Sen z babeczkami
"Był jasny, słoneczny wrześniowy dzień. Aż szkoda było go nie wykorzystać. „Idę pobiegać, trzeba trochę zadbać o formę przed pożegnalnymi koncertami Roxette…” – myślała Marie. Żal jej było rozstawać się z fanami ale było
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Był jasny, słoneczny wrześniowy dzień. Aż szkoda było go nie wykorzystać. „Idę pobiegać, trzeba trochę zadbać o formę przed pożegnalnymi koncertami Roxette…” – myślała Marie. Żal jej było rozstawać się z fanami ale było już za późno. Ona i Per podjęli już decyzję o zakończeniu działalności zespołu. Nie mogła zmienić zdania, wycofać się. Żadne z nich nie miało tego w zwyczaju i tego samego uczyli też dzieci. „Muszę tylko poprosić kogoś żeby zaopiekował się przez ten czas moimi kochanymi szkrabami… - myślała uśmiechając się do Jossi i Oscara, bawiących się w pokoju dziewczynki – Już wiem kto na pewno mi nie odmówi” – pomyślała po chwili, uśmiechając się tym razem do siebie, biorąc do ręki komórkę i wybierając numer Pera. - Cześć, mam prośbę – powiedziała gdy połączyli się – Czy mógłbyś przez godzinę lub dwie zająć się Jossi i Oscarem? Chcę pobiegać a nie mam ich z kim zostawić… Możesz też zabrać ze sobą Gabba, jeśli chcesz. - Jasne, że tak – ożywił się – Wiesz, że lubię te szkraby – powiedział, myśląc po chwili: „Lubię je a nawet więcej…” i przypominając sobie co czuł gdy pierwszy raz wziął na ręce Jossi, kilka dni po przyjściu dziewczynki na świat – Gabba też ze sobą zabiorę. Co prawda Asa jest w domu ale znów zajęła się projektowaniem tych idiotycznych lamp. Z doświadczenia wiem już, że gdy to robi – lepiej nie wchodzić jej w drogę. Jest wtedy nie do zniesienia… - szepnął smutno po czym rozłączyli się. Per przyjechał z Gabbem do domu Marie czterdzieści minut później. - Wyjątkowo długo jechaliście a przecież nie mieszkamy daleko od siebie, co się działo? – spytała zdziwiona Marie, gdy przywitali się a Gabb pobiegł do Oscara i Jossi. - Był jakiś piekielnie poważny wypadek i utknęliśmy w korku. Policja, straż i ratownicy medyczni cholernie się guzdrali… - mówiąc o tym – Per był ostro wkurzony. - Dobrze, że już jesteście. Wracam za dwie godziny – powiedziała Marie, po czym pożegnała się z dziećmi i wybiegła. Marie wróciła dwie godziny później, tak jak obiecała. Cały ten czas minął Perowi i dzieciakom wyjątkowo szybko. Przez cały ten czas rysowali, grali w różne gry planszowe i nie tylko. „Jesteś śliczna Jossi, całe szczęście, że wygląd – tak jak talent do rysowania – masz po mamie. Gdyby było inaczej – nie byłoby ze mną ciekawie…” – myślał, przyglądając się rysującej coś w skupieniu dziewczynce. - Jestem już! – zawołała od progu szczęśliwa Marie. Miło było na nią patrzeć; jej nastrój udzielał się wszystkim – Możesz już wrócić do siebie. Gabba odwiozę wieczorem – powiedziała, dodając po chwili już trochę bardziej zmęczonym tonem: - Idę się wykąpać i trochę przespać. Mam już dosyć tego wariującego prawego oka… Kiedy się prześpię – wszystko wróci do normy, spokojnie – próbowała uspokoić Pera, zauważając, że zaczyna się o nią bać. On jednak nie ugiął się i powiedział spokojnie ale jednak na tyle stanowczo, że Marie wiedziała, że nie ma sensu walczyć z nim. - Nie, zostaję tu z Gabbem do wieczora – powiedział. Mówiąc to – przeczuwał, że coś się stanie. „Zostań z nią, bądź obok…” – podpowiadał mu głos w sercu. Na szczęście posłuchał go i został a Marie nie protestowała. - W takim razie – dobrze – powiedziała po czym weszła do łazienki. „Muszę wreszcie przekonać ją żeby zrobiła coś z tym okiem…” – myślał Per, słuchając szumu wody i czujnym okiem śledząc zabawę dzieci. W pewnym momencie jakiś czas po tym jak Marie wyszła spod prysznica – usłyszeli głuchy odgłos upadku. „Co tam się stało?” – pomyślał Per, podrywając się z miejsca i wybiegając z pokoju Jossi w stronę łazienki. - Zostańcie tu, nie wychodźcie stąd – powiedział, obracając się szybko w stronę dzieci. Maluchy były tak wystraszone, że tylko, skinęły twierdząco głowami nie odzywając się i przysunęły się do siebie. Pera przeraziło to co zobaczył gdy wbiegł do łazienki. Marie leżała na podłodze obok umywalki, miała drgawki, z rozbitej głowy leciała jej krew. Drgawki wyglądały tak jakby miała atak padaczki. Mężczyzna jednym niemal susem był już przy niej. Jedną ręką podtrzymywał jej głowę żeby nie uszkodziła jej sobie jeszcze bardziej. W drugiej trzymał telefon, dzwonił na pogotowie. Gdy czekali na pogotowie – próbował dodzwonić się do Gunilli. Chciał żeby zajęła się dziećmi, nie mógł zostawić ich samych. Ona jednak nie odbierała. „Że też teraz nie mogę się do niej dodzwonić…” – myślał. Wściekłość i strach o Marie powoli brały nad nim górę. - Spokojnie, zaraz wszystko minie, wytrzymaj skarbie… - mówił do Marie gdy ta walczyła z drgawkami. Nagle do łazienki wbiegła Jossi. - Co się dzieje z mamą…? – spytała przerażona. - Prosiłem, żebyś nie wychodziła ze swojego pokoju! – krzyknął na nią Per. Dopiero po chwili zorientował się, że wyładował całą swoją złość i przerażenie na niczego nie winnej dziewczynce. Mała, wybuchając płaczem pobiegła do siebie. „Co ja najlepszego zrobiłem… - pomyślał gdy emocje opadły – Muszę ją uspokoić, przeprosić…”. Był na siebie cholernie wściekły. Chwilę później przyjechała wreszcie karetka. Gdy sanitariusze zajmowali się Marie – Per poszedł do dzieci. Gdy zobaczył popłakującą cicho w kącie Jossi – chciał do niej podejść ale Gabby zaszedł mu drogę. - Dlaczego krzyknąłeś na Jossi? – spytał. Chciał przy tym popatrzeć na niego twardo, poważnie. Wyszło mu to jednak tak zabawnie, że Per dosłownie ostatkiem sił powstrzymał się przed wybuchnięciem śmiechem. - Nie chciałem tego zrobić, żałuję tego co się stało – powiedział spokojnie, przyklękając przy synku. - Naprawdę? – spytała dziewczynka, unosząc główkę i patrząc na Pera oczami, w których błyszczały jeszcze łzy. W spojrzeniu dziewczynki można było zauważyć jeszcze ból, strach a nawet odrobinę niedowierzania. - Tak kochanie, bardzo cię przepraszam, chodź do mnie, przytul się – powiedział. Czuł, że dziewczynka potrzebuje tego. Ona podbiegła do niego i mocno się przytuliła. - Posłuchaj mnie teraz uważnie, kwiatuszku: muszę teraz pojechać z twoją mamą do szpitala. Przez jakiś czas zostaniecie sami. Zaopiekuj się chłopcami, dobrze? - Boję się zostać sama… - Jossi znów się przestraszyła. - Jesteś dzielna, dasz sobie radę – próbował uspokoić ją Per. - Mama wróci do nas, prawda? – spytała. Bała się nadal ale już na szczęście trochę mniej. - Oczywiście, że tak – powiedział, uśmiechając się do niej ciepło. Nie był świadomy tego, że okłamał dziewczynkę. Gdy będąc w szpitalu dowiedział się, że Marie musi jednak zostać na noc na obserwacji – wystraszył się i wkurzył na siebie o to, że okłamał Jossi mówiąc, że Marie wróci do nich. „Jasna cholera, najpierw niepotrzebnie nakrzyczałem na Jossi a teraz jeszcze oszukałem ją. Co się ze mną dzieje?” – myślał. Gdy badania skończyły się – poszedł do sali Marie. - Jak się czujesz? – spytał, siadając przy jej łóżku. - Dziwnie… Bardzo boli mnie głowa, jestem strasznie zmęczona… - szepnęła Marie – Boję się tego co się ze mną dzieje… - Będzie dobrze… - pocieszał ją Per – A jak twoje oko? – spytał po chwili. - Teraz jest dobrze, na szczęście. Jak zniosły wszystko dzieci? - Były przerażone, szczególnie mocno przeżyła wszystko Jossi. Kiedy wbiegła do łazienki – naskoczyłem na nią. Cholernie mi wstyd… - szepnął, spuszczając głowę. Było mu strasznie głupio, że bez żadnego sensownego powodu tak ostro naskoczył na własną córkę – Gdybyś tylko widziała ten strach i ból w jej oczach… - Nie obwiniaj się, nie kontrolowałeś tego co się z tobą wtedy działo – pocieszała go Marie, chwytając za rękę i patrząc z otuchą – Najważniejsze, że przyjęła twoje przeprosiny… - Bałem się, że nie będzie łatwo, że nie da się udobruchać… - Ale się udało – po tych słowach ziewnęła lekko i poprosiła: - Chcę zasnąć, zostaniesz przy mnie do tego momentu? - Oczywiście, że tak, sam miałem ci to zaproponować ale mnie ubiegłaś – uśmiechnął się, delikatnie, pełną dłonią gładząc jej czoło i policzek. Czując jego dotyk – Marie zamknęła oczy i westchnęła cicho. - Jak dobrze, że jesteś… - szepnęła. - Zasypiaj spokojnie, wiesz, że nie zostawię cię samej gdy z tobą czy dziećmi dzieje się coś złego. Gdy wrócił do domu – chłopcy już spali, Jossi nie; czekała na niego. - Gdzie jest mama? Miała wrócić z tobą… – spytała, podbiegając do Pera; znowu miała łzy w oczach. - Musiała zostać w szpitalu… - Ale… - Wiem, kochanie, ja też jestem smutny z tego powodu. Ale jutro na pewno wróci do nas. Pojedziecie po nią ze mną – obiecał. Słysząc jego zapewnienie – ucieszyła się. Mężczyzna wziął ją na ręce, zaniósł do pokoju i zaczekał aż zaśnie. Gdy zasnęła – zajrzał do pokoju Oscara w którym spali on i Gabby. Gdy otulił ich szczelniej kołdrą – poszedł do pokoju gościnnego. Miał duże problemy z zaśnięciem. Usnął spokojnie dopiero o trzeciej nad ranem. Następnego dnia spełnił obietnicę daną dzieciom. Zanim wyruszyli – dzieci często pytały o Marie, pytały kiedy ją zobaczą. Szczególnie często pytała Jossi. Była z nią bardzo związana a to co widziała wczoraj – bardzo ją wystraszyło. Często powtarzała: „Nie chcę żeby aniołki zabrały mamę do siebie…”. Zawsze wtedy miała łzy w oczach. Na te słowa dziewczynki, Per odpowiadał zawsze: „Nie bój się, słoneczko, nie stanie się tak, wasza mama jest silna i dzielna, da sobie radę”. Mówił to żeby uspokoić dziewczynkę ale gdy jechali do szpitala – myślał: „A co jeśli znów okłamuję Jossi? Co jeśli jednak stanie się inaczej…? – w drodze do szpitala pierwszy raz pozwolił żeby strach o przyjaciółkę zawładnął nim zupełnie – Po drugiej stronie będzie bezpieczna, szczęśliwa. Wreszcie spotka się z ukochaną siostrą…”. Gdy weszli do sali Marie – Oscar i Jossi od razu podbiegli do niej i mocno się przytulili. Natomiast Gabby nie był tak śmiały jak oni. To co działo się wokół niego było dla chłopca czymś zupełnie nowym, przerastało go a nawet przerażało. Bezpiecznie czul się tylko przy Perze, nie chciał od niego odchodzić. - Nie bój się skarbie, podejdź do Marie – powiedział, uśmiechając się ciepło do chłopca i leciutko popychając go do przodu. - A jeśli zrobię jej krzywdę…? – spytał wystraszony. - Nic takiego się nie stanie, podejdź do niej. Popatrz na Oscara i Jossi, popatrz jak się cieszą – przekonywał go Per. Słysząc słowa Pera – Marie wyciągnęła rękę w stronę Gabba i odezwała się miękko, uśmiechając się do chłopca: - Chodź tu skarbie, nie bój się, nic się nie stanie. Jej słowa przekonały go ale podchodził do niej nieśmiało, powoli. Po jakimś czasie jednak strach opuścił chłopca, zaczął zachowywać się już pewniej. Widząc co się dzieje, Per uśmiechnął się i przez chwilę przyglądał się Marie i dzieciom. Był szczęśliwy cieszyło go, że cała jego rodzina jest razem, przestał już bać się o Marie. Po tej chwili powiedział: - Idę po twój wypis i zaraz stąd zmykamy – po czym wyszedł z sali. Po następnych kilku minutach wrócił do sali ukochanej, pomógł jej spakować się i wyszli z budynku. Byli szczęśliwi, bardzo szczęśliwi. Żadne z nich nie było świadome tego co stanie się kilka dni później. Pozorny spokój trwał niestety tylko tydzień. Tydzień później stało się coś czego nikt się nie spodziewał. Dzisiejszy dzień był tak samo spokojny, jasny i słoneczny jak ten pechowy dzień gdy zaczęła się cała ta historia. Marie bawiła się z dziećmi przed domem. Grali w boche gdy nagle na chwilę przed swoim rzutem kulą – Marie straciła równowagę, upadła i dostała kolejnego ataku drgawek. Ten atak był co najmniej dwa razy mocniejszy od poprzedniego. - Czemu mama tak dziwnie się trzęsie…? – spytał wystraszony Oscar. - Nie mam pojęcia… Przynieś mi telefon a potem biegnij do swojego pokoju i nie wychodź stamtąd – poprosiła Jossi. Była przerażona ale robiła wszystko żeby nie pokazać swojego przerażenia bratu. Chłopiec spełnił prośbę siostry. Gdy wzięła do ręki telefon – najpierw wybrała numer pogotowia. Na szczęście dyspozytor uwierzył dziewczynce i wysłał karetkę pod podany przez nią adres. Zaraz potem zadzwoniła do Pera. Dopiero rozmawiając z nim – pozwoliła ponieść się emocjom, rozpłakała się do słuchawki. - Nie bój się, bądź dzielna, dasz sobie radę – pocieszał ją – Za chwilę będę u was z Gabbem. - Przyjeżdżajcie szybko, bardzo się boję… - szepnęła po czym się rozłączyli. Krótko po ich rozmowie przyjechała karetka i Marie została zabrana do szpitala. Jakieś piętnaście minut później pod domem pojawili się Per i Gabb. - Biegnij do Oscara, ja muszę porozmawiać z Jossi, uspokoić ją – zwrócił się Per do synka, rozpinając pas, którym przypięty był jego fotelik i pomagając chłopcu wysiąść z samochodu. Chłopiec spełnił jego prośbę bez ani jednego słowa sprzeciwu. Czuł, że nie może teraz sprzeciwiać się tacie. Gdy Gabby pobiegł do domu – Per zajął się Jossi. Dziewczynka była przerażona. Rozpłakała się tak bardzo, że miała duże problemy z wzięciem pełnego oddechu. - Opowiesz mi co się stało? Spokojnie i powoli… - Graliśmy tu niedaleko w boche. Kilka kolejek rzutów minęło bez problemów, śmialiśmy, wygłupialiśmy się. Już prawie wygrywaliśmy z mamą – na te słowa dziewczynka delikatnie się uśmiechnęła. Chwilę później posmutniała, znów się wystraszyła. - Już prawie kończyliśmy grę gdy nagle mama upadła i… - dziewczynka znów zaczęła płakać, mocno przytuliła się do Pera. - Spokojnie, kochanie, opowiadaj, nie bój się – mówił łagodnie, gładząc jej gęste brązowe włosy. - Zaczęła się trząść, uderzała głową o chodnik a z ust wypływała jej ślina, było jej bardzo dużo… Próbowałam podtrzymywać jej głowę tak jak ty wtedy w łazience ale było trudno, nie dawałam rady… - płakała – A potem kiedy drgawki minęły powiedziała, że… - dziewczynka wybuchła kolejną falą płaczu. - Spokojnie skarbie, spokojnie… Jesteś bardzo dzielna, opowiedziałaś mi już prawie wszystko, poradzisz sobie… - próbował dodać jej otuchy – Co powiedziała ci mama gdy drgawki minęły? – spytał delikatnie, pozwalając jej się do siebie mocno przytulić. „Moja mała dzielna córeczka…” – myślał, tuląc ją do siebie i czekając aż znów zacznie mówić. Nie naciskał jej. Wiedział, że to będzie błąd, że kiedy to zrobi – mała zablokuje się i nic mu nie powie. - Powiedziała, że nie czuje całej prawej strony ciała a w prawym oku widzi tylko ciemność… - po tych słowach Jossi znów zanurkowała głową w ramiona Pera. Przy nim czuła się wreszcie bezpiecznie, od niego dostawała to czego ostatnio tak bardzo potrzebowała czyli właśnie ciepło, bezpieczeństwo i wsparcie. - Tak bardzo się boję, tato… - szepnęła w pewnym momencie Jossi, nie unosząc głowy z ramienia Pera. Gdy ten usłyszał jej słowa – osłupiał ale jednocześnie ucieszył się. - Jossi czy ty… znasz całą prawdę o tobie i Oscarze? – spytał uradowany. - Tak, mama od zawsze mi o tym opowiadała. Gdy Oscar się urodził – też mi o tym przypominała ale powtarzała zawsze żebym nie mówiła nic Oscarowi, że on pozna prawdę od niej w swoim czasie – odpowiedziała dziewczynka. Była równie szczęśliwa jak Per. Oboje niestety nie byli świadomi jednego – tego, że podsłuchuje ich Boyloss. Facet podszedł do nich szybkim krokiem i jednym stanowczym ruchem pociągnął dziewczynkę za włosy. - To ja jestem twoim ojcem ty mała… - syknął. - Wcale nie, jest inaczej! – zawołała szarpiąc się i próbując uwolnić. - Puść ją wreszcie! – ryknął Per, po czym gdy to nie przyniosło oczekiwanego skutku – szepnął do Jossi: - Chwyć mnie mocno za szyję. Teraz odbiegnę szybko o kilka kroków do tyłu żeby cię uwolnić. Może trochę zaboleć… - ostrzegł ją. Jego plan powiódł się. Gdy zrobił to o czym mówił – dziewczynka była wreszcie wolna. Gdy tak się stało – postawił ją na ziemi po czym powiedział: - Biegnij teraz do chłopców, szybko! Gdy spełniła jego prośbę i zniknęła w wejściu do domu – Per dopadł wreszcie Boylossa. - Nie jesteś ojcem Jossi i Oscara, palancie! Nie jesteś nawet wart Marie! Nigdy nie otrzymała od ciebie wystarczającej ilości ciepła, miłości i wsparcia, które było jej potrzebne. W trakcie depresji gdy cię potrzebowała – nie było cię przy niej. To ja ją z tego wyciągnąłem! – wołał rozwścieczony Per. Nie kontrolował tego jak mocno trzyma Boylossa, tego jaki ból mu sprawia. - Teraz też nie liczcie na moją pomoc. Ona tego nie przeżyje, pomogę jej przejść na tamtą stronę! – odparował. - To akurat mnie nie dziwi. Poradzimy sobie a Marie przeżyje, nie pozwolę wam jej tknąć! – zawołał Per, zauważając kątem oka wystraszonych Jossi, Gabba i Oscara, którzy wszystko słyszeli. Celowo kończąc wypowiedź użył liczby mnogiej, bo wiedział – aż za dobrze zresztą – że Asa też nie toleruje Marie i że cieszyłaby się z jej śmierci. Gdy pozbył się Boylossa, wypchnął go za furtkę – mógł już wrócić do dzieci. Zanim to zrobił – spróbował dodzwonić się do Gunilli. Tym razem już udało mu się to bez problemu. - Będę za pięć do dziesięciu minut – powiedziała przerażona gdy Per opowiedział jej o wszystkim. Gdy rozłączyli się – wrócił do dzieci. - Jadę teraz do szpitala żeby dowiedzieć się co dokładnie jest waszej mamie – powiedział siadając przy maluchach. - Nie chcę zostać sama z chłopcami, boję się… Boję się, że ktoś tu przyjdzie i… - wystraszyła się Jossi. - Spokojnie, zostanie z wami ciocia Gunilla. Zaczekam z wami do jej przyjazdu, odjadę dopiero kiedy będę wiedział, że jesteście bezpieczni. - Naprawdę? – spytała Jossi. Przez to co się działo – dziewczynka stała się nieufna. - Tak, kwiatuszku, nie bój się – zapewnił ją Per. Rozumiał, że dziewczynka jest nieufna. Nie miał jej tego za złe choć z drugiej strony trochę go to bolało. Zanim wyruszył w drogę – zabrał z pokoju Marie jej komórkę. Musiał powiadomić rodzeństwo Marie o tym co się z nią dzieje. Czuł się dziwnie grzebiąc w jej komórce ale to była jedyna możliwość skontaktowania się z rodzeństwem Marie. Wiadomością przejęły się tylko Ulla i Tina; porządnie się wystraszyły. Natomiast Sven nawet nie odebrał telefonu. Gdy Per wysłał mu SMSa – tym razem już ze swojego numeru – z prośbą o to żeby się skontaktowali w sprawie Marie – jego odpowiedź brzmiała: „Nie obchodzi mnie to. Nie obchodzi mnie czy przeżyje czy też nie”. Ta wiadomość zmroziła krew w żyłach Pera. „Od zawsze wiedziałem, że on jest jakiś dziwny, że mało interesuje go to co dzieje się z Marie, jej sukcesy, porażki... Po cichu liczyłem, że to co dzieje się z nią teraz – zmieni jego stosunek do niej a tu widzę, że nic z tego nie będzie…” – myślał rozczarowany. Po chwili jednak zaczął próbować się pocieszać, myśląc: „Całe szczęście, że ma siostry. One jej nie zawiodą, podpowiada mi to intuicja i chyba jej zaufam…”. Gdy czekał przed blokiem operacyjnym na zakończenie operacji Marie – zadzwonił najpierw do ich menagerki a potem do pozostałych członków zespołu. Gdy dowiedzieli się o tym – przerazili się, szczególnie Marie. Nie dała sobie rady z powstrzymaniem emocji, rozpłakała się. Natomiast Clarence, Pelle, Magnus i Chris zareagowali wielkim szokiem. Jakieś pół godziny później wszyscy pojawili się w szpitalu. Razem z Perem czekali przed blokiem operacyjnym. - Dziękuję, że jesteście, że mogę na was liczyć… - szepnął w pewnym momencie Per. Wypowiadając te słowa był wystraszony, smutny. - Wiesz przecież, że nigdy nie odwróciliśmy się od was gdy mieliście jakieś problemy. Nie ważne czy byłeś to ty czy Marie – szepnął Clarence,, wymownie patrząc na Pera. To wymowne spojrzenie miało przypomnieć Perowi jaką pomoc dostali on i Marie, gdy ta chorowała na depresję. Clarence osiągnął swój cel, bo Per dobrze odczytał jego spojrzenie. - Naprawdę bardzo wam dziękuję… - szepnął Per. Na te słowa ich menagerka wzięła go delikatnie za rękę. Gdy poczuł jej dłoń na swojej – nie zaprotestował, nie cofnął jej. Operacja trwała pięć i pół godziny. Czas oczekiwania wszystkim piekielnie się dłużył. Szczególnie – Perowi. Nie mógł sobie znaleźć miejsca. Wszyscy patrzyli na niego z bólem i smutkiem. Było im strasznie przykro. Ciągle mieli idiotyczne wrażenie, że nie pomagają mu tak jak powinni. Mylili się i to grubo. Perowi pomagało już samo to, że po prostu przy nim są, nie odwrócili się. Po tym czasie – drzwi bloku otworzyły się. Słysząc odgłos otwierających się drzwi – Per poderwał się ze swojego miejsca i podbiegł w stronę lekarzy prowadzących Marie do jej sali. Bardzo kusiło go żeby odezwać się do niej, próbować ją obudzić. W ostatniej jednak chwili powstrzymał się jednak i stanęło tylko na tym, że chwycił ją za rękę. Delikatnie ujął jej prawą, sparaliżowaną dłoń. Gdy została wwieziona do sali – Per niestety musiał już zostać na zewnątrz. Gdy lekarz wyszedł stamtąd po podłączeniu Marie do aparatury i odpowiedniej kroplówki – Per zagadnął go: - Co z nią? Jakie ma szanse? Czy mogę wejść do niej? – dopytywał. - Wykryliśmy u niej guza mózgu. Ten guz to nowotwór. Wycięliśmy go ale pana przyjaciółka będzie musiała przyjmować chemioterapię i radioterapię prawdopodobnie też… Ma małe szanse, bardzo małe… Dajemy jej tylko pięć procent szans i pół roku życia… - lekarzowi było bardzo trudno o tym mówić. Przypadek Marie był pierwszym tak trudnym w jego karierze. - Pięć procent szans?! Pół roku?! Tylko nie to… - Per nie dał rady z powstrzymaniem emocji, z ich nadmiaru aż zakręciło mu się w głowie. - To jeszcze nie wszystko… - zaczął lekarz ale bał się reakcji Pera na to co ma mu do powiedzenia. - Proszę powiedzieć mi o tym, nie ukrywać niczego – poprosił – Przepraszam za swoją poprzednią reakcję, to wszystko mnie zaskoczyło, wystraszyło… - szepnął. Było mu strasznie wstyd tego jak zachował się wcześniej. - Rozumiem, rozumiem… - mruknął po czym wrócił do sedna sprawy – Po operacji pana przyjaciółka będzie miała problemy z poruszaniem się, mówieniem, pisaniem, czytaniem, liczeniem… Jednym słowem – wszystkiego będzie musiała uczyć się od nowa. - Boże… Czemu to musiało spotkać akurat ją… - szepnął wystraszony i zdezorientowany – Czy mogę wejść do niej? – powtórzył pytanie; gdy zadał je pierwszy raz – nie uzyskał odpowiedzi. - Dziś nie. Jutro w południe będziemy wybudzać ją z narkozy. Wtedy będzie mógł pan się z nią zobaczyć. - Więc przyjdę tu jutro… - szepnął Per, po czym spojrzał ze smutkiem na ukochaną i ze spuszczoną głową, wolnym krokiem zaczął iść w stronę wyjścia. Pozostali też podnieśli się ze swoich miejsc i dogonili Pera. Chcieli dopytać go o to czego dowiedział się od lekarza. Powstrzymali się jednak od pytań. Woleli zaczekać aż Per sam zacznie się tym z nimi dzielić. Nie musieli czekać na to długo, bo to co lekarz przekazał Perowi – zaczęło mu ciążyć, poczuł że musi się tym z nimi podzielić. Czuł też, że zawiódłby przyjaciół gdyby nie powiedział im co dzieje się z ich przyjaciółką traktowaną w zespole jak księżniczka. Gdy Per opowiedział im o wszystkim – wszyscy doznali ciężkiego szoku. - Wyjdzie z tego, musisz być silny, wierzyć w nią. Musisz być silny dla niej i dzieci… - próbowała podnieść go na duchu Dinberg. - Wierzę w to, że wygra ale boję się o nią… Ten strach jest niewyobrażalny, nie potrafię go opisać… Jak ja mam o tym powiedzieć dzieciom…? – spytał na koniec z przerażeniem w głosie. - Dasz sobie radę, jesteśmy z tobą – szepnęła ze wsparciem Marie, delikatnie kładąc mu dłoń na ramieniu. Przed szpitalem rozstali się. Wsiadając do samochodu, przed wyruszeniem w drogę napisał do Gunilli SMSa o treści: „Wiem już wszystko na temat stanu zdrowia Majsan. Opowiem ci o tym kiedy wrócę. Teraz jadę do mamy. Muszę porozmawiać z nią o tym”. Chwilę później siostra odpisała mu: „Rozumiem, że potrzebujesz tej rozmowy, nie martw się o dzieci, są bezpieczne a ja zostanę z nimi tak długo jak tylko będzie trzeba”. - Kochana Gunilla, na nią zawsze mogłem liczyć… - szepnął do siebie Per, ruszając. Przypomniał sobie w tym momencie wszystkie trudnie dla niego momenty, w których siostra pomogła mu. Gdy dojechał pod dom rodzinny – mama czekała już na niego w ogrodzie. Była smutna, bardzo smutna. Po wyrazie jej twarzy i oczu domyślił się, że wie już o wszystkim. Jednak tak naprawdę wszystkiego nie wiedziała. Nie wiedziała najgorszego. - Musimy porozmawiać mamo, pomóż mi… - szepnął smutno po tym jak się przywitali. Po tych słowach zaczął opowiadać matce o tym wszystkim czego dowiedział się. Gdy mówił – ułożył ufnie głowę na kolanach Elisabeth. Zachował się tak jak zawsze wtedy gdy jako chłopiec miał jakiś problem. Przez ten jeden moment mógł znów poczuć się jak dziecko. Elisabeth rozumiała, że on tego potrzebuje i nie robiła nic, nie protestowała. Natomiast Bengt gdy to zobaczył – zaczął się ironicznie śmiać a oni wręcz spiorunowali go spojrzeniami. - Zostaw nas w spokoju! – zawołał Per, nawet nie podnosząc głowy – Chcę spokojnie porozmawiać z mamą, potrzebuję pomocy! - Chodzi o tą twoją przyjaciółeczkę, hipiskę? Wiem o tym co się z nią dzieje. Dobrze jej tak, mogę się założyć, że nie przeżyje, idiotka! - Nie obrażaj jej! Ona jest dla mnie wszystkim, nie mogę jej stracić! – zawołał rozwścieczony Per. Słowa jego brata przelały czarę goryczy. Po tych słowach poderwał się i niemal jednym skokiem był już przy Bengcie. Był tak wściekły, że nawet nie kontrolował tego jak się zachowuje. - Przestańcie! Przestańcie! – wołała Elisabeth. Była przerażona. Bengt i Per niestety nie reagowali. Dla Pera najważniejsze było w tym momencie to żeby obronić dobre imię Marie, unieszkodliwić brata. Gdy tak się wreszcie stało – podszedł do matki i szepnął ze skruchą: - Przepraszam nie chciałem tego ale musiałem obronić Marie. Nie mogę przyglądać się biernie kiedy ona czy dzieci są obrażani. - Rozumiem cię i nie mam ci tego za złe… - szepnęła kobieta, delikatnie przesuwając dłonią po ranie na policzku Pera. Ten lekko skrzywił się wtedy z bólu. - Nie zasługuje na to, idiotka! – zawołał Bengt. - Nie obrażaj jej! – odparował Per. Już miał go znowu uderzyć ale powstrzymał się. Poderwał się do tego ale już chwilę później zrezygnował i zatrzymując się przed wyjściem z ogrodu na podjazd – zwrócił się do Elisabeth ze słowami: - Dziękuję, że mogłem z tobą o tym porozmawiać. Bardzo się o nią boję, jest dla mnie wszystkim, nie mogę jej stracić… - Nie dziwię ci się, na pierwszy rzut oka widać, że bardzo się kochacie… Wpadaj zawsze gdy tylko będziesz tego potrzebował. - Czasem zastanawiam się co bym bez ciebie zrobił, czy dałbym sobie radę… - mruknął, po czym pomachał mamie na pożegnanie, wsiadł do samochodu i odjechał. Gdy samochód Pera zniknął Elisabeth z pola widzenia – kobieta weszła do domu. Nawet nie spojrzała na zwijającego się z bólu Bengta. Idąc, myślała tylko: „Ciągle nie mogę zrozumieć jednego: czemu oni ciągle drą ze sobą koty… Było tak od zawsze ale kiedy w życiu Pera pojawiła się Marie – wszystko się zaostrzyło… Całe szczęście, że jest jeszcze Gunilla, że na nią Per może liczyć tak jak na mnie gdy coś jest nie tak…”. Tymczasem Per dojechał już do domu. Dzieci spały spokojnie w swoich pokojach a Gunilla czytała książkę w salonie. Robiła wszystko żeby tylko nie zasnąć. - I jak, ta rozmowa pomogła ci? Jak się czujesz? – spytała z troską po przywitaniu się z bratem. - Tak, czuję się już trochę lepiej – odpowiedział Per. - Skąd ta rana? – spytała, zauważając rozcięcie na jego policzku. - To wina Bengta... - Nie rozumiem… - To jest proste. Kiedy rozmawiałem z mamą – Bengt podsłuchiwał nas a potem… potem zaczął obrażać Marie… Stanąłem w jej obronie i oberwałem… - Brak słów – skwitowała krótko Gunilla. Nie chciała nawet dopytywać co mówił Bengt. Domyślała się, że ostro jej się oberwało. - Masz rację, brak słów – zgodził się Per, pytając po chwili: - Jak trzymają się dzieci? - Kiepsko… Są smutne, wystraszone… Często o was pytały. Szczególnie Jossi. Rzadko wychodziły z domu a jeśli już – unikały miejsca w którym grali przed tym atakiem… - Wcale im się nie dziwię… - szepnął smutno, zerkając w stronę lekko uchylonych drzwi pokoi dzieci. Chwilę po tych słowach – zaczął tak jak obiecał w SMSie – opowiadać siostrze o tym czego się dowiedział. W pewnym momencie przydreptał do nich wystraszony ale i jednocześnie trochę zaspany Oscar. - Co się stało kochanie? Śniło ci się coś złego? – spytał delikatnie Per, biorąc chłopca na kolana. - Tak… - szepnął mały, opierając głowę o tors Pera i układając usta w podkówkę. - Opowiesz mi co ci się przyśniło? – spytał, idąc z chłopcem na rękach do jego pokoju. - Śniło mi się, że… że mama odchodzi od nas i… i już nie wraca… - po tych słowach chłopiec rozpłakał się. - Nie bój się skarbie, twój sen się nie spełni… - starał się uspokoić go Per. Gdy próbował ułożyć małego w łóżku – chłopiec zaczął protestować, kręcić głową. - Już dobrze, dobrze, nie bój się… - szepnął miękko Per, siadając z chłopcem na rękach w fotelu i powoli zaczynając się z nim kołysać. - Co jest naszej mamie…? – spytał, nadal jeszcze popłakując cicho. - Opowiem wam o tym jutro, obiecuję. Tymczasem Gunilla przez chwilę przyglądała im się. Patrząc na to co dzieje się w pokoju chłopców – myślała: „Ma cudowne podejście do dzieci, radzi sobie…”. - Idę już do siebie, będę jutro – zwróciła się chwilę później do Pera, po czym wyszła. Tymczasem Oscar zasnął już spokojnie i nie obudził się do rana. Następnego dnia Per spełnił obietnicę i po śniadaniu opowiedział dzieciom o tym co jest Marie. Bał się tego i zaczekał z tym do przyjazdu Gunilli. Wiedział, że gdy siostra będzie przy nim – poradzi sobie z tym. - Chodźcie do salonu, musimy porozmawiać – zaczął Per, gdy skończyli posiłek. - O czym będziemy rozmawiać? – spytała Jossi, przecierając oczy i ziewając lekko. - O waszej mamie… - odpowiedział Per, jednocześnie spoglądając ze strachem na siostrę. Patrzył jakby chciał powiedzieć: „Strasznie się tego boję, nie wiem czy dam sobie radę, boję się reakcji dzieci...”. „Poradzisz sobie, będę obok, nie zostawię cię z tym samego” – zdawało się mówić spojrzenie Gunilli. - Powiesz nam co jej jest? – pytanie znów zadała Jossi. - Tak. Kiedy ty i Gabby spaliście – przyszedł do mnie Oscar. Chciał żebym opowiedział mu o tym ale obiecałem, że zrobię to dziś i od razu powiem o tym całej waszej trójce. - Więc mów... – poprosiła Jossi. Bardzo mało brakowało żeby przy chłopcach zwróciła się do Pera „tato” ale w porę się powstrzymała. „W ostatniej chwili…” – pomyślała, robiąc długi cichy wydech. - Wasza mama jest bardzo chora… - zaczął Per ale nagle wszedł mu w słowo Oscar, pytając: - Kiedy moglibyśmy ją zobaczyć? - Nie wchodź w słowo innym, to nieładnie – zareagowała Jossi. Widząc jej reakcję, Per pomyślał: „Zrozumiała, że musi przejąć opiekę nad bratem, dzielna mała…”. - Jeszcze tego nie wiem, muszę porozmawiać o tym z lekarzami. Ale na pewno pozwolą mi co jakiś czas was do niej przyprowadzać – odpowiedział na pytanie chłopca, po czym wrócił do sedna sprawy – Pamiętacie ten atak w trakcie waszej gry? – słysząc jego pytanie Jossi i Oscar w jednej chwili posmutnieli, wystraszyli się – Przepraszam, nie chciałem o to pytać, czegoś takiego nie da się łatwo zapomnieć ale musiałem jakoś zacząć ten temat… - skorygował się gdy tylko zobaczył reakcję dzieci – Gdy po nim zabrano ją do szpitala – lekarze wykryli w jej głowie guza, który powodował te ataki. Na szczęście szybko zrobili zabieg, w trakcie którego usunęli go. – Czyli to znaczy, że ciocia jest już zdrowa? – spytał Gabby. „Żałuję, że od początku nie oswajałem cię z prawdą, która w tym temacie jest inna… Mój błąd, niedługo będę musiał go naprawić…” – pomyślał Per, po czym, odpowiedział na pytanie: - Niestety ale nie… Jest dopiero na początku drogi do tego żeby wyzdrowieć. Ale jeśli będziemy jej w tym pomagać – będzie jej łatwiej. W związku z tym sporo teraz się zmieni… - po wypowiedzeniu tych słów spojrzał na Gabba. - Przeprowadzimy się tu? Na zawsze? – spytał chłopiec. - Zgadłeś ale tylko jeśli chodzi o to, że się tu przeprowadzimy. Zamieszkamy tu do czasu aż Jossi i Oscar nie będą potrzebowali naszej opieki i pomocy – po tych słowach spojrzał na Gunillę jakby chciał spytać: „Nie zostawisz mnie z tym prawda?” – nadal się bał. „Oczywiście, że nie, nie miałabym sumienia tego zrobić” – również spojrzeniem odpowiedziała Gunilla. - Szkoda, że nie zamieszkamy tu na stałe… - mruknął smutno chłopiec. - A chciałbyś żeby tak było? – spytał Per, delikatnie burząc jego puszystą blond czuprynkę. - Tak… - szepnął mały. Nadal był smutny. Żaden z nich nie miał pojęcia jaki będzie dalszy rozwój wypadków – Poczekajcie tu chwilę, zaraz do was wrócę – powiedział, po czym wyszedł zostawiając dzieci. Chciał skonsultować się z Gunillą na temat tego czy mówić im teraz o tym jaki jest stan Marie po operacji wycięcia nowotworu. - Mówić im o tym teraz? – spytał wystraszony. - Moim zdaniem lepiej nie. Zaczekaj z tym kilka dni. To czego dzieci już się dowiedziały to już za dużo jak dla nich. Pozwól im przemyśleć to, przyzwyczaić się do tej sytuacji. To jest dla nich nowe. - Wiem, wiem… Chciałem po prostu upewnić się, poradzić co mam robić dalej… - mruknął Per. Po tej wymianie zdań rozstali się. - Możecie wrócić już do siebie – zwrócił się do dzieci, stając w drzwiach salonu gdzie toczyła się wcześniejsza rozmowa. Gdy dzieci wychodząc z salonu kierowały się do ogrodu – Per zatrzymał Gabba, mówiąc: - Jadę teraz po nasze rzeczy. Zamieszkamy tu już od dziś. - Fajnie! – ucieszył się chłopiec, rzucając się Perowi na szyję. - No już, biegnij do Jossi i Oscara – powiedział. Jakąś godzinę później Per był już w domu Marie. Pojawiłby się tam wcześniej gdyby nie awantura jaką o Marie zrobiła mu Asa. W trakcie tej awantury Per pierwszy raz od początku ich związku uderzył ją. Wcale nie było mu tego żal. Musiał w końcu – kolejny już raz zresztą – obronić osobę, którą tak naprawdę kochał. Po przyjeździe spędził chwilę z dziećmi po czym pojechał do szpitala. Gdy wszedł do sali Marie – lekarze wybudzali ją z narkozy. - Może pan tam wejść. Ostrzegam, że jest bardzo słaba – powiedział lekarz, uprzedzając pytanie Pera. - Dziękuję – szepnął szczęśliwy, kierując się do wejścia. Wchodził do sali bardzo powoli, niepewnie. Gdy wchodził – Marie miała zamknięte oczy. Kiedy jednak usłyszała jego kroki – otworzyła je. Widząc lekko rozmazany zarys sylwetki Pera – uśmiechnęła się lekko. - Jak dobrze, że się obudziłaś, że jesteś z nami… Bardzo się o ciebie baliśmy… - mówił. Mówił szeptem, jego głos drżał lekko. Wiedział, że musi mówić szeptem, zdawał sobie sprawę, że gdyby mówił choć odrobinę głośniej – drażniłoby to Marie a on nie chciał żeby czuła się źle. Z początku zdziwiło go gdy zauważył pozaciągane żaluzje w oknach. Po chwili jednak zorientował się, że światło słoneczne też jej przeszkadza. Patrzyła na niego z przerażeniem, tak jakby chciała zapytać: „Co się stało, czemu nie mogę się ruszyć, nie mogę nic powiedzieć?”. Denerwowało ją, że mimo, że chce odpowiedzieć, ma słowa na końcu języka a jednak nie może ich wypowiedzieć. Per niemal od razu zorientował się co czuje Marie, z czym się zmaga. - Nie bój się, będzie dobrze, wyjdziesz z tego a ja przez cały ten czas będę przy tobie, nie zostawię cię – szepnął, ujmując delikatnie sparaliżowaną dłoń ukochanej i zaczynając dotykać jej, bawić się nią. Robił to żeby odzyskała czucie w dłoni, żeby mogła zacisnąć ją na jego dłoni nawet delikatnie. Mijały miesiące; każdy dzień był taki sam. Per codziennie całe dnie spędzał w szpitalu a dzieci zostawiał pod opieką Elisabeth lub Gunilli. Tylko im mógł zaufać. Codziennie Marie była o krok bliżej wyzdrowienia. Krótko po operacji zaczęła się jej rehabilitacja. Na początku Marie ćwiczyła z rehabilitantami. Potem jednak straciła zaufanie do nich. Dużo czasu musiało minąć zanim tamci zrozumieli, że ona nie ufa im, boi się ich. Kiedy wreszcie tak się stało – pozwolili Perowi opiekować się nią i tylko przydzielili im pielęgniarkę, która pilnowała ich, pomagała im. Kilka dni po tym jak zdjęto Marie szwy – Per jeszcze tego samego dnia pierwszy raz dotknął jej blizn. Tym zachowaniem chciał pokazać jej, że blizny nie przeszkadzają mu, nie wstydzi się ich, nie stanowią dla niego problemu. „Te blizny są okropne, czy one naprawdę ci nie przeszkadzają?” – zdawało się pytać jej spojrzenie. - Ani trochę skarbie, ani trochę… - szepnął, kolejny raz przesuwając czubkami palców po bliznach. „Akceptuje mnie taką jaka jestem…” – pomyślała, pozwalając kilku łzom stoczyć się po policzkach. Gdy Per zauważył je – niemal od razu delikatnie starł je wewnętrzną stroną dłoni. Jakieś półtora miesiąca po operacji lekarze pozwolili Perowi pierwszy raz przyprowadzić do Marie dzieci. Na dwa dni przed tym „wydarzeniem” – w końcu wszyscy jednocześnie cieszyli się i bali tego momentu – Per przeprowadził z Jossi i chłopcami kolejną poważną rozmowę. Podobnie jak w przypadku pierwszej – bał się ale mniej niż wtedy, bo wiedział, że tak jak wtedy Gunilla będzie przy nim. Przed tą rozmową nawet nie musiał jej o to prosić. Od razu wiedziała, że jest potrzebna. Tym razem rozmowa toczyła się w pokoju Jossi gdzie dzieci grały w twistera. To przy tej zabawie Per zastał dzieciaki. - Stało się coś? – spytał Gabb zauważając, w spojrzeniu Pera strach i niepewność. - Musimy po prostu porozmawiać… - zaczął nieśmiało. - Znów o mamie? – spytał Oscar. - Jest z nią źle? – tym razem zapytała Jossi. Nie wytrzymała napięcia. - Nie, boisz się niepotrzebnie kochanie, wszystko jak na razie jest w porządku. - Więc co się dzieje? – dopytywała.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil roxetka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…