Sen o Henryku
Historia znajomości kierowniczki sklepu rybnego z zaopatrzeniowcem.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
W pokoju było bardzo ciemno. Gdy do niego weszłam, od razu zakręciło mi się w głowie. Zaczęłam szukać włącznika światła, ale nadaremnie. W końcu trafił mnie szlak i zaczęłam krzyczeć. Bez odzewu. Tak jak myślałam. Wszyscy wyszli dawno temu. Nawet nie było już czuć dymu papierosowego. Cóż, mogłam się tego spodziewać. Jedyne co pozostało, to odnaleźć łóżko i położyć się spać. Zajęło mi to chwile. Niebawem położyłam się wygodnie na wersalce. Spaliłam ostatniego papierosa i próbowałam zasnąć. Niestety wydarzenia tego dnia nie dawały mi spokoju. Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. A przecież Henryk był taki przekonujący. Jego delikatne rysy twarzy i twardy zarost utkwiły mi w pamięci. To, jak zaciągał się papierosem i jak rozsądnie prowadził dialogi. Myślałam, że jest ideałem. Nieprzerwanie twierdził, że pracuje w zaopatrzeniu i że ma szanse awansu na kierownika całego dowozu na rejon. Mówił też o bardzo dobrych kontaktach z dyrektorką Stasiak. To ona przecież trzymała wszystko w swoim ręku i nie pozwalała na różnego rodzaju zaburzenia działalności instytucji. Była sumiennym pracownikiem, a Henryk to wykorzystał. Jej wiarę i zapał budowania kolektywu. Ciekawe, jak ona się będzie czuła, kiedy się dowie. Gdybym jej powiedziała, zapewne zwolniono by Henryka z pracy. Jednak moje uczucie do niego nie pozwalało mi na wykonanie tak radykalnego kroku. Pewnie tego nie doceni. Dalej będzie postrzegał mnie jako zwykłą sprzedawczynię sklepu rybnego w tłustym, pobrudzonym fartuchu. Pamiętam jak przyjeżdżał z dostawą swoim zielonym Żukiem, jedynie się uśmiechał i mówił: – Pani Mario. Przywieźliśmy świeże rybki. – Potem puszczał mi oczko i myślał, że się ucieszę z jego dowcipu. Próbowałam z nim nawiązać kontakt, ale wszystkie nasze rozmowy sprowadzały się jedynie do spraw zaopatrzenia i dotrzymywania terminów dostaw. Kiedyś przyjechał i po wyładowaniu skrzynek z paprykarzem zapytał: – Pani Mario? Może wybierzemy się dzisiaj po pracy do bufetu na małą czarną? – zgodziłam się bez zastanowienia. On, Henryk, zaśmiał się jedynie i powiedział – twoje niedoczekanie. Bardzo się zdenerwowałam, ale cóż miałam zrobić. Jadzia i Sylwia zaczęły się ze mnie śmiać i powiedziały, że Heniu to taki nieosiągalny szczyt moich marzeń. – Zobaczycie, że jeszcze go będę miała – powiedziałam wtedy odpierając niepokojące zarzuty. Tak też się stało. Któregoś dnia Henryk tak jak zawsze wyładowywał swoje skrzynki i zadrwił: – Pani Mario? Może jednak kawka? Taka bez zobowiązań. Hę – zaciągnął się dymem Popularnego. – Henryk – powiedziałam stanowczo – przejdę od razu na „ty”. Męczą mnie te twoje nic nie znaczące zaloty i chciałabym porozmawiać poważnie, na neutralnym gruncie. Proponuję restaurację Hybryda na Nowotki. Tam koło zajezdni PKS-u. O dziewiętnastej. Mam nadzieję, że przyjdziesz. Będę czekała. Do widzenia, Henryk. Zdziwił się bardzo. Jego oczy zrobiły się takie malutkie. Wyczuł chyba intrygę, ale ukłonił się tylko i pomaszerował do Żuka. Sklepowe ze zdumieniem patrzyły na mnie i szeptały coś do siebie na zapleczu. W końcu byłam górą. Z zadowoleniem poszłam na magazyn rozpakowywać mrożone śledzie. Dochodziła już dziewiętnasta. Siedziałam przy stoliku w restauracji Hybryda ubrana w jedwabną garsonkę, w małe zielone kwiatki, tak pod kolor henrykowego Żuka. „Ciekawe, czy zauważy?” – myślałam. Sala restauracji była dosyć duża. Przy ścianach stały stoliki tworzące wielką podkowę, której zwieńczeniem była lada barowa, za którą stała zaprzyjaźniona bufetowa Terenia. Znałyśmy się jeszcze z czasów liceum ekonomicznego, ale później Teresa zaczęła pracować w innym dziale PSS-u i nasze drogi rozeszły się, chociaż często widywałyśmy się na bankietach wydawanych przez kierownictwo. Na początek Terenia zaoferowała mi oranżadę, której słodki smak miał umilić mi czekanie na Henryka. Powiedziałam jej o naszym spotkaniu. Oczywiście zdziwiła się, bo Henryk uchodził za pewnego rodzaju amanta, który w branży był symbolem pożądania i seksu. Owszem, miał konkubinę, ale powszechnie było znane jego zamiłowanie do przelotnych znajomości. Chciałam to wykorzystać. Poznałam Henryka dopiero wtedy, gdy podjęłam pracę w sklepie rybnym na ulicy Marchlewskiego. Byłam wówczas młodą, dobrze zapowiadającą się sprzedawczynią, prosto po szkole ekonomicznej. Żyłam z moim byłym już przyjacielem Ryszardem. Fundamentem naszego związku było zaufanie i wszyscy zalotnicy odchodzili z kwitkiem, bo wiedzieli, że Ryszard miał pseudonim Ciężki, z racji „ciężkiej ręki” i nie kwapili się do zadzierania z nim. Niestety ten podły człowiek, jak o nim teraz mówię, był nielojalny wobec mnie. Po pracy, a pracował jako przedstawiciel komórki inwestycyjnej, spotykał się z Krystyną, telefonistką biura numerów na poczcie. Nasz związek rozpadł się i stałam się jakaś taka rozbita. Przez większość czasu nie wiedziałam, co mam z sobą zrobić. Powiedziałam sobie, że zdobędę mężczyznę, który jest przedmiotem pożądania wszystkich kobiet z branży państwowej. I pojawił się Henryk. Zaczął pracować w PSS-ie, kiedy ja pełniłam już stanowisko kierownicze w rybnym. Podjechał pewnego razu nowo zakupionym Żukiem i przestawił się na progu sklepu, niosąc karton z konserwowymi szprotkami: – Dzień dobry. Jestem tu nowy, więc przepraszam za nieznajomość przepisów pracy. Gdzie mam rzucić karton? – zawadiacko trzymał go pod pachą i dodał. – Miło mi. Henryk Wasilewski jestem. Sylwii opadła szczęka. Taki przystojniak. Lakierki idealnie wypolerowane, spodnie z wzorowo zaprasowanym kantem, sweter „szetland”, pewnie sprowadzony z NRF-u, koszula najwyższej jakości, marynarka ze skórzanymi łatkami na łokciach. Do tego dobrze przystrzyżony, czarny wąs i włosy na żelatynę zaczesane na lewo. Stałyśmy tak przez chwilę, nie wiedząc co powiedzieć. W końcu udało mi się z siebie wydusić: – Dzień dobry. Maria Antoniewicz, kierowniczka sklepu, a to Sylwia Lepa, sklepowa. – Jadwiga wtedy jeszcze nie pracowała w rybnym. Przenieśli ją później z mięsnego, po redukcji etatu. Henryk pocałował mnie w rękę, którą mu podałam, delikatnie przejeżdżając po niej szorstkim wąsem. Myślałam, że oszaleję, ale jako pracownik na odpowiedzialnym stanowisku musiałam zachować się oficjalnie i powiedziałam stanowczo: – Panie Henryku. Dosyć tej niefrasobliwości. Praca czeka. Sylwia! – dodałam. – Pomóż panu, bo nie zdąży z dalszą dostawą do „piątki” na Komuny Paryskiej, prawda panie Henryku? – Prawda pani kierownik. Dużo towaru, a czas nagli, hę. Czułam się dziwnie. Henryk zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wywołał wstrząs zapierający dech w piersiach. Sylwia też się rumieniła, ale co ona mogła wiedzieć. Musiałam na nią uważać, bo młoda i ładna. Ja za to byłam już dojrzałą kobietą i myślę, że w sklepowym fartuchu wyglądałam dosyć ponętnie. Dla Henryka zaczęłam nawet golić nogi, zresztą dzięki uprzejmości mojej sąsiadki, której udało się zdobyć męską maszynkę do golenia na żyletki. Tak zaczęła się nasza znajomość z Henrykiem. Przyjeżdżał do rybnego dwa razy w tygodniu. Zawsze uprzejmy, świeżo ogolony. Ten wysublimowany zapach Warsa. Nie mogłam mu się oprzeć, ale cały czas musiałam zachowywać pozory. Bałam się, że niefortunny romans mógłby negatywnie wpłynąć na moją pozycję w związkach zawodowych. To spowodowałoby niekorzystny wynik w następnych wyborach do rady zakładowej. Dlatego, pomimo powierzchownych zalotów Henryka odpierałam je stanowczo, mówiąc mu, że nie jest w moim typie. Chociaż cała w środku płonęłam, Henryk przestał traktować mnie poważnie i ograniczył się jedynie do kontaktów czysto służbowych. Dopiero później wyszło na jaw, jaki to z niego gieroj. Te wszystkie jego romanse i pogłoski o zachowaniu na dancingach. Prawdziwy zawadiaka. Imponował mi. Niestety ja stroniłam od hucznych zabaw. Spędzałam wieczory w kawalerce na Karola Marksa, wpatrując się w przystojnego porucznika Borewicza, któremu daleko było do naszej, szarej rzeczywistości. Czas pracy dłużył się niemiłosiernie. Awansu jak nie było, tak nie było. Przestałam angażować się w działalność zawodową. Przerwałam też walkę o racje na wyższym szczeblu zakładowym. Coraz bardziej ciągnęło mnie do towarzystwa Henryka, do jego znajomych, do zabaw i wieczornych spotkań w jego mieszkaniu na Armii Czerwonej. Niestety dla niego byłam ciągle kierowniczką sklepu rybnego, którą widywał dwa razy w tygodniu przy podpisywaniu faktur. W pewnym momencie moich zawirowań emocjonalnych zaczęłam odwiedzać kawiarnię Saba, która nie miała najlepszej opinii, szczególnie wśród pracowników państwowych. Gardzili oni tego rodzaju przybytkami. Mi to jednak nie przeszkadzało, bo dobrze czułam się wśród obcych społecznie mi osób. Pierwszy raz poszłam tam z Teresą z Hybrydy. Przypadkowo spotkałyśmy się w mieście i Terenia zaprosiła mnie na kawę. Długo się przecież nie widziałyśmy, a ona chciała porozmawiać o kobiecych sprawach. Była trochę zdenerwowana, bo nie udało jej się kupić pralki, chociaż miała już zamówioną od dwóch miesięcy. Jak się okazało podczas jej wyjaśnień, zamieszane w to były fikcyjne osoby, które dużo wcześniej pod zmyślonymi nazwiskami kupowały przeważnie artykuły gospodarstwa domowego, ubiegając tych, którzy czekali na swoje zamówienia czasami miesiącami. A sama Saba, cóż… Idealne miejsce do spotkań towarzyskich, o których przecież marzyłam. Sami mężczyźni przypominający mi Henryka, chociaż jego osobowość była ponad przeciętną. Wszyscy tam byli jakby ze świata, z którym się nigdy nie zetknęłam. W kawiarnianym dymie wyglądali jak piękni, zagraniczni aktorzy, szczycący się nienagannymi manierami, swobodnie się wysławiający, panujący nad własnym stylem. Delikatnie upijali się wybornymi trunkami, ale zawsze trzymali fason. Zauważyłam, że strasznie lubią brylować w towarzystwie kobiet. Sprawia im to ogromną przyjemność. Pomimo że siedziałyśmy z Teresą w boksie pod samym barem, czułam się jakoś lepiej. Widziałam, jak patrzą się na mnie, jak zerkają, nie kryjąc zainteresowania moją osobą. Musiałam jednak zachowywać pewnego rodzaju wstrzemięźliwość, bo przecież nie obracałam się wcześniej w tego typu środowiskach. Udawałam zainteresowanie w rozmowie z Teresą, a jednak patrzyłam na moich bohaterów, jak pewnie zamawiają w barze kolejne kufle z piwem marki Lech, a co niektórzy delikatnie przechylali kieliszki z dostępną wtedy Żytnią. Pozazdrościłam kobietom, które znajdowały się w tak doborowym towarzystwie. Wydawało się, że są szczęśliwe, że ktoś je adoruje. Stawały się bardzo ważne i doceniane. A to przecież tylko pracownice państwowych etatów, którym udało się wyrwać z szarej PRL-owskiej rzeczywistości, po to, aby spotykać się w kawiarni z taksówkarzami czy bardzo często pracownikami fizycznymi. Z miejscowymi menelami, którym udało się zarobić trochę grosza na jakieś porządniejsze ubrania i na picie w knajpce, a nie w bramie czy przejściu podziemnym. Było też sporo cinkciarzy, którzy nie kryli swojej dobrej sytuacji materialnej i na około stawiali wszystkim kolejki. Czasami jednak ci wszyscy bezrobotni, byli kryminaliści, robotnicy, często nawet literaci, pisarze i pracownicy uniwersytetu stawali się pewnego rodzaju jednością, która ucieka od codziennych, nudnych zajęć, po to, by spotkać się w przytulnym zaciszu Saby, która tworzyła dla nich jednolitą i nieróżnorodną atmosferę. Tak naprawdę przychodzili tam ludzie samotni, którzy chcieli mimochodem wyrwać się ze szponów panującej władzy i chcą oddać się chwili przyjemności i zapomnienia w barowym zaciszu. Ja też czułam się w pewnym sensie samotna i spragniona rozmów o przyjemnościach życia, chociażby takich wymyślonych, nieprawdziwych. Chodziło tylko o marzenia, które można przenieść ze sklepu rybnego do miejsca, w którym wszyscy cię zrozumieją, bo w taki sam sposób marzą o Zachodzie i upadku systemu, w którym przyszło żyć. To tylko taka ucieczka, dzięki której mogłam odkryć, jaka właściwie jestem. Wśród tych wszystkich degeneratów, którzy poniekąd mi imponowali czułam się naprawdę ważna. Przychodzili tam również profesorowie wyższych uczelni, których obecność mnie dowartościowywała. Czułam, że wcześniej czy później nawiąże z tymi ludźmi znajomość, która będzie po części realizowała moje marzenia. Wiedziałam również, że to są ludzie pokroju Henryka i być może wśród nich znajdują się jacyś jego znajomi. Nie interesowała mnie opinia moich przełożonych czy też tych wszystkich, którzy mówili źle o Sabie. Dla mnie ten lokal stał się drugim domem, a to, że byłam tam później kokietowana i podrywana, sprawiało mi ogromną przyjemność i powodowało, że w jakimś stopniu czułam się lepsza. Dlatego podczas pierwszego prywatnego spotkania z Henrykiem, nie miałam żadnej tremy. Wiedziałam już jak z nim rozmawiać, nie kompromitując siebie i tego, że jestem kobietą postępową. Na szczęście dla Henryka zmieniłam trochę swój światopogląd i nie byłam już tak oficjalną, szorstką i niedostępną kierowniczką rybnego. Postanowiłam, gdy tylko się pojawi, przejąć inicjatywę, chociaż z opowieści wiedziałam, że Henryk jest bardzo cwany i nie da się podejść. Moje wyzywające ubranie wprawiło Henryka w osłupienie, kiedy pewnym krokiem wszedł do Hybrydy. Chyba zauważył, że kolor jego nowiutkiego Żuka bardzo mi pasował i w ten sposób chciałam z nim nawiązać bliższą znajomość. Biedny Heniu dostał wypieków, ale natychmiast się opanował i prowokująco ruszając pośladkami podszedł do stolika. Od razu zauważył, że piję oranżadę i grzecznie zapytał: – Widzę, pani Mario, że wyborowe produkty krajowego przemysłu służą pani? – jego małe oczka nabrały podejrzliwości. – A przecież byliśmy umówieni na kawę, nieprawdaż? Próbowałam nie patrzeć mu w oczy i pokazać, że lekceważę jego docinki. Powoli wyciągnęłam z paczki Klubowego. Henryk, nie zastanawiając się, wydobył z beżowego prochowca, w który był ubrany, pudełko zapałek. Finezyjnie odpalił jedną, widać, że miał w tym dużą wprawę i podał mi ogień, lekko drżącą ręką. – Myślałam Henryk, że przeszliśmy na „ty”. Chyba nie uważasz, że przez cały czas powinniśmy pozostawać z sobą jedynie w stosunkach czysto zawodowych i formalnych. Mężczyzna zaniepokoił się i zblazował. Widać po nim było, że nie ma pojęcia, czego ja właściwie od niego chcę. Nagle kobieta, która traktowała go z góry, była niedostępną prawie przełożoną, staje się konkretna, wyzywająca i stanowcza. Wcześniej miał mnie pewnie za idiotkę, a teraz zaintrygowałam go. Postanowił odeprzeć delikatny atak z mojej strony. – Oczywiście – zatrzymał się na chwilę. – Mario. Tak niezręcznie mi było przejść od razu na „ty”. Wiesz, przecież nasza praca – czasami nie można pozwalać sobie na zbyt dużo w stosunku do przełożonych. Byłaś dla mnie zawsze taka oficjalna i nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mógłbym mówić do ciebie po imieniu. – Wiem Henryk, że nasze kontakty na gruncie zawodowym nie wyglądały najlepiej, ale postanowiłam to zmienić. W końcu nie musimy być aż tak dziecinni. – No tak – odparł niepewnie – ale jaka jest właściwie przyczyna naszego spotkania? No wiesz, nigdy nie przypuszczałem, że mógłbym się z tobą umówić prywatnie i to jeszcze w tak dobrze dobranym miejscu. Wiedziałam, że Hybryda będzie idealnym miejscem na spotkanie z Henrykiem. Poradziła mi to miejsce Teresa, kiedy poważnie sobie porozmawiałyśmy w Sabie. Okazała się lojalną przyjaciółką, bardzo serdeczną zresztą. Miałyśmy podobne problemy i dobrze nam się rozmawiało. Nasza przyjaźń przerodziła się w coś więcej. Stała się moją przyrodnią siostrą, z którą dzieliłam się najskrytszymi myślami. Cieszyłam się, że Teresa pracuje w takim miejscu jak Hybryda i pomoże mi uzyskać względy Henryka. To był taki cichy plan, który miał na celu zbliżenie nas z Heniem do siebie. – Oj Heniu. Musisz się jeszcze dużo nauczyć – dmuchnęłam mu dymem papierosowym prosto w twarz. – Może się w końcu przysiądziesz, a nie stoisz jak ten kołek. – No tak. Oczywiście. Przepraszam – zmieszał się i nieporadnie przystawił krzesło do mojego stolika. W końcu zachował się jak prawdziwy dżentelmen i zapytał: – Mario? Napijesz się czegoś? Masz ochotę na coś mocniejszego, bo widzę, że oranżada tobie już nie służy – stał się bardziej męski i wydawało się, że przejmuje inicjatywę i ma mnie w garści. Ja mu na to: – No, a co kochanieńki, proponujesz? – Hę. Kochanieńki? No wiesz Marysiu…– przestawił krzesło i przysiadł się bliżej mnie, do tej pory siedział po przeciwnej stronie stołu. – Na co masz tylko ochotę. – Ty tutaj jesteś mężczyzną. Wymyśl coś, bo pomyślę, że nie wiesz jak się zachować w tak wykwintnym miejscu – musiałam ochłodzić naszą rozmowę, aby Henryk nie pomyślał, że jestem zbyt podatna na jego zaloty. A wiedziałam, że on bywał w takich lokalach od zawsze, choć tego nie okazywał i musiałam go jakoś sprowokować, żeby poczuł się jak u siebie, a nie wprowadzał beznadziejną sztuczność, która zaczynała mnie denerwować. – No dobrze Mario. Skoro tak stawiasz sprawę, to poczekaj chwilę. Wstał od stolika i jak żołnierz na defiladzie pomaszerował do bufetu, w którym czekała na niego Teresa. Henryk znał ją, bo w Hybrydzie zdarzyło mu się być kilka razy na spotkaniach zaopatrzeniowców, które nie raz kończyły się nad białym ranem. Oczywiście próbował wtedy flirtować z bufetową, ale ta zawsze zbywała jego pijackie zaloty. Byli z sobą jedynie na „dzień dobry”, kilka razy zdarzyło się, że Henryk zaopatrywał restaurację w napoje i widział się kilka razy z Teresą. Nie wiedział jednak, że ja ją znam i to bardzo dobrze. – W końcu się pan zjawił, panie Heniu. Tamta pani tak długo czekała, widać, że bardzo zależało jej na tym spotkaniu, bo wypiła dwie butelki oranżady i zamówiła paczkę najlepszych papierosów, jakie mamy na stanie. – No wie pani, pani Tereniu? – ucałował delikatnie jej dłoń. – Trochę nietypowa sytuacja. To jest kierowniczka sklepu, który obsługuję i mamy służbowe spotkanie. Skłamał. Nie chciał, żeby bufetowa cokolwiek podejrzewała, takie wieści szybko się roznoszą. Musiał sobie zostawić jakąś alternatywę, która pozwoliłaby mu na tłumaczenie się w razie wpadki. Teresa jednak skwitowała: – Panie Heniu. Mnie, starą ekspedientkę chce pan czarować? Przecież widać jak przewraca do pana oczami. Henryk ponownie się zmieszał. – No wie pani. My tak tylko. To takie spotkanie, a pani już od razu jakieś domysły. Poda pani lepiej dwa piwa, dwie wódki i śledzia. – Ja tam swoje wiem, panie Heniu. Polecam panu Poloneza, a nie jakąś Wyborową, którą się tutaj opijaliście. – Dobra, dobra. Niech będzie. Tylko żeby za ciepła nie była. Może być z posadzki. I śledzia ładnie przybrać. Z kulturą pani Tereso, z kulturą. Po chwili galant siedział już obok mnie. Zdjął prochowiec i powiesił go na krześle. Nerwowo zapalił papierosa. Mnie nie poczęstował, gdyż widział, że przed chwilą skończyłam palić. Teresa przyniosła tacę z trunkami i powiedziała dyskretnie, puszczając do mnie oczko: – Proszę. Oto pańskie zamówienie. Rachunek na firmę, jak zawsze? Widać było, że Henryk nie chciał, aby Teresa go kompromitowała. Picie alkoholu na firmę uchodziło za rodzaj małomiasteczkowej przypadłości. – Ależ pani Tereniu. Oczywiście, że dzisiaj płacę gotówką. Hę. Proszę wszystko pisać na mój osobisty rachunek. Teresa odeszła, a ja zaczęłam rozmowę. Musiałam wybadać grunt, aby później nie popaść w tarapaty: – Widzę Henryk, że bywałeś wcześniej w tym lokalu? – No wiesz, Marysiu. Takie tam spotkania służbowe na szczeblu kierownictwa, które organizowało różnego rodzaju bankiety dla swoich pracowników, na których wręczano nagrody i odznaczenia dla zasłużonych – perfidnie kłamał, bo te wszystkie bankiety to nic innego jak tylko libacje lubiących wypić kierowców. Wiedziałam to od Teresy. Chlali zarówno kierowcy autobusów z pobliskiego PKS- u, jak i pracownicy spółdzielni, tacy jak Henryk. Nie chciałam dłużej ciągnąć tego wątku i dałam mu jeszcze jedną szansę: – A z tą bufetową? To jakaś bliższa znajomość? – Co? Z Teresą? – zmieszał się. – A gdzie tam. Tak tylko. Kilka razy byłem u niej z zaopatrzeniem. Nic wielkiego. – No, ale przy barze sobie gawędziliście… – Chodziło o kolejną dostawę oranżady, która tak świetnie ci przecież smakowała. No, ale może przejdziemy do tego, po co mnie zaprosiłaś na to spotkanie? Zdrowie! – zaśmiał się wybiórczo i powoli przyłożył kieliszek do ust. – Twoje zdrowie oczywiście, Marysiu. Chciałam również napić się wódki. Czekałam, kiedy w końcu Henryk mi to zaproponuje. Alkohol mógł nas przybliżyć do siebie. Wcześniej nie piłam mocniejszych trunków. Kojarzyły mi się zawsze z tymi wszystkimi menelami, których spotykałam na ulicy i którzy pili piwo przed monopolowym, naprzeciwko mojego sklepu z rybami. Nabierałam jednak nowych doświadczeń, które powodowały, że stawałam się zupełnie inną osobą. – Henryk? – zapytałam pewnie. – Może bruderszafta? – Brudzia? – zdumiał się Henryk. – Z tobą zawsze. Przysiadłam się bliżej mężczyzny. Stanowczo chwyciłam go pod rękę i wypiliśmy wódkę, patrząc sobie głęboko w oczy. W międzyczasie puściłam oczko do Teresy, która z zainteresowaniem przyglądała się nam zza baru. Henryk nie
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil LauraHolm
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…