Wróć do katalogu

Róża od Krzyża.

O pewnej poboznej kobiecinie, gadajacej relikwii, moherowych beretach i kilku innych sprawach.

helladka, opublikowano , 33 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Róża od Krzyża.

Jest straszliwie gorąco, a w powietrzu unosi się drażniący zapach kurzu i ludzkiego potu. Tłum krzyczy i spazmuje. W pierwszej chwili trudno rozeznać się w tej wrzawie. Co ci ludzie tu robią? Dlaczego krzyczą? Żądają krwi. Wiele kobiet płacze, wzywając boskiej pomocy, która nie nadchodzi. Róża przez moment czuje się zagubiona, a jej serce zamiera w trwodze. Wtedy jednak wzrok jej pada na główną osobę dramatu i z tą chwilą wszystko staje się jasne. Kręta, pylista droga, którą wraz z innymi ospale stąpa Róża, prowadzi do Miejsca Czaszki. W chwili, w której uświadamia sobie, w jakim wydarzeniu uczestniczy, słabnie i upada prosto pod nogi żołnierza. Ten mija ją obojętnie, potrącając lekko stopą obutą w skórzany sandał. Róża dotyka rany na kolanie, wyczuwając pod palcami ciepłą, lepką krew. Podnosi się, idzie dalej, słaniając się na nogach. Przeraża ją ten hałas, i ten pył wdzierający się do płuc, odbierający dech, hamujący mowę. Ten klimat wyraźnie jej nie służy. Skazaniec upada, już chyba po raz drugi, a wrzawa przybiera na sile. Nigdy nie zastanawiała się nad stanem higieny w tamtych czasach. Co za smród! I to okropne uzębienie... Jak ciężko się idzie, jakie wrogie staje się naraz ciało. A przecież brat wciąż jej powtarzał, że powinna schudnąć. Często się o to kłócili, bo Róża gardziła swą ziemską powłoką i nie miała najmniejszego zamiaru poświęcać uwagi tej marności nad marnościami. Teraz zaczyna już żałować swego uporu. W powietrzu unosi się słodkawy zapach krwi, co niebezpiecznie drażni jej nerwy. Kobiety płaczą coraz głośniej. Róża wyje jak opętana, a wiatr niesie jej głos coraz dalej i dalej. Wtedy on przemawia do nich. Róża nie słyszy dobrze, tak ciężko coś wyłapać w tym hałasie. Zresztą i tak nic nie rozumie, co za barbarzyński język! Nie na darmo jednak brała udział w każdej drodze krzyżowej. „Nie płaczcie nade mną. Płaczcie nad sobą”. Już wie. Czuje, że jej ciało z każdą chwilą słabnie, a członki odmawiają posłuszeństwa. Robi się coraz ciemniej, i ciemniej, a po chwili nie widzi już nic. Ciemność, pustka, niebyt. Mdleje, krzycząc, spazmując i wzywając Pana ostatkiem sił.

Powoli otwierała oczy. Wciąż czuła nieznośny zapach krwi. Zobaczyła nad sobą bardzo polską, lekko opuchniętą facjatę, przybraną aureolą przerzedzonych rudych włosów. - Jak się pani czuje? Już lepiej? Chyba pani zasłabła, czy mam wezwać lekarza? Ma pani kłopoty z sercem? – rudy bombardował ją pytaniami w bardzo zrozumiałym języku. Wszystko stało się jasne. Znów miała widzenie, tym razem w markecie, w dziale mięsnym. - Nie, dziękuję panu, czuję się lepiej, nie trzeba mi lekarza. – Róża była wyraźnie zdenerwowana dociekliwością tego rudowłosego demona i pragnęła pozbyć się go jak najszybciej. Jeszcze czuła w ustach smak ziemi, po której kroczyły Jego stopy, jeszcze dźwięczały jej w uszach słowa Zbawiciela, a ten nieszczęśnik zadręczał ją pytaniami o jakieś błahostki. Co za nietakt, co za bezduszność, pomyślała. - Może odprowadzić panią do domu? Z pewnością pani mnie nie kojarzy, widzę po minie, ale nie szkodzi, naprawdę nie szkodzi. Jesteśmy sąsiadami, droga pani. Już od kilku dobrych lat. No ale niechże się pani nie przejmuje, naprawdę przywykłem do bycia niezauważalnym. Obawiam się, że te koszmarne upały zbiorą spore żniwo w tym roku. - Rudy uśmiechał się szeroko, a jego pokorne oczy rzucały wesołe ogniki. Róża zaczynała już powoli wpadać w pasję, uznała jednak, że nie wypada urządzać scen w miejscu publicznym i ciągnąc tego koszmaru w nieskończoność. Lepiej skorzystać z propozycji, a tym samym jak najszybciej znaleźć się w domu, by dalej w samotności kontemplować to wielkie wydarzenie, które przypadło jej dziś w udziale. - Cholerne markety, mogliby sobie zainstalować jakąś klimatyzację, bo człowiek czuje się jak w piekle. Brat mojej matki, świeć Panie nad jej duszą, też kiedyś zasłabł w podobnym miejscu. Niestety nie miał tyle szczęścia, co szanowna pani, bo upadając roztrzaskał sobie głowę o wielką metalową skrzynię z przecenioną bielizną. Trup na miejscu, nie da rady. Cóż to był za widok, powiadam pani, wszędzie krew, staniki i seksowne majteczki... Róża uznała to niefortunne spotkanie za przejaw działania szatańskich mocy, które za wszelką cenę zatrzeć pragną i zbrukać wspomnienia chwil, których doświadczyła, obcując z Panem. Westchnęła ciężko i zwiesiła smutno głowę, co rudy odczytał jako wyrazy współczucia. - Niech się pani nie smuci, szanowna pani, stary był, biedaczysko, i tak jego czas już się zbliżał. Szli teraz powoli chodnikiem, on dziwnie podrygując i żywo gestykulując, ona sunąc niczym zjawa, co i rusz wydając westchnienia najprawdziwszej rozpaczy. Rudy, nie zrażony jej ponurą miną i wrogimi spojrzeniami, wciąż gadał jak najęty, nie oczekując już nawet jakiejkolwiek interakcji. W końcu dotarli do brudnego, szarego bloku i weszli do środka. Odprowadził ją jeszcze do drzwi, chcąc się upewnić, że nie grozi jej kolejne omdlenie. Taka pogoda i tura zwali z nóg. - No, to ja już chyba pożegnam panią, szanowna pani. Jakby pani czegoś potrzebowała, to zapraszam, nie ma się co krępować. Mieszkam dwa piętra wyżej, pod numerem 86. No, to do widzenia. I proszę na siebie uważać. - Dziękuję panu, bardzo dziękuję. To rzadkie zjawisko, ktoś tak skory do pomocy. Do widzenia panu. – Róża czuła, że zaraz się od tych wymuszonych uprzejmości udusi. Marzyła, by ten typ zniknął wreszcie z jej życiowego horyzontu. Rudy uśmiechnął się promiennie i wskoczył do windy. Jeszcze pomachał jej na do widzenia, po czym straciła go zupełnie z oczu. Odczuła niesamowitą ulgę. Mieszkanie było schludne, wręcz pedantycznie czyste i pachniało gromnicą. Róża z przyjemnością wciągnęła w nozdrza ten kojący zapach. Szybko rozpakowała zakupy, wypiła szklankę wody, po czym, nie tracąc ani minuty, zapaliła świeczki w swym domowym ołtarzyku i padła na kolana. Odmawiając pacierze czuła, jak krew zaczyna szybciej krążyć w jej żyłach, a cały organizm wraca do równowagi. Dziękowała za kolejną przecudną wizję, którą Dobry Bóg raczył ją obdarować. Czuła się wspaniale. Po skończonych obrządkach umyła ręce i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku spoczęła przed telewizorem z filiżanką dobrej, mocnej herbaty. Właśnie zaczynał się jej ulubiony serial, włączyła więc odbiornik, by odpłynąć w piękny świat fikcji, a już po kilku minutach spała smacznie w fotelu. Nie drzemała długo, bo już po chwili obudził ją lęk, ściskający serce, przejmujący, głęboki i irracjonalny. Jakoś dziwnie czuła się we własnym mieszkaniu, tak niepewnie, tak obco. Miała wrażenie, że jest wciąż obserwowana i nie była to bynajmniej jakaś kojąca obecność, przeciwnie, coś złego czaiło się w tym ciężkim wieczornym powietrzu. Róża doskonale wiedziała, jak łakomym jest kąskiem dla wszelkich złych mocy, w końcu obok takiej pobożności żaden demon nie może przejść obojętnie, była przeto wyjątkowo ostrożna i często korzystała z pomocy swego osobistego egzorcysty, zdarzało się nawet, że czysto profilaktycznie. Zainwestowała nawet w pager, którym obdarowała ojczulka Bonifacego, tak, że mogła wydzwaniać do niego swobodnie o każdej porze dnia i nocy, wzywając pomocy, wiadomo bowiem, że w takich wypadkach akcja ratunkowa absolutnie nie może czekać. Kuszona na wszelkie możliwe sposoby Róża nakłoniła go nawet swego czasu na odprawienie egzorcyzmów w sąsiadującym z jej blokiem sklepie spożywczym, tam bowiem najczęściej robiła zakupy i nie mogła pozwolić sobie na ryzyko zlekceważenia potencjalnych zagrożeń, czyhających być może gdzieś między półkami z pieczywem a lodówką z napojami chłodzącymi. Ojczulek coraz częściej narzekał na zbytnią bojaźliwość swej klientki, coraz rzadziej też odpowiadał na jej wezwania, tłumacząc się nadmiarem zajęć i nawałem obowiązków, jakie na swoje barki przyjmuje każdy wstępujący do zakonu. Żadne modlitwy, msze czy prace na rzecz najbardziej potrzebujących nie mogły być jednak uznane przez Różę za powód wystarczający do zlekceważenia jej próśb o pomoc. Irytowała ją już powoli beztroska Bonifacego i zamierzała nawet drastycznie ograniczyć pomoc finansową dla zakonu, teraz jednak sprawa była nad wyraz poważna, postanowiła więc na bok odłożyć uprzedzenia i zapomnieć na chwilę o konfliktach z egzorcystą. Drżącą ręką sięgnęła po telefon, czekając rychłej reakcji, czas jednak płynął, a odpowiedzi wciąż nie było. Róża postanowiła działać w pojedynkę, póki nie nadejdzie profesjonalna pomoc, zapaliła więc ponownie świece i zaczęła modlitwy, lęk jednak nie ustępował. Zastanawiała się, kiedy ten demon objawi się w całej krasie i jaką wówczas przyjmie postać. Bała się zasnąć, we śnie jest bowiem człowiek zupełnie bezbronny. Nieraz już zły dopadał ją w stanie nieświadomości, a przychodziły wówczas wizje okrutne, nadzy mężczyźni i kobiety w negliżu, a nawet ona sama, wydana na pastwę cielesnych żądzy, pogrążająca się w tej wyimaginowanej rozpuście. Budziła się wtedy zlana potem i dręczona wyrzutami sumienia czym prędzej gnała do spowiedzi. Jak straszne były to chwile wie każdy, kto choć raz ocknął się w stanie euforii, z ciałem zbrukanym i rozpalonym jeszcze do białości. Ojciec Bonifacy wciąż milczał i wyglądało na to, że już się tego wieczora nie odezwie. Róża węszyła w tym spisek Ojca Redaktora z Rozgłośni Chrystusowej, z którą miała na pieńku już od kilku dobrych lat. To on z pewnością negatywnie nastawił do niej egzorcystę, wiedząc doskonale, jakimi tragicznymi skutkami może to zaowocować. Oczywistym było, że pragnął zniszczyć swą oponentkę jak najszybciej, kraj zaczął się już bowiem dzielić na dwa obozy, przez co słabły drastycznie wpływy polityczne tego najbardziej medialnego duszpasterza wszechczasów. Dotąd polscy katolicy byli jedną wielką rodziną, walczącą pod jego egidą przeciw wszelkiego rodzaju zagrożeniom ze strony komuchów, Żydów, masonów, wolnomyślicieli i innych łajdaków, teraz natomiast cała ta misterna, zabójcza konstrukcja chwiała się w posadach przez Różę właśnie.. Wszystko zaczęło się w momencie, w którym, oburzona pewną wyraźnie antysemicką w wymowie audycją, zadzwoniła do Rozgłośni i zabierając cenny czas antenowy przeprowadziła wywód, w którym udowadniała, że Matka Boska nie tylko nie była Polką, ale więcej nawet, w jej żyłach z pewnością płynęła krew żydowska. Takiego oszczerstwa nie można było oczywiście pozostawić bez komentarza i Ojciec Redaktor, wspierany przez tłumy wiernych słuchaczy i słuchaczek wypowiedział Róży otwartą wojnę. Początkowo walka była nierówna, Rozgłośnia miała bowiem nad wyraz szeroki krąg wielbicieli, a do tego możliwość sterowania w pewnym stopniu opinią publiczną, z czasem jednak po stronie Róży opowiedział się pewien powszechnie szanowany tygodnik katolicki, pismo inteligenckie i z tradycjami, nastała więc pewna równowaga. Spór stopniowo przybierał na sile i zataczał coraz szersze kręgi, również tematyczne, bo na kwestii pochodzenia Marii Panny bynajmniej się nie skończyło. Sprawa trafiła w końcu na łamy czasopism o bardziej zróżnicowanych profilach światopoglądowych, zainteresowała się nią także telewizja publiczna. Wszystkie wojny, toczące się podówczas na świecie, podzieliły szybko los wszelkiego rodzaju afer łapówkarskich, aktów terroryzmu i sporów parlamentarnych, to znaczy całkowicie przestały frapować opinię publiczną, zaabsorbowaną „wojną Róży”, jak brukowce określały spór bohaterki z Rozgłośnią Chrystusową. Po kilku miesiącach zainteresowanie sprawą zaczęło jednak słabnąć, bowiem wzajemne obrzucanie się błotem przez zwaśnione strony ustąpiło miejsca coraz bardziej skomplikowanym zabiegom retorycznym i dysputom stricte teologicznym, co oczywiście nie mogło już stanowić kwestii wielce interesującej. Były to rzecz jasna tylko pozory stworzone przez Rozgłośnię właśnie celem zniechęcenia szerszej publiczności, co w efekcie doprowadzić miało do zmniejszenia liczby osób popierających naszą bohaterkę i postawienia jej w sytuacji, w której zdana była praktycznie tylko na siebie. Tak też się stało i początkowo wojownicza i dzielna Róża żałować zaczęła chwili, w której wybuchł ten wyniszczający spór. Panicznie bała się bojówek Rozgłośni, moherowe berety słynęły bowiem z okrucieństwa i bezkompromisowości w zwalczaniu przeciwników Ojca Redaktora. Fanatyczne emerytki zdolne były niemalże do wszystkiego, czym wykończyłyby w szybkim czasie samego Terminatora. Wystawały pod kościołem, w którym modliła się Róża i rzucały kąśliwe uwagi. Próbowały przeciągnąć na swą stronę wszystkich wiernych z parafii naszej bohaterki. Szantażowały księdza. Upijały do nieprzytomności jej spowiednika, by wyciągnąć jak najwięcej kompromitujących informacji o swej ofierze. Jednym słowem, stopniowo zaczęły zamieniać życie naszej bohaterki w prawdziwy koszmar. Róża coraz gorzej znosiła tę sytuację, wiedziała jednak, że jak Hiob wystawiona jest na próbę, której za wszelką cenę musi sprostać. Teraz siedziała samotna i zalękniona, rozpamiętując każdy detal konfliktu, który doprowadził ją na skraj wyczerpania nerwowego. Czuła, że musi z kimś porozmawiać, inaczej wieczór ten zakończy się albo na oddziale intensywnej terapii, albo w domu dla obłąkanych. Powoli podniosła się z fotela i podeszła do stylowego sekretarzyka, stanowiącego jej jedyną pamiątkę po dziadku. Otworzywszy malutką szufladkę, będącą czymś na kształt sekretnego schowka, westchnęła ciężko i wyciągnęła wielki mosiężny klucz. Długo ważyła go w dłoni, marszcząc czoło, tocząc widocznie jakiś wewnętrzny bój. W końcu oczy rozbłysły jej, a twarz rozjaśniła się w uśmiechu, a raczej dziwacznym grymasie zdecydowania, po czym Róża zwróciła się w kierunku ściany, na której wisiał obraz przedstawiający Ostatnią Wieczerzę, będący średniej klasy reprodukcją arcydzieła Leonarda. Odsunęła go nieco na bok, torując sobie dostęp do znajdującego się pod spodem sejfu. Przekręciła jeden zamek, potem drugi, następnie zaś na malutkiej klawiaturze wystukała odpowiedni kod. Po chwili otworzyła masywne drzwiczki i głęboko wciągnęła powietrze, z zapałem wdychając zapach dobywający się z wnętrza. Ostrożnie, dłońmi drżącymi z emocji, wyciągnęła okrągłe zawiniątko i w geście pełnym czci złożyła je na stole. Powoli i delikatnie zaczęła je rozpakowywać, na bok odkładając kolejne skrawki czerwonego aksamitu. W końcu spod błyszczących zwojów materiału wyłoniła się złota puszka rzeźbiona w kształt naturalnych rozmiarów męskiej głowy. Róża zamarła na moment, zdawało się nawet, że wręcz przestała na tę krótką chwilę oddychać. Tak rzadko odnajdywała w sobie odwagę, by zakłócać sprawiedliwy sen świętego, że każdorazowo czuła się speszona, niepewna i nie na miejscu. Miała czasem wrażenie, że nie jest osobą godną posiadania tak cennej relikwii, nie mogła się jednak zdobyć na oddanie jej komukolwiek, choćby to był i sam papież. Skrywała ją przed światem tak skrzętnie, że nie tylko nikt jej nigdy nie oglądał na oczy, ale nikt w ogóle pojęcia nie miał o tym, że znajduje się ona w posiadaniu Róży. Delikatnie i powoli otworzyła wieko złotej puszki. Głowa świętego Jana Chrzciciela spojrzała na nią lekko melancholijnie i przeciągle ziewnęła. Kobiecina zamarła na dłuższą chwilę, popadając w zadumę zmieszaną z nieskrywanym duchowym upojeniem. Oczy świętego, nieco po długim śnie zamglone, patrzyły teraz na nią jakoś mało rozumnie. Róża wzdrygnęła się lekko, porażona mocą tego spojrzenia, po chwili jednak odzyskała wewnętrzny spokój i postanowiła nie zwlekać już ani chwili z nawiązaniem rozmowy, obawiała się bowiem, że ten umęczony starzec znów zapadnie w długą, mocną drzemkę, której nie śmiałaby mu przerywać po raz wtóry. - Ależ sobie pospałem, nie ma co! – święty Jan ubiegł Różę w zamiarze nawiązania interakcji, ziewając wciąż szeroko, a rozkosznie. Z pewnością przeciągnąłby się radośnie, gdyby tylko miał do dyspozycji coś więcej niż głowę. - Witaj, szlachetny ojcze... – Róża uśmiechała się niepewnie, wciąż oszołomiona sytuacją, do której przez tyle lat nie zdążyła przywyknąć – Z pewnością napiłbyś się czegoś.... Zaparzyć ziółek? A może masz ochotę na lampkę wybornego koniaczku? Trzymam butelkę na specjalne okazje, nie, żebym ja sama czy coś, broń Panie Boże...ale zawsze ktoś inny się może skusić, prawda? Głowa Jana łypnęła na nią złowrogo, jakby oburzona propozycją, po chwili wahania skinęła jednak potakująco i poprosiła o słomkę do kieliszka, na wypadek, gdyby Róża nie wzięła pod uwagę…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych