Wróć do katalogu

Śnieżyca 1x02

W pierwszej z trzech części, mężczyzna rozbija samochód podczas zamieci stulecia i wyrusza na poszukiwanie schronienia. W tej dochodzi do Pensjonatu, w którym spotyka....Zapraszam :)

Boro, opublikowano , 30 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

2.

Poprzednio w Śnieżycy :

Zbita z bali chata stała bokiem do stoku góry. Kamienne szerokie schodki pokrywał gęsty puch, chociaż po bokach usypane były już kupy zbitego śniegu. Stanął u progu mosiężnych rzeźbionych drzwi, dostrzegając w prawym górnym rogu przytwierdzoną do ściany okrągłą lampę, która go tutaj doprowadziła. Jego wybawczyni. Gdyby nie dostrzegł tego mglistego światełka migocącego w oddali, z pewnością padł by już gdzieś powalony przez wichurę i nacierający śnieg. Mróz znieczulił mu całą twarz i ciało. Zerknął jeszcze na prawo, dostrzegając łagodne zbocze. Wiatr huczał w dolinie. Ocenił je wzrokiem. Co prawda nie było strome, ale opadało ociężałe swą wielkością. Spojrzał na horyzont domyślając się, że gdzieś w tamtych stronach zostawił rozbity samochód. Nie namyślając się dłużej, złapał stanowczo i mocno za dużą mosiężną klamkę sądząc, że takie drzwi muszą być ciężkie. W efekcie włożył w ten ruch zbyt wiele siły i drzwi otworzyły się z impetem, a on sam szybko wskoczył do środka. Zniesmaczony tym nagłym chaosem i brakiem kontroli nad sytuacją pochwycił prędko z powrotem za klamkę i zamknął drzwi zostawiając za nimi szalejącą wichurę. Poczuł się, jakby wleciał przez magiczne lustro do innego wymiaru...

Snieżyca 1x02

Poczuł ciepło na twarzy, rozglądając się raptownie po pomieszczeniu. Lepiej chyba nie mógł trafić. Uśmiechnął się. To jak wygrać na loterii. Nieprawdopodobne, a jednak ktoś co jakiś czas . Tym razem on wygrał. Błądząc na oślep przez niezmierzone ciemności, trafił najlepiej jak to było możliwe. Ciepło wdzierało się na niego coraz dogłębniej. Wcześniej myślał, że to schronisko. Teraz jednak spoglądając od środka, budynek zdawał się zbyt elegancki jak na schronisko. To jakiś hotelik z krwi i kości. Przyglądał się uważniej rozpinając kurtkę.– Zachwycał się, spoglądając na ściany wyłożone od połowy długimi panelami z jasnego drewna, oraz kolorowe obrazy po przywieszane gdzieniegdzie w prawej części. Po jego lewej stronie znajdował się porządny bar, szeroka ciemna lada i pokaźna półka kolorowych trunków za nią. Po prawej zaś rozpościerała się jadalnia wyłożona jasnymi dywanami, i kilka zgrabnych stolików nakrytych bladoróżowymi obrusami z białymi serwetami. Nad wejściowymi drzwiami porażały swą wielkością piękne poroża. W różnych punktach lokalu dostrzegł ich mniejsze odpowiedniki – miniaturki. Te były jednak jak najbardziej oryginalne noszone przez zwierzę. Nikt nie zwrócił na niego uwagi, a przynajmniej on tego nie odczuł. Z drugiej strony jedynymi ludźmi jakich teraz dostrzegł, to starsze małżeństwo przesiadujące na końcu jadalni. Gdy poluźnił już na sobie ciuchy ruszył w kierunku lady. Marzył o czymś gorącym, nawet jeśli miałaby to być zwyczajna przegotowana woda. Zbliżył się do lady, gdy z bocznych zamaskowanych w ścianie drzwi wyszła starsza kobieta. W ręku dzierżyła mopa do podłogi. - Dien Dobry – skinął na nią. - Dien dobry – odparła obchodząc go niewzruszona i przymierzyła się do czyszczenia podłogi. Obrócił się w jej stronę, próbując przypomnieć sobie rozmówki polsko- słowackie. - Zda neco horky k pitny ? – wyjąkał niepewnie. - Joachim hned podat – odparła zajęta już swoją pracą, nie patrząc nawet w jego stronę. - Rozumet – . Mężczyzna z lekkim zdziwieniem usiadł na wysokim krześle przy ladzie. Ktoś imieniem Joachim miał zaraz przyjąć jego zamówienie. Wychudzona kobieta poświęcała całą swoją uwagę podłodze. Przyglądał się jej kościstej sylwetce. Jej czarna źle uszyta sukienka powiewała, w takt wykonywanych ruchów. Smukła surowa twarz dawało się jednak polubić. Po chwili z tylnich drzwi usytuowanych za barem, wyszedł krzepki chłopak. Stanął przy barze, czekając na zamówienie. Przy szyi przywiązaną miał białą ładnie ułożoną chuste. Patrzył niby to na Tomka, a niby gdzieś zupełnie indziej. Zauważając, że chłopak najwidoczniej czeka już na zamówienie powiedział: - Poproszę coś gorącego najlepiej herbatę – po polsku, i zaraz przypomniał sobie, że przecież jest na obczyźnie. - O Prepaćte - Ja poprosit caj – dodał pośpiesznie. - Ty mluvit po polsky – rzuciła nagle kobieta nie odrywając się od swego zajęcia - Polak, Cech, My ze wsystkim se domluvit – dodała przyjaźnie. – W młodości mieliśmy z mężem Świeć Panie nad jego duszą wielu przyjaciół z polski. To mi odpowiada – pomyślał i skinął na nią głową. Joachim przyniósł herbatę, i osobny podstawek z dwoma plastrami cytryny i dwiema torebeczkami cukru. Szybki chłopak – przeszło mu przez myśl. Cieszył go fakt, że mimo kraksy udało mu się trafić w tak ciepłe i przyjazne miejsce. Zrzucił z siebie do reszty kurtkę, kładąc ją na stołku obok, a plecak przy nogach. - Słuchaj, a gdzie ja właściwie dokładnie jestem ? – mruknął w stronę Joachima, który ustawiał teraz szklanki. Chłopak nie zwrócił na niego uwagi. Miał pusty wyraz twarzy. Jedna mina dla każdego bez względu na okoliczności i porę dnia. Mógł mieć około 17-stu lat. Wprawdzie jak na swój wiek wyglądał dosyć sporawo niemniej jednak słabe i delikatnie zarysowane rysy twarzy wyraźnie pokazywały, że był jeszcze siusiakiem. Ciało chłopca składało się w równej mierze z tłuszczu co i mięśni. Jego szara bluza i biały fartuch kucharski dobrze to uwydatniały. Nie zastanawiał się już nad nim. Wsypał do szklanki cukier i czekał na jakąś odpowiedz, z jego strony. Niewzruszony pytaniem mężczyzny, chłopak wrócił do kuchni. - On nie rozmawia z nieznajomymi – usłyszał nagle głos kobiety. Zwrócił się w jej kierunku, przypominając sobie siebie, gdy miał siedemnaście lat. Raczej potrafił już udzielać odpowiedzi komukolwiek. – W sumie do znajomych też rzadko to czyni. Jeżeli już to półsłówkami – wyjaśniała – Jest trochę niedokrwisty i dziwny…- zrobiła pauzę - Przed śmiercią ojca jeszcze czasem się odzywał. Chyba już nigdy się nie zmieni. Na pewno mnie nie uda się go zmienić – dodała zajmując się swoją podłogą. U niego w mieście określa się takich słowami zawieszeni, bądź przymuleni. Nie wiedział co jej odpowiedzieć. Ciszę przerwała ni stąd ni zowąd znowu ona. - Jesteś w Cierc – mówiła wyraźnie wymawiając nazwę miasteczka – 9 kilometrów od granicy, z Polską. Tylko dziewięć kilometrów – powtórzył w głowie. Do tej pory sądził, że przynajmniej z ponad 20-ścia, zakładając w duchu, że cały czas porusza się przybliżając do granicy. Sam nawet nie wiedział dokładnie, w którym momencie pogubił drogę. - Co prawda kolację już podaliśmy, ale jeśli chcesz Joachim może zrobić dla Ciebie coś na zimno. - Nie, naprawdę proszę się tym nie kłopotać… przypomniał sobie o chlebie i serkach topionych w plecaku. Do jutra przeżyje. - Jak Ty tu w ogóle dotarłeś ? – spytała podpierając się na kiju. - U spodu stoku przy drodze rozbiłem samochód. Silnik nie chciał zapalić. Byłem zmuszony ruszyć szukać jakiejś pomocy – odparł podnosząc do ust szklankę z gorącym napojem. - Przedzierałeś się przez szlak, aż tutaj w taką pogodę chłopcze ? – zapytała z swoistym niedowierzaniem. – Sam szatan panuje teraz na zewnątrz. Rano nie wygrzebiemy się spod tego śniegu, sam zobaczysz. - Trzeba będzie wyjść najpierw oknem i odrzucić śnieg spod frontowych drzwi. - Ma pani rację to istne piekło, już teraz przedzierając się przez pola tonąłem po kolana. Domyślił się już, że najwyraźniej nie dostał się tutaj głównym szlakiem. - Wchodziłem lewą stroną – dodał zerkając na kobietę by sprawdzić czy zrobi to na niej jakieś wrażenie. - Lewą ? – powtórzyła . To nadłożyłeś sporo drogi. Szczerze mówiąc okrążyłeś górę. - Lewą wjeżdżają samochody dostawcze bo łatwiej i mniej spalą. Szlakiem natomiast wchodzi się dużo szybciej – przystanęła na chwilę - Jutro jak poprawi się pogoda, zadzwonię dla Ciebie po pomoc drogową, o ile najpierw nie będą musiały przyjechać pługi. . – Dziękuję. Bardzo pani uprzejma – wszedł jej w zdanie. A więc jest tutaj szlak – zastanawiał się wracając do jej słów. Mało co nie zdechł na tych pieprzonych polach, a po prawej w lesie jest szlak. I to jeszcze prowadzi skróconą drogą. No cóż, ważne, że już po wszystkim skąd mógł wiedzieć. - Sypie strasznie – zaczęła znowu jakby na siłę próbowała przeciągnąć rozmowę - Ostatni raz, taka wichura zerwała się, gdy ten pensjonat prowadził jeszcze mój mąż. Po chwili zbliżyła się niespodziewanie do niego wyjmując z kieszeni duży klucz. Wyglądał jakby mógł otworzyć, pradawną skrzynię ze skarbami zakopaną gdzieś pod X-em. - Trzymaj. - Na górze pierwszy pokój po lewej. - Dziękuję – Kolko stoji...? – dodał po słowacku - Ty nie przejmuj się kwotą. Jesteśmy tanim hotelikiem. To w końcu nie słowacki raj. Policzmy się jak będziesz wyjeżdżał. - W porządku – Zgasił resztę myśli związanych z zapłatą. Trwali przez chwilę w milczeniu. On pił herbatę, ona najwyraźniej zamyśliła się nad czymś. Obrócił się mimowolnie na wysokim drewnianym stołku i w tej chwili dostrzegł piękną kobietę, schodzącą z góry na jadalnię. Odstawił pośpiesznie szklankę z gorącym napojem. - A to kto ?? – zapytał Właścicielka zerknęła w tym samym kierunku co mężczyzna - Przyjechali, po siedemnastej jak tylko rozszalała się wichura. - Przyjechali ? – dopytywał zaciekawiony. - Ona i tych dwóch mężczyzn - Ogromni jak szkoccy drwale – dodała.

Dziewczyna zeszła i rozejrzała się po sali. Przejechała palcami po najbliższym z pustych stolików, odsunęła ciężkie krzesło i usiadła subtelnie zwracając uwagę by nie podwinęła się jej czerwona sukienka. Przechyliła głowę delikatnie na prawo. Jej długie gęste włosy opadały za stolik odkrywając porcelanową i smukłą szyję. - Tajemnicza – określił ją w myślach. – I nie zwykle piękna. Regularnie zarysowane kobiece rysy twarzy, delikatny podbródek, nieco wyżej piękne czerwone usta, brązowe oczy i niezwykle gęste szatynowe włosy. Podziwiał ją, gdy z góry zeszli dwaj mężczyźni. Wyostrzył wzrok. Rzeczywiście wielcy. Obaj jak klon drugiego. Niesamowicie szerocy w barkach, prawie łysi. W nich także było coś dziwnego. Twarze proste jak konstrukcja cepa, nosy oheblowane płaskie i szerokie. Cofnięte czoła. Całkiem jak pierwotni Homosapiens. Przynależność do tych czasów zdradzały jedynie srebrne bransolety wtopione w grube szyje. Nosili skórzane kurtki na białych koszulkach i szare sztruksy. Podeszli teraz do stolika dziewczyny. Jeden powiedział coś cicho. Dziewczyna wzdrygnęła się, i chyba przeprosiła – ale z tej odległości Tomek nie był pewien. Nagle drugi mężczyzna sięgnął do wewnętrznej strony skórzanej kurtki. Telefon mu wibrował. Odszedł na bok. Pozostały chciał dosiąść się do kobiety, gdy tamten zamykając pokrywę telefonu przywołał go i zaczął wyjaśniać coś szeptem. Dziewczyna przyglądała się im. Po chwili jeden nich wrócił do stolika. Położył obok jej dłoni banknot informując ją o czymś. Skinęła posłusznie głową patrząc się w jego okrągłe głęboko osadzone oczy. Mężczyźni ruszyli z powrotem na górę, kobieta odprowadziła ich wzrokiem. Gdy zniknęli za zakrętem, wróciła do swojej poprzedniej pozycji wpatrując się, gdzieś daleko za okno. Podjeść czy nie podejść – zastanawiał się Tomek. Jej osoba strasznie go zaciekawiła, ale tamte typy wyglądały groźnie. Wahał się gapią w jej kierunku. Raz kozie śmierć. Czas wymienić się obyczajami i tradycjami, z którąś ze Słowaczek. - Idę do niej – poinformował głośno – i spostrzegł, że właścicielki pensjonatu nie ma już obok niego. Pewnie poszła do kuchni – skwitował, i nie zastanawiając się dłużej ruszył w stronę stolików. Całkiem spory i trzeba przyznać ładny żyrandol świecił tam dużo jaśniej niż żarówki przy barze. Wszedł na miękki dywan, omijając dwa stoliki. Przy lewej stronie nadał przesiadywało starze małżeństwo. Stanął przy jej prawej stronie. Przy jasnym świetle i z bliska wyglądała jeszcze cudowniej. - Cóż taka piękna kobieta robi w takim miejscu jak to – zagaił nie namyślając się długo i od razu skarcił się w myślach. Gorszego tekstu nie mógł już chyba wymyślić. Dziewczyna podskoczyła na krześle. Wpatrywała się teraz w Tomka pytająco, a jednocześnie jakby próbowała rozpoznać w nim kogoś znajomego. Spalił się na samym starcie. Cholera. W błaznowaniu był całkiem dobry. - O przepraszam nie chciałem pani przestraszyć – wymamrotał, tracąc natychmiastowo pewność siebie. - Nic się nie stało – dodała pośpiesznie dziewczyna – obracając się w jego stronę – Ty nie Slovak prawda ? – dodała. - Polak – wyjaśnił Tomek - Ale jak Pani widzi rozmawiam trochę po słowacku - A Polak. - Wyglądasz na Polaka, ale mówisz jak Kali chcieć – zaśmiała się uroczo. Uśmiechnął się także. Może nie wszystko stracone. - Mogę się dosiąść ? – wskazał na wolne krzesło Wahała się. Nie wiedziała jak go spławić. Patrzyła swoimi pięknymi oczami rozchylając lekko usta, jednak nie była pewna jak to ostatecznie rozegrać. Czy to naprawdę taki wielki orzech do zgryzienia ? – pomyślał – Albo mogę albo nie, ach te kobiety. Nie czekając na jej odpowiedź usiadł - Wiem, z kim tutaj jesteś, ale może porozmawiamy trochę – zaczął - Poza zaczepianiem pięknych dziewczyn nie mam nic dzisiaj do roboty – oznajmił szerząc uśmiech, jednak ona sprawiała wrażenie zakłopotanej zaistniałą sytuacją Pomimo, że sztuki flirtowania uczył się od mupetów z Ulicy Sezamkowej, to miły facet – przeszło jej przez myśl. Spojrzała mu w oczy. Zęby szczerzył dalej. - Wiesz? – zapytała nagle - Słucham ??? - Mówiłeś, że wiesz z kim jestem – przypomniała mu – I proszę mów Ty w swoim ojczystym języku, pochodzę z zachodniej Słowacji, dogadamy się po polsku. Wydawało mu się, że poruszyła delikatnie jednym z kącików ust. Coś na wzór delikatnego uśmiechu – wyjaśnił na swój sposób. Miała piękne usta, musiały wyglądać cudownie, gdy uśmiechały się w pełni rozbawione. - W porządku Dziękuję –. Te bełkotanie po słowacku zaczynało już go męczyć. - Widziałem Twoich współtowarzyszy. Krępi chłopcy – dodał - A tak – odparła tylko. Tym razem zastanowił się za nim się odezwał ponownie. - Wiesz co, obserwując Cię z daleka zauważyłem, że tajemnicza dziewczyna z Ciebie. Opanowana w swoich ruchach. Uśmiechnęła się, opierając podbródek na splecionych dłoniach. - A teraz co pan myśli ?? - Że panią chyba coś smuci. Uniosła brwi do góry. Zaskoczył ją. Tak bardzo starała się nie mieć tego wypisanego na twarzy. - O przepraszam, głupiec ze mnie – wyrzucił nagle, podnosząc się z krzesła - Tomek miło mi. - Isabel - odpowiedziała po chwili, chwytając delikatnie jego wyciągnięta rękę. Rozejrzała się skrycie na boki. Musi to jakoś zakończyć, za nim któryś ją zauważy. Usiedli z powrotem, a ona włożyła ręce pod uda tak by siadając nie podwinęła się jej sukienka. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz jakaś kobieta potrafiła go tak zaintrygować i oczarować swoją postawą. Jeszcze ten jej słodki głos i zabawne przestawianie niektórych polskich wyrazów. - Bycie tajemniczą nie pasuje do mnie proszę mi wierzyć – podjęła jego temat. – To ta zamieć nieco nostalgicznie na mnie działa. - Czym się pan zajmuje ?

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych