Wróć do katalogu

Skarb lorda Trentona

A na horyzoncie już czai się kolejna przygoda - czy Xii i Carys odnajdą sławetny skarb?

carys, opublikowano , 59 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Bohaterowie na bezrobotnym część 2

Skarb lorda Trentona

Po "prawie" zakończonej sprawie serii kradzieży w Is i okolicach, jako, że główny sprawca zbiegł przed wymiarem sprawiedliwości, Carys i reszta ferajny, w ponurych nastrojach powrócili do dworu. Pomimo, że starannie przetrząśnięto każdy centymetr przestrzeni w promieniu kilkunastu kilometrów od siedziby Zawadków, Aldrian jakby rozpłynął się w powietrzu. Na domiar złego narzędzia, które ze sobą zabrał, pochodziły z pracowni Requela, więc rodzeństwo było podwójnie poszkodowane. Brat Carys jednak niewiele się tym faktem przejął, wyraźnie popierając szaleńcze zapały konstruktora-amatora. -Gdyby to ode mnie zależało, dałbym mu angaż - powiedział Requel, szukając w pęku kluczy tego właściwego, pasującego do zamka w drzwiach frontowych. -Req, odbiło ci?! To kleptoman, recydywista i na dodatek niebezpieczny świr! -Nie, siostrzyczko. To geniusz! - blondyn pokiwał głową i ze zdziwieniem zauważył, że zamek w drzwiach został wyłamany. - Te menty znowu sznupały po naszym lokum! -A ty to popierasz - warknęła Carys, zatrzaskując bratu drzwi tuż przed nosem. - Przez ciebie muszę się barykadować we własnej sypialni, żeby przypadkiem w nocy ktoś na mnie nie napadł! Xiitane, ziewający Arew i oskubany kruk w milczeniu przysłuchiwali się kolejnej tego dnia sprzeczce rodzeństwa. Na szczęście Nanette, siostra zbiega Aldriana zdążyła już się ewakuować, inaczej pewnie oberwałoby się jej za wszystkie kradzieże dokonane we dworze. -Jutro wznowimy poszukiwania - dodała Carys, rozdzielając pomiędzy towarzystwo ostałe w skrzyni mydło i frotowe ręczniki do kąpieli. Urzędująca w kuchni Kolma właśnie zaczęła grzać wodę. - Może być pewien, że nie popuszczę – mruknęła drowka i ruszyła korytarzem do pomieszczenia, które kiedyś było jej sypialnią. Na chwilę obecną większość umeblowania i obrazów odpłynęła do nieznanej lokacji, zapewne prywatnej kolekcji jakiegoś nadzianego biznesmena, któremu przemytnicza brać wcisnęła kit, że jest to antyczny staroć. Przez nieosłonięte firanami okna do pokoju wpadał blask księżyca. Carys popatrzyła na przykryte prześcieradłami pozostałe w pomieszczeniu meble. Wśród nich znajdowała się przeżarta przez korniki komoda, nadtłuczone lustro i dwa krzesła wątpliwej stabilności. -Zakosili mi nawet łóżko! - syknęła, zauważając brak podstawowego mebla. - Przecież nie będę spała na ziemi! Niedoczekanie! Już miała wypaść na korytarz i wszcząć alarm, gdy jej wzrok padł na jeszcze jeden pokryty białą materią przedmiot, kamuflujący się w rogu komnaty. Stara sofa. Carys wesoło zatarła ręce i uśmiechnęła się do siebie. Szybko zdjęła okrywające mebel prześcieradło... i omal nie dostała zawału. Na sofie, zwinięty w kłębek, smacznie chrapał Aldrian Zawadka, szalony kleptoman poszukiwany przez pół miasta i okręgowych inspektorów policji. Wyczuwając brak okrycia mężczyzna pomacał dłonią wokoło, szukając prześcieradła. Gdy go nie znalazł, odemknął jedno oko i zrobił rozeznanie. Widok Carys, której kopara prawie opadła na buty, szybko postawił go do pionu. -Przeszukujecie nawet rudery do rozbiórki? - wymamrotał, przecierając oczy. -Tak się składa, że ta RUDERA jest moim domem, a ja nie życzę sobie w nim żadnych lokatorów na czarno! Zwłaszcza tych z szemraną przeszłością! - warknęła Carys, odzyskując rezon. -Aha - Aldrian pokiwał głową, przyjmując informację do wiadomości. - To w spiżarni siedzi jeszcze jeden - dodał wesoło, i nim Carys zdążyła zareagować, wyjął z jej rąk prześcieradło i, padłszy na sofę, szczelnie się nim okrył. - Dobrej nocy, madame - wymamrotał i nastawił gardło na serię chrapopodobnych dźwięków. Carys kopniakiem wywróciła zdezelowaną sofę i pan Zawadka z głośnym hukiem potoczył się po podłodze. -Ej, co jest? - jęknął, gramoląc się do pionu, co okazało się dosyć trudne z wazonem na czuprynie. - Daj człowiekowi pospać! Myślisz, że planowanie ucieczki to przyjemne i relaksujące zajęcie? -Czy wszystko w porządku? - Requel, zaniepokojony hałasami, wpadł do sypialni Carys. - O, mój genialny konstruktor! - ucieszył się na widok Zawadki, który właśnie otrzepywał ubranie z niewidocznych zabrudzeń. -Nie uwierzysz! Szukaliśmy go w każdej dziurze, a on po prostu zabukował się na mojej sofie! - Carys nie wytrzymała. - Skandal! -W spiżarni jest Beld. Kolma nie może odciągnąć go od serków pleśniowych. Twierdzi, że ma do nas interes w sprawie jakiegoś skarbu i... - do pokoju wpadła Xiitane i ucięła w pół słowa na widok poszukiwanego. - A ten skąd się tu zmaterializował? -Dosyć tego dobrego! Wołam policję! - krzyknęła Carys. -Spoko, siostra - Requel przytrzymał ją za ramię. - To także mój dom, a ci panowie są moimi gośćmi. Więc jak będzie? Carys podniosła ręce w geście kapitulacji. -Oby Beld miał dobrą wymówkę, bo Kolma nie daruje mi tych serków.

***

Gdy w końcu właściciele "domu do rozbiórki" pouzgadniali między sobą, kto jest czyim gościem, a kogo należy wysłać do okręgowego inspektora policji, Carys zaprosiła towarzystwo do jadalni i poleciła Kolmie zaparzyć mocną herbatę. Drowia służąca, potwornie ziewając, bąknęła pod nosem, co myśli o nowych porządkach wprowadzanych przez młode pokolenie, lecz wystarczyło jedno spojrzenie Requela, by posłusznie podreptała do kuchni. -A teraz do rzeczy, bo chcę się wyspać tej nocy - powiedziała Carys, wytrzepując siedzenie krzesła z nadmiaru kurzu. - Beld, podobno miałeś do nas jakiś interes nie cierpiący zwłoki. -Tak o suchej gębie? - złodziejaszek tęsknie spojrzał na karafkę z rumem, która stała w przeszklonej komódce. -Niech ci oczka za bardzo nie biegają. W kredensie zostały chyba jeszcze jakieś krakersy - drowka podreptała do mebla i wyciągnąwszy z niego opakowanie sucharków wątpliwej przydatności do spożycia, podsunęła je pod sam nos pana Duke. - Mam nadzieję, że masz dobre zęby. Beld ostrożnie przyjrzał się sucharkom i przesunął je pod nos siedzącego obok Aldriana. -Co wiecie o lordzie Trentonie? - zaczął konspiracyjnie, splatając palce i robiąc ważną minę. -Lord Trenton? - Requel zastanowił się, przeczesując palcami czuprynę. - Plotka głosi, że był bajecznie bogaty i posiadał wiele ziem we wschodnich krainach. Podobno miał pałac w Kraju Kwitnącej Gruszki zbudowany z marmuru i ozdabiany złotem - głośne chrupnięcie od strony Zawadki przerwało jego wywód. -Jasna cholera - zaklął konstruktor, chwytając się za policzek. - To są sucharki, czy cegły? -Jedno i drugie - mruknął Beld i syknął, gdy dopadł go kopniak Xiitane. -Po śmierci Trentona nie znaleziono ani monety z olbrzymiego majątku, jaki ponoć zgromadził - uzupełniła srebrnowłosa, uśmiechając się niewinnie do złodziejaszka. - I nic dziwnego, bo lord Trenton był purpurowym smokiem Trezenfonusem, a chyba doskonale wiecie, jakie są smoki. -Gadzina była sprytna - Beld pokiwał głową, odpychając od siebie paczuszkę z sucharkami, którą podsunął mu Aldrian. - Dobrze ukryła swój skarb, zanim wyzionęła ducha. Znalazło się jednak kilku śmiałków, którzy postanowili go odnaleźć. Istnieje pewna mapa... -Tylko mi nie mów, że to jest właśnie ten interes, który do mnie masz, Beld - Carys zmarszczyła czoło. Złodziejaszek ochoczo pokiwał głową. -Mam mapę do skarbu Trentona – powiedział tryumfująco, i z zadowoleniem spojrzał na twarze zgromadzonych w jadalni, by zobaczyć, jaki informacja wywoła efekt. - Zwędziliśmy ją jednemu gogusiowi na szlaku, który paplał o niej na prawo i lewo. -A nie przyszło ci do głowy, że to fałszywka? - panna Velmondo zabiła ćwieka Beldowi. Złodziej chwilę podumał. -Ale facet naprawdę wyglądał na ostatniego frajera - powiedział w końcu, już z mniejszym entuzjazmem, widząc porozumiewawcze zerknięcia wymieniane pomiędzy elfkami. - Aż mi go było żal, gdy mu zwędziliśmy mapę. -Pozwolisz, że sami osądzimy o jej prawdziwości. Requel jest ekspertem od starych szpargałów. Możemy ją zobaczyć? -Uno momento - Beld wstał i skrzyżował ręce na piersi. - Nie dam się wykiwać. Najpierw przyrzekniecie, że ja i Ani też będziemy mieli udział w podziale łupu. W końcu to my odwaliliśmy brudną robotę. Reszta popatrzyła po sobie z nieokreślonymi minami. -To chyba możemy obiecać - Xiitane mrugnęła okiem do Carys. - Nawet na piśmie, jeżeli cię to usatysfakcjonuje. Gdy Beld przytaknął, Requel szybko spisał odpowiedni dokument, pod którym podpisali się wszyscy obecni w jadalni. -No to teraz dawaj mapę. Niech zobaczę ten drogocenny świstek papieru - Carys wyciągnęła rękę, gdy Beld szybko schował napisany dokument do małej torby przy pasku. -Przekonacie się, że jest dobra – pan Duke prychnął i sięgnął do kieszeni. Chwilę przeszukiwał jej wnętrze z coraz bardziej niewyraźną miną. -Eee... Chwileczkę... Gdzieś mi się zapodziała. Xiitane i Carys ledwie powstrzymały się od śmiechu, gdy Beld po kolei przetrząsał pozostałą część odzieży w poszukiwaniu mapy. Oczywiście z mizernym skutkiem. -Przyznaj się hultaju, że ta mapa to blef - powiedziała w końcu Carys, gdy na stole przed jej nosem znalazła się cała zawartość kieszeni złodziejaszka. Oczywiście po mapie nie było śladu. Beld pacnął się w czoło i usiadł na krześle. -O kur zapiał! No jasne! Została w kieszeni Aniego! -A twój braciszek siedzi w pudle, o ile mi wiadomo - dodała Xiitane ze złośliwą satysfakcją. - I zapewne przekibluje tam bardzo długo. -Jeżeli chcecie mapę, to musimy go wydostać. -Jeszcze nie zwariowałam - zaperzyła się Carys. - Ty coś kręcisz i wcale mi się to nie podoba. Czyj to był pomysł, co? Nie próbuj mnie oszukiwać! -Przyrzekam, że z tą mapą to najszczersza prawda! - jęknął Beld. W jadalni zapadła cisza, przerywana tylko głośnymi chrupnięciami Aldriana, który na próżno próbował wydostać resztki sucharków spomiędzy zębów. -Ja mu wierzę - odezwała się w końcu Xiitane. - Mój eks potrafi lepiej kłamać. Carys podrapała się po głowie. -A więc musimy wyciągnąć Aniego z pudła. Karząca ręka sprawiedliwości bierze udział w odbijaniu złodzieja - zasłoniła twarz dłonią, by ukryć zbolały grymas. -To jaki mamy plan? - zapytał Aldrian. -Jutro mają przewozić brata do Aldebran - zaczął Beld, rysując na poplamionej serwetce mapę. - Po drodze mamy sporo dobrego terenu na zasadzkę... Aniego trzeba uwolnić zanim trafi do twierdzy - mruknął ponuro, zakreślając na szkicu wielki "X" - bo z Aldebran nie ma ucieczki. -A nie lepiej rozwalić twierdzę? Jeżeli do końca nie zniszczyliście moich maszyn, to mam coś odpowiedniego na składzie... Carys wściekle popatrzyła na Aldriana i szturchnęła go pod żebro. -Nas interesuje tylko tyłek Aniego a nie połowy przestępczego światka. Jeszcze jeden taki pomysł i załatwię ci wakacje w Aldebran z dodatkowymi atrakcjami - syknęła. -Oki, kapuję - konstruktor uniósł dłonie w geście poddania. -Chyba muszę się czegoś napić - stęknęła Carys. -Ja też - podchwycił Beld, z nadzieją spoglądając na karafkę w komódce, lecz panna Velmondo nie przejawiała ochoty na wysokoprocentowe trunki. -Kolma, co z tą herbatą? - krzyknęła gospodyni. Drowia służąca ze skrzypieniem zardzewiałych kółek, wtoczyła do jadalni umieszczony na wózku pokaźnych rozmiarów sagan, z którego wnętrza buchały przedziwne opary. Na widok "imbryka" towarzystwo jęknęło, chwytając się za brzuchy. -No co? - zaperzyła się Kolma, opierając ręce na biodrach. - Rumianek wam nie pasuje?

***

Po trwającej prawie całą noc debacie towarzystwo było tak zmęczone, że Kolma z trudem zdążyła postawić spiskowców na nogi przed popołudniową herbatką. Carys zerkając na zegarek, jęknęła. -Jeszcze tego brakowało, żebym spóźniła się na własną akcję - mruknęła, z ponurą miną spoglądając na podejrzanie wyglądającą ciecz w filiżance, którą postawiła tuż przed jej nosem Kolma. -Nie bój żaby - powiedział Requel, gdy w końcu znaleźli się w przepastnych piwnicach dworu. Beld i Xiitane natychmiast zaczęli przeglądać wszystkie skrzynie pod kątem przydatności. - Twierdza w Aldebran nie jest niezniszczalna, a nasza kochana mamusia zachomikowała wiele wybuchowych rzeczy. Więc, jeżeli plan A nie wypali... - dodał blondyn, podważając łomem wieko jednego z zardzewiałych kuferków. -Zawsze możemy zabrać się za plan B - Carys pokiwała głową i ziewnęła. -Po pierwsze, potrzebujemy trochę dynamitu - zaczął Aldrian, rozglądając się po skarbach ukrytych w piwnicy. - Efektowny wybuch wzmocni zaskoczenie przeciwnika. -A granaty mogą być? - zawołała Xiitane z drugiego końca mrocznego pomieszczenia. Podeszła do przyjaciółki z płóciennym workiem i wyciągnęła z niego okrągły przedmiot za zawleczkę. Siedzący na ramieniu drowki Milo otworzył dziób, by zaprotestować i uciekł z piwnicy, a tuż za nim pobiegł Arew, zjeżywszy futerko z przestrachem. Razem z gromadką myszy, które towarzystwo wypłoszyło z kryjówek. -Xiiś, odłóż to natychmiast! - wrzasnęła Carys, lecz srebrnowłosa zdążyła właśnie zerwać odbezpieczającą granat zawleczkę. Stojący przy nich Requel, Aldrian i Beld czym prędzej dali dyla i powskakiwali za ustawione w piramidki beczki, nakrywając rękoma głowy, a zaskoczona nagłym sykiem dobiegającym z granatu Xiitane, rzuciła go w kąt piwnicy, wprost pod schody, na których właśnie stanęła Kolma. -Co jest? - zapytała służąca, widząc wytrzeszczone na nią oczy towarzystwa, które ostrożnie wychyliło nosy zza skrzyń i beczek. Chwilę później granat psyknął, prychnął odrobiną dymu i schody pod Kolmą rozpadły się w drzazgi. -Na szczęście to niewypał - stwierdził Aldrian, gdy niebezpieczny przedmiot nie dał już znaku życia. Zupełnie innego zdania była leżąca na szczątkach schodów drowia służąca, wściekle łypiąc to na Carys, to na jej brata, próbując znaleźć winowajcę. -Bierzemy - powiedział Beld, przypinając do pasa zestaw granatów. -Wolę coś mniej... rozrywkowego - stęknęła Xiitane, patrząc na towarzyszkę, która właśnie pomagała Kolmie doprowadzić się do porządku. -Biorę Lilarcora. Zabawki mamy zawsze były zbyt destruktywne - mruknęła drowka, przypinając do pasa pochwę z mieczem, który wesoło zaczął podśpiewywać. -Znów wracamy do akcji, złotko! Pokaż mi cel, który oparłby się mojej ostrej powierzchowności! - zadudnił metalicznie magiczny przedmiot. -Jak się to to ucisza? - Aldrian skrzywił się na widok poszczerbionego ostrza. -Jeżeli uciszysz to żelastwo, to dostaniesz ode mnie medal - powiedział Requel półgłosem do pana Zawadki i zdjąwszy z pleców pusty worek, zaczął do niego pakować potrzebne narzędzia i sieci. Gdy wszyscy uzbroili się i zaopatrzyli na akcję, pan Velmondo wyjechał ze stajni powozem, na który powrzucali bagaż i zająwszy miejsca pomiędzy workami a zestawem łopat, ruszyli w drogę. Starannie wybrali miejsce na zastawienie pułapki i trzech mężczyzn zaczęło kopać dół. -To ich nieco wykolei - powiedział Aldrian podziwiając dziurę powstałą po czterech machnięciach łopatą własnej roboty. -Co najwyżej wybiją sobie zęby na tym twoim rowie - prychnął Beld, którego dół miał już półtora metra głębokości. -Koledzy, mieliśmy tylko przechwycić tę brykę, a nie zastawiać sidła na niedźwiedzia - przerwała im Xiitane, biorąc się pod boki. Usmarowany błockiem Beld popatrzył na nią z dołu i podrapał się po głowie. -Kochanie, jak zwykle masz rację - mruknął i zaczął zasypywać dziurę. Tymczasem Carys zakończyła mocowanie sieci na konarach starych drzew, których gałęzie zwieszały się tuż nad ziemią i zeskoczyła z pnia. -Wszyscy gotowi? - zapytała, otrzepując dłonie. - No to czekamy na towar. Milo i Arew siedzący na wozie, zamaskowanym w krzakach odłamanymi gałązkami i pękami traw, do której zaczęły się już dobierać koniki, popatrzyli po sobie i zgodnie westchnęli. -Myślisz, że to był dobry pomysł? - kraknął kruk, obawiając się najgorszego. -Moja pani chyba wie, co robi - miauknął kot, chociaż jego pierzasty przyjaciel poznał, że Arew sam zaczyna w to wątpić.

***

Zapadał zmrok, gdy nad traktem, biegnącym polami i niknącym od czasu do czasu w kępach usianych na nich drzew pojawiła się szybko mknąca chmura pyłu zmierzająca w leśną gęstwinę. Poruszający się wyboistą drogą opancerzony wóz i siedzących na koźle dwóch strażników było ledwie widocznych w powstałej kurzawie. Tuż za nimi w pyle zamajaczyły sylwetki jeszcze dwóch uzbrojonych po uszy agentów miejscowego komisariatu, pilnujących tyłu furgonu. Carys, przyczajona w wysokich trawach na skraju lasu dostrzegła przez lornetkę, że jednym z nich był sierżant Gamonko i uśmiechnęła się do siebie, a jej oczy błysnęły złośliwie. -Jedzie nasza przesyłka - powiedziała, przemykając do ukrytych przy pobliskim zakręcie spiskowców. Siedzący natychmiast padli w krzaki przy trakcie, by ukryć swoją obecność. Xiitane mocno przytrzymała Arewa i zatkała mu pyszczek, gdy ten zaczął miaucząco protestować. -Myślisz, że dostaniemy paczkę bez opłaty przewozowej? - zapytał Requel, leżący tuż obok srebrnowłosej i trzymający w dłoniach granaty. -Marne szanse, ale zapytać nie zaszkodzi - mruknęła Carys i przykucnęła za krzakami jałowca. Jadący opancerzonym furgonem z zupełnym zaskoczeniem przyjęli do wiadomości to, że ich pojazd połamał przednią oś na tajemniczych wykopach rozciągających się na całą szerokość leśnej ścieżki. Gdy na głowy strażników spadły sieci, a z zarośli wyskoczyła uzbrojona w granaty i łopaty zamaskowana banda ubrana na czarno, byli już pewni, co się kroi. Woźnica trzasnął batem, popędzając grubawe koniki, które z pewnym trudem ciągnęły wóz na tylnej, jeszcze całej osi, gdyż przednie, połamane koła nie nadawały się już do użytku. Tuż za sobą usłyszał głuchy łomot, gdy na dachu furgonu wylądowały dwa kolejne osobniki i celnymi kopniakami pozbyły się towarzystwa sierżanta Gamonki i jego podwładnego. Beld z okrzykiem odbezpieczył granat i rzucił go tuż przed pędzące wierzchowce. Spłoszone wybuchem konie stanęły dęba omal nie wywracając powozu, lecz szybko popędziły w poprzek w zarośla, w jedyne wolne do przejazdu miejsce. Wisząca z boku pojazdu Carys zaklęła paskudnie, gdy jej tyłek przejechał po kolczastych krzakach, które wytarły sporą dziurę w tylnej części jej stroju. -Coś ty najlepszego zrobił?! - wrzasnął Aldrian, i chwycił się za głowę, widząc, jak ich ukryty w zaroślach wóz zostaje roztratowany przez oszalałe zwierzęta. - Uciekną nam! -Spoko, geniuszu, siostra i Xii mają wszystko pod kontrolą - powiedział Requel, podnosząc się z ziemi i otrzepując z gliny. W ostatniej chwili uskoczył przed kopytami, unikając stratowania przez wierzchowce. - Trzeba panów grzecznie powitać, koledzy - dorzucił, widząc sierżanta Gamonkę, który właśnie sprawdzał, czy wszystkie jego kości są na miejscu. Blondyn, chwyciwszy łopatę, uciszył jęczącego strażnika, zanim ten spostrzegł, na co się zanosi. Zupełnie innego zdania była drowka i jej przyjaciółka, które kurczowo uczepione boku pojazdu, naprędce układały nowy plan. Stojący tuż nad nimi strażnik ze złośliwym śmiechem, zawzięcie deptał je po palcach, próbując pozbyć się intruzek. Zaaferowany swoim zajęciem nawet nie zauważył zwisającego nad ścieżką konara i chwilę później, po spóźnionym okrzyku woźnicy, został w tyle, uczepiony gałęzi. Kierujący pojazdem spojrzał przez ramię, oceniając sytuację, i rozpoczął serię ostrych skrętów. -Ej! Uważajcie z tymi wybojami! - wrzasnęło z wnętrza opancerzonego furgonu. - Mój tyłek nie przywykł do takiej jazdy! Kto wam, do kroćset, dał prawo jazdy?! Xiitane i Carys mrugnęły do siebie i na umówiony znak podciągnęły się na dach wozu. -O kurczę, to będzie gorsza robota, niż myślałam! - stęknęła drowka, kurczowo przytrzymując się dachu, by pęd powietrza jej z niego nie zdmuchnął. Przy kolejnych skrętach zaczęła przesuwać się z jednej na drugą stronę, pazurami próbując chwycić za cokolwiek. Woźnica szybko chwycił swoją kuszę i wystrzelił kilka bełtów, które minęły drowkę o włos. Leżąca tuż obok Carys Xiitane szybko wyrecytowała jakieś zaklęcie i kozioł wozu odpadł a zajmujący go strażnik z wściekłym okrzykiem zaliczył glebę. -No i po krzyku - Xiitane usiadła na wozie po turecku i zdjęła z pleców pomiaukującego z przerażeniem Arewa. -Ktoś w ogóle kieruje tym bolidem? - zapytała Carys zerkając znad krawędzi, za którą właśnie się zsunęła. -Chyba unieszkodliwiłam kierowcę - Xiitane uśmiechnęła się niewinnie, lecz nie zdążyła powiedzieć nic więcej, gdyż kolejna, zwisająca nad drogą gałąź uderzyła w nią i srebrnowłosa spadła na trakt, przygniatając po raz wtóry kota. -Carys, ratuj nasz interes! - krzyknęła tylko, zanim wóz zniknął za kolejnym zakrętem. -Taa... Ciekawe tylko jak - prychnęła drowka, która po uderzeniu gałęzi w wóz w ostatniej chwili schwyciła za podwozie i teraz smaliła podeszwy o kamienie na drodze. - Czy ja wyglądam na strongmena? Ostrożnie podciągnęła się pod wóz i zaczepiwszy nogami o tylną oś, a ręką o ułamany kawałek przedniego, drugą próbowała schwycić szorujące tuż obok niej cugle. - Stójcie bydlaki, ale to już! - wrzasnęła na konie, z mizernym jednak efektem. Nagle wóz wjechał w koleinę i sam się wywrócił. Spłoszone konie ciągnęły go w tej pozycji jeszcze kilkanaście metrów, aż w końcu, kompletnie zajechane, zatrzymały się w płytkim strumieniu. -To ma być jakiś żart? Nie zamawiałem kąpieli! - krzyknął ze środka przerażony Anaron, tłukąc o ścianę pięściami. -Spoko, skarbie - mruknęła Carys, wyczołgując się spod roztrzaskanego boku wozu i otwierając drzwiczki uniwersalnym złodziejskim sposobem. - Wszystko pod kontrolą - dodała, na widok mokrego Anarona, któremu na jej widok kopara opadła na buty.

***

Anaron nie wierzył własnym oczom, gdy z tonącego w strumieniu okratowanego pojazdu wyciągnęły go za kubrak dwie obdarte dłonie o połamanych paznokciach. Jeszcze bardziej wytrzeszczył oczy, gdy ustalił, że owe mało delikatne łapska należą do panny Velmondo. -No, kolego, rusz dupsko, bo nas wieczór zastanie - sarknęła drowka, brnąc przez płyciznę ku brzegowi. Ciężka zbroja znacznie utrudniała ruchy. -Ale jak? Dlaczego? - stojący po pas w wodzie pan Duke nadal szczypał się po paluchach, sądząc, że właśnie bierze udział w jakimś dziwnym koszmarze i gorączkowo próbował się z niego obudzić. -Ty się jeszcze pytasz: dlaczego? Myślałam, że ci zależy... Ale jak nie, to jedź do Aldebran. Mają tam cele pierwsza klasa, w sam raz dla takich mętów społecznych jak ty. Tylko dawaj mapę, którą rzekomo posiadasz - drowka skinęła na Anarona, ponaglając go. Tętent końskich kopyt na ścieżce zapowiadał przybycie przyjaciół, którzy z braku lepszego pojazdu, obsiedli dostępne wierzchowce. -Mapę? - Anaron zrobił głupią minę, przyglądając się strużce wody, którą Carys zaczęła wylewać z butów, lecz nagle jakby go olśniło. - Ach, tę mapę! - pacnął się w czoło. Szybko chwycił za połę koszuli i jego entuzjazm szybko się ulotnił, gdy jego dłoń natrafiła na coś, co tylko z grubsza możnaby nazwać mapą. - No i masz po mapie. Nie zamawiałem kąpieli - mruknął, spoglądając na wybrudzoną tuszem rękę. -Carys, wszystko gra? - zapytała Xiitane zeskakując z konia. -Niekoniecznie - westchnęła drowka, gdy Anaron wyjął ze "schowka" przemoczoną, bezkształtną papierową masę. - Mapę licho wzięło. -To co teraz zrobimy? - zapytał Requel. -Beld, coś ty im naopowiadał o tej mapie? - Anaron krzywo łypnął na brata. -Całą prawdę, braciszku - ten wyszczerzył zęby. -A więc coś jednak było na rzeczy. Caryska nigdy się nie myli - drowka wepchnęła się między poszeptujących między sobą złodziejaszków i oparłszy ramiona o ich barki groźnie łypała to na jednego, to na drugiego. - No a teraz grzecznie powiecie cioci Carysi, jak było naprawdę, chyba że chcecie poczuć na swoich tyłkach ostrze mojego Lilarcora. Biedaczek czuje lekki niedosyt po ostatniej akcji - dodała prawie szeptem, lecz braciom na samą myśl o spotkaniu z superostrym orężem drowki włosy stanęły dęba. -To da się odtworzyć! Mam fotograficzną pamięć! Pamiętam każdy szczegół tej przeklętej mapy - Anaron rozpoczął tyradę, zerkając porozumiewawczo na blondyna. -Brat miał zawsze dobrą pamięć - przytaknął Beld. -Dajcie mi kartkę i długopis i w pięć minut wam ją przerysuję! -Na sto procent przerysuje. Z detalami. Jest dobry w te klocki - Beld potakiwał głową każdemu słowu brata. - Wiecie, że to on przekopiował Monę Wizę i Damę z liskiem? -Dama z liskiem to twoja robota! Spaprałeś kolory! - Anaron szturchnął brata pod żebro. -A ta twoja Mona Wiza to niby arcydzieło? - syknęła blondyn krzyżując ręce na piersi. - Postkubista się odezwał! Carys wywróciła oczyma i jęknęła. -Cisza! - wrzasnęła ciągnąc za długie uszy braciszków i próbując zakończyć tą bezładną paplaninę oszczerstw, którymi właśnie złodziejaszkowie zaczęli się obrzucać. -Tylko schowaj ten swój rożen i nas nie bij - jęknął żałośnie Beld, próbując oswobodzić swoje ucho z łap drowki. -No właśnie, nie bij! Ja ci narysuję, co zechcesz! Ma być Monetki, da Vinkol a może Rubensjo? -Chcę tylko mapę do skarbu Trentona - Carys z rezygnacją puściła uszy swych niedoszłych ofiar i popatrzyła na Xiitane, która z trudem tłumiła śmiech. -Nic nie wiem o ich zamiłowaniu do graffiti - powiedziała srebrnowłosa, wzruszając ramionami i głaszcząc przyciśnietego do piersi kota. Po kilkuminutowych pertraktacjach, które szybko przerwał Requel oznajmiając zbliżanie się straży, towarzystwo obsiadło wierzchowce i zaszyło się w posiadłości Velmondów. Carys nakazała Kolmie przygotować sporą ilość soku marchwekowego i uzbroiwszy Anarona w plik kartek i kałamarz w zestawie ze złoconym piórem hrabiego, kazała przerysować zapamiętaną mapę. Po kilku minutach nerwowego stukania o blat, złodziej spojrzał na stojącą obok niego w bojowej pozie drowkę, później na siedzącą naprzeciwko eks narzeczoną, i odchrząknął. -Trochę mnie dekoncentruje wasza obecność, wiecie? - powiedział. - Nie lubię robić niczego pod presją... -Jeżeli w tej chwili nie zaczniesz rysować, każę ci wypić całą beczkę marchewkowego przecieru - syknęła Carys do ucha Aniego, naciągając je palcami tak, by pan Duke nie uronił ani słowa. Złodziej nerwowo przełknął ślinę i trzęsącą się ręką zaczął kreślić pijackie linie. Gdy skończył, Carys chwyciła kartkę w dłonie i spojrzała krytycznie na dzieło. -Bazgrolisz jak kura pazurem - mruknęła, odwracając papier. -Sorry, ale trzymałem się wiernie oryginału - Anaron krzywo na nią łypnął. -Ja tu widzę dwie duże plamy z kleksem pośrodku - drowka podała kartkę przyjaciółce. Requel spojrzał przez ramię srebrnowłosej i zmarszczył brwi. -Co oznaczają te dwie plamy? - zapytał. -chcieliście mapę, to ją macie. Pytania proszę kierować do autora. -To Silkana i Holkoda, dwie z wysp Kraju Kwitnącej Gruszki - powiedział Aldrian, studiując uważnie kreski. -Pogięło cię? - Carys zmarszczyła brwi, widząc jak Anaron ukradkiem chowa złocone pióro pod kubrak. Poinstruowany jej spojrzeniem Milo dziabnął złodzieja w rękę i postukał łapką o blat, nakazując zwrot zakoszonego mienia. -Sami powiedzieliście, że Trenton tam mieszkał, więc chyba logiczne, że tam też jest jego skarb... No i ten bananowaty kształt po prawej idealnie pasuje do lini brzegowej Silkany - wyjaśnił pan Zawadka. Towarzystwo w milczeniu zwiesiło nosy nad kartką, w myślach analizując słowa konstruktora-amatora. -A nie mówiłem, że to geniusz? - powiedział w końcu Requel. - Tylko nad ucieczkologią musi jeszcze trochę popracować. -Zapamiętam - mruknęła carys, niedbale składając kartkę. - Dam mu fory, jak będę miała zamiar nasłać na niego inspektora.

***

Pomimo "odzyskania" - jeżeli tak można nazwać szkic wykonany przez Anarona - mapy do skarbu lorda Trentona, bohaterowie nadal tkwili w martwym punkcie. Problemem nie do przejścia okazało się zdobycie transportu, którym dostaliby się na którąś z wysp Kraju Kwitnącej Gruszki. Wyglądało na to, że wycieczkę w tamte okolice będą musieli przełożyć na bliżej nieokreślony termin ze względu na pogodę. Na wiosnę na morzach szalały sztormy i niewiele statków wypływało w rejs, a już na pewno wszystkie trzymały się z dala od wysp otoczonych zdradzieckimi rafami, na które łatwo było wpaść i utknąć podczas burzy. -No i się skończyło, zanim na dobre zaczęliśmy poszukiwania - mruknęła Carys z nosem spuszczonym na kwintę, z rezygnacją siadając na bryczkę, którą powoził brat. Kopniak wymierzony przez nadgorliwego kapitana w tylną część ciała adekwatnie podkreślił odmowę dla wykonania szalonego planu panny Velmondo. Tuż za Caryską dreptała Xiitane z równie ponurą miną, z kotem chowającym się w obszernej torbie podróżnej przed szalejącą ulewą. -Nie wypłyną, dopóki nie minie pora sztormów, czyli za jakieś trzy, cztery miesiące - dodała, zajmując swoje miejsce na bryczce. Carys wytrząsnęła z kaptura przemoczonego Milo, który z chrapliwym kraknięciem spotkał się z podłogą pojazdu. -Nie zmienili zdania nawet jak im pokazałam łapówę, ale chętnie by mnie obrabowali z nadmiaru gotówki! - prychnęła drowka, upychając do torby grubą, pobrzękującą sakiewkę. - Jeżeli chcemy dotrzeć na Silkanę, musielibyśmy chyba płynąć wpław! Requel cmoknął na konie i bryczka ruszyła krętymi dróżkami portowego Veinlo. -Reszta drużyny nie będzie zachwycona, jak się dowie, że niczego nie załatwiliśmy - powiedział blondyn. -Chyba, że Xiiś wyczaruje nam jakąś łódkę, albo przeteleportuje nas na miejsce... Najlepiej do skarbca Trentona - Carys wyszczerzyła zęby. -Mowy nie ma. Bez licencji to mogę wam wyczarować figę z makiem - Xiitane krzywo łypnęła na przyjaciółkę. -Tak tylko sobie głośno myślałam... Reszta drużyny właśnie siedziała w cichej, zasnutej dymem z paleniska gospodzie o romantycznej nazwie "Pod złamanym żeberkiem", mieszczącej się w dosyć podejrzanej dzielnicy Veinlo i,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych