Wróć do katalogu

Śmierć z tęsknoty

(z cyklu "Cmentarz nad Przeroślą")

Adnotacjeopublikowano 7 stycznia 200611 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{b}{u}III. Śmierć z tęsknoty{/b}{/u}

{i} Juliusz Michniewicz 1949 - 1968 {/i}

Na siódmy w piątym rzędzie po prawej stronie cmentarza grób przychodzi codziennie starsza kobieta. Włosy ma siwe, twarz suchą, plecy zgarbione. Ubrana jest zawsze na czarno. Przynosi świeże kwiaty, zapala małą lampkę i długo w zamyśleniu stoi nad grobem. Modli się. Teraz już nie płacze jak kiedyś. Zjawia się tu nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat, gdy nad Przeroślą pochowała syna. Jest tu codziennie. Nie było dnia, by zostawiła syna samego. Jej starcze oczy uśmiechają się teraz życzliwie; uśmiecha się cała pomarszczona twarz. Nagrobek jest skromny, ale zadbany. To garstka ziemi uformowanej w niewysoki kopczyk obsadzony drobnymi kwiatuszkami żółto-pomarańczowych aksamitek i fioletowych żeniszków. W głowach ustawiony jest metalowy krzyż malowany na czarno, jak inne podobne krzyże na tym i wielu innych cmentarzach, z pomalowaną imitującą srebro farbą postacią ukrzyżowanego Boga. Niżej jest tablica z białym napisem i informacją, kto w owym grobie spoczywa. To jest prosty kawałek blachy wygiętej w swej górnej i dolnej części na kształt wywiniętej karty papieru. Pogrzeb też miał skromny. Ludzi było niewielu, bo choć koniec czerwca, jego ostatnia sobota, dzień był chłodny i deszczowy. Obecna była matka, kilka osób z najbliższej rodziny, trochę ludzi ze wsi: sąsiedzi, sołtys, koledzy ze szkolnych lat, dziewczyna, duch ojca zmarłego sprzed laty. Około trzydziestu żywych i jedna znajoma dusza. Juliusz urodził się w Żytkiejmach na wiosnę 1949 roku. Poród był ciężki, jak ciężka była pierwsza dla matki, która wydała go światu, ta ciąża. Trwał kilka godzin przy naftowej lampie i skończył się świtem za oknem. Blade słońce obdarzyło go pierwszym oddechem, ostatnia gasnąca gwiazda oddała mu końcowy puls krwi z pępowiny. Dzieckiem był drobnym, zawsze chuderlawym, o cerze bladej. Chorował często. Szkarlatyna o mały włos nie zabrała go wcześniej. Uczył się chętnie, choć ocen dobrych nie miał. Za to pięknie malował mazurskie garbate pejzaże. Brał zwęglone kawałki świerkowych polan z paleniska kaflowego pieca, tekturowe kartony po pudłach, których sklep GS-u pozbywał się wyrzucając je na plac za swoim budynkiem, i szedł w plener, by cierpliwie kreślić czarno-białe widoki. Składował te swoje dzieła za kredensem w kuchni w płaskiej skrzyni zbitej z lichej dykty znalezionej na strychu. Gdy miał lat jedenaście o mało nie utopił się w Przerośli. Zapamiętał z tego zdarzenia ogromny bezmiar błękitu. Bał się od tego dnia jeziora, i zawsze gdy przejeżdżał obok niego odwracał wzrok. Przed oczami miał stary cmentarz wśród sędziwych drzew. Jesienią na tych drzewach wydzierały się przeraźliwie w niebogłosy hordy gawronów. Cztery lata później umarł mu ojciec. W czasie ścinki przywaliło go świerkowe drzewo. Tą śmierć przeżył spokojnie. Matka wróciła do Błąkałów, do rodzinnego domu, a on zmuszony był wraz z nią opuścić Żytkiejmy. Gdy przejeżdżał przez nie rok później, jadąc na odpust w Świętą Teresę do Wiżajn, po raz pierwszy uświadomił sobie, że tęskni. Że posiada taką zdolność w sobie. Doznał po raz pierwszy świadomego tęsknienia za czymś. To była tęsknota za wszystkim naraz, co kiedykolwiek było jego udziałem, a co przestało nim być. Za rodzinnym domem w poniemieckim budynku, w którym mieszkał teraz zupełnie ktoś obcy, za ojcem, który go kochał i był porządnym człowiekiem, jak zawsze powtarzała matka, za dzieciństwem beztroskim i ciepłym. Błąkały urzekły go bardziej niż przypuszczał. Do tej pory, wszystko co zasługiwało w dziecięcej zdolności pojmowania i wartościowania na miano najlepszego i najpiękniejszego, ściśle wiązało się z Żytkiejmami i najbliższą okolicą. Tu odkrył cały szereg innych miejsc: Stańczyki, Kiepojcie, Rogajny i dalej aż po samą Gołdap i Szeskie Wzgórza. A wszystko to malował węgielkiem, uwieczniał tak, jak gdyby mogłoby się coś z tym stać, mogłoby się to skończyć, ulecieć, rozpłynąć w porannych mgłach każdej wiosny i jesieni, jak działo się to pozornie z doliną Błędzianki w niemal każdy jesienny poranek. A potem się zakochał w Irenie z sąsiedztwa. Była trzy lata od niego starsza. Poza tym była zwyczajna: pospolita uroda, jasne włosy, szare oczy, wrażliwa dusza. To była pierwsza miłość, pierwsze wieczorne spacery nad Przerośl, której się bał do tej pory, do Puszczy lub do Stańczyków, pierwsze skrywane przed światem pocałunki, wzajemne dotyki, zbliżenia, ten pierwszy, niemal sakramentalny, raz... Wszystko po kolei, jak przy zwykłej znajomości dwojga spragnionych odwzajemnień młodych ludzi. Kochał ją, a ona kochała jego. Dla niej gotów był poświęcić wszystko, ona stała się wyzwaniem jego dziwnego życia. I upomniało się o niego wojsko. Przyszło wraz z listonoszem na szarym pomiętym świstku papieru. Rzucili go na drugi koniec Polski, do Prudnika. Odebrał to jako złośliwe zrządzenie losu. Jego koledzy trafili znacznie bliżej. Koszary w Prudniku były ogromne. Pamiętały czasy pruskie. Raczej ponure i zimne nie budziły w nim niczego prócz tęsknoty za pozostawionym domem, dziewczyną, Mazurami Garbatymi... Pofalowany krajobraz, wzniesienia gór na horyzoncie, szum potoków jeszcze bardziej potęgowały poczucie nostalgii za rodzinnymi stronami. I z każdym nowym dniem zamiast lepiej było coraz gorzej. W przeciwieństwie do

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych