego oczywiście korzystaliśmy i to za darmo. Przy basenie była sztuczna plaża z czystym piaskiem. Obok Huty były też pomieszczenia do kąpieli - liczne kabiny z natryskami i cztery pomieszczenia z wannami, wszystko bezpłatne. To były jak na ówczesne czasy wielkie zdobycze socjalne. Nawet mieszkania pracownicze miały zagwarantowane bezpłatnie prąd oraz wodę z własnego ujęcia. Hutą zarządzała spółka Gieszego ze współudziałem kapitału francuskiego. Stąd Hutą rządził dyrektor Francuz i polski inżynier dyrektor Niepokojczycki z Warszawy. Liczba pracowników to ok. 600 robotników i tylko kilku urzędników. Ojciec uzbrojony w rewolwer jeździł po pieniądze na wypłaty do Katowic w towarzystwie jednego strażnika. Niestety rewolwer ten był przyczyną tragedii, bo kiedyś wziął go mój najstarszy brat Adolf dla zabawy i bawiąc się nim w lesie pistolet nagle wystrzelił i trafił go w głowę, niestety śmiertelnie. To była straszna tragedia dla moich rodziców. Odbył się wtedy ogromny pogrzeb na tamtejszym cmentarzu.

Z tego co pamiętam w tym samym czasie odbył się również pogrzeb syna miejscowego restauratora, który był Niemcem i ewangelikiem. Był ten syn poborowym żołnierzem w armii polskiej i zginął ratując ludzi w czasie wielkiej powodzi w roku 1933. Na pogrzebie obecni byli oficerowie armii, miały miejsce salwy honorowe i salwa z karabinów w czasie spuszczania trumny do grobu. Nieszczęśliwa matka wyła z okropnego bólu po stracie starszego syna przez kilka dni i nocy, co było słychać na całą Strzybnicę. Nazywali się „ Bund”. Na cmentarzu ewangelickim czytałem napis: „Christus ist mein Leben und Sterben ist mein Gewinn.”(Św Paweł: Chrystus jest moim życiem, a śmierć moją wygraną). Słowa te zapadły mi głęboko w pamięć.

Na przełomie roku 1932/33 hutę zaczęto zamykać z powodu wielkiego kryzysu gospodarczego. Wszyscy stracili dobre miejsce pracy, ojciec także. W Strzybnicy w 1924 roku urodził się mój najmłodszy brat Józef, „Jóźlik” jak go nazywał ojciec (po wojnie uznany esperantysta <przyp. red>). Mieszkając tam chętnie chodziłem do lasu na jagody. W roku 1935 zdałem maturę i egzamin na nauczyciela szkół podstawowych. Ojciec dbał bardzo o nasze wykształcenie, widząc jak nim pogardzali Polacy pochodzący z głębi kraju. Ojciec nasz był samoukiem i znał kilka języków obcych, był bardziej wykształcony od tych traktujących go z wyższością polskich inżynierów. Posyłał też synów do gimnazjum w Tarnowskich Górach, a mnie do Szkoły Ćwiczeń, a po tym do Seminarium Nauczycielskiego w latach 1930-1935.

Rok przed pójściem do Seminarium Nauczycielskiego pracowałem jako uczeń biurowy w firmie „Baum” w Tarnowskich Górach. Właścicielem tej firmy był wówczas Żyd z Bytomia - Weissenberg. Bardzo dobry człowiek, znał tylko niemiecki. W Tarnowskich Górach było dużo Żydów z niemieckimi nazwiskami. Ojciec mój bardzo się przyjaźnił z Perlbergiem. Była też bożnica żydowska, którą niestety spalili hitlerowcy.

Lubiłem chodzić z mamą do sklepu z konfekcją męską przy ul. Krakowskiej prowadzonego przez dwóch braci Fischerów, z którymi trzeba było się targować, co też matka regularnie czyniła. Jej targowanie się z żydowskimi właścicielami było dla mnie zawsze wielką rozrywką. Jeden brat to był ten dobry, a drugi udawał złego. Dobry zawsze spuszczał z oferowanej pierwotnie ceny, na co ten zły desperował, mówiąc że jego brat ich zrujnuje.

Mój ojciec wystarał się o rentę inwalidzką z powodu złego wzroku i ją też otrzymał, choć niewiele - jakieś 120 złotych przedwojennych, ale jakoś z tego mogliśmy żyć. Mój o pięć lat starszy brat Wolfgang, który po wojnie musiał imię zmienić na Eugeniusz, zdał w r. 1930 maturę gimnazjalną i dostał dobrą pracę w biurze ZUS-u w Chorzowie. Niebawem ożenił się z Małgosią Woźnica z Chorzowa. Ja tam do nich często jeździłem, bawiąc się z ich pierworodnym synem Kazikiem. W ogóle miałem wielki dar do bawienia dzieci, sprawiało to obydwu stronom wielką radość. Wolfgangowie zawsze mnie serdecznie przyjmowali.

Latem roku 1935 rodzice przenieśli się do Tarnowskich Gór, najpierw do Piechurów na ulicę Bończyka. Ojciec lubił często zmieniać mieszkanie, zawsze szukał jakiegoś lepszego, oczywiście te zamiany były największym utrapieniem mamy, co łatwo można sobie wyobrazić. Natomiast ja dostałem jesienią 1935 r. posadę nauczyciela w szkole w Rybnej, no i musiałem odwrotnie dojeżdżać z Tarnowskich Gór do Strzybnicy i na nogach do Rybnej. W tym samym czasie musiałem wynająć kawalerkę w Rybnej u pani Broy, bo taki był przepis, że nauczyciel powinien mieszkać w miejscowości swojej pracy. Oczywiście, że częściej przebywałem u rodziców, jak u Broyów , choć u nich było też bardzo przyjemnie, bo po pierwsze matka Hildzi Broy była nadzwyczaj dobrą kobietą no i ich córka Hildzia była fantastyczna, rozumieliśmy się bardzo dobrze. Oprócz córki Broyowie mieli także radio, którego w domu nie mieliśmy, była to bowiem w owych czasach bardzo kosztowna sprawa. Mieszkała tam także przedszkolanka Kasia Gajoszek, rodem spod Krakowa, która ukończyła szkołę dla przedszkolanek w Mysłowicach. Bardzo miła i wesoła kobieta, a jednocześnie dobry pedagog. Przedszkole mieściło się w budynku szkoły podstawowej. Pan Broy był miłym i spokojnym człowiekiem, miał w swym domu piekarnię i sklep spożywczy. Hildzia skończyła niemieckie gimnazjum w Tarnowskich Górach, jako że zaliczali się do mniejszości niemieckiej.

Po pierwszym roku mojej pracy przybył nowy nauczyciel Bolesław Duda, mój kolega szkolny, który po ukończeniu szkoły musiał odbyć służbę wojskową - szkołę podchorążych którą ukończył w stopniu porucznika. Ja byłem zwolniony ze służby wojskowej, miałem kat.” C”. W naszej szkole nauczycielem był też pan Leonard Kania, starszy od nas, żonaty w Rybnej. Kania, bardzo spokojny człowiek, poszedł potem na studia dla nauczycieli szkół specjalnych i po jej ukończeniu został dyrektorem nowo utworzonej szkoły specjalnej, której budowę nadzorował osobiście nie dopuszczając, by powstały jakieś usterki czy nieprawidłowości.

Bardzo się zżyłem z moim o rok młodszym bratem Feliksem. Niewielka różnica wieku sprawiła, że żyliśmy ze sobą jak bliźniaki. Jako dzieci bawiliśmy się z innymi dziećmi na podwórkach w dwa ognie. Gdy dyrektorzy Huty grali w tenisa, a w czasie przerw wypoczywali, pożyczali nam rakiety , żebyśmy mogli sobie pograć za to że zbieraliśmy im piłki. Graliśmy w tenisa także na naszym podwórku. Za rakiety służyły nam deski z kuchni; graliśmy starymi piłkami, ale normalnie na punkty i sety jak w prawdziwym tenisie. Los nas trochę rozdzielił bo rodzice posłali Feliksa do 8 – letniego wówczas Gimnazjum (chyba od 12 – tego roku życia), a mnie do Szkoły Ćwiczeń (równała się szkole podstawowej), a następnie do 5-cio letniego Seminarium Nauczycielskiego (1930 – 1935). Czasy Seminarium wspominam z rozrzewnieniem. Bardzo dobry był prof. Ciekliński polonista ze Lwowa - świetny mówca i wykładowca. Gdy robił przegląd literatury polskiej z jakiegoś okresu to było coś nadzwyczajnego. W czasie wojny znalazł się w armii gen. Andersa na Bliskim Wschodzie. Żonę miał z Radzionkowa. Był też u nas świetny pedagog i zdolny rysownik prof. Antoni Małota, który ukończył Wiedeńską Akademię Sztuk Pięknych. Stał się on po wojnie moim szwagrem, jako że się ożenił z najstarszą siostrą mojej żony, Hildzią z d. Pawelczyk. W naszej szkole w klasach znajdowały się pianina i trzy prawdziwe organy piszczałkowe do ćwiczeń. W Seminarium była też aula do codziennego odprawiania Mszy Świętej przez szkolnego księdza kapelana (ks. Kowolik, ks. Peikert). W auli tej świętowano również uroczystości państwowe. Tygodniowo mieliśmy 4 lekcje religii prowadzonej przez księdza kapelana. Te lekcje religii wybitnie ukształtowały moją wiarę. Na świadectwie miałem wynik „dobry” z gry na pianinie oraz skrzypcach. Przedwojenne szkoły średnie mocno kształtowały również ducha polskiego u swoich uczniów. Ja osobiście , wiele razy i bardzo chętnie czytałem np. „Trylogię” Sienkiewicza (co najmniej 5 razy). Byłem w szkole prezesem sodalicji mariańskiej, należałem także do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży (KSM) i przez kilka lat byłem jego prezesem. Feliks po zdaniu matury rozpoczął pracę w Tarnogórskiej Spółce Brackiej, no a ja stosownie do nowo zdobytego wykształcenia rozpocząłem swą przygodę z nauczycielstwem. Dzięki temu rodzice nie mieli większych problemów finansowych. W międzyczasie, (zaraz po zdaniu matury) Feliks musiał odbyć roczną służbę w Szkole Podchorążych. Mnie wówczas służba ta ominęła, lecz brat znosił ja dość ciężko ponieważ był słaby fizycznie.

Moja praca nauczyciela była trudna, lecz miała też swoje dobre strony np.: gwarantowane długie letnie wakacje na które wyjeżdżałem do pięknej Istebnej, gdzie często przebywali również Wolfgangowie. Mieszkałem w pokoju nad restauracją przed którą był plac i kościół katolicki przyozdobiony przez dwóch znanych artystów: malarza pana Wałacha i rzeźbiarza profesora Konarzewskiego. Byłem dość częstym gościem tego ostatniego ( mimo, że jego dom znajdował się daleko) z dwóch powodów. Po pierwsze niesamowicie podobała mi się jego przydomowa piękna kaplica przyozdobiona rzeźbami właściciela. Po drugie gościł on w swoim domu kuracjuszy, głównie księży którzy w tej kaplicy odprawiali msze do których grałem na organach. W kościele w Istebnej też często grałem, a śpiewał mi tamtejszy organista który miał przepiękny głos, lecz z graniem miewał nieraz problemy. Profesor Konarzewski nazywał mnie zwykle swoim „mistrzem organowym” bo wiedział, że od najmłodszych lat interesowało mnie granie na tym instrumencie.

Niestety cztery przepiękne lata pracy nauczyciela minęły bezpowrotnie. Jeszcze 16 – go maja 1939 roku zdałem drugi egzamin z wynikiem „bardzo dobry”, co przed wojną należało do rzadkości; miałem więc otwartą drogę do kariery w oświacie. Ostatnie przepiękne wakacje w Istebnej ... i nastała rozpętana przez wariata Hitlera (org.) najstraszliwsza z wojen – druga wojna światowa.

Pierwszego września 1939 roku około 4 rano zahuczały syreny alarmowe i pierwszy raz usłyszeliśmy ryk samolotów hitlerowskich. Wyskoczyliśmy z łóżek by po chwili sobie uświadomić, że rozpoczęła się wojna. Ojciec pobiegł do miasta, żeby się zorientować co się dzieje i co najlepiej byłoby w takiej chwili robić. Gdy wrócił z powrotem powiedział do mnie i brata Jóźlika: „Chłopcy uciekajcie”. Zjedliśmy pospiesznie śniadanie, spakowaliśmy niezbędne rzeczy i poszliśmy pod budynek starostwa, gdzie stały już samochody ciężarowe gotowe ewakuować cywilów. Ja miałem wtedy 24 lata, Józef 14.

W całym kraju była ogólna tendencja, żeby uciekać jak najdalej na wschód. Wpakowaliśmy się więc na jakieś auto ciężarowe by wyruszyć byle dalej od zarzewia wojny. I tak jechaliśmy ciężarówkami, chłopskimi furmankami, samochodami lub po prostu szliśmy pieszo. Nocami pukaliśmy do przypadkowych mieszkań prosząc o możliwość noclegu. Przyjmowano nas chętnie, nieraz podkarmiano. Im dalej na wschód tym większa i bardziej bezinteresowna była gościnność miejscowych. Ja, oprócz bielizny zapasowej miałem przy sobie pieniądze na dwumiesięczną wypłatę dla całego grona pedagogicznego w Rybnej. Pieniądze te pobrałem 31 sierpnia na poczcie w Rybnej z polecenia nieobecnego wówczas (mieszkał w Nowym Sączu) kierownika szkoły. Po drodze nie wydałem ani złotego z tych pieniędzy; przywiozłem je w całości z powrotem do domu, później z biegiem czasu wypłaciłem je niemal wszystkim którzy po kolei zgłaszali się do naszego domu. Wśród uciekających spotkałem wtedy starszego kolegę razem z żoną i małym dzieckiem który uczył do niedawna w Brzezinach. Nazywał się Krautwurst. Strach pędził ludzi w dal, byle dalej od niemieckich samolotów atakujących nieraz na bardzo niskim pułapie. Tak dotarliśmy w okolice Brześcia nad Bug gdzie stał (na szczęście dla nas) zbombardowany most. Zatrzymaliśmy się w jakiejś wsi. Nie wiedziałem co dalej robić i czekałem. 17 września pojawiły się pierwsze radzieckie patrole. Postanowiliśmy więc wracać. Dotarliśmy pieszo aż do Kielc. Tam Niemcy podstawili pociąg osobowy, który brał uchodźców z zachodu. Tym pociągiem dotarliśmy późnym wieczorem do Tarnowskich Gór. Przyszliśmy pod nasz dom przy ulicy Sienkiewicza; mieszkaliśmy wówczas na parterze. Zapukałem w nasze okno bo dom był zamknięty. Usłyszałem głośny krzyk naszej mamy: „ Unsere Kinder!” i po chwili witaliśmy się już z rodzicami z wielkim płaczem radości. Później dowiedzieliśmy się, że po naszej ucieczce ojciec płakał dzień i noc dręcząc się tym, że kazał nam uciekać. Matka nie potrafiła tego wszystkiego wytrzymać i udała się na poszukiwania w dalekiej Polsce. Dotarła aż do Lublina! Podziwiam ją do dziś dnia za to, że ta drobna słabo mówiąca po polsku kobieta zdobyła się na taki wyczyn. Teraz należało się oswoić z diametralnie inną sytuacją w mieście niż ta sprzed wojny. Musieliśmy zdobywać jedzenie no i oczywiście poszukać pracy. Niestety hitlerowcy pałali szczególną nienawiścią do przedwojennych polskich nauczycieli. Kilka razy cudem uniknąłem aresztowania. Dobrze, że nie mieszkaliśmy już na Strzybnicy bo byłoby ze mną krucho. Któregoś dnia na przykład leżałem w łóżku gdy ok. 7 rano rozległ się dzwonek do drzwi. Matka podeszła do okna, uchyliła firankę i zobaczyliśmy niemieckich policjantów. Było to 2 – go maja 1940 roku. Szybko się ubrałem i wyskoczyłem przez okno parterowe na podwórze ponieważ stał tam mój rower na którym szybko odjechałem. Matka powiedziała policjantom, że wyjechałem, a oni na to bym po powrocie zgłosił się na Gestapo. Nie byłem oczywiście tak głupi by to zrobić, pętałem się więc przez dłuższy czas po różnych znajomych, aż sytuacja się uspokoiła i mogłem wrócić. Ci sami policjanci jakiś czas później zapukali do sąsiadów z naprzeciwka – państwa Kruk. Mieszkał tam z rodziną były oficer polskiej rezerwy, więc zabrali go ze sobą. Jego matka która nazywała się Winkler po wielomiesięcznych zabiegach wydostała syna z obozu. Biedak musiał uczyć się jeść od nowa, lecz o tym co tam przeżył nie chciał mówić. Moja mama starała się u różnych znajomych Niemców wyrobić mi tzw. glejt niewinności w którym stwierdzano, że za Polski nie szkodziłem Niemcom w żaden sposób, lecz wręcz przeciwnie. Między innymi państwo Broyowie zaświadczyli o mojej niewinności więc wreszcie miałem spokój.

27 lutego 1940 roku mój ojciec idąc w Bytomiu w kierunku dworca poślizgnął…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych