Wróć do katalogu

Sen o zabijaniu

Kolejne opowiadanie napisane na podstawie mojego snu. Tym razem już nie takie fajne i wesołe...

Zwierciadełko, opublikowano , 8 min czytania, 4,3 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Siedziałam sama w pokoju. W jednej ręce trzymałam zapełniony do połowy kieliszek z winem. Druga delikatnie bawiła się małą buteleczkę z bezbarwnym płynem. Sama nie wiem, czemu się zdecydowałam na ten krok. Zawsze wydawało mi się, że jestem osobą silną psychicznie, że potrafię wiele znieść, wiele wytrzymać. A On mnie złamał. Powoli, systematycznie, z dnia na dzień pogrążał mnie coraz bardziej, kopał pode mną coraz większy dół, pilnując, bym z niego nie wyszła. Na początku nic nie zauważyłam. Myślałam, że ma humory, że przeżywa gorsze dni. Nie zauważyłam nawet, że to mnie wpędza w nostalgię, że swój pozorny smutek w całości przelewa na mnie. Zabijał mnie. I udałoby mu się to, gdyby nie przypadek. Gdyby nie ten jeden jedyny mail, zaadresowany do niego, który odważyłam się przeczytać. „Jeszcze parę dni i ją wykończę” wyczytałam wśród dziesiątek słów. Mało brakowało, a samo to jedno zdanie znacznie przyspieszyłoby mu jego plany. Osłabiona przez Niego psychika złamała się w jednej sekundzie. Stałam się martwa, choć moje ciało żyło – nikt nie potrafił do mnie dotrzeć, niczego nie potrzebowałam. Przestałam jeść, przestałam używać toalety, przestałam się ruszać. Jak dobrze, że akurat wtedy wyjechał w delegację, że nie widział, że jego dzieło zostało dopełnione niemal do ostatniego punktu planu. Jedyna czynność życiowa, której działania nie potrafiłam zaprzestać było myślenie. Setki miliony myśli przeleciało mi w tamtym czasie przez głowę. Charakteryzowało je tylko to, że każda następna była gorsza od następnej. Jednak pewnego dnia, w pewnej godzinie, minucie, w pewnej sekundzie zupełnie nie wiem skąd w mojej głowie ktoś wykrzyczał jedno zdanie: „Nie pozwól mu!”. Ta niemal magiczna formułka zdołała wyrwać mnie z odrętwienia, ze stanu pustej egzystencji. Wstałam i zaczęłam żyć tak jak wcześniej, jakbym tego maila nigdy nie przeczytała. Było to życie na pokaz, dla Niego, bo w głowie miałam tylko jeden plan – odpłacić pięknym za nadobne. Mogłam zlecić to komuś innemu, zrzucając z siebie poczucie winy. Ale wtedy nie uwolniłabym się od niego całkowicie. Poza tym przeczuwałam, że nawet przez sekundę nie zakiełkuje we mnie współczucie i wina. W końcu udało mi się zdobyć idealny środek. Kolchicyna. Bezbarwna, bezzapachowa ciecz o śmiertelnym dla ludzkiego ciała działaniu. Nie chciałam, aby cierpiał. Nie chciałam zniżać się do jego poziomu, nie chciałam stać się Nim. Pragnęłam tylko Jego śmierci. Pragnęłam zobaczyć jego ciało puste, bez życia, bez człowieka, który wyrządził mi w życiu tyle zła. Wszystko miałam przygotowane. Kolacja i wino. A w jego kieliszku kolchicyna wymieszana z winem. Proponuję toast, a potem delektuję się kaczką ze śliwkami i Jego widokiem, gasnącego na moich oczach. Brutalne? Nie, tylko racjonalne z mojego punktu widzenia. I osiągnęłabym swój cel, gdyby nie ślepy los. Gdyby nie ten jeden telefon, że nie przyjdzie, że szef zadał mu dodatkową robotę i przed północą nie skończy, że może innym razem. Oczywiście, że mógł być inny raz, że ten dzień czy dwa nie zrobiłyby różnicy. Ale nie w tej sytuacji, nie w tym stanie mojego ducha. Postawiłam kieliszek na stole dokładnie przede mną. Odkręciłam buteleczkę i szybkim ruchem wylałam do niego jej zawartość. Zapełnił się niemal po same brzegi, wino straciło swój ciemno czerwony kolor, stało się bardziej klarowne. „Trzeba było użyć białego” - pomyślałam, choć wiedziałam już, że nie będzie żadnego następnego razu. Zakręciłam buteleczkę z powrotem, odstawiłam ją na stół. Wszystko robiłam powoli, dokładnie, by nadać tej sytuacji rodzaj celebracji. Dlaczego? Czy moje odejście z tego świata warte było uświęcenia? Czy moje życie zasługiwało na pożegnanie z godnością? Chwyciłam kieliszek za nóżkę, unosząc go na wysokość oczu, ostrożnie, by nic się nie wylało. Nic nie mówiąc i nic nie myśląc zbliżyłam jego brzeg do ust. W końcu szybkim i zdecydowanym ruchem przechyliłam go, wlewając sobie całą jego zawartość niemal od razu do ust. Kiedy ostawiłam kieliszek na stół na jego dnie wciąż…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych