Wróć do katalogu

Sajany, góry Syberii

Inspirujaca podroz do Krainy Basni. Podoba sie?

LegendaPoranka, opublikowano , 20 min czytania, 4,9 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Gdy pierwszy raz usłyszałem, że ktoś może dobrowolnie wybierać się na wyprawę w góry Syberii pomyślałem, że musi być wariatem. Sam jednak znalazłem się przypadkiem w towarzystwie trójki krakowskich studentów na wyprawie do tego odległego zakątka i zmieniłem całkowicie swoje zdanie na ten temat. Pomysł zrodził się w klubie zrzeszającym miłośników turystyki górskiej Hawiarska Koliba działającym pod patronatem AGH Kraków. Faza planowania, zbierania informacji i szczepienia na dobre rozpoczęła się po świętach Wielkiej Nocy 2002 roku. Następowała też szybka rotacja przyszłych członków wyprawy ponieważ każdy z nas samodzielnie pozyskiwał fundusze. Ostatecznie 29 czerwca 2002 roku po ciężkiej nocy w pociągach jedynie cztery osoby spotkały się w Warszawie by udać się na Syberię. Gosia- nasza mentorka w kwestii wiedzy przyrodniczej i ostoja dobrego humoru, Lidka- myśląca zawsze racjonalnie i trzeźwo oraz doskonała organizatorka, Marcel- student AGH niedościgniony w topografii, nawigacji oraz gromadzeniu zawczasu przydatnych informacji, oraz ja. Początek naszej podróży upłynął pod znakiem nudy w pociągach, gonitwy po dworcach, oraz zapoznawania się ze wschodnią rzeczywistością. W urzekającej Moskwie z dworca Białoruskiego dostaliśmy się okrytym słuszną sławą pięknym metrem na dworzec Jarosławski skąd rozpoczyna bieg kolej transsyberyjska. Sprawnie zakupiliśmy bilety. 1290 Rubli (42 dolary)za 5 192 km to niezła cena. Popołudniu stawiliśmy się na peronie obok naszego pociągu. Mieliśmy podróżować rozrzuceni w wagonie najtańszej klasy- plackartnyj, więc bez przedziałów. Oznacza to pięćdziesiąt dwie osoby skupione w jednym wagonie na dwupiętrowych, nieco przykrótkich i twardych łóżkach. Mój sąsiad z dolnego łóżka okazał się być Uzbekiem, weteranem wojny Czeczeńskiej i opowiadał niesamowite historie, na poświadczenie których pokazywał swoje oszpecenie. Sąsiedzi z boku byli z kolei Gruzinami migrującymi całą rodziną w poszukiwaniu pracy. Byli też Buriaci, mieszkańcy Syberii o mongolskiej urodzie. W całym pociągu nie brakowało też innych interesujących podróżnych. Już drugiego dnia podróży dopadło mnie poczucie otępienia, zapadłem w letarg. Z oporami przyzwyczajałem się do niskich standardów ubikacji. Przekonałem się też, że jestem bacznie obserwowany przez moich milczących sąsiadów a nasza cała czwórka budzi ogólne zainteresowanie. Jedyną atrakcją był dla nas wagon restauracyjny. By dostać się do niego musieliśmy otworzyć i zamknąć 47 par drzwi. Gotowi byliśmy jednak na to poświęcenie w imię dobrej zabawy. Wagon od upału szybko nagrzewał się a podróżujący, co mam im za złe nie lubili go wietrzyć. Każdy z nas zaczął śmierdzieć, bo przecież poza maluteńką umywalką w ciasnej ubikacji nie było innego miejsca do mycia. Poza tym ciemno robiło się około północy czasu miejscowego, a widniało około trzeciej i nigdy po przebudzeniu się nie wiedziałem czy to już rano czy jeszcze wieczór. Przerywniki w monotonnej podróży stanowiły widoki ogromnych rzek jak Jenisej oraz stojanki, czyli rzadkie postoje w dużych miastach jak Nowosybirsk czy Omsk. Są one wypisane na specjalnej planszy i stanowią ważne wydarzenie, podczas którego wychodzi się na zewnątrz i ma możliwość zakupu jedzenia i bycia pogryzionym przez jakieś dziwne owady, co oczywiście musiało mi się przytrafić. W trakcie podróży koleją padło kilka mitów. Przede wszystkim nie ma bandytów z kałasznikowami ani złodziei. Poza tym Ural nie swoim majestatem nie przewyższa Beskidów. 7 stref czasowych, 6 dni podróży, 5 pociągów, kilka litrów wódki i dotarliśmy do Irkutska. Bałem się otrząśnięcia z letargu a jedyne, co zachęcało mnie do wyjścia to chęć umycia się. Moi sąsiedzi gorąco mnie pożegnali i pomogli założyć ciężki plecak. Ktoś nawet zrobił mi zdjęcie.

Irkutsk to interesujące miasto założone przez kozaków w 1662 roku. Przedzielone przez Angarę na pół, zniszczone, brudne i zapuszczone jednak i tak robi wrażenie. Najgorsi są kierowcy. Rajdują z lewej do prawej, na skos i przez skrzyżowania. Raz o mało nie zginąłem pod kołami uaza. Co do aut to większość to Radzieckie wynalazki, ale nie brakuje też japońskich modeli z kierownicą po prawej stronie. Rosjanie sprowadzają je nielegalnie z tego niedalekiego kraju całymi statkami. Nieśmiertelna toyota doskonale radzi sobie i w tych warunkach. W dalszą podróż udaliśmy się najstarszym autobusem, jaki w życiu widziałem. Kierowca natomiast mógłby śmiało rywalizować z Krzysztofem Hołowczycem. Nie spuszczając nogi z gazu nie przejmował się żadnymi zakrętami, brakami asfaltu na odcinku nieraz 100 metrów czy wszechobecnym bydłem. Nie wiem jaki cudem nie rozbiliśmy się i dojechaliśmy na miejsce. Na pace wynajętego samochodu terenowego jechaliśmy dalej z miejscowości Niłowa Pustelnia bitą drogą wraz z grupą napotkanych w autobusie Rosjan. Trasa wiodła przez gęstą tajgę a kierowca tradycyjnie nie szczędził auta na wybojach. Od momentu, gdy dalsza jazda stała się niemożliwa ruszyliśmy pieszo. Po całym dniu podróżowania wybojami cieszyłem się na ten spacer. Pierwszy raz obozowaliśmy w tajdze wraz z Rosjanami i Buriatami podróżującymi do źródeł leczniczych w górach. Ich sprzęt wprawił mnie w osłupienie: ogromne piły moja-twoja, folie zamiast namiotów, ciężkie garnki, ręcznie uszyte plecaki i adidaski nie koniecznie z tej samej pary. Nocą zrobiła się straszna ulewa i nie zazdrościłem Rosjanom biwakującym pod foliami. Rano, gdy wstałem krzątali się już przy ognisku susząc rzeczy. W ciągu pierwszego dnia przekonałem się, że tajga pełna jest komarów, much, mrówek, termitów, żuków, świerszczy, motyli, kusek i sam nie wiem, czego jeszcze a na dodatek stałem się ich ulubioną atrakcją turystyczną. W szczytowym momencie postanowiłem założyć moskitierę, ale wsadziwszy ją na głowę nijak nie mogłem wypędzić spod niej tej całej bzykającej hołoty. Z wielką ulgą opuszczałem tajgę na rzecz ogromnej, łysej doliny otoczonej dwuipółtysięcznikami. Powoli wspinaliśmy się coraz wyżej i głębiej w góry wzdłuż rzeki Jeche- Ger. Wieczorem po kąpieli pod ogromnym wodospadem postanowiłem wcześniej udać się na spoczynek do swojego namiotu. Marcel jednak wyciągnął mnie na spacer. Zupełnie niechcący weszliśmy do nienazwanej doliny (jak większość miejsc w tych górach) na wysokość 2200 m n.p.m. i obejrzeliśmy przepiękne widoki na Mongolię. Do obozowiska powróciliśmy około 23 i wciąż było jasno. Znów jednak nie dane mi było zasnąć, ponieważ zjawili się trzej Buriaci na koniach powracający z gór. Ciekawiły ich nasze namioty. Oczywiście skończyło się na wieczorku zapoznawczym przy kieliszku. Wódkę i papierosy na poczęstowanie zawsze warto mieć na wierzchu. Następnego dnia zdobyliśmy przełęcz Szumak (2760 m n.p.m.) z pięknym świętym miejscem buriackim oraz malowniczymi widokami. Nie obyło się bez tradycyjnego bryzgania, czyli rytuału mającego zjednać sobie miejscowe duchy. Nie wiem, w jaki sposób Buriaci pokonują przełęcz konno, bo ja stojąc na własnych nogach kurczowo trzymałem się skał żeby nie spaść. Kolejny obóz rozbiliśmy niedaleko malowniczego 30 metrowego wodospadu i wszystko wyglądało niczym z kalendarza z kanadyjskimi pejzażami wzięte. Do kolacji ugotowaliśmy nazbierany rabarbar oraz zupę z kurylskiego czaju. Gdy dotarliśmy do źródeł Szumak swoją obecnością zaskoczyli nas Warszawiacy. Pokazali nam miejsce obok siebie na obozowisko i wyjaśnili zasady funkcjonowania źródeł w Szumaku. Otóż trasą 3- dniową przez przełęcz, 7- dniową przez tajgę wzdłuż rzeki, lub powietrzną za pomocą śmigłowca ( lądowisko na wyspie pośrodku rzeki) Rosjanie dostają się do tego magicznego miejsca. Odkrył je podobno myśliwy tropiący rannego jelenia przez wiele dni. Gdy znalazł go w bagnach Szumaka, ten ozdrowiały uciekł mu. Od tego czasu, kto może ściąga w to miejsce by leczyć każde niemal schorzenie. Źródła położone są na wysokości1560 m n.p.m. przypomina to dziki kurort, bo nikt nie wymaga żadnych opłat ani kart członkowskich. Każdy biwakuje gdzie chce i robi, co chce. Tak też włócząc się po laskach można kosztować wód z ponad 160 źródeł a każde ma niepowtarzalny smak i właściwą sobie moc. Ich działanie często obrazują rzeźby bądź mechanizmy tuż nad miejscem gdzie rozpoczynają swój bieg. Nie brak tam np. bożków dostających wzwodu pod naporem darów na łyżce za plecami, bądź malowideł Buddy na skałach. Ja oczywiście przez przypadek musiałem napić się z jedynego źródła na 160 z którego pić się nie powinno, ponieważ jest radioaktywne. Wykąpaliśmy się w kamiennym basenie wewnątrz drewnianej chatki, po środku bagna. Było to źródło radonowe i nie powinno było się spędzić w nim więcej niż 20 minut. Nie było z tym problemu, gdy zorientowaliśmy się, że oprócz nas goszczą w nim jeszcze pijawki i zakończyliśmy kąpiel. Choć było ogólnie sympatycznie i dało się wypocząć ( zwłaszcza w gorących źródłach) to martwiła mnie kiepska pogoda i wilgoć jak również to, że na wieść gdzie udajemy się dalej większość ludzi reagowała wielkimi oczami. Przed wymarszem nabraliśmy najlepsze wody do manierek i termosów na dalszą drogę. Jak na ironię zmętniały tuż po opuszczeniu Szumaka i nadawały się do wylania. W dalszej części podróży zagłębiliśmy się na tyle w góry, że nie spotykaliśmy długo żadnych ludzi. Zaczęliśmy odczuwać presję przebywania w zapomnianym zakątku gór i zdania jedynie na własne siły. Najgorsze, że tajga pokazała pazury i 7 km doliny Prawego Szumaka pokonywaliśmy 5 godzin w deszczu. Wszędzie błoto, woda. Niewyraźna ścieżka wiła się wzdłuż brzegu rzeki raz ukazując nam drogę, innym razem zmuszając do szukania własnej, gdy ginęła w urwisku lub zarastała tajgą. Przemoczony do suchej nitki, przeczołgując się w błocie pod zwalonymi drzewami pierwszy raz pomyślałem wtedy o domu, kanapie, frytkach... Wieczorem dotarliśmy do końca doliny. Po spenetrowaniu jej i rozejrzeniu się doszliśmy do wniosku, że jedyne sensowne miejsce na biwak jest na niewielkiej wyspie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych