Wróć do katalogu

Rozpoznać własną śmierć

Historia rozgrywa się w górach. W czasie brawurowego zejścia jednego z alpinistów ze stromego, górskiego zbocza ma miejsce zdarzenie, które przez podświadomość natychmiast zostaje wymazane z jego pamięci. Pytanie tylko na jak długo…

gigabajt, opublikowano , 20 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

- Tu nie jest jeszcze aż tak stromo! – krzyknął Alek. - Nie wydurniaj się!... Wracaj! – darł się rozpaczliwie Robert, usiłując powstrzymać kolegę. Było już jednak za późno. Alek pospiesznie zsuwał się po zboczu, usiłując jak najszybciej dotrzeć do jedynego drzewa, które rosło niecałe dziesięć metrów od szczytu. Kompletnie nie czuł zagrożenia, chociaż niemal pionowa skarpa, zaczynająca się kilka zaledwie metrów dalej, mocno działała na wyobraźnie. Ale to drzewo było przecież bardzo ważne, bo to ono właśnie stanowiło jedyne solidne zabezpieczenie dla liny, po której chcieli dotrzeć na dół skarpy. W miarę zbliżania się do drzewa Alek zwolnił nieco. Nachylenie zbocza było coraz większe a wystające z podłoża skały, które z góry wyglądały na solidne punkty oparcia, coraz częściej okazywały się po prostu zwykłymi kamieniami, dość płytko usadowionymi w ziemi. - Cholera jasna – zaklął chłopak, usiłując nie naciskać za mocno na głaz, który obsuną się razem z nim kilkanaście centymetrów w dół. Chyba tylko rozpaczliwa siła nacisku jego palców, chwilowo zamienionych w szpony, zatrzymała go w miejscu, nie pozwalając osunąć się w przepaść. Natychmiast dostrzegł po prawej stronie kamień, który wydawał się być solidniejszym oparciem dla jego dłoni. Z desperacją chwycił się go i zwiększył napięcie mięśni prawego przedramienia. Wypuścił z wysiłkiem powietrze z płuc, usiłując rozejrzeć się ostrożnie wokół siebie. „Nie panikuj, kretynie!” – pomyślał lekceważąco, chcąc sam sobie dodać otuchy. Może te kamienie nie są aż tak stabilnym zabezpieczeniem, ale przecież nachylenie zbocza w tym miejscu nie jest aż tak znaczne, żeby spaść w tą przepaść. Uśmiechnął się sam do siebie, usiłując nie myśleć o tym za dużo. To było bardzo naciągane pocieszanie. Wiedział dobrze, że wystarczyłoby stracić na jedną drobną chwilę oparcie dla nóg lub dłoni i nic nie byłoby już w stanie zatrzymać upadku. Mógł co najwyżej dziękować opatrzności za to, że kamień, który się pod nim obsunął, był zbyt duży, by dać się wypchnąć z ziemi pod jego ciężarem. - Co dalej? – spytał półszeptem, rozglądając się dookoła. Na wysokości jego kolana była wyżłobiona skałka, która znakomicie nadawała się, jako stabilny punkt podparcia. Z całą pewnością nie był to tylko niewielki kamień, bo odsłonięta w tym miejscu ziemia ukazywała potężne rozmiary wielkiego bloku skalnego. Alek znowu odzyskał pewność siebie, chociaż coraz mniej rozumiał swoją własną decyzję zejścia tu bez liny. W końcu i tak Robert z Kaśką mu ją tu zrzucą, żeby mógł owiązać ją o drzewo. To już chyba była nie nonszalancja a po prostu głupota z jego strony, że po prostu nie zjechał tu bezpiecznie na linie. Gdyby nie Kaśka… Alek nie byłby aż tak odważny. Pewnie wtedy rozsądek by zwyciężył. Przez moment poczuł przykre ukłucie w okolicach serca i ogarnęło go jakieś dziwne zdumienie. Czy tym nonszalanckim zejściem chciał… zaimponować własnej siostrze? Sam nie bardzo już wiedział, o co mu tak naprawdę chodziło. Wyciągnął ostrożnie lewą rękę w stronę wypatrzonego punktu i chwycił pewnie za skałę, dając równocześnie odpocząć prawej dłoni. - Jest OK! – wrzasnął w górę, w stronę Roberta. - Kretynie zidiociały!!! – darł się kolega, nadal przerażony szybką i niezbyt mądrą decyzją Alka. Drzewo, które było celem tej jego niezbyt roztropnej wyprawy, zostało wyraźnie po lewej stronie a wszystkie w miarę stabilne punkty podparcia „skręcały” nadal w prawo, usiłując zwabić potencjalnego śmiałka w przeciwnym kierunku. Alek nie mógł dać się w to wciągnąć. Gdyby nie pośpiech, na pewno krzyknąłby do Roberta o linę, ale tak, jak na górze, powstrzymywała go niezbyt przyjemna wizja utrudnień, związanych z jej transportem po zboczu, tak teraz aż wzdrygał się na samą myśl o tym, ile czasu straci na ponowne wciągnięcie jej końca, by nim opleść drzewo. Nie mieli aż tyle czasu. Prawdę mówiąc, nie mieli go w ogóle. Alek nie myśląc za wiele, postawił stopę na nie wzbudzającym zbyt wielkiego zaufania kamieniu i nie sprawdzając za długo jego stabilności, uderzył prawą dłonią w prawie płaską skałkę. Koniuszki jego palców zacisnęły się na niewielkim skalnym załamaniu. To był w końcu ruch we właściwą stronę, bo początkowo przyjęta taktyka zatrzymania się na drzewie, w razie utraty przyczepności do podłoża, mogła się nie sprawdzić przy obecnym położeniu śmiałka. Z tej pozycji, od biedy, będzie mógł jeszcze skoczyć w razie czego w lewo i złapać się drzewa, gdy tylko poczuje jakieś realne zagrożenie. - Ups… - wydusi Alek z lekką trwogą. Następny kamień, o który oparł nogę, natychmiast poszybował w dół. Chłopak w pośpiechu za bardzo mu zaufał i teraz musiał szybko znaleźć jakieś wyjście awaryjne. Adrenalina, która zdążyła już opaść, nie podniosła się tak szybko, jak poprzednio. Alek wbił lewą stopę w ziemię i bez emocji obserwował, jak but obsuwa się wraz z ziemią, żeby zatrzymać się na kolejnym niepewnym kamieniu kilkanaście centymetrów niżej. Dopiero teraz poczuł falę gorąca przepływającą po plecach. Chwilę zajęło mu postawienie sobie pytania, czy rzeczywiście znalazł oparcie, czy to tylko napięte do granic możliwości palce prawej dłoni utrzymują go na zboczu. Decyzja, by to sprawdzić, nie należała tym razem do niego. Już po chwili poczuł, jak palce zsuwają mu się z krawędzi skałki. Pod tym kątem nie mógł się przecież za długo utrzymać. Potworne przerażenie złapało go za szyję. Szok, jaki momentalnie poczuł, nie pozwolił mu analizować sytuacji. Fragmentarycznie pracująca jaźń, podsunęła mu tylko druzgocącą myśl, że nie ma już pod nim aż tak stabilnego punktu terenowego, który byłby w stanie go zatrzymać przed przepaścią. Drzewo, do którego zmierzał, było za bardzo z lewej. Gdyby mógł się świadomie sam odepchnąć od podłoża, może miałby jakieś szanse, by je złapać, ale on się zsuwał po prostej w dół i nie miał żadnej możliwości sterować swoim ruchem. Nie było już po prostu dla niego ratunku. To, co zawsze wydawało się wręcz niemożliwe, teraz stawało się rzeczywistością. Nie tak to sobie zawsze wyobrażał. Ta chwila nie miała w ogóle swej doniosłości. To się po prostu działo, tak, jak wszystko inne w życiu. „Tylko chwila strachu… żeby nie bolało…” – majaczyła jego sparaliżowana świadomość. Chłopak nigdy nie przypuszczał, że tyle tysięcy myśli równocześnie może w tych ostatnich sekundach życia towarzyszyć umierającemu w jego ostatniej drodze. To w całym swoim znaczeniu wydawało się nawet na swój tragiczny sposób zabawne. To był przecież pierwszy raz w jego życiu, gdy… nie było już przed nim przyszłości. Była teraźniejszość… zbyt straszna, żeby się nią teraz zajmować i… przeszłość. I nic więcej. Miał dwadzieścia lat, narzeczoną, z którą planował w niedalekiej przyszłości ślub… „Boże! – jęknął w duchu – Mariola tego nie zrozumie”. - Alek!!! – Robert darł się z góry tak rozpaczliwie, że aż ciarki przeszywały. Chłopak otworzył nieśmiało oczy. Zobaczył przed sobą skałę, po której powoli ściekała stróżka krwi. Z całą pewnością to była jego krew. - To już? – spytał cicho. Mógłby przysiąc, że rzeczywiście słyszy swój własny, drżący z przerażenia głos. Skoro nadal ma świadomość, to chyba wyraźny znak, że jednak jest jakieś życie pozagrobowe. Czy będzie dalej czuł tak… jakby miał jeszcze ciało? Przez chwilę zastanawiał się, jak to wszystko odczuwa się… po tej drugiej stronie. Z ogromną niepewnością uniósł głowę. Tak przynajmniej chciał zrobić, mimo, że wiedział, iż fizycznie byłoby to już niemożliwe. „Chyba jednak duchy czują coś w rodzaju ciała” – pomyślał, próbując uświadomić sobie, co właściwie w tej chwili czuje. Był wyraźnie lżejszy, niż wówczas, gdy miał ciało fizyczne. Co do tego nie miał najmniejszej wątpliwości. Na nosie poczuł ciepło. To była świeża stróżka… krwi. Do jego świadomości zaczął docierać ból palców obydwu dłoni. Odruchowo spojrzał w stronę lewej ręki. Jej palce były prawie zupełnie białe, wczepione z krańcową desperacją w skałę zbocza. Wstrzymał oddech, czując jednocześnie, jak jego znieczulony układ nerwowy ponownie rozpoczyna pracę. Czoło miał do krwi starte o skały. Spadający człowiek w desperacji próbuje hamować wszystkim, by za wszelką cenę się uratować. To tylko instynkt, nie mający zbyt wiele wspólnego z logiką działań. Powoli odzyskiwał czucie w nogach. To nie było przyjemne. O wiele lepiej mu było, jak ich nie czuł. Wtedy przynajmniej nie zdawał sobie sprawy z ich ciężaru. Po chwili dotarła do niego straszna rzeczywistość. Nadal wczepiony był w strome zbocze. Tym razem w miejscu, z którego już ewidentnie nie było nawet cienia szansy na ratunek. Jakimś cudem udało mu się zatrzymać przed przepaścią, lecz… właściwie po co? W tym miejscu, w którym z desperacją wczepił się w skałę, można się było warunkowo utrzymać, mając cztery naprawdę solidne punkty podparcia. Stabilność co najmniej trzech z czterech kamieni, o które się teraz opierał, pozostawiała bardzo dużo do życzenia. - Lina – szepnął na lekkim wydechu, czując, jak kamień pod jego prawą nogą lekko się obsuwa. Nie miał odwagi nawet oddychać, a co dopiero krzyknąć o pomoc. Z ogromną niepewnością zwiększył nacisk na lewą nogę, słysząc, jak grudki ziemi spod niej sypią się w dół przepaści. - Lina! – jęknął niemal bezgłośnie, unosząc oczy w górę. Jeszcze przed chwilą myślał, że śmierć to najgorsza rzecz, jaka się może mu przytrafić. Teraz zastanawiał się, dlaczego musi przez to przechodzić ponownie. Nawet przez myśl mu przeszło, żeby samemu puścić się skały i przyspieszyć to, co i tak jest już chyba nieuniknione. „Mariola – pomyślał – Ona tego nie przeżyje”. Musiał walczyć do końca. Jeśli pisana mu była śmierć na tym zboczu, niech po niego sama przyjdzie. Póki zależy jeszcze coś od niego, zrobi wszystko, co w jego mocy, by się nie poddać. Ma przecież dopiero dwadzieścia lat, dziewczynę, która kocha go nad życie. Nie może tak po prostu się poddać i ją zostawić. Tyle wspólnych planów snuli na przyszłość… - Lina!!!

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych