Salwador Nikaragua Honduras 2019
Krótki reportaż w formie notatek z tegorocznej podróży do krajów Ameryki Centralnej.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Ładna wersja z obrazkami w formacie pdf pod adresem: http://thor.megatherion.com/Nica2019.pdf
Artur Dubis
Salwador Nikaragua Honduras 2019
W tym roku los znowu pozwolił mi na podróż w niezbyt znane przez Polaków regiony, ostatnimi czasy unikane zresztą nie tylko przez nas, ale również przez wszystkich tych, którzy nie lubią nieprzewidywalności, i tych, którym życie jest (jeszcze) miłe. Jeżeli, Drogi Czytelniku, należysz do ludzi lubiących czytać o perypetiach innych oraz lubisz dowiedzieć się czegoś o innych krajach, myślę, że możesz spróbować zapoznać się z poniższymi zapiskami z Salwadoru, Nikaragui i Hondurasu. Jeżeli pierwszych kilka stron Cię nie odrzuci, możliwe, że nawet uda Ci się przeczytać ten tekst do końca! A potem może nawet zostawisz jakiś komentarz, jakiś ślad po sobie? A wtedy... wtedy będzie mi bardzo miło :) Miłego czytania!
11 lipca
Jest już nieco po czwartej rano, siedzę sobie na lotnisku Kraków Balice, do boardingu (czyli wsiadania na pokład) pozostało mi jeszcze jakieś 86 minut. Przede mną tablecik z klawiaturką (tylko kabel jakby się przeciera i mam nadzieję, że klawiaturka jeszcze tę podróż ze mną przetrwa). Obok mnie zimny kufel Tyskiego pszenicznego (Weizen), pycha! Tak to sobie można lecieć. Wczoraj, tj. 10 lipca, zamówiłem sobie ubezpieczenie na wypadek śmierci i nawet wypadków pod wpływem alkoholu (Dżizas!). Axa, około 230 zł za miesiąc. Kwota bazowa 250 tysięcy.
A dosłownie cztery godziny po jego zakupie przeczytałem na onet.pl krótki artykuł o dwudziestokilkuletnim sanoczaninie, któremu niestety umarło się w Chicago. Teraz rodzina zbiera 10 tysięcy złotych na sprowadzenie jego zwłok do kraju. Kurna! Krew się we mnie wzburzyła! Zazwyczaj nie zgadzam się z komentarzami pod pewnymi artykułami, ale niektóre były zasadniczo nawet dosyć trafne. Np. 'mogliby sprzedać pierwszą lepszą brykę lub wziąć pożyczkę w banku (i przez 3 lata sobie spłacać nawet po 200/300 złotych) zamiast teraz żebrać w internecie'. Mocne. Czy jest to hejt? No nie sądzę - to prostu uczciwe i pragmatyczne podejście do sprawy. A przede wszystkim, mogli przypomnieć żyjącemu jeszcze synowi o ubezpieczeniu! No widać, co to za typ rodziny. Oszczędzali przy wyjeździe, chcą zaoszczędzić po śmierci syna. Jeżeli im szkoda własnej kasy, to niech syn sobie zostanie w USA. Niech przekażą gościa Trupiej Farmie, to z ich skąpstwa może jeszcze coś dobrego wyniknie… Czy jest to hejt? To brutalne, co piszę, no ale…
Ubezpieczenie na wypadek różnych rzeczy kupuję zawsze, ilekroć udaję się za granicę. No taka podstawa, no! Jeśli mnie nie stać na takie rudymentarne rzeczy jak zakup ubezpieczenia kosztujący niewielki procent całej podróży, to w myśl zasady "nie ma miedzi, to się siedzi" nigdzie się nie wybieram i składam sobie dalej. No proste!
Lecę do Ameryki Centralnej. Trasa aby się tam dostać będzie ta sama, co rok temu, to jest Kraków-Frankfurt-Toronto-San Salvador, aczkolwiek w tym roku głównym celem jest Nikaragua, do którejś postaram się dotrzeć jakimś autobusem. Może jeszcze pojeżdżę po Hondurasie, ale to się jeszcze zobaczy. Zarezerwowałem sobie hotel na pierwszą noc, ten sam, co rok temu. To Rancho Arqueta, który leży między stolicą Salwadoru, a lotniskiem. Przybędę późno, i tak nic nie w dniu przylotu nie zwiedzę, będzie już ciemno, nie ma sensu jeszcze gdzieś dalej jeździć. Właściciele hotelu się wycwanili, bo w tym roku chcą 6 dolarów więcej. Ale ja też się wycwaniłem, bo zamiast iść do hotelu dosyć długo w ciemnościach po poboczu ruchliwej ekspresówki z dwoma plecakami na ramionach, po 24 godzinach tułania się po świecie, co czyniłem odważnie rok temu, zapytałem ich mailowo, czy za 4 dolary (bo znam już mniej więcej ceny w Salwadorze) nie odebraliby mnie z lotniska. Jasne, odbiorą, nie ma sprawy! Super! Gorzej szło mi z odprawą, bo na pierwszy lot, do Frankfurtu, nie odprawiłem się przez internet. Nie wiedzieć dlaczego, ale po prostu się nie dało! Ciągle na stronie Lufthansy wyskakiwało mi okno powiadamiające mnie o jakimś błędzie technicznym! W końcu zadzwoniłem na infolinię i miły pan skontaktował się z działem technicznym, a tam kolejny pan potwierdził, że istotnie wystąpił problem i poprosił bym się nie martwił, bo mogę się odprawić przy nadawaniu bagażu, już na miejscu, w Krakowie. I rzeczywiście, na miejscu nie było już żadnego problemu. W domu zaś udało mi się odprawić do Kanady (przypomnę, że trzeba mieć specjalny numer ITA, który wyrabia się szybko przez internet - pan chciał wydruk zobaczyć już tu, w Krakowie, przy nadawaniu bagażu) i do Salwadoru. Można lecieć!
A póki co, podelektuję się piwerkiem. Jednym :)
PS, potem: Jednak były dwa!
11 lipca, Toronto
4 godzinki czekania. Chodzę sobie po tym znajomym lotnisku, patrzę na różne souveniry, niektóre ceny zwalają mnie z nóg, ale jakieś okazje też można wyhaczyć. Są krzesełka, stoliki, setki tabletów z dostępem do internetu. Czas płynie sobie bardzo powoli. Mam ostatnio jakieś problemy z techniką. O tym, że nie udało mi się odprawić online na pierwszy lot już wspominałem, do tego doszło nie wpuszczenie mnie przez bramkę we Frankfurcie na samolot do Kanady. Musiałem iść do innej, krótszej kolejki i być sprawdzanym (tzn. rezerwacja i dokumenty) przez panią z linii lotniczej Air Canada. Wydrukowała mi nową kartę pokładową. Potem musiałem wrócić na koniec tej dłuższej kolejki. Wiatr w oka, normalnie! W Kanadzie już taka maszyna, która skanuje paszport, nie chciała mi wydać pozwolenia na przejście do strefy odlotów. Na szczęście druga zadziałała. Strach się bać, co będzie dalej!
Sam lot z Frankfurtu do Toronto był w porządku, chociaż Air Canada ma beznadziejny wybór muzyki (jakieś godzinne pliki bez rozbicia na utwory), a panie były takie średnio uśmiechnięte. Może dlatego, że miały dobrze po 50 lat? To męcząca praca, raczej dla młodych entuzjastów… No nie wiem…
Jakieś dziecię niedaleko mnie beczy już z 20 minut… Nie widzę go, ale słyszę. Ma jakieś 3-4 lata. Zabić! Poćwiartować! Wybebeszyć! Grrr…
11 lipca
No i mega! Po prostu super! Zajefajnie, no! Puta!
Po kolei…
Lot linią Avianca spoko. Rok temu podrzucili trochę skrzypiąco-plastikowy samolot, ale teraz leciałem jakąś nówką maszyną. Mieli Metallicę do posłuchania, był też kultowy Ozzy Osbourne (całe lata gościa nie słuchałem!). Filmów sporo, ale moją uwagę przykuła… Zimna Wojna! Tak, polski czarno-biały film o trudnej miłości w trudnych czasach. No co tu mówić, dźwięki polskich piosenek ludowych wciskały łzy do oczu jedynemu Polakowi wśród całego samolotu Latynosów lecącego gdzieś wysoko nad Stanami i nad Kubą. Ech… Można Polskę opuścić, ale Polska Polaka nie opuści nigdy…
11 lipca, SALWADOR
A na miejscu? To samo co rok temu, nie wiadomo gdzie iść, ale pytając wszystkich dookoła trafiłem najpierw na dociekliwą panią bijącą pieczątki (na jak długo, a po co?), a potem do bagaży. A tam…. Brak mojego!!! Jeden z panów z obsługi widząc moje nerwowe ruchy i już pusty przenośnik taśmowy zainteresował się sytuacją i zaprowadził tam, gdzie trzeba by taką zaistniałą sytuację zgłosić. Najpewniej, jak mi powiedziano wstępnie, został we Frankfurcie… No i jutro może dotrze, ewentualnie pojutrze, a wyślą w następny dzień do wskazanego przeze mnie hotelu. Mam nadzieję, że ten tani przy Tica Bus, gdzie pewnie się zatrzymam po dotarciu do stolicy, nadal istnieje… a potem pozostanie mi rezerwować bilet - może być tak, że na jeszcze kolejny dzień. Żeby mi tu tylko tydzień nie zleciał… Ech… Co do zagubionego bagażu. Chyba tylko ciuchy w nim były, i parasol, i Biblia, w której tropię ślady pozaziemskich cywilizacji. No ale to wszystko przecież coś tam kosztowało (sam plecak sporo), trzeba by też kupić nowe rzeczy… A! I repelenty na komary, tabletki na malarię, przeciwbóle i węgielki… Ech… Nie łamię się. Zawsze to jakaś przygoda :) Co cię nie zabije, to cię wzmocni! Życie jest jak jajko, trzeba je znieść!
11/12 lipca, Hotel Rancho Arqueta, jakieś 30 km od San Salvador
Mam cały zapis ciekawych słówek i zwrotów po dwugodzinnej rozmowie z kucharzem, który około północy razem ze sprzedawcą piwek już mi lał piwo za free :) Nawet nie zauważyłem, że brak mi kurna… majtek! Przecież zostałem z jednymi, tymi, co miałem na sobie, lecz one tymczasem suszą się wyprane w pokoju. No i oczywiście, choć bez majtasów, nie siedziałem całkiem nagi. Miałem na sobie krótkie spodenki zasłaniające brak bielizny :) Panowie z hotelowej restauracji, jako, że nie znali angielskiego, a byli ciekawi takiego dziwaka jak ja, prowadzili ze mną dyskusję prostym hiszpańskim. Ha! I nawet jako-tako się dogadywaliśmy :) Chcieć to móc!
12 lipca
Napisałem o moich perypetiach do Roberto, poznanego rok wcześniej w położonym nad oceanem salwadorskim El Tunco Salwadorczyka, dodałem też, że odezwę się do niego z hotelu już z San Salvador by umówić się celem wypicia jakiegoś piwka i, tak jak rok temu, wyruszyłem na przystanek autobusowy nieopodal.
Nim przejdę dalej, napomknę jeszcze trochę o Roberto i jego żonie Sandrze, tak gwoli przypomnienia. Oto moje słowa z notki sprzed roku.
7 sierpnia 2018
"Roberto i Sandra. Roberto to taki masywny byczek (29 lat), który 20 lat wychowywał się w USA, w Maryland. Siedział kilka lat w więzieniu - trochę za handel (miał 18 lat), trochę za jakieś sprawy imigracyjne (miał już więcej lat). Jednak jest to przesymaptyczna, uczciwa osoba, która już na wstępie skradła nasze serducha. Pracuje dla jakiejś zagranicznej firmy w Salwadorze i stać go na taki weekendowy wypadzik nad oceanem. Dawniej był między innymi szefem kuchni, czym bardzo się szczyci! :) Jego żona to trzy razy mniejsza od niego Sandra, 21 latka, która trzy dni wcześniej dowiedziała się, że jest w ciąży. Nie znała angielskiego, więc za bardzo się nie odzywała, ale patrzyła na wszystko i wszystkich pozytywnie i z uśmiechem. Oboje mieszkają w San Salvador, trochę w strachu, bo jego ojciec paręnaście lat temu był megaszychą w policji, a pamięć gangsterów potrafi być dłuuuga. Poza tym kilku członków jego rodziny nadal służy w policji."
Spędziliśmy rok temu kilka dni dobrze się bawiąc!
Wracając jednak do tego roku, 2019. Po kilku minutach od stanięcia na przystanku, jechałem już starym pojazdem, będącym połączeniem czegoś pomiędzy autobusem, a busem, w stronę stolicy, do siedziby firmy przewozowej Tica Bus, by tam sobie zakotwiczyć i poczekać na bagaż. Po drodze jednak stało się coś naprawdę bardzo niespodziewanego! Pisząc 'naprawdę' i pisząc 'niespodziewanego', mam na myśli coś w rzeczy samej metafizycznego! Otóż jadąc przez ruchliwe uliczki ogromnego San Salvador, nagle jakaś, bez wątpienia znajoma twarz, mignęła mi przed oczyma. Szybko wróciły w miejsce, gdzie ją spostrzegły. Nie może być! O żesz kurna! Czy ślepia mnie nie mylą?! Toż to Roberto we własnej osobie! Krzyknąłem raz. Nic. Chyba nie usłyszał! Krzyknąłem po raz drugi. O! Zaczyna się rozglądać! No to jeszcze raz. "Roberto! Aqui!" I ha! Nasze oczy w końcu się spotkały! Gęby ozdobiły szerokie uśmiechy radości! Zamachał do kierowcy, ten stanął, ja wysiadłem. Radości nie było końca - znajomi z dwóch końców świata, z odległych kontynentów, po roku spotkali się na ulicy 2,5 milionowego miasta!!! Destiny! Przeznaczenie! To nie może być nic innego - tak mówiąc śmialiśmy się jak wariaci. Los! "Artur, sorry, mamy problem z telefonami, Sandra jest w domu, czeka na wiadomość od Ciebie. Wiesz co, pierdol hotel, przecież jestem na miejscu, akurat nie mam roboty, jesteś od teraz moim gościem. Poczekasz se na bagaż u mnie w domu. Ile dni będziesz chciał! Patrz co mam - pokazał mi siateczkę z kilkoma tortillami - w tej siatce są nie tylko tortille. “ Konspiracyjny uśmiech rozjaśnił jego twarz. Moja gęba, a jakże!, też się śmiała, heh. Najpierw jednak poszliśmy do Tica Bus zapytać czy przetrzymają bagaż, ba, czy w ogóle go przyjmą. Na lotnisku podałem przecież ich adres. Nope. Nie wezmą bagażu. To samo hotel położony w tym samym budynku... Nie są przechowalnią bagażu. No to kicha. Chyba będę musiał jednak się tu zatrzymać... - powiedziałem Roberto nieco rozczarowany. 'Nie, nie. Nie martw się nic, zadzwonimy do Avianci i podamy im mój adres'. No to chodźmy! Po drodze kupiłem dwa podkoszulki (jeden za jedyne 1,5 dolara, drugi za jedyne 2 dolary) i dwie pary bokserek. Aha, jeszcze szczoteczkę i pastę do zębów. Taniocha! Roberto każdej pani mówił 'mama’ i opowiadał o przyjacielu z Polski, co to stracił gdzieś bagaż. Bardzo cieszył go ten zbieg okoliczności i każdemu chciał się mną pochwalić :) Szliśmy sobie nieśpiesznie przez to zatłoczone, żywe i jakże kolorowe miasto, o którym w zeszłym roku pisałem tak:
16 lipca 2018
'Pochodziłem bez mała ze 3 godziny po mieście - to miasto to chyba największy targ jaki w życiu widziałem! Każda ulica ciasno zawalona straganami. Wspomniałem o owocach, warzywach, butach (same podróbki, bo nie uwierzę, że takie Pumy kosztują 30 zł), wisiorkach, a teraz trzeba jeszcze dodać sprzedawców losów, zegarmistrzów, sprzedawane koszulki, paski, garnki, dziadka sprzedającego tylko patyczki do uszu, sprzedawców dewocjonaliów, sprzedających tylko… lizaki, tylko gumy do żucia, publicznych kaznodziejów, handlarzy zabawkami, portfelami, ciastkami, prażoną kukurydzą i wielu innych! O dziwo, w takim tłumie nie czuję się niebezpiecznie. Jest pozytywnie!'
Wracając jednak do obecnego, 2019, roku. Roberto co chwila patrzył czy abym się gdzieś nie zgubił. Powiedziałem mu, że przecież jestem duży, a poza tym byłem tu już rok temu, łaziłem przecież po ulicach San Salvador i jako przeżyłem. Był pełen podziwu, że nic mi się nie stało! Traktuje to miasto jako naprawdę niebezpieczne miejsce! Np. są kamienice, obok jest chodnik, a na jego skraju stragany. Powiedział mi ważną rzecz: 'nie chodź między straganami, a domami. Prędzej czy później ktoś cię wciągnie w bramę. Ryj się środkiem ulicy'. Hmm, cenna lekcja! Do tego, że głupich aptek czy zwykłych sklepów pilnuje ochrona ze strzelbami zdążyłem się już przyzwyczaić, ale tym razem wszędzie było pełno policji i... wojska. 'Wiesz Artur, mamy nowego prezydenta i ten skurczybyk chce rozwalić te pierdolone gangi. Powiedział do narodu tak: wypijemy gorzkie lekarstwo, ale wypijemy je razem. Bo wiesz, wiele matek straci dzieci. Żołnierze ich zastrzelą. Ale trzeba to zrobić, wypalić to skurwysyństwo by kraj odżył. By młodzież zaczęła myśleć o nauce, by przyjeżdżali do nas turyści. Lubię tego gościa! Wiesz, wielu członków gangów chciało zapłacić za amnestię, obiecali się wycofać z tego, co robią i wrócić do społeczeństwa. Ale nie. Musimy wypić to lekarstwo i koniec. Wypalić chwasty!'
Ojciec Roberto był kapitanem policji, który - szkolony przez zielone berety - sam później wyszkolił kupę policjantów. Oddanie walczył z gangami. Po przejściu na emeryturę załatwiono mu pobyt w USA, bo w Salwadorze by go zabili, ma tu strasznie wielu wrogów. Nawet teraz, gdy go 10 lat nie ma w kraju, nie może tu wrócić.
Wsiedliśmy do autobusu (taki ciężki, masywny, stary szkolny, amerykański), potem przesiadka i po 25 minutach byliśmy na obrzeżach miasta. Roberto co chwila zagadywał do przypadkowych kobiet, skubaniec jest przesympatyczny i widać, że panny na niego lecą. Heh. No w każdym bądź razie dotarliśmy. Spokojna dzielnica, ale każda ulica odchodząca z głównej drogi znajdowała się za bramą strzeżoną przez strażnika z maczetą ('wiesz, tu by gangsterzy dla samej broni palnej zabili strażnika, dlatego ma tylko maczetę'). Każda! I drut kolczasty. I kraty! Strzeżone osiedla. Strażnik w piłkarskiej koszulce reprezentacji Brazylii został pozdrowiony gromkim “Buena” i poinformowany o koledze z Polski, który sobie tu pomieszka chwilę :) Mijamy trzy domy, dochodzimy do bramy. Axel! Krzyczy Roberto i wali w bramę. Axel! Drzwi się otwierają i pięcioletnie dziecko patrzy na mnie zaskoczone. Ucieka w głąb parterowego domu. Idziemy za nim, a tam niziutka Sandra robi taaaakie oczy! I banan na twarzy! I od razu hugi, tzn. objęcia! 'Jak wy razem…? Ja tu na wiadomość od Artura czekam!' No, ciężko jej było uwierzyć, że wypatrzyłem jej faceta po prostu gdzieś na ulicy! :) Chyba my sami jeszcze w to nie do końca wierzyliśmy!
Ich mieszkanie składa się z kuchni, łazienko-ubikacji, otwartego pomieszczenia bez dachu do robienia i suszenia prania (i hodowania paru warzywek,) saloniku, dwóch sypialni i małego pokoiku z łóżeczkiem dla najmłodszego z dwójki dzieciaków, Liama. No i zaraz za bramą jest podjazd, na którym stoi motor. Obszerne to mieszkanko! I ładne, eleganckie, choć skromne. Są dwie konsole i duży TV. Super! Poszliśmy do okolicznego sklepiku. Ledwo było coś widać, co jest w środku. Bo wnętrze zakrywała bardzo gęsta krata z jednym małym okienkiem, przez które fajna babeczka po dwudziestce podawała towary. Takie zabezpieczenia mają u nas w nocy Polsce sklepy monopolowe - nie można wejść do środka, pani przez okienko w kracie podaje towary. No cóż, bezpieczeństwo przede wszystkim, nawet na obrzeżach salwadorskiej stolicy . Kupiliśmy Caña Rica Aguardiente w plastikowej butelce (właściwie to z uwagi na liczbę mnogą, to w butelkach). To taki 25% trunek, który jest taką naszą jakby słodszą i słabszą wódką (albo po prostu ich słabszą wersją rumu…). 3 dolary za pół litra. Roberto w drodze powrotnej opowiedział mi o sprzedającej w sklepiku kobiecie. 'Wiesz, jej dziecko chodzi z Axelem do tej samej grupy, to się znamy. No i ta babeczka na mnie leci. Mówię poważnie! Wiem, bo sama mi o tym powiedziała! Jej facet jest w Stanach i przylatuje tylko na urodziny córki. Ale nie. Nie prześpię się z laską. Mam moją Sandrę i koniec'. Po powrocie zadzwoniliśmy do lini lotniczej, do Avianci, i udało nam się zmienić adres dostarczenia zgubionego bagażu na adres Roberto i Sandry.
Z Roberto i Sandrą mieszka dwójka dzieci. Axel, lat pięć, to dziecko Sandry z jej związku z poprzednim facetem. On teraz przebywa w USA, przesyła na Axela jakieś pieniążki i planuje go kiedyś ściągnąć do siebie. Roberto ma dobry kontakt ze swoim pasierbem, bardzo się lubią! Liam zaś ma coś koło roczku. To mały szkrabik, syn Roberto i Sandry, który jest przespokojnym dzieckiem. Ciągle się śmieje i podobno nigdy nie płacze! Axel i Liam strasznie się lubią - starszy brat opiekuje się tym młodszym, uspokaja, zabawia. Fajne atmosfera panuje w tym domu!
Przegadaliśmy cały dzień i cały wieczór. W międzyczasie wyskoczyliśmy kilka ulic dalej na pupusę, czyli coś typowo salwadorskiego! To placki kukurydziane z serem i różnymi dodatkami! Do tego suróweczka z białej kapusty! Pycha!!!
13 lipca, San Salvador
Wymyśliliśmy grilla! Rano, rozprawiwszy się z bólem głowy (moje polskie Apapy! - kilka miałem w podręcznym) pojechaliśmy wszyscy do centrum San Salvadoru. Sandra szła za rękę z Axelem, a Roberto ubrał takie śmieszne nosidełko, dzięki któremu mógł nieść Liama na brzuchu. W autobusie z początku było trochę tłoczno, ale po kilku przystankach trochę miejsc się zwolniło, więc Roberto usiadł sobie koło mnie. Przed nami po chwili usiadła dwójka gości. 'Geje. To widać przecież', rzekł Roberto. I nastąpiło z 10 minut dyskusji o gejach. Na przykład o tym, że Sandra ma wielu takich kumpli, albo że kiedyś tu robili takie parady jak w Polsce, ale jak salwadorskie środowiska LGBT przyniosły figurę gejowego Jezusa, to po tym zakazano im w tym kraju takich marszów. Później, gdy Roberto przeskoczył z powrotem na poprzednio zajmowane siedzenie, do Sandry, jeden z tych gejów siedzących przede mną odwrócił się i zaczął do mnie mówić płynnym angielskim! 'Jak się podoba w Salwadorze? Skąd znam angielski? Uczę angielskiego.' Haha, ale wtopa! Słyszał i rozumiał cała dyskusję! Ale nie był obrażony czy coś :) A był duży (siłownia na bank!), tylko jakiś strasznie nieproporcjonalny. I przemiły. I delikatny. Ano, Roberto miał rację!
Dwie minutki i wysiadka. Roberto, gdy się dowiedział, że jeden z tych gejów wszystko rozumiał i do mnie zagadał, zrobił minę typu “o kurde!”, ale po chwili się już z tego śmiał. No ciekawa przygoda! Będąc już w centrum stolicy, od ulicznych straganiarzy kupiliśmy horror La Iarruna (DVD tu 50 centów!), w supermarkecie trochę taniego alko i mięsa, a odsyłani od sklepu do sklepu, wreszcie w sklepie z…. dewocjonaliami kupiliśmy… węgiel do grilla (autentycznie przypomniał mi się wtedy cytat z nieśmiertelnego 'Misia' Barei: Panie, tu jest kiosk Ruchu, ja tu mięso mam!). Mimo braku bagażu poszliśmy też rezerwować bilet do Tica Bus. 3:00 nad ranem! What da fak?! No to skoro mamy grilla, to może nie na tą noc? Na następną. Może warto zostać dzień dłużej? Może akurat dojdzie bagaż? Bo plan już był taki, że bagaż kiedyś tam może dojdzie do Roberto i Sandry, a ja sobie po niego wrócę za jakiś miesiąc przed wylotem z San Salvador. W sumie parę ciuchów wezmę do jakiejś siatki i mogę jechać dalej, do Nikaragui. Zawsze coś tu gdzieś tanio dokupię, jak braknie. A gdy doślą bagaż, będzie pretekst by znowu się spotkać i trochę poimprezować. Szczerze mówiąc, nie miałem i nadal nie mam nadziei, że ten bagaż się znajdzie, ale wpaść przed odlotem do moich obecnych gospodarzy na pewno i tak, bez względu na bagaż, wpadnę! Uległem, zamiast na tę noc (czyli już 14-go), wziąłem bilet na 15-go. 45 dolarów, super! Zakupiłem sobie też telefoniczną kartę Claro z nielimitowanym Facebookiem. 2 dolary od pań z ulicznego straganiku. Nie wiem czemu, ale tu jest jakiś... kult komórek. Szał jakiś normalnie. Telefony sprzedawane są dosłownie wszędzie, są małe miejsca ich naprawy, straganiki z akcesoriami do komórek, kartami, itd.. Nie mają, jak u nas, ładnych salonów, gdzie można podpisać w spokoju umowę na dwa lata. Normalni Salwadorczycy nie podpisują tu umowy z abonamentem… Liczy się ahora (teraz) i już! Można kupić dostęp na dzień, dwa, trzy. Po prostu wtedy, kiedy potrzeba idą do najbliższego sklepu i kupują sobie taką krótkoterminową kartę. W internecie nie kupują. Zresztą to widać po hotelach - co 10-ty jest może reklamowany w internecie. Facebook przy zakupie taniej karty jest na czas jej ważności całkiem za free, reszta internetu to trochę drogo dla ludzi tutaj, a i limity gigabajtów na internet są dosyć niskie. Roberto, mimo ostentacyjnie wznoszącej oczy w niebo Sandrze, zagadywał coś do pań, potem się tym trochę znudził i poszedł sobie, oraz mnie, gdzieś kupić kawę. 15 minut aktywacja! Dłuuugo! Wymagany paszport, dzwonienie gdzieś, moja karta przewędrowała przez trzy stare telefony, na których pani co chwila coś wstukiwała. Strasznie to skomplikowane. I czasochłonne. No a grill na podjeździe był fajny. Karczek wołowy i te zawinięte w czosnkowe kulki różne mięsa. I sos, który Roberto sobie hobbystycznie robi. Ręcznie podpisywany na specjalnych etykietkach! No pychaaaa! Dymu było sporo, Sandra przeżywała trochę, że strasznie wali węglem, no ale daliśmy radę. I były tortille (tu chleba się nie je). Popiliśmy, pojedliśmy, Roberto sobie poszedł spać (no upił się po prostu, heh), a ja z Sandrą sobie w tym czasie pogadałem. To było zabawne, bo ze trzy godziny mówiliśmy po hiszpańsku. A ona była tak zadowolona, zresztą tak samo jak i ja, że się rozumiemy, choć czasem było ciężko. Nie potrzebowaliśmy Roberto jako tłumacza :) Gdy już sobie biedak wstał, to pograłem sobie z nim w Call of Duty Zombie. A jak wieczorem dzieciaki poszły spać, Sandra poprosiła o browarka i dołączyła do naszej męskiej imprezy :)
14 lipca
Roberto rano zwracał grilla i alkohol, ale dość szybko się pozbierał. Jak tylko oczyścił żołądek, od rana pił sobie ten 25% niby rumik, ja zaś dołączyłem około południa. Obejrzeliśmy sobie The Expendables 2. Z Sandrą zaczęli mi o sobie coś więcej opowiadać. Nie muszą pracować, choć za tydzień otwierają własną knajpkę. Roberto był przecież kiedyś kucharzem, jego dziadek zaś był szefem kuchni w salwadorskim Hiltonie czy innym znanym hotelu. Jak wspominałem, pięcioletni Axel jest synem Sandry z poprzedniego związku, ojciec jest, a jakże!, w USA i przesyła na niego jakąś kasę. Ojciec Roberta przesyła zaś pieniądze na wnuka, Liama (to już, jak wspomniałem w jednych z poprzednich notek, syn Roberto i Sandry), 500 dolarów miesięcznie. Mama Roberto, rozwiedziona z jego ojcem, też mieszka gdzieś w Stanach i też finansowo wspomaga syna i wnuczka. Czynsz opłaca mu bogata ciotka (wiesz, mieszka sama w domu z ośmioma pokojami!), państwo coś tam też dopłaca. Przez długi czas Roberto pracował w jakimś call centre ('Dlatego rozumiem te twoje brytyjskie wstawki, Artur - dane mi było rozmawiać z wieloma Anglikami!'), ale przed otwarciem własnej knajpki chce sobie jeszcze posiedzieć i trochę odpocząć. Stwierdzili, że skoro poznaliśmy się rok temu, gdy Sandra była z Liamem w ciąży, to chcą bym… został jego ojcem chrzestnym! Wow! Oczywiście zacząłem oponować, że ja niezbyt religijny jestem, ale uspokoili mnie, że zrobimy sobie kiedyś taką świecką, pogańską ceremonię w pobliskiej dżungli! No, hmm, no czemu nie? Lol! Czas nam leciał, przegadaliśmy cały dzień, o 22-ej mnie trochę zmogło i stwierdziłem, że muszę coś pokimać przed jutrzejszą podróżą!
15 lipca
1:00, telefon mi dzwoni i dzwoni, spokojnie, wszystko pod kontrolą. Jeszcze poleżę. Jeszcze chwilka. Pięć minut. O, Roberto! Wstałeś? Tak, wiem, wiem, trza wstawać. 1:10? A wiesz, o drugiej, obudź mnie o drugiej… (bus był o trzeciej). “Artur, o której masz tego busa?”, zapytał mnie Roberto, budząc mnie, owszem, ale o… 3:30. O żesz kurwa! Autobus odjeżdżał przecież o 3.00! Przegapiłem! Shit. “Spoko, fajnie nawet, bo posiedzisz z nami dłużej”. No, w sumie... To się nazywa optymizm! Dobranoc! No tak, przegapiłem busa. Ja, taki porządny i zapobiegliwy! Sam za bardzo nie wiem, jak to się mogło stać... W sumie to nigdy nic podobnego mi się nie przytrafiło! Rano się pośmialiśmy z całej tej sytuacji, Roberto już popijał coś tam mocniejszego, ja otwarłem sobie tylko piwko. 'Wiesz Roberto, skoczymy dzisiaj kupić nowy bilet, co? Ale dzisiaj postanowiłem nie zasypiać'. Skoczymy, nie ma problemu!
Nim do tego jednak doszło, około godziny 9-ej zadzwonił ich telefon. 'Buenos dias, tu linie lotnicze Avianca!!! Za 3 godziny taksówka przywiezie bagaż! Adres taki i taki? Zgadza się. Proszę więc cierpliwie czekać.' Ha! Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Ja serio już zwątpiłem, że go odzyskam! Gdyby nie Roberto, to by go przesłali do Tica Hotelu, a tam by go nie odebrali! Poczekaliśmy na bagaż gadając sobie przy jakimś filmie (zgubiłem fabułę i tak na początku) i rzeczywiście, niedługo potem, pod bramą zaczęła trąbić żółta taksówka! Jeszcze podpisać papierek i można brać! Ha, taki szary, większy plecak z ciuchami, z kosmetykami (tj. pasta do zębów i szampon do kłaków) i tabletkami na wszystko. I kilka gazet. 'Chcecie jakąś na pamiątkę? Jasne! A, Roberto, gadaliśmy o filmie Blair Witch! Patrz!" Wyciągnąłem szary podkoszulek z logo filmu - z takim jakby krzyżem z patyczków na przedzie. Bardzo realistyczny. I straszny! 'Mój design. W Photoshopie sam robiłem. Bierz!' I ogólnie powymienialiśmy parę rzeczy :) Czapkę z Belgradu dostała Sandra, ja podkoszulek do koszykówki, dostałem też wcześniej krótkie spodenki, bo w moich zepsuł się zamek. Aaa, i taką fajną bransoletkę podróżnika też. No i mam już odebrany ten mój bagaż, a nie dopiero za miesiąc przy okazji powrotu (bo chcę jeszcze, jak wspominałem, wpaść do Roberto i Sandry na kilka dni przed wylotem). Zawsze to lepiej mieć swoje rzeczy niż kompletować je przez resztę podróży.
Jak bagaż już jest, to mykamy do centrum jeszcze raz rezerwację robić! Tylko ja i Roberto, bo Sandra została w domu. Zrobi jakąś zupkę na obiad. Roberto jak zwykle wszystkich zagadywał (no tak, sycylijskie korzenie - mama Włoszka!), ja zaś patrzyłem sobie jak żołnierze, dwójkami, w maskach zasłaniającymi dolną część twarzy chodzili po osiedlach z ogromnymi karabinami. 'Wypijemy gorzkie lekarstwo, ale wypijemy je razem' - przypomniały mi się słowa Roberto. Nagle moje oczy przykuł niesamowity obraz! Ujrzałem ciężko idącą dwójkę masywnych, uzbrojonych po zęby żołnierzy i lekko idącą sobie przed nimi w białym, szkolnym mundurku, może dziesięcioletnią, uśmiechniętą dziewczynkę. Nic sobie z nich nie robiła, wiedziała, że oni są dla niej, że nic jej nie grozi. Ten kontrast był bardzo uderzający. Bezwzględne maszyny do zabijania i coś tak niewinnego i delikatnego jak ta mała dziewczynka. Byłem prawdziwie... wstrząśnięty tym abstrakcyjnym, jak dla mnie, widokiem!
Wysiedliśmy i po drodze kupiliśmy nową wersję Chuckiego (remake o tej samej nazwie, po prostu Child's Play). Jeszcze jest w kinach, ale, jak się okazało, przerobiony został idealnie - super obraz i profesjonalni lektorzy, męski i żeński! Wow! Aaa, Roberto zabrał mnie jeszcze do najstarszego, założonego dawno temu, bo w XIX wieku, bilardowego klubu w tym kraju! La Dalia! 'Mój wujek tu jest ważną szychą! Nigdy tu nie byłem, właściwie to nigdy nie grałem w bilard, ale ty mówiłeś, że coś tam kiedyś grałeś, to mi pokażesz'. Spoko, no problemo. Wejść do tego klubu nie było łatwo - wśród miliona różnych straganików trzeba było znaleźć odpowiednie, nieoznaczone wejście do kamienicy, a tam jeszcze pytać mijanych mieszkańców o odpowiedni korytarz i odpowiednie schody. Nic nie wskazywało, że gdzieś tu jest klub bilardowy, żadnego znaku czy strzałki, ale jakoś dotarliśmy! Ogrooooomna sala, marmurowe, stare i spękane kwadratowe płyty we wzorki na podłodze, wysoki sufit z przepychającymi gorące i zadymione powietrze wiatrakami, sześć niemłodych stołów bilardowych, dziesiątki krzeseł dla graczy oczekujących na swoją kolej, średnia wieku klienteli dobrze ponad 50 lat. Prawdziwy Salwador, ukryty dla takich turystów jak ja. Nie było ścian zewnętrznych czy okien, a tylko betonowe poręcze z kolumnami podtrzymującymi dach. Szyb nie było. Poniżej, widoczne jak na dłoni było miasto, niestrudzenie tętniące życiem, zabiegane, ruchliwe. Dwa małe piwa, dwie partyjki. Zeszła nam ponad godzina! Roberto, jak na pierwszy raz, grał całkiem nieźle, skumał zasady, no ale… Nie lubię się podkładać... Sorry! Wygrałem obie partie! Ogólnie to graliśmy jak paralitycy, bo marnowaliśmy nawet najłatwiejsze okazje, ale nikt ani się z nas nie śmiał, ani na nas specjalnie nie patrzył. Ot, przyszła dwójka gości pogadać i popykać w kulki przy piwku. Potem bankomat i znowu wizyta w Tica Bus. Zanim się odezwałem Roberto z czarującym uśmiechem opowiedział pani sprzedającej bilety moją historię, a ta… rzecz nieprawdopodobna!... anulowała mój niewykorzystany, zaspany bilet i wydrukowała mi nowy na jutro. Za darmo!!! Nie musiałem dopłacać ani dolara! 45 dolarów zaoszczędzone :) Nie no, jestem dla niego pełen podziwu!
'A wiesz Arturo, ja bym sobie jeszcze ziółko kupił'. No tak, to niesione przez niego w tortillach gdy się spotkaliśmy, już mu się kończyło... On strasznie dużo tego pali! No i zabrał mnie przez kilka ulic w bliżej nieokreślonym mi kierunku. 'Patrz teraz!' rzekł. I rzeczywiście, było ma co popatrzeć! Ulica była pełna… prostytutek! Umalowane, w miniówkach, prowokacyjnych pończochach mizdrzyły się do nas, słodko uśmiechały, zaczepiały słownie ('Hola amigos!')... A obok… Dosłownie obok stał posterunek policji! Nawet niektóre z pań lekkich obyczajów przyjaźnie sobie gawędziły z uśmiechniętymi policjantami! No przecież pracują obok siebie, to się znają. Tak jakby pracowali po prostu w zwykłych sklepach. Wow! I to w państwie, gdzie kobieta po poronieniu, za podejrzenie aborcji, może iść do paki na 25 lat.... Hipokryzja... 'Artur, zapalisz sobie ze mną?', zapytał Roberto. 'Naah, piwerko tylko, amigo', odparłem. 'A to w sumie pieprzyć, samemu mi się nie chce'. Heh. I zawróciliśmy nie kupując nic nielegalnego. Jeszcze bazarek, na nim koszulka reprezentacji Salwadoru (9 dolarów, firmy Umbro - podróbka, ale jakiej dobrej jakości!) i do domku. Na mieście zeszło nam w sumie ze 3-4 godziny, Sandra była trochę zła, ale nakłamaliśmy jej, że miałem problemy z kartą i szukaliśmy innych bankomatów ;) Dodaliśmy jeszcze coś o kolejce po bilet autobusowy. Po co kobieta ma się denerwować? :) Tym razem nie zasnęliśmy, oglądaliśmy Chuckiego, gadaliśmy, a potem ja, Roberto i Axel graliśmy w Call of Duty na dzielonym ekranie. Oczywiście pięciolatek był w to dużo lepszy ode mnie, ale strzelanki, w odróżnieniu od symulatorów czy gier strategicznych, nigdy nie były moim konikiem. O 1-ej załatwiliśmy Ubera (na wypadek gdyby za 10 lat firma przestała istnieć wspomnę, że to takie tanie taksi na aplikację z telefonu), który za 3 dolary zawiózł mnie do centrum miasta, do siedziby Tica Bus. Pożegnanie był długie! Było nam bardzo smutno, no ale zew przygody okazał się silniejszy :)
16 lipca
Kierowca Ubera miał pewne wątpliwości czy przyjechać w tę okolicę, ale Roberto coś z nim popisał i pan w końcu dotarł. Okazał się całkiem miły. Kierowcy Ubera i taksówek boją się napadów, szczególnie nocą, a jeszcze podejrzane wydało się mu moje imię i mój łamany hiszpański. 'No przecież obcokrajowcy nie przyjeżdżają do San Salvador!'
W poczekalni firmy przewozowej Tica Bus, obsługującej tutaj trasy w całej Ameryce Centralnej, były 3 osoby czekające na ten sam autobus. Wszystkie jechały do Kostaryki. Pozwoliłem sobie na małą drzemkę, wszak to teren zamknięty, pilnowany przez ochroniarza ze strzelbą. Sama poczekalnia miała wymiar małej klasy lekcyjnej. Przyjechał autobus. Całkiem super! Zupełna nówka! Na zagłówkach ekrany, w nich filmy, muzyka, gry. Mega wygodnie. Mało ludzi, może 13 zapełnienia. Więc w sumie każdy, mimo numerów na biletach, usiadł sobie osobno i każdy mógł położyć się w miarę wygodnie na dwóch siedzeniach. Już kilka razy w przeszłości korzystałem z usług tej firmy i wiedziałem, że w nocy ustawiają klimatyzację na tak niskie temperatury, że masakra, toteż przygotowałem sobie lekką kurtkę do okrycia się. Bingo! To był dobry pomysł, bo moje przewidywania okazały się słuszne. W pojeździe, za przeproszeniem, pizgało nieźle!!!
Granica Salwador-Honduras, zero problemów. Po stronie jeszcze salwadorskiej przeszedł jeden pan, sprawdził paszporty, po honduraskiej wysiedliśmy, w jednym okienku w takim tuneliku z okienkami musiałem kupić kwitek za 3,5 dolara płatnych ich walutą (w tym tuneliku było dużo handlarzy walutą, więc pierwszy lepszy mi wymienił - nie żaden przekręt, po prostu za 3,5 dolara dają tyle, ile biorą w okienku; ciekawe ile kosztuje ich taka licencja na obsługę podróżnych przekraczających granicę, heh), po czym ten kwitek dać w innym. Jakby nie dało się tego zrobić od razu, w jednym. No ale na szczęście wszystko poszło dość szybko. Nie trzeba był wyjmować bagażu. Przejechanie wąskiego odcinka Hondurasu zajęło niewiele godzin. Nie kojarzę z niego za wiele, bo to było nad ranem i właściwie to spałem (drzemałem).
16 lipca, NIKARAGUA
Nadszedł czas na granicę hondurasko-nikaraguańską. I tu się poczułem bardzo niefajnie. Dużo kioseczków do obsługi podróżnych, tylko nie wiadomo, do którego iść. Część z nich była pusta. Widząc moją dezorientację i zapewne kolor skóry, od razu podszedł do mnie jakiś celnik podchodzi i poprosił o paszport. Oddałem. Dobrze, że kierowca gdzieś tam się przesmyrywał i pokazywał wzrokiem i kciukami, żebym się nie przejmował, że jest ok, że to tak właśnie tutaj wygląda. Inny celnik wskazuje drzwi i mówi “scanner”. Polazłem, przepuściłem wszystko przez skaner. Wyszedłem… tymi samymi drzwiami. Pewnie jakbym tylko wszedł i szybko wyszedł wyszłoby na jedno. Stoję między kioseczkami minutę, dwie, nie wiem co i jak, w końcu ktoś mnie woła wyłaniając się zza jakichś starych drzwi. Idę więc, przechodzę przez te drzwi, a tam, w niewielkim pomieszczeniu stare, drewniane krzesło, dwa małe biurka i dwóch celników. Starszy, ok. 50 lat, siedzący naprzeciwko mnie, z pokerową twarzą zaczyna poważne przesłuchanie. Za nim, za monitorem siedział dużo młodszy celnik, który wzrokiem dawał znać, że wszystko gra, gdyż widział, że całe to przesłuchanie mnie zniesmacza i jakby trochę... niepokoi. Czułem się dziwnie. Otrzymałem po hiszpańsku (!) całą serię pytań typu:
- Dokąd pan jedzie? (Las Peñitas, potem Managua - odpowiedziałem) - Dokąd dokładnie pan jedzie? (Nie wiem, poszukam czegoś, jakiegoś hostelu na miejscu - tu pan zrobił podejrzliwą, groźną minę) - Na jak długo? (Nie wiem dokładnie. Ze dwa, trzy tygodnie? - znowu podejrzliwa mina) - Skąd pan przyleciał? (Z Polski) - Jak pan leciał? (Polska - Niemcy - Kanada - Salwador) - Dokładne trasy poproszę. (Kraków, Polska - Frankfurt, Niemcy - Toronto, Kanada - San Salvador, Salwador) - Ile pieniędzy ma pan przy sobie? (Eee, 30 dolarów? Ale mam kartę kredytową) - Ile pieniędzy ma pan na karcie? (Tu podał mi karteczkę - być może aby być pewnym, że mówiąc słabym hiszpańskim nie pomylę liczb - na której zapisałem mu niewielką kwotę) - Pana zawód? (Dwa miłosne? Nie, nie, oczywiście powiedziałem mu, czym się zajmuję, haha) - Rodzina? (Szczęśliwy kawaler, singiel) - Czy był pan w Meksyku? (Nie wiem, co tam teraz mają z Meksykiem, alei tak odrzekłem zgodnie z prawdą, że nigdy w Meksyku nie byłem) - Zna pan tu kogoś? (No znam, taką jedną dziewczynę - fuck! i tu uświadomiłem sobie, że woląc mówić prawdę i tylko prawdę niepotrzebnie się wygadałem, acz nie spodziewałem się tego typu pytania!) - Nazwisko? Skąd pan ją zna? (Nakłamałem, że nie znam nazwiska, bo ma nicka internetowego i na Facebooku coś piszemy - tu nigdy niw wiadomo kiedy i jakiego typu władza [zwłaszcza komunistyczna] jakie informacje wykorzysta przeciw obywatelowi, ale zaślepiona komunistka Maria, poznana rok temu w Salwadorze, a z którą to zamierzam się spotkać, jeszcze tego nie wie…) - Gdzie dalej pan pojedzie? (Może Honduras, a jeśli nie, to w sierpniu na pewno powrót do Salwadoru, bo stamtąd mam lot do Kanady i potem do Europy) - Proszę pokazać rezerwacje na loty powrotne (Kurna no, tak jakby chcieli bym już do siebie wracał! Albo na pewno tu przypadkiem nie został! Pokazałem mu wydruk z maila po angielsku z datami i godzinami, który ciężko nazwać rezerwacją, bo to jest raczej wydruk do mojej wiadomości bym czegoś czasem nie pokręcił lub nie zapomniał)
Wszystkie te pytania zadawane były bardzo poważnym tonem, pełen powagi celnik absolutnie wszystko skrupulatnie zapisywał ręcznie n kartce obok ksera mojego paszportu. Uparcie rozmawiał ze mną po hiszpańsku widząc, jak czasem się męczę z poprawnym sformułowaniem odpowiedzi. Może nie znał angielskiego? Może jednak wolał bym się męczył, bo pod presją łatwiej coś tam palnąć?
Czekać za drzwiami. Wyszedłem, czując się jakbym przeszedł przez maszynkę do mięsa. Powoli zacząłem spodziewać się nawet odmowy wjazdu. Ale z drugiej strony facet widział, że byłem szczery, i jak czegoś nie wiedziałem, to nie kręciłem, tylko jak na spowiedzi! - mówiłem, że nie wiem. Co prawda nakłamałem jeśli chodzi o Marię, no ale w sumie to nie jego sprawa. A i wolałem jej w to nie mieszać. Może się nie zorientował, że akurat w tym przypadku nie powiedziałem całej prawdy? Znowu stałem sobie przy tych kioseczkach. 10 minut, 15 minut, 20 minut. Ludzie łażą, celnicy łażą. W końcu pan z jednego z tych kioseczków, czy tam budek, woła mnie do siebie. Ma mój paszport. I ręczną, długą notatkę, którą sporządzał jego kolega. Ponownie zadaje mi część z tych pytań, jakby sprawdzając, czy moja wersja przy nim jest spójna z podaną przeze mnie wcześniej jego koledze. No dobra, proszę się udać z powrotem do autobusu. Więc mnie jednak wpuszczą! Proszę iść w stronę tych samych drzwi, którymi pan wszedł do budynku! Pana autobus nadal tam jest. Paszport da panu przy wsiadaniu kierowca. Ech… Zero uśmiechu, serdeczności. Czułem wrogie nastawienie władz wobec mnie. Wobec białego z demokratycznego, kapitalistycznego świata...
Autobus. Można jechać! Podawano jedzonko, kawę, soki. No jak w samolocie!
W mieście León byłem po ok. 12 godzinach jazdy. Wcześniej na Google Maps obadałem i zaznaczyłem jakiś bankomat i miejsce, z którego będę mógł, lokalnym autobusem, udać się do Las Peñitas. Trochę daleko od miejsca wysiadki to było, a ja szedłem i szedłem z tymi dwoma z każdym krokiem coraz cięższymi bagażami na ramionach. Było zajebiście gorąco. Na obrzeżach, na wąskich ulicach z parterowymi domkami i brukowanymi drogami siedziała jakaś podejrzana młodzież i trochę pijaczków. Czasem do mnie coś krzyczeli, ignorowałem ich. Kurna, coraz bardziej gorąco. Jakaś knajpa ze smoothies (takie koktajle bezalkoholowe, za Wikipedią: Smoothie - zmiksowany i schłodzony napój na bazie owoców i warzyw, o gęstej i kremowej konsystencji.). Jeden smoothie za 65 cordobas albo 2 dolary (akceptowano dwie waluty). Okay, nie taki znowu majątek. Sprzedawca koktajli nie chciał ode mnie tych monetowych dolarów z Salwadoru ('Tu tego nie akceptujemy, sorry, to tylko w Salwadorze jest w obiegu'). Dałem mu więc jakieś wygrzebane papierowe dolary. Gracias! Smoothie bananowe z czymś tam jeszcze, jakieś dziwnie (chemicznie) niebieskie. Gostek w okularach był naprawdę bardzo sympatyczny, powiedział mi jak muszę iść na autobus oraz jaki jest przelicznik na dolary. Smoothie było takie se, nie lubię owoców (chyba nie bez powodu), ważne, że było przyjemnie zimne, co na chwilę dodało mi sił witalnych.
Jednak wychodząc czułem, że dobrze by było już dotrzeć na miejsce, bo coś ze mną było nie tak. Poczułem się osłabiony i jakby chory... Wizyta w bankomacie (o dziwo, nie było problemu z wypłatą paru cordobas) i szybko szruuu! w stronę Mercadito de Sutavia, małego ryneczku na obrzeżach miasteczka. Stamtąd miały odjeżdżać autobusy w kierunku Las Peñitas (i Poneloya). Idąc czułem się jednak coraz to gorzej, czułem, że w brzuchu mam jedną wielką przelewająca się z lewa do prawa wodę, czułem też jak moja twarz nieprzyjemnie goreje, w dodatku dostałem lekkiego kataru (kurwa, czyżby to ta nienormalna klima w autobusie!?), moje ramiona opadały z sił od zawieszonych na nich dwóch plecaków, serce waliło jak młotem, chciało mi się wymiotować! Fuck!. Kurwa! Puta! Stwierdziłem, już na miejscu, patrząc na szkolnego, żółtego Blue Birde’a (amerykański, duży autobus), że nie dam rady do niego dotrzeć, a nawet jeśli, to na pewno nie dałbym rady jechać nim niewiadomo przez jak długo okres czasu. Wiedziałem, że to musiał być on, to on musiał jechać do Las Peñitas… No ale nie mogłem, po prostu nie mogłem do niego doczłapać... Zdjąłem plecaki i usiadłem pod murkiem, podwinąłem pod siebie nogi i chwyciłem się za kolana. Zacząłem drżeć. Mimo 40 stopni gorąca! Zaraz kurwa zemdleję. Zaraz kurwa zemdleję! - przewalało mi się przez głowę.
Obok stał stary pick-up, ot, taki jeep z otwartą paką na tyle. Otwarły się drzwi i wyskoczył z niego gość mający, tak na oko, jakieś 25 lat. 'Czy wszystko ok?', zagadał do mnie po angielsku. Okularki, broda, przypominał mi znajomego anglistę/rapera z mojego miasteczka (Bartek!). Widać, że inteligent (to komplement!). 'Nie, nie ok. Bardzo źle się czuję. Serce mi wali, jest mi gorąco, jest mi niedobrze, w głowie mi się kręci' . Miał w ręce zimny napój. 'Masz, pij, dla ciebie'. Rzekł. Jakiś lekki energetyk, a właściwie napój izotoniczny. Niebieski, jak to głupie smoothie, które skonsumowałem wcześniej. Wypiłem podany mi izotonik. Zimno rozlało się po moim ciele. Psychicznie orzeźwiałem. Ale fizycznie mną targnęło. 'Nie obrazisz się, jak sobie rzygnę?' - zapytałem, tak jakbym mógł na zawołanie powstrzymać womitację. Nie, nie obrazi się. I tak oto przy tym ryneczku (mercadito), wstałem i... zacząłem wymiotować. Ze cztery duże razy przed siebie, ba!, daleko przed siebie, na chodnik! Jak w jakimś pieprzonym Egzorcyście! Niebieskie gówno, w ustach słodki posmak. Cholerne smoothie! Ale zrobiłem to w miarę czysto, nie obryzgując ani innych, ani siebie (szacun!) Ponownie usiadłem. 'Lepiej? Wszystko ok?' - zapytał chłopak. 'Nie wiem. Trochę chujowo ze mną. Coś mi jest. Źle trochę… Nie wiem, co się ze mną dzieje'. Zapytał gdzie jadę. Las Peñitas, odrzekłęm. O! To ten autobus. Wiem, ale nie stary, nie dam rady… Zarzygałbym cały... Kurna jeszcze mnie z tyłu bierze… Są tu jakieś kible? Nie bardzo? No to mam chyba przerypane! 'O, jest mój teściu'. Przyszedł taki chudy, starszy gostek w znoszonej, cienkiej koszulinie i farmerskim, rancherskim kapeluszu. Młody podszedł do niego i pogadali chwilkę. Po chwili wrócili. 'Stary, pojedziesz z nami. Nie zostawię cię tu tak samego. Zabiorę cię na naszą farmę. Mamy tam ubikację, właściwie to taką latrynę, wodę, wsio. Tu padniesz albo cię okradną. Albo to i to. Rozładuję tam tylko pick-upa, pół godzinki i jak trochę wydobrzejesz cię odstawię na drogę, a stamtąd sobie autobus złapiesz. Bo tu się łapie byle gdzie, przy drodze. Wszystkie stamtąd jadą do Las Peñitas. Dawaj!”. Nie skrzywdzą mnie chyba - pomyślałem. A i na pewno lepsze to i bardziej warte ryzyka, niż tu zostać i paść. Bo jak tu zostanę to na milion procent padnę na ulicy, a wtedy to na bank mnie okradną ze wszystkiego. No dobrze, cholera. Jedźmy. Bagaże na pakę? Ja z tyłu kabiny, na tylnym siedzeniu? Ale w nogach te worki z dziurkami się ruszają! Kurczaki? Żywe? Niektóre do walk? Koguty? Fajnie! Zaczął mi spokojnie, fantastycznym angielskim tłumaczyć dlaczego te koguty tak walczą ('to już u nich genetyczne, jak wydzielisz mały obszar i wpuścisz do niego jakieś dwa koguty, to jeden zadziobie drugiego' - mimo kiepskiego stanu pomyślałem o teorii replikacji genów w "Samolubnym Genie" Dawkinsa, ale nie chciało mi się w rozmowie do tego nawiązywać). Wiatr z otwartych okiem chłostający moją bladą facjatę dobrze mi robił. Mój dobry Samarytanin pokazywał mi rośliny to po lewej, to po prawej. Duże plantacje. Tu trzcina cukrowa, tu orzeszki ziemne. Mamy tu dwie pory, suchą i deszczową. Opowiedziałem mu o naszych porach roku, śniegu, itd. Jak tak do mnie mówił, powracałem powolutku do życia. Zmuszał mnie przynajmniej do krótkich odpowiedzi i myślenia. Czy on taki był, tzn. taki dobry z natury czy jego działanie i pomoc drugiemu było dyktowane jakąś religią? Skręt w prawo. Teściu, siedzący obok na miejscu pasażera, wychodzi i otwiera skleconą z patyków i drutu kolczastego bramę. Sucha droga, niemal czerwona, dosyć wyboista. Połacie pustych, brązowych pól po lewej i prawej stronie. 'Niedługo je zasiejemy'. Potem jeszcze druga brama. I jest, farma. Rancho!
Otwarty budynek z tylko jedną ścianą, dach oprócz niej podpierały trzy kolumny. W środku, pod kolumnami, kilka leżanek i prymitywny piec, na którym grzał się duży gar. Była też zagroda, a w niej dziesiątki niskich koni! (acz nie kucyków). Delikatnych, spokojnych. One po prostu sobie… stały, ufnie nas obserwując swoimi mądrymi oczyma. 'Hiszpańskie, sprowadzamy je z Europy. Od kucyka uczymy ich jak spokojnie chodzić, uczymy ich też obcowania z ludźmi'. Na miejscu był już szwagier mojego dobroczyńcy, i jakiś 12 letni chłopiec. Bardzo serdecznie mnie przywitali. Dali papier toaletowy. Zawsze na to zwracałem uwagę by mieć jakiś w bagażu, bo już miewałem różne przygody, ale - musząc myśleć o przejściówkach i ładowarkach i innym e-szicie- zawsze człowiek czegoś zapomni. Zanim dotarłem do latryny będącej wychodkiem okrytym z każdej strony blachą, solidnie, dostojnie jak panicz jakiś kurna, stojąc, rzygałem przed siebie. Jeden raz, drugi, trzeci. Obficie! Litrami! Czwarty raz, i piąty! Na niebiesko! I szósty! Już na szczęście słabiej. Źle to wyglądało. Dwa kroki do przodu - rzyg! Dwa dalej - rzyg! I tak przez kilka metrów... Zastanawiałem się, skąd ja w sobie miałem tyle płynów! Kilka minut posiedziałem na murku i - omijając bobki zwierzymy wszelakiej, płosząc kury - powoli polazłem do latryny. W środku czysto, dużo miejsca, a w centrum... betonowy - słup. Wąski. Z dziurą. Wyglądał jak jakiś komin. Siadłem, zrobiłem swoje. Spocony wyszedłem. Wypróżniony z dwóch stron. Spocony, acz dużo lżejszy, usiadłem na murku. Czułem się lepiej. Co prawda oblany zimnym potem i jakiś rozdygotany, ale przynajmniej wiedziałem, że bebechy mam puste i nie mam już czego z siebie wyrzucać. Wiem, niesmaczne to, ale to nie relacja z cholernego Garden Party u Królowej Brytyjskiej czy z wycieczki po Wersalu, ale to tylko zapisek z niezorganizowanej przez biuro podróży po Ameryce Łacińskiej. Takie przeżycia to często norma dla takich głupich gringos z Europy jak ja. I tak oszczędziłem wielu szczegółów! Patrzyłem na dziwne kurczaki, dziwne kaczki (takie jakieś inne niż nasze, dość śmieszne w sumie), psy spokojnie doglądające czy wszystko gra (psy były w sumie całkiem normalne, heh). Ot, odizolowany kawałek świata, w którym życie bardzo powoli sobie płynie, a czas zdaje się zanikać... Gdy trochę wydobrzałem, ja i mój wybawca jechaliśmy w stronę szosy. 'Wiesz, ja pracowałem w biurze, przy komputerze, ale trzy lata temu szwagier mnie poprosił o pomoc z końmi i tym ranczem. Miałem dość siedzenia w tym korporacyjnym boksie (cubicle) i monotonnego jebania na kogoś…. I wiesz co? Ja teraz czuję życie! Związek z naturą. Czuję wolność!” Byłem juz na tyle silniejszy, że z braku jego teścia, który został na rancho, pomagałem mu otwierać i zamykać bramy. 'A wiesz co, Artur? Wezmę Cię pod Las Peñitas. Co masz przy szosie czekać na autobus?' No i pojechaliśmy gawędząc o… historii Europy w XX wieku. O Polsce wiedział bardzo dużo!!! Nieźle! Tak Jak pomyślałem na początku - inteligent! - Pamiętaj chłopie, pij dużo wody! - rzekł, kiedy się zatrzymaliśmy. - Dzięki amigo, uratowałeś mnie. Byłoby źle ze mną jakby nie ty. - Wiem - rzekł nieskromnie, acz nie bez racji przecież. - Dziękuję jeszcze raz. Karma wraca! Do widzenia!
No i wysiadłem na rozwidleniu dróg. Wziąłem bagaże i idąc w lewą widełkę jezdni, polazłem poturbowany przez gastryczne rewolucje pieszo do Las Peñitas. Po 15 minutach niespiesznego człapania byłem przed polecanym przez Marię hotelo-hostelu o fajnie brzmiącej nazwie, Caracolito (hiszp. Ślimaczek). U niej jeszcze jest teściu ze Stanów, więc muszę sobie gdzieś kilka dni przeczekać. Wybrałem coś nad wodą. Kiedyś tu była i nocowała w Ślimaczku. Na ścianach hostelu znajdowały się dziwne wzorki, takie ezoteryczno-indiańskie, a w recepcji na zewnątrz (bo jest i wewnątrz) stał uśmiechnięty, trochę otyły gostek. Wyglądał jak jakiś Polinezyjczyk z Hawajów. Aloha! Eee... to znaczy Hola! - Tienes un habitacion privada? - Masz prywatny pokój?, zapytałem. Bycie na 'ty' to nie przejaw mojego wywyższania się, ale to po prostu mój prosty hiszpański. - Si - odrzekł, uśmiechając się słysząc mój śmieszny hiszpański. - Con baño separado, privado? - Z osobną, prywatną łazienką? - Si - odpowiedział, uśmiechając się jeszcze szerzej. - Hables Ingles? - Mówisz po angielsku?, zapytałem. Zawsze to dla mnie łatwiej i szybciej! - Yes - odparł. - Ha! Good! Poszedł ze mną, przeprowadził przez niewielki, odkryty taras z drewnianymi, bujanymi krzesłami i hamakami rozwieszonymi na drewnianych słupach podtrzymujących częściowe zadaszenie, i pokazał mi niewielki pokoik z dużym łóżkiem i przyjemną, wykafelkowaną łazienką. W pokoju nie było okna, ale był duży wiatrak, krzesło i stolik. Spoko, 4 noce 60 dolarów. Osłabiony podróżą i tym, co mnie spotkało w León, wziąłem prysznic po czym szybko, około godziny 18-ej... zasnąłem.
17 lipca
Wstałem jużo 5-ej rano. Kurna, było jeszcze całkiem ciemno! Poczytałem newsy z Polski i wróciłem do snu. O 7-ej byłem gotowy wrócić do León aby wypłacić tam trochę gotówki, bo w malutkim Las Peñitas nie ma ani jednego bankomatu. Co z tego, że założyłem plecak i byłem gotów wyjść by na szosie łapać jakiś autobus skoro… drzwi były zamknięte, a wszyscy spali! Nie wiedziałem nawet gdzie i kogo budzić. Poleżałem na hamaku na wewnętrznym dziedzińcu, aż wreszcie ktoś się pojawił i otworzył drzwi! 7:30! No to poszedłem tam, gdzie zostałem wysadzony poprzedniego dnia i po kilkunastu minutach nadjechał duży, stary i głośny amerykański autobus. Jeden pan kierował, inny zbierał pieniądze. 16 cordobas, czyli pół dolara, jakieś 2 złote. Po 30 minutach byliśmy na miejscu. Bylibyśmy szybciej, ale autobus zatrzymywał się kilkanaście razy, zabierając pasażerów często sprzed ich domów. Tak jak mówił mi wczoraj gostek, który mnie uratował: ' Tu się łapie byle gdzie przy drodze' León to bardzo ładne, żywe, postkolonialne miasteczko. Bardzo bezpieczne, tzn. z wyjątkiem jakiejś starszej wariatki na jednej z ulic, która wszystkich lała parasolem. Ja, myśląc, że leje tylko swoich, nie spodziewałem się ataku z jej strony. Myślałem, że się z kimś pokłóciła, czy coś, ale gdy ujrzałem, jak bije dzieciaki idące do szkoły, wiedziałem, że następny pewnie będę ja, bo nikogo nie było już w pobliżu. Zacząłem trochę skręcać i robić niewielki łuk aby ją jakoś tam ominąć, ale ta ruszyła na mnie! W ostatniej chwili zrobiłem skuteczny unik i jej parasolkowy oręż ominął mnie zaledwie o kilka centymetrów! To było tak głupie, że zacząłem się z niej śmiać. Przecież jakby chciał ją unieszkodliwić, nie miałbym z tym najmniejszego problemu. Mój śmiech ją jeszcze bardziej rozjuszył i - heh - zaczęła mnie gonić! Musiałem, ku uciesze lokalnej ludności obserwującej wszystko z bezpiecznej odległości, uciekać przed nią przez kilkanaście metrów! Bardziej zaczęła mnie martwić jedna rzecz, a właściwie sześć rzeczy, które udało mi się znaleźć, ale które wszystkie, jakby się ze sobą zmówiły, robiły mi na złość - bankomaty! Żaden, mimo wielu prób nie chciał mi wypłacić kasy! Łat da fak?! Wróciłem do hotelu lekko zmartwiony. Nie chciało mi się nawet zbytnio zwiedzać miasteczka, poza tym nie chciałem ryzykować przegrzania, zwłaszcza, że nadal czułem się jakiś rozklekotany. Może karta jest uszkodzona? Spoko, mam drugą, polską, najwyżej sobie nią będę operował. Na wszelki wypadek w internecie, na koncie zmieniłem na większy limit transakcji dziennych. W ho(s)telu mogłem brać na zeszyt wszystko, co chciałem. No dobra, spróbuję jutro dwoma kartami. Wróciwszy do Ślimaczka, zapytałem gostka z recepcji: “Czy gdzieś jakaś knajpa, gdzie honorują karty?" "A tak - odrzekł - jest jedna, to Playa Roca. Mają widok na plażę, no właściwie to ta knajpka to knajpka plażowa." Wskazał jeszcze jak iść i poszedłem. Dosłownie półtora minuty z buta i już tam byłem. Latynoska muzyka, otwarty bar, stoliki i krzesełka na piasku. Czas na moje pierwsze nikaraguańskie piwo. Toña! Ale proszę nie otwierać, najpierw zapłacę. Kartą. Sprawdzę czy działa. Ha! Udało się! No to dziwna sprawa z tymi bankomatami. Wziąłem buteleczkę, menu i rozłożyłem się na plaży, pod palmową parasolką. Ludzi nie było wcale, turystów też nie… Jasnoniebieski ocean kroiły wszerz srebrne, spienione fale. Szum wody mnie uspokajał, patrzyłem na morze jak zahipnotyzowany. Zakupiłem sobie deser, coctail de camarones (koktajl z krewetek), potem siedziałem sobie przy mojito. Czasem na oceanie pojawiła się jakaś sylwetka surfera, pod wieczór przyszło kilku turystów za dnia chowających się w małych hostelikach. Niemniej jednak ok. 19-ej, gdy zaczęło się ściemniać, plaża i knajpka ekspresowo się wyludniły. Jakby ktoś wyłączył... ludzi! Nie wiedzą, co stracili, bo zachód słońca był niesamowity! Złociste, duże słońce barwiło ocean ciepłopomarańczowym kolorem, niebo złociło się przyjemnie i wokół panował niesamowicie wszechogarniający spokój, który pozwalał bez pośpiechu, beztrosko kontemplować to niezwykłe zjawisko. Gdy już ściemniło się całkowicie i zostałem na plaży właściwie sam, zdecydowałem się w końcu wrócić i resztę wieczora spędzić sobie przy jakiejś fajnej muzyce w hoteliku.
18 lipca
Znowu udałem się do León i zacząłem się już bać nie na żarty gdy pierwszy bankomat odmówił wydania mi pieniędzy. Wczoraj na ekranach wyskakiwało mi albo “Transakcja nieautoryzowana” albo “Usługa tymczasowo niedostępna”. Dzisiaj, w przypadku tego pierwszego bankomatu, moim oczom ukazało się “Transakcja nieautoryzowana”. To samo w przypadku polskiej karty złotówkowej, którą wziąłem ze sobą! Nie no, do cholery jasnej, któryś musi przecież zadziałać! Poszedłem dalej, stanąłem przed innym bankomatem. Będąc gotowy na odmowę przeżyłem szok gdy usłyszałem dochodzący ze środka szelest przeliczanych pieniędzy! No to sru! Dokonałem kilku pomniejszych wypłat (wiedząc, że za każdą naliczy mi małą prowizję), bo nie chciałem, by przy próbie wypłaty większej sumy mi wywaliło znowu jakiś głupi komunikat. Wszystko dobrze poszło Ba! Nawet pani z parasolem nie było! Udany początek dnia! Wróciłem do hoteliku, uregulowałem dług za piwko i poszedłem na plażę. Ludzi było troszkę więcej, a ja tymczasem zdecydowałem się spróbować wejść do oceanu. Spore fale robiły ze mną, co chciały. Wywalały, wypychały, wciągały. Heh, było zabawnie! Jest siła w takich falach! Przeturlany parę razy stwierdziłem, że na dłuższą metę to w sumie żadna zabawa i po kilku minutach wylazłem, wziąłem prysznic z baterii wystającej ze ściany restauracji Playa Roca, obeschłem i pod parasolem (jak wczoraj, z liści palmowych) zabrałem się za czytanie przytachanego tu z polski, opasłego “The Stand” mistrza horroru, szanownego Stephena Kinga (tak w ogóle to ilekroć go czytam, zastanawiam się, czy facet sam napisał tyyyyle książek - zdarzało mu się wydawać przecież po 3-4 książki rocznie!; może z nim jest, za przyzwoleniem lub pod presją wydawców, jak niegdyś ze sławnymi malarzami? - niektórzy sławni, jak na przykład Rubens czy Rembrandt, podpisywali dzieła swoich uczniów własnym nazwiskiem, dzięki czemu podnoszono wartość dzieł i wszyscy w ten sposób mogli szybko się dorabiać). Po jakimś czasie przysiadł się do mnie znudzony, lokalny nauczyciel surfingu. No to pogadaliśmy! Lekcja, wraz z wynajęciem deski, kosztuje 25 dolarów. Jak dla gościa z Polski 15! Nie ma tu dużo Polaków. Uczy 11 lat i miał tylko troje. Ale mówi, że nas bardzo lubi, bo zawsze jesteśmy kulturalni i grzeczni. Trochę też pogadaliśmy o dziewczynach. Gostek ma żonę, ale co tydzień sypia z nową dziewczyną. Zacytował mi nawet przysłowie, które w Polsce doskonale znamy: “Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal”. No i tak nam czas, między innymi na dyskusji o kobietach, fajnie zleciał…
19 lipca
W nocy z 18 na 19 trójka pracowników hoteliku i ich jeden znajomy zaprosili mnie do stolika stojącego w ogródku przed wejściem. Śmiali się, bo z braku bibułek palili zioło zawinięte w…. skórkę od cebuli! No cóż, inwencji chłopakom nie brakuje. Postawiłem każdemu po browarku i tak sobie z nimi siedząc, powiedziałem im, że jutro mój ostatni dzień w Las Peñitas i coś bym ciekawego porobił. Obiecali załatwić! No i załatwili! Rano przy kawce pogadałem sobie z takim Holendrem, co sobie już któryś miesiąc sobie jeździ po Ameryce Środkowej. Wytrwale pracuje przez rok u siebie, a potem sobie jeździ przez kolejny rok po świecie. No, u nas można pracować wytrwale przez cały rok nawet w trzech miejscach, a starczy tylko na miesiąc bujania się po świecie, haha. No nie ma co narzekać, dobre i coś! Zagadała do mnie też starsza parka z Barcelony. Przy pomocy strony workaway.info załapali się do pomocy w hoteliku, a w zamian mogą sobie w nim mieć pokój za darmo. 'Arturo - zagadał do mnie bardzo skacowany, chuchający jeszcze alkoholem, pracownik hotelu, jeden z tych, z którymi siedziałem sobie w nocy - za godzinę przyjedzie po ciebie taksówka. Za 35 dolarów masz załatwione wejście na taki jeden wulkan, a z niego… sobie zjedziesz na desce! Optujesz?' Eee? Co? Jak? Aaa, no fakt! Nocna rozmowa! Prosiłem przecież aby mi załatwili coś fajnego do przeżycia w okolicy! I taka fajna atrakcja? Do tego jeszcze piwko i koszulka w cenie? No to biorę, a co tam!
Przed przyjazdem wstąpiłem do małego sklepiku przy szosie, kilkanaście metrów od Ślimaczka, i postanowiłem zakupić sobie nikaraguańską kartę telefoniczną, co by nie szukać co chwila miejsc z dostępnym wi-fi. Najpierw karta, potem doładowanie - w sumie ok. 30 zł. Wszystko uruchomił mi 11-letni pucołowaty chłopiec, który z poważną miną chciał pokazać troszkę starszej siostrze i mamie siedzącym obok, jak to dobrze sobie radzi z takimi rzeczami. No, miał dryg do tego! Po parunastu minutach mogłem cieszyć się internetem w kieszeni! Czas na jazdę na wulkan! Taksówka podjechała, tak jak mi obiecano, pod samiutki hostel. Miły taksówkarz zabrał mnie do León. Narzekał trochę na brak turystów, na rządzącą partię komunistyczną i komunistycznego prezydenta. Mówił, że kraj jest dość podzielony jeśli chodzi politykę, ale wojsko i policja w 100% popiera obecne władze. Mając ich poparcie opozycji ciężko będzie obalić prezydenta...
Dotarłem do restauracjo-hostelu (Via Via Hostal), który oferował też różne turystyczne atrakcje , typu wyprawa tu lub wyprawa tam. Dostałem koszulkę i naklejkę i musiałem poczekać chwilkę na jeszcze jedną osobę, która miała jechać ze mną. Pogadałem sobie w międzyczasie z moim przewodnikiem, który miał 21 lat. Był to bardzo bystry, niskiego wzrostu gostek z bardzo dobrym angielskim. Na imię miał Noel. W międzyczasie dotarła do nas Chen, chińska dziewczyna podróżująca sobie, jak ja, solo. Popatrzyliśmy przez chwilę na slajdy wyświetlane na ekranie dużego telewizora, które ukazywały ludzi zjeżdżających po czarnym, wulkanicznym pyle. Potem jakby rozumiejąc się nawzajem i czytając sobie w myślach popatrzyliśmy na swoje buty. Hmm, szkoda trochę.
- Wypożyczacie buty czy coś? - zapytałem. - Nope - odparł przewodnik, rozkładając ręce. - Znajdź nam jakiś sklep z trampkami czy coś, por favor.
Zdziwiła go nasza prośba, ale wziął nas na miasto. Sklepy były w ogromnej większości pozamykane. To był piątek, nie niedziela, więc zdziwiło nas to nieco. Zapytałem więc o taki stan rzeczy. - Wiecie, dzisiaj są szczytowe obchody 40-lecia rewolucji. Tu w Leon raczej niewiele się dzieje, tyle co zobaczyć można flagi w barwach rządzącej partii, ale dużo ludzi musiało - tak, musiało! - pojechać do stolicy na wielkie obchody. Urzędnicy, członkowie partii, ci popierający obecne rządy. Ludzie wolą jechać i nie mieć problemów. No i prawie wszystko dzisiaj mamy tu zamknięte.
Przypomniały mi się wielkie 1 Majowe obchody w socjalistycznej Polsce gdy wszystkich pracowników zakładów państwowych, szkół i urzędów zmuszano do uczestniczenia w pochodach i uroczystościach. Nikt nie chciał wyjść na wroga partii i narodu, a tym samym stracić pracy, stanowiska czy jakichś przywilejów. Na pochody spędzano uczniów i studentów, zwożono ludzi ze wsi... Czasy chyba rzeczywiście szczęśliwie minione...
W końcu znaleźliśmy jakiś otwarty sklep, który miał w ofercie… używane buty! 20 zł. No trochę to niehigieniczne, no ale co tam. Chen wzięła białe File, ja niebieskie Marco Polo. Gotowi? No to możemy udać się w drogę! Do auta, pick up-trucka, wsiadłem ja, oczywiście też kierowca, poza tym także gostek, który pomoże Chen wziąć deskę na szczyt (za dodatkową opłatą oczywiście), nasz przewodnik Noel i ładniutka dziewczyna, która ma nam cykać fotki w czasie zjazdu i ogólnie robić zdjęcia w czasie całej naszej wyprawy w górę wulkanu. Jechaliśmy długo, bo prawie godzinę. W końcu asfaltowe drogi zmieniły się w gliniane szosy, a małe domki porozrzucane tu i tam w gęsto rosnące drzewa. Gdzieniegdzie, na małych polanach, pasły się konie, gdzieniegdzie leniwie stały sobie krowy. Czasem jakiś prowadzący poboczem swe zwierzęta pasterz machał nam przyjaźnie na przywitanie. W pewnym momencie przysnęło mi się lekko, ale zostałem gwałtownie obudzony przez przejmujący, szczypiący ból na prawym przedramieniu! Spojrzałem na nie i krzyknąłem nie na żarty przestraszony: co to kurwa jest?! Wszyscy, oprócz skupionego na drodze kierowcy i Chen siedzącej na pace (więc nie słyszącej mojego krzyku) roześmiali się, a siedząca obok mnie dziewczyna od robienia fotek spokojnie, bez paniki wyjęła mi to coś z przedramienia. 'Pszczoła', rzekła ubawiona i wróciła do drzemki. Co? Pszczoła? Nieee, to nie była pszczoła! To brzydkie coś nie przypominało naszych polskich pszczół! Ech…
Wreszcie powoli przed naszymi oczyma zaczął wyłaniać się duży, zielony wulkan. 'Fajny, nie? - zapytał przewodnik - Ale to nie ten. Nasz jest pokryty pyłem. O, tam'. No kurczę, wysoka, czarna bestia! Wysiadka! Dostaliśmy małe, jeansowe plecaczki, w których schowaliśmy gogle, rękawiczki i żółty kombinezon. Dostałem swoją deskę - ciężka była! Ok. 1,5 metra długości, ciężkie drewno, cholera. Chen dała 5 dolarów jednemu z naszych towarzyszy, by jej z tą deską pomógł. No nie ma się co dziwić, Chen była malutka i drobniutka, w życiu by tego sama nie wytaszczyła na górę. Szliśmy dłuuugo. Ścieżka składała się z czarnego, udeptanego pyłu (który przypominał do złudzenia żużel) i mniejszych oraz większych kamieni (niekiedy głazów!). Czasem było dość stromo! Nie wziąłem czapeczki, o wodzie też nie pomyślałem. Im wyżej się wspinaliśmy, tym gwałtowniejszy stawał się wiatr, który robił z mojej deski żagiel obracający mną na wszystkie strony. Ale nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać, jak to śpiewał Jerzy Stuhr. Wodę dawał mi nasz przewodnik, Noel, a deską po jakimś czasie nauczyłem się manewrować. Noel pokazywał nam kratery, z pasją opowiadał historię regionu i mówił nam o różnych ciekawostkach związanych z regionem. Np. w Nikaragui jest aż 19 aktywnych wulkanów, a ten, po którym szliśmy jest jednym z nich. W poprzednim, to jest w XX-tym wieku wybuchał aż 9 razy (!), a ostatnio mu się wybuchło dokładnie dwadzieścia lat temu, czyli w 1999 roku. Creepy! Ma 728 metrów wysokości, a nazywa się Cerro Negro, czyli po prostu Czarne Wzgórze.
Tak by się szło i szło, ale w jednej czwartej drogi mój zakupiony niecałe dwie godziny wcześniej but… stracił podeszwę! Tzn. prawie, bo odkleiła się do połowy buta i już nie podobna tak było dalej iść. Wszyscy zamarliśmy. Polak jednak, jak to mawiają, z gówna bicz ukręci! Rozwiązałem feralny but do połowy i tą wolną połową sznurówki obwiązałem go dwa, trzy razy dookoła, przytwierdzając w ten sposób podeszwę do jego górnej części. To samo zrobiłem z drugim butem, z którym powoli zaczynało dziać się to samo. Musiałem jednak robić wysokie kroki (aż się Ministerstwo Głupich Kroków przypomina!). W miarę wspinania się świat w dole malał i rozpościerał się wokół nas coraz szerzej. Stawał się coraz to bardziej zapierający dech w piersiach i coraz piękniejszy! Po przeszło godzinie wreszcie dotarliśmy! Na szczycie zrobiło się bardziej płasko, kilkaset metrów szliśmy sobie ku krawędzi krateru. Ujrzałem zakopaną do połowy w czarnym żwirze puszkę tutejszego piwa, Toña. 'Podnieś ją sobie', rzekł dziwnie przewodnik. Coś było na rzeczy… Dotknąłem, schwyciłem, ał! Kurna, gorące! 'Nooo. Parzy, co nie? A teraz dotknijcie podłoża. Wykopcie dłonią troszkę pyłu spod powierzchni'. Wooow! Jakie to, w mordę, ciepłe! Pył na szczycie wulkanu był gorący! 'Można postawić patelnię i robić jajecznicę', rzekł z uśmiechem nasz przewodnik. Rzeczywiście, czuło się, że ten wulkan żył! 'A teraz zrobimy sobie kilka głupich fotek. Orzełek, o, na jednej nóżce! Odwracamy się ku widoczkowi (a był przepiękny - wszędzie tylko soczysta zieleń, wszędzie wokół drzewa, ani jednego miasta na horyzoncie!! - przyp.), i na trzy skaczemy! Gotowi? No to raz... dwa...' Haha, fotki wyszły fantastycznie! 'A teraz chodźmy tam' - zakomenderował, Noel, wskazując na obszar znajdujący się z kilkadziesiąt metrów dalej. Przeszliśmy przez małą nieckę, ku innemu zboczu. Nadszedł ten wielki moment! Ale najpierw nastał czas na wyciągnięcie rzeczy z plecaka. 'Artur, nie masz jak okryć twarzy? Jakiejś bandany? Maseczki, jak Chen? Kurczę, ale wiesz co? Masz przecież, skurczybyku, dwa t-shirty! Jeden swój, drugi od nas'. No fakt! Był w cenie, nie miałem plecaka, to go na siebie ubrałem! Nawet nie zauważyłem! Aaa, dlatego tak mi gorącawo było. Serio, z całej tej ekscytacji o nim zapomniałem! A może po prostu taki ze mnie jakiś głupek, haha! Zdjąłem go z siebie i obwiązałem nim dolną część twarzy, założyłem żółty, drelichowy kombinezon, rękawiczki, gogle. Wyglądałem jak Walter White w laboratorium! (był sobie kiedyś taki kultowy serial Breaking Bad!) Uważnie wysłuchałem instrukcji dotyczącej manewrowania, usiadłem na desce. Popatrzyłem jeszcze na Chen. Biedaczka... dostała ataku paniki! Stała z 5 metrów za mną i nie mogła zrobić kroku niżej. Czy było stromo? No było! Ale jakby nie było stromo, to przecież by nie było zabawy! :) Nie no, żal mi się jej zrobiło. Tyle fatygi i tak spanikować na samym końcu... Próbowałem dodać jej otuchy, ale mój urok osobisty okazał się chyba zbyt wątpliwej jakości, aby móc cokolwiek zdziałać...
Zajmiecie się nią? No dobra, to ja jadę. Poczekam na was na dole. See ya down there! I siup, jak dziecko, odepchnąłem się radośnie i pojechałem w dół. Pyliło jak skurczybyk, ale wrażenie było naprawdę super! Mknąłem trzymając rękoma linę przytwierdzoną do przodu deski, podnosząc jej czubek w górę. Piętami lekko pomagałem sobie sterować. W połowie drogi stała nasza amiga z aparatem. Hoooolaaaa! Podniosłem kciuk do zdjęcia! Zrobiłem też jakąś głupią minę, ale zza gogli i podkoszulka na ryju nie było jej (na szczęście!) widać. I jechałem dalej, i jechałem, i jechałem! Trwało to dość długo, niewspółmiernie wręcz do tych kilku napisanych tu o tym słów. W końcu byłem na dole. Ha! Było fajnie, można było w sobie odkryć dziecięcą radość z życia. Tak, dziecięcą, bo to było jak jazda na sankach. Co prawda tam, gdzie dorastałem, można było jechać 15 minut przez pół lasu z nawet większymi prędkościami aniżeli ta (dość spora) na wulkanie (bo zmarznięty śnieg ma mniejsze tarcie), no ale te widoczki, podbijanie wulkanicznej góry. Kosmos! No i fakt też jest taki, że przecież niecodzienne się zjeżdża na desce z wulkanu!
Na dole, obok kabiny pick-upa, stał trochę znudzony kierowca dredziarz i słuchał sobie jakichś amerykańskich, gangsterskich rap piosenek (coś w stylu 'policja jest zła i jebać policję'). Zrzuciłem z siebie kombinezon, ubrałem zwykłe buty i patrzyłem jak przewodnik zjechał na desce Chen (która została na górze) bez żadnych zabezpieczeń w postaci np. kostiumu lub gogli. Potem stał sobie obok mnie i szczęśliwy wydłubywał drobniutki, czarny pył z ciemnych włosów i białych zębów. - Czasem się zdarza, że ludzie panikują, ale moja średnia to z 90% zjeżdżających - rzekł z odrobiną dumy w głosie. - No dziś to chyba jednak nie twój dzień, amigo. Tylko 50 % - odparłem, śmiejąc się. - Taaa… - też się zaśmiał, bo przecież wiadomo, że nie robi żadnych statystyk, które by mu były do czegoś potrzebne. Chen schodziła w towarzystwie gostka, który wcześniej niósł jej deskę, bardzo powoli. Kroczek, przerwa, kroczek, przerwa… W mordę, można namiot rozbijać i otwierać bimberek! Heh. Ale im było niżej tym lepiej im to szło. Schodzili coraz szybciej. Chen zeszła trochę smutna, była bardzo niepocieszona, ale zaraz ją objąłem i pocieszyłem. 'Na wulkan wlazłaś, jestem z ciebie dumny!' Od razu się jej poprawiło! Obserwując przepiękny zachód słońca znikającego majestatycznie się za wulkanicznymi wzgórzami, a potem jadąc w kompletnych ciemnościach (no auto świeciło, ale nie ma tu lamp przy drogach) wróciliśmy do León. Obiecane, darmowe piwo w dużej knajpie, można sobie pogadać. Chen studiuje muzykę i jest pianistką! No to o kim tu gadać, jak nie o Chopinie?! Uśmialiśmy się, bo oboje oglądamy Konkursy Chopinowskie. Opowiedziałem jej trochę o jego życiu, bo muzykę zna i mega szanuje, ale o nim nie wie za wiele. Przesłałem jej linki do moich prostych kompozycji. Jak wróci do Chin, to posłucha! Kierowca, który miał mnie odwieźć do Las Peñitas, oczywiście musiał najpierw sobie zjeść, więc z Chen poruszyliśmy dużo tematów. Pół roku studiowała na wymianie studenckiej w Massachusetts, lubi nurkować (zaprezentowała mi piękne zdjęcia z nurkowania w jakichś jaskiniach!), podróżuje teraz kilka miesięcy. Stać ją na to, bo jej tata ma w Chinach dużą firmę i sporo kasy. Chiny to już nie zamknięty, odizolowany od świata kraj. Są duże dysproporcje, ale nie jest to zacofane, w 100% komunistyczne państwo. Wydawało mi się, że Mao Zedong darzony jest w Chinach dużą estymą, ale jak tłumaczyła mi Chen, to nie za bardzo tak jest, przynajmniej nie w przypadku ludzi młodych, bo Mao to gość już raczej z pokolenia jej rodziców, a raczej jej dziadków. Uśmiała się zdumiona tym, że wiem o czerwonej książeczce (nah, nie ma co wyjaśniać). Heh. No takie tam rozmowy o Chinach, Polsce, USA i naszych podróżach. Bardzo miła, przesympatyczna osóbka. Mój kierowca dredziarz, gdy już sobie po(d)jadł, odwiózł mnie pod sam hotel, Caracolito. Super! A tymczasem tam rozpoczął się już weekend - w ogródku, przed wejściem, siedziało sporo młodych osób. Głównie lokalsi. Wiadomo, że tu nie nocują (tj. w hotelu), ale panuje tu taki luzacki, hippisowski klimat, że w weekendy wieczorami wpadają coś zjeść i co nieco sobie wypić. Zamówiłem tanią kolację (choć była bogata - tortilla i krewetki i masa dodatków), po czym gdy już ją wszamałem, zadowolony z fajnego dnia poszedłem spać.
20 lipca 2019
W godzinach porannych udałem się do León, a tam już złapałem taksóweczkę i za niecałe 2 dolary zabrała mnie ona na Dworzec Autobusowy. Tam podwiozła mnie pod samo stanowisko UCA, czyli stanowisko mikrobusów jadących do stolicy Nikaragui, czyli Managui. Panowie naganiacze już tam stali krzycząc szybko i głośno “Manała, Manała! Manała!” Ich krzyki mieszały się z setkami innych krzyków, nie tylko nawołujących do wybrania tego, a nie innego busa, ale także do zakupu towarów wszelakich typu woda w foliowych woreczkach, cola, czy też małe chipsy. Wrzawa, hałas, chaos. Wsiadłem do jednego z mikrobusów, zapłaciłem 71 cordobas, czyli jakieś 2 dolary. W środku było trochę ciasno, bo pojazd był już troszkę zapełniony, m.in. trójką Amerykanów z Nowego Orleanu. Kopary im opadły, gdy zapytali co wiem o ich mieście. Stan Louisiana, kolorowy festiwal Mardi Gras, w czasie którego rzuca się ludziom paciorki i inne gadżeciki, oczywiście huragan Katrina, mroczne pozostałości voodoo, specyficzny kreolski akcent, postkolonialne wpływy francuskie… (się uczyło kiedyś różnych rzeczy, haha). Zrobiłem wrażenie! Mnie zaś opadła koparka gdy jeden z nich mi zaczął mówić o pierogach, Krakowie, Poznaniu i Wrocławiu. Bo odwiedził niedawno Polskę i te miasta! No i tak by nam miło zleciał czas gdyby Maria na moje “Już jadę!” nie odpisała “To dziś? Boże, a my na plażę pojechaliśmy!” No do stu piorunów! Na plażę?! Gość pół świata przebył, a jak ma się pojawić, to oni będą gdzieś na plaży?! Wrócą jutro, proszą bym sobie na tę noc coś wynajął. Do stu diabłów! No dobra, strzeliłem małego focha, bo człowiek umawia się na spotkanie od roku, przemierza tysiące kilometrów, a tu takie coś! Foch jednak był formalnością (która prędzej czy później, a w zasadzie to prędzej, przejdzie), nie zamierzałem panikować i załamywać rąk, w drodze uruchomiłem na telefonie booking.com i znalazłem coś za 16 dolarów. Ot, wielki plus posiadania lokalnej karty! Przeglądając mapkę stolicy w poszukiwaniu hoteli natknąłem się na Hard Rock Cafe! Jako zbieracz ich koszulek wiedziałem gdzie się udać zaraz po dotarciu na miejsce aby osłodzić (ochłodzić?) sobie nieco swoje wkur...zenie.
Managua! Gdy dociera się na dworzec w takich krajach jak Nikaragua, pierwszą rzeczą jaką trzeba zrobić, to jakoś przebrnąć przez gęste chmary nagabywaczy i ludzi proponującym nam różne towary i usługi, na przykład taksówki. Sprawdza się automatyczne powtarzanie “No, no, no” albo “No necesito, no necesito” (Nie potrzebuję, nie potrzebuję) i niepróbowanie nawiązywania nawet najkrótszego kontaktu wzrokowego z oferentami. Po prostu odchodzi się 5 min gdzieś dalej od takich miejsc i dopiero wtedy łapie się przypadkową taksówkę. Wychodzi taka dużo taniej. Ale nawet i wtedy trzeba się targować, czasem uda się zbić nawet 30%!
Hard Rock to taka prawie fast-foodowa, tematyczna (rock!) sieciówka z piwem, amerykańskim żarciem i różnymi artefaktami należącymi ongiś do gwiazd muzyki, a teraz wiszącymi na ścianach w różnych oddziałach restauracji na całym świecie. Hard Rock z reguły jest drogi, a ceny raczej uśrednione na całej planecie, ale w Managui piwo nie kosztowało 4 dolarów, jak np. w Austrii (zimne piwo Stiegl Weisse - pyyyyycha!), ale tylko... 2 dolce. Koszulka też nie kosztowała 30 dolarów, ale 25. Zakupione, wypite, człowiek nieco sobie wypoczął, no to teraz do centrum! Zamiast łapać taksówkę wtłoczyłem się do starego, kopcącego autobusu miejskiego, kupując za 2 cordobas (30 gr?) bilet od kierowcy i dopiero po klapnięciu na tyłku zacząłem pytać ludzi, czy dojadę tym autobusem do dzielnicy Bolonia (tam zarezerwowałem nocleg). 'Nooo, nie bardzo' - odrzekli. Trzeba zmienić autobus na odpowiednim przystanku, powiedzą mi kiedy. Tak też zrobili, ja jednak wolałem z tymi dwoma plecakami na ramionach już ułatwić sobie życie i po wytargowaniu 1,5 dolara za taksówkę złapaną machaniem ręki byłem pod hotelem Los Cisneros (pol. Łabędzie). W środku starszy pan i starsza pani bardzo ciepło mnie przywitali. To tu w sumie też typowe, w Nikaragui, że w recepcji siedzą starsze osoby. Troszkę ponarzekali w czasie meldowania mnie, że tu dużo młodych wyemigrowało i nie ma komu przejąć takich rodzinnych interesów. Pokazali mi skromny, ale czyściutki pokoik, po czym mogłem sobie wziąć prysznic i ruszyć w miasto. Postanowiłem udać się na Malecon, czyli na nabrzeże.
Klucząc troszkę po mniejszych, nieco biednych uliczkach znalazłem w końcu ulicę główną, dużą. kilkupasmową. Nie znając jeszcze miasta, wolę trzymać się póki co miejsc, w których jest nieco więcej ludzi. Szedłem więc długą i szeroką Avenidą Bolivar (Aleją Bolivara). W oczy rzucały mi się czarno-czerwone flagi, całe ich mnóstwo, niektóre miały litery FSLN (Frente Sandinista de Liberación Nacional czyli Sandinistowski Front Wyzwolenia Narodowego). Były to flagi rządzącej w Nikaragui od 13 lat partii sandynistów. Flagi wisiały nie tylko na budynkach rządowych, ale też czasem na prywatnych domach. No cóż, spróbowałem sobie wyobrazić, że w Polsce wszędzie wiszą flagi obecnie miłościwie panującej nam partii Prawa i Sprawiedliwości i poczułem nieprzyjemny ucisk w żołądku. To takie nieco opresyjne działanie, butnie i bezczelnie pokazujące opozycji, kto tak naprawdę w kraju rządzi. 'Jesteśmy wszędzie, widzicie? Rządzimy!' Do głowy napłynęły mi też obrazy ulic z lat 30-tych, które można było zobaczyć u naszych zachodnich sąsiadów (a także choćby w Gdańsku); Naziści przecież też bardzo lubili podkreślać swoją dominację poprzez wieszanie wszędzie gdzie tylko można tych swoich swastyk… (dziwna zbieżność czarnego i czerwonego, hmm...). Minąłem duże rondo z ogromną twarzą Hugo Chaveza, komunistycznego, nieżyjącego już, przywódcy Wenezueli. W nocy ta twarz pięknie świeci, bo de facto ta twarz zrobiona jest z żarówek (lub lampek, jak kto woli). Minąłem głowę kolejnego 'czerwonego', Ernesto Che Guevarry stojącą u kogoś w ogródku, minąłem mural, na którym świętej już pamięci komunista z krwi i kości Fidel Castro w bojowym geście unosił pięść do góry. Komunizm i rewolucja! To się nigdy przecież dobrze nie kończy (patrz problemy w obecnej Wenezueli czy niebotycznie ubóstwo na Kubie - sandyniści, m.in. Maria, z którą mam się spotkać, mają jednak gotową i niemal automatyczną odpowiedź na taki argument, a twierdzą mianowicie, że bieda na świecie to wina imperialistycznych ciągotek Amerykanów zmierzających do absolutnej dominacji nad światem i niewolniczego wyzysku biedniejszych społeczeństw). Po ubiegłorocznych protestach i demonstracjach wszędzie jest pełno policji ze strzelbami. Czasem policjancie stoją w parach, ale czasem, w newralgicznych miejscach (jak na przykład skrzyżowania), stoją i po ośmiu. Po prostu mają być dobrze widoczni i pełnić funkcję straszaka, czyli tak ładnie zwaną, funkcję prewencyjną (chociaż może lepiej byłoby bez ogródek nazwać ową funkcję po prostu funkcją opresyjną).
Dotarłem na nabrzeże, ale nie oceanu, tylko jeziora Xolotlan, znajdującego się na północy miasta. Wyglądało bardzo ładnie, a głowę chłodził zimny wiatr wiejący znad wody. Nie było nad nim jednak nic do roboty - ani jakiejś łódki, promiku, na którym można by sobie usiąść i zrobić sobie krótki rejs, nie było też jakichś uroczych knajpek z widokiem na wodę...
Kilka minut pieszo od tego miejsca znajduje się chyba największy landmark, czyli charakterystyczny punkt, stolicy, tj. Plac Rewolucji z okalającymi go trzema ciekawymi budynkami. Pierwszy to Palacio Nacional de Cultura (Narodowy Pałac Kultury), będącym właściwie nie jakimś pełnym przepychu dużym pałacem, jak chociażby ten podarowany Polakom przez miłościwego wujaszka Stalina, ale niskim, białym pałacykiem. Drugi budynek przy Placu Rewolucji to Casa Presidencial (Dom Prezydencki), a trzeci, to robiąca naprawdę ogromne wrażenie, strzeżona sumiennie przez kilku policjantów, Katedra Santiago de Managua. Dlaczego ogromne? Bo to niemłody już, szary, ogromny i żałośnie spękany budynek, z którego okien i drzwi zieje wielka, smutna pustka. W każdej chwili może się on zawalić, bo tu mniejsze lub większe trzęsienia ziemi odnotowuje się codziennie. Katedra ta przeraźliwie ucierpiała w wyniku ogromnego trzęsienia ziemi, jakie miało tu miejsce w 1972 roku. Od tamtej pory jest zamknięta i nie jest ona już używana. Wciąż stoi, wielka, ale całkowicie odarta już ze swojego majestatu, godności i oznak świętości.
Swoją drogą zastanawia mnie, dlaczego wszechmogący Bóg pozwala na to, by mniejsze czy większe katastrofy niszczyły jego budynki… Ja tam o swoje rzeczy staram się dbać i nawet dobrze mi idzie, mimo, że nie jestem wszechmogący… A tu jak nie Katedra w Managui, setki jakichś pomniejszych bazylik i kościółków, to niedawna chociażby paryska katedra Notre Dame (15 kwietnia 2019)... No nieważne, takie tam dziwne myśli przelatują przez głowę....
Hot dog za dolarka od jakiejś babci stojącej na placu z hot-dogowym wózeczkiem, kawka w przydrożnej knajpce, rum i cola zakupione w sklepie niedaleko hotelu, po czym wieczorem wróciłem do hotelu (dopiero teraz wchodząc zauważyłem znak oznajmiający, że tu jest zakaz spożywania alkoholu, no ale co tam, bez przesady! - po coś ta szklaneczka na stoliku w pokoju przecież jest!). No i czas na mały relaks przy trzecim sezonie Leftovers… (wi-fi śmiga!)
21 lipca
Rum tu mają pyszny! Firmowym, flagowym produktem Nikaragui jest ten szlachetny rodzaj napoju alkoholowego o prostej, acz dźwięcznej nazwie, Flor de Caña. 7-letni jest trzykrotnie tańszy (!) niż dostępny w Europie 3-letni kubański Havana Club (i ten nikaraguański jest dużo lepszy). Problem pojawia się kiedy spożyje się go za dużo. Człowiek ma kaca, jasne, ale ciekawym zjawiskiem jest to, że pot, jeśli zetrzeć go ze skóry i powąchać, intensywnie pachnie słodkim rumem. Lol. No strułem się trochę, fakt, ale nie narzekałem. Tzn. nie aż tak bardzo! Głód w końcu wypędził mnie z pokoju (będąc sfochanym na Mary i po mocnej konwersacji z nią kilka godzin temu przez FB, wynająłem sobie ten pokój na następną noc - a co!), znalazłem w okolicy (już wczoraj rzuciło mi się w oczy) centrum handlowe z kinem (Inter Plaza) i ruszyłem w jego stronę. Musiałem przejść przez schody nad ruchliwą drogą i mały ubaw miałem z tego, że na górze, zarówno przy jednym, jak i drugim końcu tego przejścia, stał policjant. Buena, czyli (dzień) dobry, i przeszedłem bez problemu. Stróże prawa wyglądali na dość znudzonych. Pewnie nie chcą by ktoś wywiesił mad drogą jakiś opozycyjny baner, bo po co innego stawiać policjantów w takim miejscu? Dla mnie nie jest to oznaka siły władzy, ale wręcz odwrotnie - jej słabości... Centrum handlowe nie jest jakieś duże, ale jest dość ładne i posiada sklepy z artykułami dość typowymi tutaj - masa w nich małych, tanich pierdółek. Znalazłem nawet cygara za jedynie jednego dolara! Nikaraguańskie, takie jakie paliłem rok temu w El Tunco, Salwadorze! Najlepsze z najtańszych! W Polsce cygara tej jakości to koszt rzędu 20 zł. Raj normalnie! Sklep z piñatami, czyli papierowymi maskotkami, które wypycha się słodyczami i w czasie urodzin grupowo, z zawiązanymi oczyma, rozwala kijem. Czasem trafia się nie w ten obiekt, co trzeba, no i często jest wtedy z tego kupa śmiechu. Albo płaczu! :) Ale słodycze łagodzą wszelki ból! (poprzez podnoszenie poziomu serotoniny :P ) Kino, ale wszystko z dubbingiem. A co mi tam, coś tam zawsze skumam. Co jest najbliżej? Annabelle 3! No ba! Horror to moje pierwsze, a Strach to moje drugie imię! Bilet kosztował jakieś 3 dolary (12 zł). Przede mną była jeszcze godzinka czekania. No to może by tak coś zjeść? Hot-dog w postaci bułki i parówki, ale co najlepsze, człowiek sam go sobie wypełniał sałatkami i sosami wedle uznania (i głodu). I do tego jeszcze zimna, duża Pepsi. Tak, tego mi było trzeba! Przed seansem trzeba było jeszcze zakupić obowiązkowy popcorn i można było iść na salę. Ludzi było dość sporo, mimo że od premiery minęły już jakieś trzy tygodnie. Tzn. sporo jak na możliwości sali, która mogła pomieścić może około 50 widzów. Było bardzo kameralnie. Film okay, żadna tam rewelacja, ale szmira to też nie była. Podobały mi się reakcje ludzi. Krzyki, przytulanie się do znajomych w czasie strasznych momentów, czy ciągłe “puta!” (kurwa) gdy już ludziska dochodziły po mocniejszych scenach do siebie. Mięczaki, ha! Mnie, szczerze mówiąc, dwa lub trzy razy na pół minuty zdarzyło mi się... przysnąć! Chyba za dużo już takich strasznych filmów się naoglądałem... Dzielnie dotrwałem do końca (i nawet coś czasem rozumiał, chociaż nawet i gdyby film był chińsku, to dla fabuły dialogi nie miałyby większego znaczenia), nikt nie musiał mnie budzić, po czym nadal bardzo zmęczony wczorajszym rumem potoczyłem się do hotelu. Nawet nie chciało mi się iść tą rozwieszoną nad drogą kładką dla pieszych pilnowaną przez dwóch policjantów - przelazłem po prostu przez cztery pasy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Kilka godzin dobroczynnego spania, prysznic i wiadomość od Marii - w którym hotelu jesteś? Los Cisneros. Wpadną!
21 lipca, potem
O 19-ej podjechał biały pick-up, Toyota Hilux. Wysiadła z niego Maria, trochę jeszcze obfochana na moje obfochanie. Dziwne przywitanie, takie po prostu “hello”, no i szybka wsiadka do auta. Nie tego się spodziewałem, ale z drugiej strony też nie wykazałem się chęcią aby zainicjować jakieś objęcie albo buzi w policzek. Mimo czucia się dziwnie, nie czułem ani złości, ani smutku. Sam nie wiem, co czułem. Na pewno jakaś... dziwność. Jakbym spotkał osobę, która... nie była Marią... W środku samochodu, za kierownicą, siedział Nathan, jej mąż z USA, z Pensacoli. Z tyłu, obok mnie, koleżanka Marii, Camila. Przywitaliśmy się, poczęstowano mnie ziiimnym, lodowatym piwem, po czym po pięciu minutach wysadziliśmy Camilę pod jej domem. Nie miała siły wieczorkiem z nami siedzieć. Z jej domem to w ogóle ciekawa sytuacja, bo prezydent Daniel Ortega, prezydent kraju, mieszka gdzieś w jej dzielnicy i cały kwadrat, każda ulica z niego wychodząca, jest zablokowana rozsuwanymi barykadami, przy których stoi minimum pięciu policjantów. Camila tam może wjechać, bo tam mieszka, inni ludzie, nie będący mieszkańcami, nie mają takiej możliwości. Można wejść w ten kwadrat pieszo, ale policjantom trzeba się spowiadać do kogo i po co. 'Ma to swoje plusy, bo mając dom zaraz przy takiej barykadzie, mieszkam w super bezpiecznej okolicy. Nawet auta nie muszę do garażu wprowadzać. A gliniarze też są całkiem spoko, bo wiesz, palimy sobie czasem u mnie trawę, muszą więc czuć dym, ale oni nie są od tego by to tropić. Musiałbyś im dopiero chuchnąć w twarz by się zainteresowali. Dla mnie spoko, ale szkopuł w tym, że całe miasto musi okrążać ten kwadrat. A ja się założę, że prezydent i tak tu nie mieszka, bo ja go tu nigdy nie widziałam, ale boją się pewnie, że to takie symboliczne miejsce, gdzie ludzie mogą przyjść, zacząć jakiś protest, a z protestami tak jest, że jeden duży często zaczyna się od małej iskry'. Mądre słowa! Camila wysiadła, a my pojechaliśmy na ulicę Batahola Sur, w okolicy której Maria mieszka. Najpierw jednak trzeba zaparkować auto - płacą 40 dolarów miesięcznie właścicielowi okratowanego podjazdu, który mieści się obok jego domu. Gdy Nat już zaparkował auto, zrobiliśmy wypad do małego sklepu, w którym nabyliśmy kilka piwek, a zaledwie dwie ulice dalej znajdowało się wynajmowane przez Marię i Nathana mieszkanie. Najpierw otwierało się drzwi-kratę, będące częścią większej kraty odgradzającej cały ganek od ulicy. Potem wchodziło się do salonu. W nim dwa biureczka , na jednym stary komputer Marii, na drugim nowszy, z dużym ekranem, Nathana. Naprzeciwko niego, po drugiej stronie salonu stoi kanapa, na której można sobie usiąść i obejrzeć jakiś film z internetu. Przechodząc dalej można dostać się do prostokątnej kuchni, a idąc jeszcze dalej na malutki, odkryty dziedziniec. Nie ma drzwi między dziedzińcem, a kuchnią, temperatura cały czas jest tak wysoka, że nie miałoby to sensu. Na dziedzińcu jest kącik do robienia prania, a także drzwi do łazienki i sypialni Nathana i Mary. Są też schody na górę, a tam mały balkonik i pokój Virginii, przyjaciółki Marii, która dołączyła do nas.
Usiedliśmy w salonie, Nathan odpalił jointa, otworzyliśmy piwka. Sądzę, że poczułem z nim fajną więź - jest tak chudy jak ja i jest cholernie inteligentny. Poza tym wydał mi się bardzo pozytywnym i w porządku gościem. Pogadaliśmy troszkę o błahych sprawach bieżących, potem przenieśliśmy się na balkonik nad dziedzińcem. Można było sobie nawet usiąść na dachu, który opadał na wysokości pasa. Tu zaczęliśmy rozmawiać o polityce. Nie bardzo miałem ochotę na tego typu rozmowy. Maria jest sandynistką, tj. popiera ruch rewolucyjny, którego komunistyczne idee wyznaje obecna partia rządząca i prezydent, Ortega. Jakoś nie przemawiały do niej moje argumenty, że rozdawnictwo i nadmierne wspieranie ludzi niepracujących wcześniej czy później się źle skończy, zgodziła się przynajmniej z tym, że Ortega rządzi już zbyt długo (12 lat) i warto by wybrać kogoś ze świeżym spojrzeniem. Dobre i to! Nathan zmęczony wielogodzinnym kierowaniem i jointem poszedł spać, wcześniej z Marią rozłożyli mi materac i koce w przedpokoju mówiąc bym spał u nich, rano wziął rzeczy z hotelu i spędził u nich kilka dni. Jeszcze trochę pogadałem z dziewczynami. - Maria, zmieniłaś się. Albo posmutniałaś albo spoważniałaś, sam nie wiem... - powiedziałem, nie bardzo mogąc określić istotę tej zmiany. - Artur, jestem mężatką - odparła, nie wracając do tematu…
Chwilę potem wszyscy udaliśmy się do snu, a wszystkie puzzle zaczynały się w mojej głowie układać w troszkę... przykrą całość...
22 lipca
Wstałem rano, bo musiałem zdążyć przed wymeldowaniem z hotelu, w którym przecież nie spędziłem nocy. W mieszkaniu wszyscy jeszcze spali. Pewnie bym sobie normalnie wyszedł, ale krata za gankiem była dodatkowo zamknięta na kłódkę. No to zapukałem do sypialni Marii i Nathana, mówiąc, że muszę wyjść i się wymeldować (oraz zabrać bagaż!), ale, no, drzwi są zamknięte. Maria leniwie wstała, wytłumaczyła, że to Managua i chociaż w dzień jest bezpiecznie, to w nocy nigdy nic nie wiadomo. Lepiej się zabezpieczyć, kłódka dużo nie kosztuje! Ogólnie, co bardzo charakterystyczne dla krajów Ameryki Środkowej, to fakt, że wszystkie okna, nawet w wiejskich domach, są zakratowane, a zewnętrzne krawędzie dachów 'udekorowane’ są drutem kolczastym. Drzwi często z zewnątrz zabezpieczone są też kratą. Wprawia to człowieka, szczególnie Europejczyka, w podświadomy stan permanentnego zagrożenia. -Pomogę Ci złapać taksówkę - powiedziała i wyszliśmy. - Wiesz, cieszę się, że przyjechałeś i przepraszam Cię, że pomyliłam daty twojego przyjazdu. Ale już jesteś i jest ok. Rozpoznałem tą Marię, którą poznałem przed rokiem! Fajnie było usłyszeć te słowa i zobaczyć jej śliczny, spontaniczny uśmiech. Złapaliśmy taksówkę (wystarczy pomachać) i za 1,5 dolara zawiozła mnie ona na miejsce. Zabrałem swoje rzeczy, wziąłem jeszcze prysznic i przeszedłem się pieszo w poszukiwaniu bankomatu i jakiejś lekkiej zupy na śniadanie. Minęło ze 45 minut nim znalazłem jedno przy drugim (bo małe, lokalne knajpki, które mijałem, zup nie serwowały). Bankomat oczywiście nie zadziałał (ech!), ale za zupkę w jakiejś restauracyjnej sieciówce mogłem zapłacić kartą. Co dziwne, pani za ladą poprosiła o paszport, na swoim potwierdzeniu rachunku zapisała jego numer i poprosiła o mój podpis. Dziwne. Nathan później potwierdził, że tak tu czasem robią, ale to już coraz rzadsza praktyka jest. Podobno! Za grosze, nieco posilony, wróciłem do mieszkania moich nowych gospodarzy. Przez FB dałem Marii znać, że się zbliżam. 'Będę leżeć, ale nie będę spać', odpisała. Gdy wjechaliśmy w wąską uliczkę i pod samo mieszkanie, otwarła mi drzwi mówiąc, żebym się kimnął, bo oni to jeszcze sobie pośpią. Kimanie. Mmm, zabrzmiało cudnie!
Po kimaniu, kilka godzin później jechaliśmy coś zjeść do centrum handlowego Plaza Inter. Na najwyższym piętrze był food court, a tam ceny nie z tej ziemi. Nie że były wysokie, bo wręcz odwrotnie. Były super niskie! Za 12-20 zł talerz małż i krewetek? No ba! Ja wziąłem tylko koktajl krewetkowy, bo nadal mam problemy z żołądkiem. Zresztą to nieważne, chcę tylko zwrócić uwagę na niesamowicie niskie ceny w Nikaragui! O taksówkach wspominałem, o rumie też, ale podobnie z jedzeniem! A już jedzenie uliczne to są naprawdę śmieszne ceny!
Potem podjechaliśmy na położony ponad miastem punkt widokowy. Najpierw trzeba było uiścić opłatę w wysokości 1 dolara, potem minąć stojących tu i tam żołnierzy, po czym można było podziwiać panoramę miasta. 'Kiedyś pełno tu było wieżowców, ale w 1972 nastąpiło wielkie trzęsienie ziemi i wszystkie te wysokie budynki rozpadły się jak domki z kart. To było coś potwornego, kupa ludzi zginęła. Od tamtej pory nie budują już wysokich budynków. Tym bardziej, że w Nikaragui to niemal codziennie są mniejsze czy większe trzęsienia. Dla sejsmologów to pieprzony raj.' - opowiadał mi Nathan. To trzęsienie ziemi, o magnitudzie 6,3 w skali Richtera, to bardzo ważna data w historii kraju i miasta. Żyje też przecież wielu ludzi, którzy tę katastrofę pamiętają. Miała miejsce 23 grudnia 1972 o godzinie 12:29. Epicentrum znajdowało się około 30 km od miasta. Jednak jego głębokość znajdowała się bardzo płytko - zaledwie 10 km pod ziemią! Szacuje się, że zginęło wówczas nawet 11 tysięcy osób, a 300 tysięcy ludzi zostało bez dachu nad głową! Kolejnych 300 tysięcy musiało się po pewnym czasie wyprowadzić z uszkodzonych domów. Zniszczone zostały wszystkie szpitale w mieście, a sucha pora sprzyjała rozprzestrzenianiu się pożarów. Wiele dzielnic płonęło kilka dni! Prawdziwe piekło!
- To stadion? - zapytałem, wskazując na coś jakby właśnie stadion. - Taa, baseballowy - odparł Nat. - A soccer? - zapytałem. - No nie jest tak tu popularny. Grają na innym, tam. Ale nie zobaczysz, bo mniejszy i daleko. 'A to Augusto Sandino', rzekła Maria, dumnie pokazując na górujące nad nami zarysy sylwetki człowieka w wiejskim kapeluszu. 'A to są pozostałości domu Somozy, dyktatora, którego Sandino obalił. Somoza żył sobie tu, na wzgórzu, w wypasionej willi jak król, a tam, w dole ludzie cierpieli.' - mówiła dalej Maria wskazując na niewielki budynek stojący niedaleko nas . Ilekroć wymawiała nazwisko Somozy, czuć było w jej głosie pogardę i nienawiść. 'A tam Jezioro de Tiscapa' - wskazał Nat, ale nie na to ogromne jezioro, nad którym byłem wczoraj (dobrze zresztą widoczne), ale na mniejsze, ale dużo bliższe, znajdujące się niemal w centrum miasta. Wyglądało jak zalana dziura w ziemi. To po prostu krater wulkaniczny z wodą. Ma jakieś 10 tysięcy lat. Poprosiliśmy spacerujących turystów o zrobienie fotki, po czym zjechaliśmy w miasto. Mijaliśmy po drodze ambasadę amerykańską. - Widzę ją z dachu mieszkania - pochwalił się Nat, nomen omen, Amerykanin. - So, you've got a perfect sniper spot - rzekłem, po czym wszyscy się zaśmialiśmy ('Więc masz świetne miejsce dla snajpera').
Zjechaliśmy ze wzgórza udając się do parku (jego całą nazwa to: Luis Alfonso Velásquez Flores Park) nieopodal Katedry, gdzie znajdował się skate park, który kilka lat temu był dla Marii drugim domem. Był on dosyć zadbany, okazały, szalało na nim kilkunastu ludzi na rolkach oraz deskorolkach. Szaleni pasjonaci - niejeden na naszych oczach zaliczył groźny, makabrycznie wyglądający upadek, po czym otrzepywał się, trochę albo pokulał albo popodskakiwał jakby chcąc strzepać z siebie ból, po czym kontynuował swoje akrobacje. - Dwa lata temu też miałam wredny upadek, przekręciło mi kolano. Do dzisiaj je czasem czuję, dlatego już się w to nie bawię. Co jak co, ale chcę jeszcze chodzić - smutno powiedziała Maria.
Po kilkunastu minutach zajrzeliśmy jeszcze na stadionik baseballowy (niepełnowymiarowy, coś jakby nasze Orliki), gdzie jednak ćwiczyła jakaś profesjonalna drużyna dorosłych facetów. Mieli założone pełne, wysokiej jakości wyposażenie, tj. nowe stroje, lśniące kaski i pałki (czy tam kije). Powtarzali rzuty i łapanie, trener cały czas pokrzykiwał. Popatrzyliśmy sobie na nich i postanowiliśmy zawijać się na mieszkanie. Wracaliśmy do auta, kiedy zobaczyłem korty tenisowe (łącznie sześć). - Ziomki, może zagramy? Godzinka nie zaszkodzi! - zaproponowałem. -No w sumie nigdy nie grałam - oznajmiła Maria. - Ja ostatnio odbijałem z 10 lat temu - oznajmił Natham. - No to witaj w klubie - oznajmiłem ja, bo też ostatnio sobie odbijałem mniej więcej tyle lat temu.
Zapłaciliśmy jakieś grosze za piłki, rakietki i godzinę na niebieskim korcie. Ściemniało się, ale włączono super mocne światła, które ładnie oświetliły korty. Naprawdę mieliśmy świetny ubaw, mimo że graliśmy (zmieniając się) komicznie, a czasem wręcz... tragicznie. No ale chodziło o to, by się dobrze bawić, a nie rywalizować jak jacyś profesjonaliści. Wypociliśmy wszystko, co dało się wypocić. Pot dosłownie się z nas lał!
Piliśmy sobie po soczku z budki patrząc na show fontann, które bryzgały, tfu, tańczyły zależnie od muzyki (coś jak … w Pradze albo bliżej, w Poznaniu) oraz na mini roller coaster dla dzieciaków. Ten park to bardzo ładne, spokojne miejsce.
Pojechaliśmy do knajpki, gdzie już siedzieli znajomi Nata i Marii. Kamila, którą przelotnie poznałem wczoraj w samochodzie, dwójka Nikaraguańczyków, jedna Nikaraguanka (ładna!) i Jack. Jack to barwna postać żyjąca w swoim świecie. Youtuber, vlogger, żyje z filmików. Długowłosy, biały, urodzony na Sri Lance, wychowany w wielu krajach, ma amerykański paszport, ale nie czuje związku z żadnym krajem. Jest wolny od tych całych patriotyczno-nacjonalistycznych windoktrynowanych w mózg przez szkoły czy polityków ideologizmów. Taki spokojny, zabawny nieco, ciepły człowiek około trzydziestki. Zamówiliśmy po piwku, obsłużył nas niski, przegrzeczny (homoseksualny) kelner. Wszyscy znali angielski, Jack poopowiadał jak to leciał do USA ostatnio, bo tutejsze przepisy wymagają by opuszczał kraj co 90 dni. - Dotarłem do San Diego, tam przesiadka, parę godzin czekania, skoczyłem więc sobie na miasto, od razu załatwiłem ziółko, przypaliłem, ale nie dużo, by kontaktować, i z powrotem na lotnisko - mówił. Ja po usłyszeniu, że niedługo zacznie się tu sezon deszczowy, zacząłem z głupa mówić o “Stu latach samotności” Marqueza i tym ciągłym deszczu, ale jak się okazało, nowopoznani Nikaraguańczycy dobrze gościa znali! I tak od niego zaczęła się dyskusja, która ciągnęła się aż po peruwiańskiego Llosę (Mario Vargas Llosa)! Było miło! Godzinka minęła bardzo szybko, odwieźliśmy wszystkich do domów po czym już we troje miło spędziliśmy wieczór na chacie.
23 lipca
Spaliśmy długo, ale dzisiaj miał być niezwyczajny dzień. Germans are coming! - krzyknąłem podekscytowany podnosząc się z materaca. Maria była z Natem dwa tygodnie temu na wakacjach w Kostaryce, bo Nat, jak każdy obcokrajowiec, musiał po 90-ciu dniach opuścić Nikaraguę. Nieważne, że był mężem Nikaraguanki. Przepisy, to przepisy! Nat surfuje, wziął więc deskę i pomknęli na południe. Tam, w jakimś hostelu, poznali parę podróżujących po regionie Niemców i tak się skumali, że zaprosili ich do siebie, do Managui. Pojechaliśmy po nich do centrum handlowego Metrocentro. To takie już luksusowe centrum, tam między innymi mieści się Hard Rock Cafe. Zajęło nam ze 20 minut by ich znaleźć, ale widząc dwoje niepewnych, zagubionych, rozglądających się dookoła białych ludzi z ogromnymi plecakami, wiedzieliśmy, że byli to oni. Przyspieszyliśmy kroku i zaszliśmy ich, zaskoczonych, od tyłu.
Manuel, to pracownik służb imigracyjnych w Kolonii i Hannah, po studiach, pracy zacznie szukać po powrocie do Niemiec. Oboje jakby nieco stereotypowi, bo blondyni, ale za to uśmiechnięci i baaaardzo spokojni ludzie. Szybkie przywitanie i do auta. Zapakowaliśmy ich plecaki na przyczepę, ale jak słusznie stwierdzili Nat i Maria, ktoś musi być na pace by tych plecaków pilnować. Wszak na zatłoczonych momentami ulicach stoi dużo ludzi myjących przednią szybę, sprzedających przekąski czy gazety. Ktoś może połakomić się na dwa duże, niepilnowane bagaże. - Spoko, posiedzę na pace, przypilnuję - zaoferowałem się, mimo żaru lejącego się z nieba (a w autku była przyjemna klima). Jazda na pace, w Polsce zabroniona, ma wiele uroków. Można sobie panoramicznie popatrzeć na miasto, napawać się jego atmosferą i w dziwny sposób czuć się wolnym. No i można sobie patrzeć na innych użytkowników drogi dziwne patrzących na jakiegoś długowłosego, nienaturalnie jak na ten kraj białego na pace :)
Dotarliśmy na miejsce i już mieliśmy wysiadać, kiedy obok nas przejechał pick-up, ze skrzyni ładunkowej którego jakieś głośne urządzenie z dłuuuugą rurą wypuszczało w powietrze ogromne kłęby dymu! Od razu zawołano mnie do środka naszego auta. - To na komary. Trucizna - rzekła Maria. Rozpylarka dymu przejechała, ale my nadal siedzieliśmy wewnątrz naszej Toyoty. - Czekamy, to przecież chemiczne gówno. Ludzie tu mają w dupie, chodzą w tym, oddychają tym. Ale jeśli to zabija owady, to nie jest dobre - powiedział, nie bez racji, Nat. Pięć minut minęło, wszystko opadło, no to wychodzimy!
Niemcy dostali dwuosobowy materac, który położyliśmy w pewnej odległości naprzeciwko mojego. Udaliśmy się do supermarketu Colonia i zakupiliśmy około... 60 piw! (to są 0,3 l., a więc nie jest to tak dużo na ile początkowo brzmi). Ja jeszcze kupiłem coś ekstra! Nathan ma taki świetny coolbox, lodówkę turystyczną, która - po wsypaniu w nią lodu - potrafi trzymać chłód nawet przez dwa dni! Wrzuciliśmy w nią nasze skarby i udaliśmy się w drogę powrotną. Gdy wróciliśmy na mieszkanie, wyciągnęliśmy stolik i kilka krzeseł na wąską uliczkę przed wejściem, ja wyciągnąłem dwulitrowy rum i colę (to było właśnie to ekstra!), Nat zaczął przyrządzać kuleczki rybne, Mary szybko zrobiła pyszną sałatkę. Dosiadł się do nas Julio, sąsiad z naprzeciwka, zeszła mieszkająca na górze Virginia. Puściliśmy jakąś muzyczkę. Podoba mi się taki latynoamerykański luz. Nikt tu nie robi z tego problemu, że sąsiad czasem sobie zrobi imprezę, nawet przed domem, na zwykłej ulicy! Z łatwością można sobie wyobrazić krainę wolności, USA, i policjantów spisujących wszystkich imprezowiczów. Mnie jeszcze łatwiej wyobrazić sobie... Polskę, i mandaty za a) picie w miejscu publicznym, oraz b) zakłócanie ciszy nocnej.
To było naprawdę kilka fajnych godzin, do czasu aż zajrzałem do lodówki. - Wow, nie ma już żadnego bronka. No, no nieźle. - rzekłem do Virginii, będącej akurat w kuchni. Ot, śmiejąc się, będąc pod wrażeniem naszych mocy utylizacyjnych, stwierdziłem po prostu fakt. Niestety, pijana już Virginia nie zrozumiała. - Twierdzisz, że ja wypiłam wasze piwa? Że to moja wina?! - zaczęła krzyczeć. - Wyluzuj, stwierdzam fakt, że nie mamy piwek - odparłem. - Ale oskarżasz mnie?! - no i gadaj tu z taką. - Wyluzuj, nic takiego nie powiedziałem - odpowiedziałem. - Ale zasugerowałeś! - odrzekła wściekła. - Fuck you - rzuciłem na odczep się i wyszedłem na ulicę. No stwierdziłem po prostu, że nie ma sensu się z nią dogadywać, tym bardziej, że widziałem, iż dziewczyna zaczyna się nakręcać i robić agresywna.
Nie przeszło jej, wyszła na ulicę za mną. Wściekła jak osa, próbując wszystkim wmówić, że oskarżyłem ją o wypicie piwa, podczas gdy ona przez cały czas raczyła się swoim winem. Wytłumaczyłem wszystkim, o co mi chodziło, a ona, że nie o to, że ją oskarżam, że kłamię, że mam do niej pretensje. Na szczęście okazało się, że Manu słyszał naszą rozmowę w kuchni, a i przekonałem resztę, że źle mnie zrozumiała. Zresztą widząc ją pijaną nikt nie miał wątpliwości, o co chodziło. Przecież nawet jeśli by sobie wypiła kilka piw, nie miałbym nic przeciwko temu!
Maria wzięła mnie na bok, usiedliśmy na krawężniku nieopodal i zaczęliśmy rozmawiać. - Wiesz, ona taka jest jak wypije. Czepia się wszystkich. To nie jest jej pierwszy raz. Wiesz, Nat to ją już ledwo znosi, ale nic nie mówi, bo wie, że jest moją przyjaciółką - mówiła mi smutno Maria. Patrzyłem sobie na Virginię stojącą kilkanaście metrów dalej, próbującą przekonać wszystkich, jaką jest ofiarą oszczerstw i pomówień. Bełkoczącą, gestykulującą, kołyszącą się niezdarnie jak porzucona na morzu łajba, stale coś krzyczącą. Stała się jakąś żałosną parodią kobiety. - Ok, ale ja jestem z zewnątrz i myślę, że ktoś jej powinien w końcu zrobić zimny prysznic - rzekłem wściekły. - Nie Artur, daj spokój - rzekła Maria, ale bez stanowczości, jakby jednak chciała by ktoś w końcu utarł nosa jej koleżance. Wstałem i ruszyłem w kierunki Virginii. Powiedziałem co myślę o jej zachowaniu, jej stanie, jej chęci bycia ofiarą i chęci bycia w centrum uwagi. Chciała literalnie się na mnie rzucić, ale przytrzymał ją sąsiad Julio, a Maria zaczęła nas prosić, by już przestać, bo ktoś zadzwoni po policję. Virginia się zwinęła, ale nie do mieszkania, tylko gdzieś na miasto. Wreszcie nastała chwila upragnionego spokoju.
Wszyscy pocieszyli mnie, że nie byłem niczemu winien i bym się nie przejmował. Nawet Maria nie miała pretensji, że tak werbalnie w końcu 'wystartowałem' do jej przyjaciółki, powiedziała nawet Nathanowi, że Virginia przegięła o jeden raz za dużo i będzie musiała się wyprowadzić. Tak, jakby czekała tylko na jakiś pretekst aż Virginia znowu coś 'nawywija'. Później dowiedziałem się, że przyjęli ją do siebie, bo miała problemy z matką alkoholiczką, ale tylko tymczasowo, zanim nie znajdzie sobie czegoś innego, jednakże ta tymczasowość zamieniła się już w któryś miesiąc, w czasie którego dokładała się co prawda do prądu i wody, ale nie do głównego kosztu przebywania w mieszkaniu, czyli czynszu. A jeszcze wbrew prośbom Marii co jakiś czas na noc sprowadzała do siebie obcych facetów. - Nathana już szlag trafiał, bo przecież to chore by portfel chować we własnym domu. Jak co jakiś czas masz niezapowiedzianego, nieznajomego faceta w nocy w mieszkaniu, to nie czujesz się w nim pewnie. To nie jest jej mieszkanie by tak się zachowywać. A jak jest wypita, a często pije, to takich sytuacji z głupimi gadkami mieliśmy wiele. Nie byłeś pierwszy, którego to z jej strony spotkało, Artur.
Powoli wszyscy się zwinęli i poszli do spania, ja usiadłem w ganku za kratą powolutku sobie pijąc rum i w myślach analizując całą sytuację. Może rzeczywiście mówiąc o tych piwach użyłem słów, które mogły dotknąć Virginię? Nieeee... Może nie powinienem jej później mówić, co myślę o jej zachowaniu? Nieeee... Dobrze zrobiłem. O 3-ej nad ranem wróciła Virginia. Nadal siedziałem na ganku. Zmierzyliśmy się bazyliszkowymi spojrzeniami, a ona po chwili zaczęła coś szeptać. Wiedziałem co. - Daruj sobie to okultystyczne pierdolenie, bo okaże się, muchacha, że jestem w tym lepszy od ciebie i naprawdę pożałujesz. Wtedy akurat pojawiła się przy nas Maria, bo słyszała szczęk otwieranej kraty i pomogła Virginii wrócić na górę, do siebie. Po chwili udałem się na swój materac i próbując nie myśleć o niefajnej sytuacji pozwoliłem ciału zasnąć.
24 lipca
Rano, tzn. w południe, bo wszystkich nas nieźle poskładało, w salonie siedziała Maria, Nathan i Camila. Niemcy, Manu i Hanna, się myli. Otwarłem ślepia i popatrzyłem na to cale zgromadzenie. Narzuciłem ciuchy i usiadłem z nimi. - No, ciekawie było - zagaiłem. - Taa, ja już jestem alarmowana od 1-ej w nocy. A od rana z Marią siedziałyśmy w pokoju Virginii - odezwała się Camila. - No, i czego się dowiedziałyście? - zapytałem nieco ironicznie, bo przecież czego można się było dowiedzieć, skoro wszystko wydawało się w miarę jasne. - Artur, Virginia przesadziła, ale ty też - usłyszałem od Camili. Co proszę?! - Ja? Kurwa, przecież dziewczyna na mnie naskoczyła, a wy mówicie, że to ja przesadziłem? - zapytałem. - Tak, wiemy. Ale jej dużo rzeczy powiedziałeś - usłyszałem. - Ktoś, kurwa, w końcu musiał. Bardzo mi przykro dziewczyny, ale jak mnie coś wkurwia, to reaguję. Może to zboczenie zawodowe, a może, PO PROSTU, poczucie przyzwoitości. Nie uważam, bym zrobił coś złego - powiedziałem szczerze. - Wiem - odezwała się Maria - Virginia pierdoli, powiedziała nawet Camili, że jesteś rasistą (Virginia to Murzynka - przyp.) - No żesz kurna! - aż mną podrzuciło! - Spokojnie, Artur, przecież jakbyś był, to byśmy się nie poznali, to byśmy się nie lubili i by cię tu przecież chyba nie było - rzekła Maria, mająca przecież bardzo ciemną karnację (tzw. jak mi to rok temu tłumaczyła, rodzaj 'moreno'). - Ale wiesz, mógłbyś przeprosić, czy coś - Maria i Camila były tu zgodne. - Co??? Ja nic nie zrobiłem! To ja zostałem oskarżony o coś, czego nie zrobiłem! - zaoponowałem zaskoczony! Chwila ciszy. Nathan siedział cicho, jak struty, wolał nic nie mówić. - No ale tak tylko, żeby nie było kwasów. Dla formy. Kolejna chwila ciszy. Z babami nie wygra, kurna. - No dobra, spróbuję, czy coś. Mimo, że kurwa nic nie zrobiłem, a Virginia to jakaś wariatka… - No, chodzi o to, byście się nie kłócili.
Ech… Wziąłem zimny prysznic, umyłem zęby, Virginia w międzyczasie zeszła na dół. Poprosiłem ją na stronę, tj. wyszliśmy na ulicę, powiedziałem jej, że przykro mi z powodu całej tej sytuacji i mam nadzieję, że wszystko już będzie ok. Spodziewałem się czegoś podobnego z jej strony, ale się nie doczekałem. Jakieś tylko (łaskawe!) skinienie głową i krótkie 'ok’. A co mi tam, do diaska!, ja zachowałem się w porządku. Nawet za bardzo chyba, no ale sumienie mam w miarę czyste i chyba wszyscy są zadowoleni... Jak to pisał król, którego, jak wspomniałem gdzieś wcześniej, przytachałem tutaj z Polski, pan Stephen King: 'I'm sorry', he repeated. 'I... look, I had no right to say those things'. He did, but never mind. If you apologized, things got smoothed over. It was how the world worked. (S. King, The Stand).
Haha, dokładnie!!! Lubię takie sytuacje, gdy akurat coś, co czytam, pasuje jak ulał do tego, co się akurat wydarza.
('Przykro mi', powtórzył. 'Ja... słuchaj, nie miałem prawa mówić tych rzeczy'. Miał prawo, ale nieważne. Jeśli się przeprosi, wszystko wraca do normy. Tak właśnie działa świat - tłum. ja).
Chwilę później pojechaliśmy tam, skąd wzięliśmy wczoraj Niemców, czyli do Plaza Metro. Naszym celem, jako, że wszyscy byliśmy zmęczeni i (co tu dużo mówić) niemiłosiernie skacowani, było kino. Najbliższym seansem była nowa wersja Króla Lwa. Jednak tego, co ujrzały nasze oczy się nie spodziewaliśmy! Sala dla VIPów! Najprawdziwsze, ciężkie skórzane fotele z doczepionymi tackami na napoje i rozkładanymi podnóżkami. Na dole czekali najprawdziwsi, super-wytwornie ubrani kelnerzy, którzy w czasie seansu donosili widzom np. wino! W całej sali, łącznie z naszą piątką, było może z osiem osób! W takich warunkach nie mogło zabraknąć też klimy. W życiu nie byłem w takiej sali kinowej (i pewnie nie będę). Film bardzo pozytywnie mnie rozczarował (mimo początkowego sceptycyzmu), bo wiadomo, wersja rysunkowa była przecież kultowa! Ta też była ładna. I nawet trochę, eghem, wzruszająca! Po wszystkim wróciliśmy na mieszkanie i przy małym co nieco mieliśmy niezły ubaw z absurdalnego filmu “Sausage Party”, heh.
25 lipca
W okolicach południa wszyscy udaliśmy się nad endoreiczne, wulkaniczne (bo mieszczące się w kraterze) jezioro Lago de Apoyo, znajdujące się może jakieś 30 km od Managui. Wyjeżdżając z niej zauważyliśmy grupkę około 20 demonstrantów dzielnie protestujących przeciwko rządom prezydenta Ortegi, jednak najdziwniejszy chyba był fakt, że otoczyło ich tyleż samo policjantów, a kilkanaście dodatkowych wozów policyjnych stało w pogotowiu obok. Tutaj z opozycją się nie certolą! Maria troszkę podśmiewywała się z sił demonstrantów, ale nie chciałem wdawać się z nią w dyskusję na temat praw do demonstracji w systemie demokratycznym, którego ona przecież... nie zna. I jest do niego uprzedzona... No i co to za władza i siły bezpieczeństwa, które do przypilnowania dwudziestu nieuzbrojonych gości potrzebują prawie dwa razy więcej policjantów?
Poczyniliśmy zakupy w supermarkecie i udaliśmy się w stronę miejscowości Masaya. Trzeba przyznać, że drogi mają tutaj bardzo dobre! Nawet te boczne, którymi zbliżaliśmy się w stronę jeziora. Na jednej z nich się zatrzymaliśmy, bo Maria bardzo zgłodniała i miała ochotę na quesillo (ser z wieloma dodatkami w tortilli). Stanęliśmy obok otwartej, prostej, otwartej kuchni z kamiennym piecem i ladą, przed którą stało kilka plastikowych stolików i krzesełek. - A wiecie, że ta knajpa należy do takiego jednego Ukraińca? - pytając, poinformowała nas o tej ciekawostce. Za chwilę zawołała go, białego, wysokiego, szczupłego, łysawego mężczyznę po trzydziestce, do nas. - Artur jest Polakiem - przedstawiła nas sobie. Wiedziała, że w tym roku dwukrotnie już byłem na Ukrainie i opowiedziałem jej o tym kraju dużo dobrych rzeczy (i jedną mniej fajną, ale o tym gdzieś za chwilę). Powiedziałem jej także, że jesteśmy sąsiadami, a nasze języki są czasem dość podobne. I rzeczywiście - ja po polsku, on po ukraińsku, i mogłem dowiedzieć się na przykład, że facet pochodzi ze Lwowa :) Nie chciałem mu mówić, że gdy byłem we Lwowie, właśnie tam napadnięto, okradziono i godzinami bezsensownie trzymano na komisariacie mojego brata (a mnie, szukającego go, na innym, bo taki tam mają przepływ informacji między posterunkami), haha, wolałem za to porozmawiać o przyjemniejszych rzeczach. Niestety, nie gawędziliśmy zbyt długo, bo musiał lecieć nad piec, na którym gotowały się różne fajne rzeczy. Mimo, że to była mała, przydrożna gar-kuchnia, klientów miała naprawdę sporo! Cóż powiedzieć? Miło było spotkać brata Słowianina, w dodatku na takim odludziu i to tak bardzo daleko od naszych krajów! Podziwiam!
Dłuuuugo jechaliśmy pod górkę między drzewami, czasem mijając jakieś biedne wioseczki, aż dotarliśmy na miejsce. Meldunek w recepcji i dostaliśmy klucze do pięknego, kamiennego domu. Stał na wzgórzu - jego podstawowa część składała się z duuuużego salonu, w którym stały cztery duże łóżka (lecz mimo tego, pomieszczenie było bardzo duże i przestronne!) oraz balkonu, na którym był rozwieszony wygodny hamak. Kamiennymi schodami w dół schodziło się do łazienki i toalety. Zrzuciliśmy plecaki i ruszyliśmy w dół na małą, nadjeziorną plażę. Były już na niej drewniane stoliki i krzesełka. Nim wskoczyliśmy do cieplutkiej wody znieśliśmy z naczepy samochodu coolera (czyli przenośną lodóweczkę wypchaną piwem i lodem, o której już wcześniej wspominałem), co zważywszy na wysokość i kąt wzgórza, łatwą rzeczą nie było. Woda była, jak nadmieniłem, bardzo ciepła i spokojna - pół godziny zabawy i relaksu dobrze nam wszystkim zrobiło. Jezioro jest dość spore, ma 6,5 km średnicy, zajmuje powierzchnię ok. 20 km kwadratowych i w niektórych miejscach ma około 175 metrów głębokości! Oczywiście my pluskaliśmy się tylko przy brzegu, nie gdzieś tam daleko, na przepastnych głębinach! :) Zaczynało się jednak chmurzyć i lekko kropić, więc wraz z lodóweczką przenieśliśmy się do domku. Usiedliśmy na środku salonu, w ciasnym kółeczku. Deszcz powoli zmieniał się w ulewę i padł prąd, jak to często bywa w tym kraju kiedy bardzo mocno pada. Manu wyjął karty i nauczył nas jakiejś prostej gry. Sporo czasu przy tym zeszło, kontynuowaliśmy nawet gdy przestało już lać.
Później, wraz z coolerem przeszliśmy na taras w altance, położony nad małą plażą, ze ślicznym widokiem na jezioro. Zaczęło się ściemniać, a my zaczęliśmy naprawdę ostrą zabawę. Mmm, zaiste - bogowie! - było epicko! ;)
26 lipca
Po powolnym, leniwym wstaniu z łóżek podjęliśmy szybką decyzję, że nad jeziorkiem zostaniemy sobie jeszcze jeden dzień. Jednak niestety, nie mogliśmy zostać w tym samym miejscu, bo już je sobie ktoś zarezerwował. Nie ma tego złego! Maria na booking.com znalazła inne, kilkadziesiąt metrów wyżej. Podjechaliśmy, rozejrzeliśmy się, wzięliśmy. Hotel Paradiso, aczkolwiek trudno to nazwać hotelem. Dość rozległy ośrodek (hostelowy) składał się z recepcji na górze oraz małych domeczków rozsianych na wzgórzu, do których przez bujną roślinność wiodły kamienne ścieżki. Wszystko wyglądało bardzo czarująco! Gdzieś w połowie mijało się duży, kamienny piec, przy którym - w pachnącym dymie - uwijali się kucharze oraz małe, parterowe budynki z zadbanymi, wspólnymi toaletami (były też budyneczki z prysznicami, ale prysznice były też w domkach mieszkalnych, więc z tych publicznych nie korzystaliśmy). Na dole znajdowała się tania, otwarta (tj. tylko z jedną ścianą, dach przytrzymywany był przez słupy) restauracja z pięknym widokiem na jezioro. Można w niej było zagrać za darmo w bilard, a po osiemnastej każdy dostawał jakiegoś drinka na bazie rumu gratis (np. Cuba Libre, tutaj często nazywanym... Nica Libre)! Maria zakwaterowała się w jednym domku z Natem, ja z Niemcami, czyli Hanną i Manuelem. Po pozostawieniu naszych plecaczków w domkach pojechaliśmy jeszcze do Granady na zakupy, biorąc przy okazji dwójkę lokalnych mieszkańców chcących się dostać niżej na pakę naszej Toyoty (branie takich autostopowiczów nie wiąże się z jakimś ryzykiem napadu, wszak znajdują się zawsze na zewnątrz kabiny, toteż jest tu normalną praktyką wzajemnej pomocy). Zakupy składały się głównie z piwa Toña. Z tym napojem, tj. piwem, w Ameryce Centralnej ogólnie jest tak samo. Sprzedają je za około 3,80 zł (1 dolar) w małych puszkach (0,3), chociaż gwoli ścisłości trzeba napisać, że gdzieniegdzie można znaleźć puszki półlitrowe. Jednak o wiele większy sens ma zakup zmrożonej puszki mniejszej, bo po kilku minutach w tych temperaturach tutaj piwo szybko staje się ciepłe, a tym samym - w związku z faktem, że nie mają tu piw jakoś wybitnie smakujących w temperaturze pokojowej lub wyższej - piwo staje się niepijalne. Małą, zimniuteńką puszkę można w siebie wlać nim stanie się ona ciepła, z dużą schodzi to proporcjonalnie dłużej... Oczywiście, jeśli ktoś chce się tanio, szybko upić, lepiej opłaca się kupić rum, albo jeszcze lepiej, takie jego 25% namiastki z trzciny cukrowej dostępne w każdym z tutejszych krajów (w Nice za ok. 12 złotych 0,7 litra). Mając lodóweczkę, coolera, pełnego lodu i ukrytej w nim Toñi, wróciliśmy do naszego hotelu (hostelu). W drodze z radia (Nat słucha tu jakiegoś rockowego) poleciał Rammstein. "Du hast" i nowy kawałek "Ausländer" z nowego albumu noszącego nazwę zespołu (czyli po prostu 'Rammstein'). Manuel i Hanna strasznie się zdziwili. - Rammstein?! Tutaj?! W Niemczech to oni nie są ani puszczani ani popularni! - powiedzieli, zaskoczeni. - A w Polsce i owszem. Dwa dni temu mieli koncert w Polsce, w Chorzowie - bilety wykupione długo przed występem, stadion był zapełniony po brzegi, a goście z Rammstein zamanifestowali jedność z uchodźcami i osobami LGBT. W Polsce są bardzo szanowani i kochani. Oczywiście są kochani przez miłośników gitar - poinformowałem. Mocno żałując, że nie mogłem tego doświadczyć na własne oczy i uszy, czytałem wcześniej jakąś relację z tego koncertu. No i tak sobie jechaliśmy dalej przy rockowych dźwiękach.
26 lipca, później
Chmury nabierają kształtów, gęstnieją, rzednieją, zmieniają kolory. Są jak żywe obrazy przedstawiające pewne, łatwe do rozróżnienia, acz trudne do interpretacji znaczeniowej, sceny. Podobnie jak szum jeziora. Szumi sobie ono delikatnie swoimi małymi falami, jakby szepcząc coś delikatnie. Niebo, jezioro, próbują coś powiedzieć, przekazać... Przemawiają cały czas. Niestety, w języku dla nas niezrozumiałym...
26 lipca, jeszcze później
Spędziłem pół dnia na leżaczku na położonej na jeziorem plaży, reszta ekipy wolała pluskać się w wodzie. Jest na nim taka duża, drewniana platforma, na którą sobie można wejść, posiedzieć na niej mocząc w wodzie nogi, albo zwyczajnie sobie poleżeć i się poopalać. Ja należę raczej do kotowatych i chociaż umiem pływać, z tej umiejętności w celach rozrywkowych korzystam niezmiernie rzadko. Wolę leżaczek, dobrą muzę i książkę.
W międzyczasie co pół godziny plażą przemykał jakiś młody człowiek z małą, przenośną lodóweczką oferujący jakieś drobne zakąski. W końcu za 2 dolary wziąłem sobie od niego sałatkę z krewetkami. Później trochę żałowałem, bo jednak od takich handlarzy nie powinno się (będąc przynajmniej nienawykłym do tutejszych zarazków) kupować jedzenia, gdyż nie wiadomo w jakich warunkach je przechowywano, itd. No ale gostek wydawał się sympatyczny i wyglądał na dość ubogiego. W sumie chciałem go chyba bardziej wspomóc niż coś zjeść, bo przecież równie dobrze mógłby nie robić nic albo dołączyć do jakiegoś gangu. A tak... łazi cały dzień od ośrodka, do ośrodka, od hotelu, do hotelu, sprzedając jakieś drobne posiłku za śmieszne (dla nas) pieniądze...
Ja, Maria, Nat, Manuel i Hanna spotkaliśmy się na brzegu około 17-ej. Usiedliśmy sobie w restauracji nad plażą. Coś zjedliśmy, dostaliśmy darmowe drinki, dorwaliśmy się do stołu bilardowego, a potem Manu wyjął karty, przy których nam kilka godzin zeszło. Ja jeszcze zapytałem barmana, nie mając większych nadziei na pozytywną odpowiedź, czy nie można tu aby przypadkiem kupić jakiegoś normalnego cygara. A ten... podszedł do swojej saszetki zawieszonej na haczyku metr za nim i wyjął z niej takie długie, ładne cygaro! - Ile dajesz? - zapytał szczerząc białe jak śnieg zęby. - Eee.... 3 dolary? - rzekłem. Jak na tak dobrze skręcone to w zasadzie bardzo niewiele. - Okay! - odparł, podając mi cygaro, a samemu, będąc bardzo zadowlonym, biorąc ode mnie pieniądze.
Turystów i gości nie było wielu. Zresztą Maria porozmawiała z kimś z obsługi i dowiedziała się, że jeszcze kilka lat temu pracowało tu 60 osób, teraz tylko około 20-tu ludzi. Po antyrządowych zamieszkach i protestach, które jeszcze rok temu były w Nikaragui naprawdę ogromne, strasznie ucierpiał przemysł turystyczny. Ludzie boją się przyjeżdżać, a i strony ministerstw (np. ministerstwa spraw zagranicznych Rzeczypospolitej Polskiej) odradzają przyjazd do tego kraju. W każdym bądź razie w restauracji została tylko nasza ekipa. Po jedenastej wszyscy, oprócz mnie, zrobili się senni i udali się na spoczynek, ja natomiast kupiłem kilka piwek na zapas i nie chcąc by obsługa czekała na to, aż sobie pójdę (widocznie taka polityka - do ostatniego klienta), poinformowałem ich, żeby mi zostawili tylko światło i sobie już skończyli pracę. Usiadłem sobie, odpaliłem cygaro, a gdy zerwał się lekki wietrzyk, zdjąłem koszulkę i mogłem delektować się około 20 stopniami na zewnątrz. Wreszcie zapanowała normalna, dla Polaka, temperatura! :) Później kilka godzin sobie ćwiczyłem wbijanie bil do łuz, i tak teraz, o 3-ej nad ranem (czyli już 27-go lipca), idę zakończyć dzień i się w końcu nieco przespać :)
27 lipca
Rozliczyliśmy się w recepcji i wskoczyliśmy w pick-upa. Jadąc w dół zauważyliśmy siedzącego na poboczu staruszka powoli i błagalnie machającego w naszym kierunku. Nat zatrzymał wóz. Maria wychyliła się z prawej strony i coś zagadała. - Drewno ma do przewiezienia. Chodźcie, pomożemy staruszkowi - zakomunikowała po chwili. Moment później już wszyscy wrzucaliśmy na pakę kilkadziesiąt ciężkich kawałków drzew, leżących dotychczas obok starszego pana. Skąd on to wytrzasnął? Sam przecież nie ścinał! Przytaszczył skądś? No ale jak skoro on ma chyba... ze sto lat! Był bardzo malutki i drobniutki i bardzo już pomarszczony, nawet jak na starego człowieka. Wzięliśmy go do kabiny, wszedł bardzo powolutku i ostrożnie, zmieścił się bez problemu, mimo, że z na tylnich siedzeniach siedziała nas już trójka. Był, a jakby go nie było! Taki był wąziutki! Bardzo nam dziękował za pomoc. Po 20-tu minutach poprosił nas byśmy się zatrzymali i pomogli mu to wyładować. Oczywiście, nie ma problemu! Maria wzięła go na ręce i pomogła w ten sposób wyjść z auta (był taki leciutki i malutki), my natomiast w moment uporaliśmy się z drewnem. Zostawiliśmy je przed wejściem z blachy prowadzącym do jego podwórka. I tak oto, wszyscy mamy jeden dobry uczynek więcej!
Przed powrotem do stolicy Nathan i Maria chcieli pokazać nam pewną 'atrakcję' turystyczną. Celowo wziąłem słowo 'atrakcja' w cudzysłów, jako że z jednej strony jest to i może jakiś rodzaj atrakcji, z drugiej jednak jakby niezupełnie, przynajmniej niezupełnie należącej do tej z gatunku przyjemnych.
Otóż miejscem tym był Fortaleza El Coyotepe. Samo wzgórze Coyotepe ma turystyczny walor ponieważ rozciąga się z niego przepiękny widok na całą okolicę, m.in. na miasteczko Masaya i jezioro Lago de Masaya oraz całe połacie terenów pełnych soczystej zieleni. Kryje ono w sobie jednak straszne zabudowania, tj. miejsce kaźni dla tysięcy osób. Niegdyś był tu fort (mury nadal koronują wzgórze, z nich ogląda się panoramę), ale za czasów dyktatury rodziny Somozy pod ziemią wybudowano szereg korytarzy, pomieszczeń i poziomów/pięter (bodajże trzy), których zaczęto używać jako miejsce przetrzymywania i torturowania niewygodnych przeciwników politycznych i 'wrogów' ojczyzny. Można było przetrzymywać aż 800 ludzi jednocześnie, w kompletnych ciemnościach, stłoczonych w celach, rozwieszonych na łańcuchach, pozwalając im albo oszaleć, albo po prostu umrzeć. Dziwnie się czułem idąc przez ciemne, pełne nietoperzy korytarze, wchodząc do mniejszych czy większych cel, wiedząc, że to miejsce przez kilkadziesiąt lat służyło do wyprawiania niewyobrażalnych dla przeciętnego człowieka rzeczy. 'Wyłączcie latarki i postójcie chwilę w całkowitej ciszy'- rzekł nasz przewodnik, mając na myśli latarki w telefonach. Zalała nas gęsta, ciężka, całkowita ciemność. Staliśmy tak minutę, a nasze zmysły już zaczęły panikować. Ciężar wszechogarniającej czerni stawał się przytłaczający. Ci ludzie tak spędzali całe miesiące!!! - Włączcie latarki - rzekł w końcu przewodnik, a my naprawdę poczuliśmy niewysłowioną ulgę, po której z ust wszystkich (naprawdę!) wydobyło się pełne trwogi "woooow". Gdy nadeszło wyzwolenie, gdzieś koło 1980 roku, w więzieniu tym nie znaleziono żadnych ciał. Rodziny chciały godnie pochować ludzi, którzy tu zginęli. Okazało się jednak, mówił przewodnik, że przez cały czas zmarłych na bieżąco wywożono i ich umęczone zwłoki wrzucano do okolicznego wulkanu... Odetchnąłem z ulgą gdy odjeżdżaliśmy, nie czuję się psychicznie dobrze w takich miejscach (porównałbym to do ciężkich emocji, jakie wywołuje u mnie Auschwitz...). (...)
Wracając spotkała nas niefajna sytuacja. Otóż zatrzymała nas dwójka gliniarzy. Powód? Nat rzekomo, skręcając w prawo z drogi podporządkowanej, przejechał po prawym pasie oddzielającym drogę od pobocza. Bogowie, no nawet jeśli, to co? Zatrzymaliśmy się, Nat wysiadł, po chwili wrócił. - Maria, mam tu gdzieś 20 dolarów, weź je wyciąg. Skurczysyny mówią, że jak się nie zgadzam, mogą wziąć mi prawko do wyjaśnienia i może za miesiąc mi zostanie zwrócone. No nie zostanę bez prawka, tym bardziej, że za dwa tygodnie mam do Stanów lecieć. Mandat kredytowany chcą wypisywać, nie wiem jak wysoki, ale zapytałem, czy można go 'bezpośrednio' zapłacić. No tak, tak, zgadza się, łapówę im muszę dać. Poszedł, zapłacił, a my mogliśmy jechać dalej. Nat jeszcze się wkurzał przez jakieś 10 minut. Nie chodziło rzecz jasna o 20 dolarów, ale o fakt, że takie traktowanie ludzi to po prostu zwykła kradzież. Tudzież zwykłe wymuszenie. - Kurwa, już mnie chyba 20-ty raz łapią i za każdym razem mi wciskają jakieś kity. Teraz, że jakaś głupia linia, ostatnio zaś się czepiali, że deska surfingowa jest rzekomo o kilkanaście centymetrów za długa, a takiej długiej to absolutnie nie wolno przewozić. No zawsze coś wymyślą. Czasem mi odpuszczą, czasem się flaga przydaje (FSLB - partii rządzącej, na dłuższe trasy przylepiają pod lusterkiem do przedniej szyby - przyp.), ale czasem no muszę im coś dać, skurwysynom, bo widzą, żem biały, w dodatku z amerykańskim prawem jazdy! Nat to ogólnie spokojny człowiek, nawet wkurzał się na spokojnie, bo ani nie krzyczał, ani nie gestykulował, ale w jego głosie pobrzmiewała dobrze słyszalna i wyczuwalna irytacja.
Mnie coraz bardziej zaczynał boleć brzuch. Nie wiem, czy to po może zbyt dużej ilości różnego alkoholu poprzedniej nocy, czy może jednak to wina tych krewetek od tego handlującego jedzeniem gostka z plaży. - Jedziemy spotkać się z moją mamą i rodziną - zakomunikowała nam Maria.
Dojechaliśmy na osiedle domków parterowych. Wyglądało ono dość ciekawie, bo płyty między domkami nie były ani chodnikami, ani ulicą, chociaż właściwie to mogły być zarówno tym i tym. Ale okolica była spokojna i czysta. Czterech białych wzbudzało (nie)małą sensację, bo każdy dziwnie się do nas uśmiechał, próbował zagadywać i wpatrywał się w nas nieco jakby zbyt nachalnie. Rodzina Marii to jej siostra (z racji dość sporej tuszy mająca, nawet w rodzinie, przydomek Godzilla!) i mama (Teresa), ale mieszka też z nimi jej dwójka nastoletnich kuzynów. Ich rodzice są za granicą, pracują tam i przesyłają pieniądze na ich utrzymanie. Wiele rodzin tak tu żyje, u ciotek, szczególnie od kilku lat, odkąd nasiliła się masowa imigracja przez Meksyk do Stanów Zjednoczonych. Mają też kota i dwa psy - jednego dużego, spokojnego, i jednego malutkiego z lekkim ADHD, który cały czas szczeka na wszystkich i na wszystko. Zapoznaliśmy się, troszkę pogadaliśmy siedząc na malutkim trawniczku między domem, a chodnikiem. Dostałem Sal Andrews, taki proszek do rozpuszczania w wodzie, zobojętniający kwasy żołądkowe. Po pół godzinie... pomógł! Ból brzucha zelżał! Wieczorem potem kupiłem tego dziesięć saszetek, bo to może około - po zaokrągleniu - 1,20 zł za sztukę kosztuje. - Okolica niby jest spokojna, ale nie zapomnę jak w zeszłym roku Maria dzwoniła do mnie z płaczem, bo sąsiedzi w czasie zamieszek i protestów dobijali się do domu jej mamy i chcieli spalić im dom! Tylko dlatego, bo popierają partię rządzącą! Siedziały ukryte w łazience, całe zestrachane i płakały! - mówił Nat, a w oczach Marii na samo wspomnienie tamtych wydarzeń pojawiły się łzy. Zacząłem rozumieć tak wielką niechęć Marii do osób z opozycji dla partii rządzącej... Ogólnie jednak oprócz tej smutnej uwagi było więcej śmiechu i pozytywnych akcentów.
To jednak nie był jeszcze koniec atrakcji. Manuel i Hanna za trzy dni postanowili jechać dalej, do León (czyli tam, skąd przyjechałem ja), aczkolwiek chcieli załatwić sobie troszkę zioła na drogę. Nat i Mary podzwonili tu i tam i po chwili staliśmy Toyotą na chodniku w jakiejś biednej dzielnicy...
- Wypatrujcie dziewczyny w ciąży, przyniesie towar - rzekła konspiracyjnym tonem Maria. No tak, dealer wysłał swoją ciężarną partnerkę, co by nie wzbudzała niczyich podejrzeń. Wszyscy, niewiele się do siebie odzywając, rozglądaliśmy się z jakąś dziwną ekscytacją i napięciem na boki. Po jakimś czasie ją spostrzegliśmy! Zobaczyliśmy niewiastę z małym brzuszkiem. Maria wyskoczyła z auta, pogadała z dziewczyną z minutę, po czym zadowolony Manu pakował uncję do plecaczka (28 gram... 10 dolarów - czyli 38 złotych!).
28 lipca
Rano, gdy wszyscy powoli sobie wstawali, ja już byłem na nogach. Wybrałem się więc na spacer po dzielnicy (jej nazwa to Batahola Sur). Mimo, że wydaje mi się w miarę bezpieczna, to Maria z Natem ostrzegli mnie jednak bym, jeśli naprawdę nie muszę (np. by przy pomocy Google Maps znaleźć drogę z powrotem), nie wyciągał telefonu. Okolica składa się z parterowych domków - wszystkie okna i wszystkie drzwi zabezpieczone są kratami, dachy zaś chroni drut kolczasty. Po ulicach leniwie toczą się mototaksówki (budka dla pasażera doczepiona do ramy motocykla) i wożą odświętnie ubranych ludzi do kościołów. Odłamów wiary, podobnie jak zresztą w całej Ameryce Centralnej, jest tu sporo. Świadkowie Jehowy, wszelkiej maści kościoły protestanckie, a także dziwne twory jak np. Bractwo Kościołów Ameryki Środkowej, Kościół Nazaretański czy Profetyczny Kościół Odnowy Nowej Jerozolimy. Takich dziwnych denominacji religijnych są tu dziesiątki! Katolików jest tu (zaledwie) 45%, drugie tyle to właśnie te dziwne zrzeszenia, o których w Polsce raczej mało kto kiedykolwiek słyszał. Nie mają wielkich katedr czy marmurowych świątyń, często mieszczą się w zwykłych, parterowych domkach, których salon zajmują ławy i ołtarzyk. Człowiek orientuje się, że przechodzi obok jakiegoś kościoła dopiero gdy mijając taki dom usłyszy dochodzące z zewnątrz śpiewy. Często radosne, entuzjastyczne. Lub wtedy, gdy usłyszy kogoś głośno głoszącego kazanie - z werwą i pasją. Ogólnie okolica oprócz kilku takich miejsc modlitw, kilku małych sklepików z kratą oddzielającą kupującego od sprzedającego, jakiegoś salonu fryzjerskiego, nie ma za bardzo nic do zaoferowania. Właściwie to nie ma nic do zaoferowania - to po prostu okolica mieszkalna i tyle. Czasem na domach widzi się kartkę "Sprzedaż soków" , "Sprzedaż lodu" czy "Sprzedaż tortilli", no i tyle. Ludzie sobie troszkę w ten sposób próbują dorobić. Samochody zazwyczaj parkują obok chodnika, aczkolwiek po tym, jak Natowi próbowano ukraść lusterka, ten woli wynajmować od kogoś okratowany podjazd. Ludzie jednak stawiają auta przed domami - nie każdego stać na opłacenie specjalnego miejsca parkingowego. Wielu ludzi nie ma też samochodów. Mają na przykład osiołka i mały, drewniany wóz, na którym przewożą owoce lub drewno. No biednie troszkę... Po 45 minutach wróciłem z tego relaksującego i uczącego czegoś spaceru po okolicy. Kilka chwil później ktoś krzyknął "Hola" przez kratę. Pani ze służb miejskich! W schludnym, kobiecym mundurku wyglądała troszkę jak jakaś listonoszka albo stewardessa. Hmm, no ale urzędniczka chodząca po domach w... niedzielę? Pogadała z Marią , przeszła przez salon i dotarła na mały, odkryty dziedziniec, gdzie mieściło się miejsce do ręcznego prania. Betonowy zlew zazwyczaj pełen wody i betonowa tarka tuż obok. Pani chciała zobaczyć właśnie to miejsce. Wyjęła saszetkę z niewielkiej torebeczki i wsypała jej zawartość, a był to jakiś proszek, do środka. - Przynajmniej z godzinkę niech ta woda z tym proszkiem sobie tak stoi - rzekła, pożegnała się serdecznie, po czym wyszła. Środek na komary. Nie tylko więc opryskują ulice, ale też sypią środki owadobójcze do wilgotnych miejsc w domach. - Gotowi? No to jedziemy - zakomenderował Nat biorąc kluczyki od samochodu.
Z zakupionym mięsem stawiliśmy się pod rodzinnym domkiem Marii. Był z nami jeszcze Jack, ten długowłosy, chudy, pozytywnie spokojny deskorolkarz poznany przeze mnie kilka dni wcześniej. Na chodniku stał już wypełniony zimną wodą z węża gumowy basenik, obok którego postawiono grilla zasilanego żółtą butlą gazową. Wypakowaliśmy zakupiony asortyment, tj. mięso, chipsy i coolera z piwem i rumem. Przed dom wyniesiono krzesełka. Oprócz mamy Marii, jej siostry i dwóch nastoletnich kuzynów, było jeszcze dwoje starszych kuzynów + żona jednego z nich. No i my, rzecz jasna! I tak, z tej małej, planowanej wczoraj imprezki zrobiła się impra na jakieś 12 osób! Z początku wiadomo, było trochę sztywno - basenik z wodą stał sobie pusty, cierpliwie czekając na pierwszych ludzi pragnących się ochłodzić, piwko lało się raczej leniwie i dość powoli, nie było zbyt głośno. Obok mnie usiadła sobie Teresa, mama Marii i zaczęliśmy sobie rozmawiać. Z początku przydatny był Google Translator (zacząłem wątpić w sens nauki języka, haha!) z możliwością zamiany tekstu mówionego na tekst pisany, potem, w miarę upływu czasu nie był już tak często przydatny ;) Ludziska już pakowały się do baseniku, muzyka grała z przenośnego głośniczka coraz głośniej, a piwo coraz częściej zastępowało coś mocniejszego. M.in. litrowe, plastikowe butelki alkoholu o nazwie Plata, 28% rumopodobnego wywaru z trzciny cukrowej, donoszone dyskretnie z pobliskiego sklepu przez kuzynów Marii. Uczono, nas, białych, jak przegryzać go limonką z solą - ot, ćwiartkę limonki po prostu posypuje się solą, po czym po wzięciu łyka przykłada się ją do ust i zasysa. Zabija to smak alkoholu, a jeśli dość szybko pije się następny kieliszek, nie czuje się go wcale! Można to też zrobić inaczej - w miejsce między kciukiem, a palcem wskazującym wpuścić kilka kropelek wyciśniętej limonki, po czym posypać to solą. Po wypiciu kieliszka należy szybko zlizać to z dłoni! Trochę szalone, ale w sumie skuteczne. I nawet dość zabawne! Zaczęło się ściemniać, nadeszła pora na tańce. Oczywiście nie takie tam pruderyjne, sztywne gibanie się do latynoskich dźwięków, ale żwawy taniec w bliskim kontakcie, nierzadko zamieniający się po prostu w ocieranie się nawzajem miejscami intymnymi! Nikogo to nie gorszyło, mało tego!, każdy zaczął to robić! Tańce przerywane były chwilą na drinka, po czym rozpoczynały się od nowa! I czy kto pływał, czy nie pływał w baseniku, i tak został polany wodą i przemoczony dokumentnie! ;)
No było super! Prawie 10 godzin beztroskiej zabawy, śmiechu, muzyki i alkoholu.
29 lipca
Wszyscy są zmęczeni po wczorajszej imprezie. No, prawie wszyscy! Artur sobie wstał, późno co prawda, ale w miarę żywy, umył ząbki, wziął prysznic i z racji tego, że inni jeszcze spali lub leżeli nie mając sił wstać, pojechał sam taksówką do centrum handlowego zakupić jakieś pamiątki (i pocztówki!). Jutro zamierzam zabrać się z Niemcami do León, by tam znaleźć transport w jakieś ciekawe miejsce do Hondurasu. W Managui nie zauważyłem nigdzie jakichś ofert, biur podróży, czy tego typu rzeczy, a że León jest miastem bardziej z natury przyjaznym turystom i leży bliżej plaży, ma także dużo hostelików, wydaje mi się całkiem prawdopodobne, że znajdę tam jakąś ofertę podwózki w jakieś fajne miejsce w Hondurasie. W centrum Inter Plaza znalazłem sporo malutkich upominków, ale pocztówek to tu od dawna nie widzieli! Cóż, z roku na rok coraz trudniej znaleźć tę formę pozdrawiania rodziny i bliskich - wiadomo, teraz jest Facebook, Messenger, What's Up, Instagram i inne takie mierdy... Może w León coś znajdę? Wróciłem też taksóweczką. Łącznie 6 dolarów w dwie strony. Nah, nie zbiednieję. Na chacie wszyscy dalej dość mocno skacowani, przysypiają troszkę. Dzwoniła mama Marii - tam też wszyscy zdychają :)
29 lipca, później
Maria z Natem poprosili, bym został jeszcze jeden dzień. Jutro zamierzają odwiedzić trzy, cztery miejsca, zapraszają na przejażdżkę. Hmm, może być fajnie! Zostaję!
30 lipca
Dzień był bardzo, bardzo udany! Rano odwieźliśmy naszych niemieckich przyjaciół, Hannę i Manu, na dworzec, skąd - po wymianie buziaków i hugów - udali się oni do León. My natomiast pojechaliśmy w następujące miejsca, które - jak sądzę - warte są odwiedzenia:
1) Mercado Municipal w miejscowości Masaya - czyli rynek miejski w Masai.
Rynek był ogromny, kryty, podzielony na różne sektory. Artykuły odzieżowe, artykuły obuwnicze, przyprawy, kwiaty, owoce, warzywa, itd. Ciężko było tam wjechać, jeszcze ciężej zaparkować, ale się udało. Pytanie brzmi - czego szukaliśmy na tym targu? Ano Nat odkrył - sprawdzony już - sposób na zarobienie około 500 dolarów przy okazji powrotu do Stanów Zjednoczonych. Mianowicie zakupił kilkadziesiąt tanich, skórzanych, acz bardzo dobrej jakości sandałów damskich (caites!) w różnych rozmiarach. Pochodzi z gorącej Florydy, z Pensacoli, a więc miasta leżącego nad Zatoką Meksykańską. Sandały w takim miejscu są towarem bardzo pożądanym, a ojciec Nata zna pewnych sprzedawców, który chętnie takie sandały wezmą bez faktury i po prostu sprzedadzą jakoś na lewo. Na jednej takiej wysokiej jakości parze sandałów Nat zarobi 15-20 dolarów na czysto! - Za taki dodatkowy bagaż muszę oczywiście dopłacić, ale to tylko 35 dolarów. I tak się super opłaca! - tłumaczył Nat. Ano, zgadza się! - A celnicy widząc tyle sandałów nie podejrzewają, że to na handel? Nie robią problemów? - zapytałem. - Nieee, jeszcze mi się nie zdarzyło - uśmiechnął się Nat. Ten wibrujący targ wart jest odwiedzenia - można zobaczyć, jak na co dzień żyje spora część mieszkańców Nikaragui, a przy okazji można kupić naprawdę tanie, fajne rzeczy (Nat i Maria kupili jeszcze sobie kilka fajnych podkoszulków).
2) Mirador de Catarina - czyli Punkt Widokowy w miejscowości Catarina.
Samo miasteczko, tak właściwie to wioseczka, jest bardzo schludna, przytulna i ładna. Jej głównym punktem i źródłem dochodu jest punkt…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Artur Dubis
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…