Spadek
To mój debiut w tym gatunku ;-)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Kiedy wyjąłem ze skrzynki pocztowej dużą białą kopertę z pieczątką kancelarii prawnej o mało nie podskoczyłem. Jakaż to kancelaria może mieć do mnie jakieś sprawy. Pierwszym odczuciem w takich sytuacjach w moim przypadku jest strach. Nie wiem jak wy, ale mnie ojciec tak wpoił, że telegram czy jakiekolwiek urzędowe pismo niesie ze sobą złe wieści. A tu kancelaria prawna... Drapałem się w głowę idąc schodami na drugie piętro swojej kawalerki. Kiedy już zamknąłem za sobą drzwi na zasuwę rzuciłem list na stół i usiadłem w fotelu. Musiałem zapalić. Zamiast otworzyć kopertę żeby natychmiast przekonać się, co jest na rzeczy ja wolałem katować się niepewnością. Nie pamiętam już, na kiedy datował się ostatni list, jaki otrzymałem. Przez ostatnie lata pamiętają o mnie jedynie wodociągi, zakład gazowniczy, elektrownia i administracja. Zaciągnąłem się dymem i zamyśliłem wpatrzony w złowieszczą kopertę. Przywykłem już, że w moim życiu nie dzieje się nic nieprzewidzianego. Niemal każda godzina mojego życia była dokładnie zaplanowana i przewidywalna. Mimo że mam już trzydzieści lat nie związałem się z żadną kobietą. Nie było okazji. Pracy jako takiej też nie miałem. Dorabiałem udzielając korepetycji. Kiedyś udało mi się wydać zbiór opowiadań. Podobno byłem dobrze zapowiadającym się autorem jednak śmierć rodziców wszystko pogrzebała. Cały mój entuzjazm do pisania uleciał ze mnie jak gaz z coca coli stojącej w szklanej butelce tuż obok listu. Pisywałem od czasu do czasu jakiś esej, który udawało mi się sprzedać mniej lub bardziej znaczącym czasopismom. Nic wielkiego. Z korepetycjami pozwalało mi na bardzo skromne życie. Nie chciałem więcej. Tak sobie żyłem w swoim kokonie aż dotarł do mnie list. Kiedy skończyłem palić, sięgnąłem po niego i otworzyłem go. "Szanowny Panie", zaczynał się dosyć oficjalnie. " W związku ze śmiercią..." Zakręciło mi się w głowie. Zacząłem od początku. Ilekroć zaczynałem czytać go od nowa treść wciąż pozostawała ta sama. Żadnego przejęzyczenia się nie było. Czytając dwustronicowe pismo dowiedziałem się, że umarł mój wujek. Dalej zapoznałem się z jego ostatnią wolą. Okazało się, że zostawił mi w spadku niewielką posiadłość gdzieś na Mazurach. Odłożyłem list na stół i poszedłem do lodówki po piwo. Wciąż czułem przyśpieszone tętno. Ostatni raz widziałem wujka, kiedy miałem jakieś dziesięć lat. Całkiem nieźle. Okazało się, że nie miał już, na kogo przepisać swojego majątku. To były dla mnie aż dwie wiadomości, dobra i zła. Dobra była taka, że oto stałem się posiadaczem domu i na dodatek byłem bogatszy o jakieś sześćdziesiąt tysięcy złotych. Zła natomiast to ta, że zostałem już całkiem sam na świecie. Nigdy się, co prawda nie interesowałem rodziną, ale mimo to wiadomość, że oto jesteś ostatnim z rodu niesie ze sobą jakiś podmuch melancholii. Może żalu. Jak zwał tak zwał. Nie jest to budujące. Nie zostało mi nic innego jak wybrać się do Olsztyna dopełnić formalności w kancelarii.
Na drugi dzień siedziałem w wagonie drugiej klasy. Byłem sam i cieszyłem się z tego. Przyzwyczaiłem się do tego, że jest sam. Usiadłem przy oknie twarzą w kierunku jazdy. Wyprostowałem na podłodze nogi zakładając jedna na drugą i krzyżując je w kostkach. Pociąg powoli z wielkim mozołem ruszył przed siebie. Zawsze fascynowało mnie w pociągach to, że nie słychać silników, zupełna cisza i nagle start, zawsze po dźwięku gwizdka. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po kilku chwilach pociąg nabrał prędkości i zaczął swoje rytmiczne stuk - stuk - stuk. Od dziecko działało to na mnie kojąco, niemal jak hipnoza. Miarowe wybijanie stalowych kół było jak mantra. Widok za oknem zaczął się przesuwać coraz szybciej. Migały domy, ulice, ludzie, pola aż wreszcie zaczęły się lasy. Rozejrzałem się po przedziale. Było czysto i schludnie. Pędziłem przed siebie, krajobraz nieustannie się zmieniał. Gdyby patrzeć prosto przed siebie wszystko zlewało się w jedną różnobarwną plamę. Być może nigdy już nie wrócę do swojej kawalerki. Być może zostawiałem za sobą swoje dotychczasowe życie. Spokojne życie. Nawet nie potrafiłem odpowiedzieć sobie na pytanie czy czuje żal, smutek czy jeszcze coś innego. Czułem się po prostu inaczej. Może troszkę zafascynowany. Kto wie, może tak właśnie czuł się Kolumb ruszając w nieznane. Dotychczas żyłem niemal jak mnich. Dlatego chociaż opuszczę swoje strony, nie wpłynie to w żaden sposób na miasto, na ludzi. Nie pamiętam, kiedy miałem w ogóle wpływ na cokolwiek. Zastanawiałem się nad tym aż ogarnęło mnie lekkie przygnębienie. Może jakaś kasjerka w sklepie zauważy, że nie robię już zakupów. Natychmiast zaśmiałem się do siebie po tej myśli. Co za absurd. Wreszcie po długiej i przyznam szczerze nużącej podróży wjechałem na dworzec główny w Olsztynie. Nie zostało mi już nic innego jak znaleźć pokój na jedną noc i rano udać się do swoich dobroczyńców. Ludzie mówią, że jeśli cokolwiek zniszczy Amerykę to będą to prawnicy. Nie wiem jak w Stanach, ale ja byłem daleko i myślałem o prawnikach bardzo ciepło. Bogu dzięki za te kilkaset złotych oszczędności.
Rano obudziłem się wcześnie. Jednak podniecenie dawało o sobie znać. Wziąłem prysznic i ogoliłem się starannie. Co prawda nie miałem garnituru, więc musiałem się wybrać w wytartych dżinsach i koszulce, ale co robić. Każdy orze jak może, albo jak chce. Ja nie potrzebowałem więcej. Wyszedłem godzinę wcześniej. Postanowiłem pójść pieszo. Łatwo jest powziąć decyzję o spacerku, kiedy człowiek nie wie ile będzie musiał iść. Po pół godzinnym pochodzie kląłem pod nosem, że nie wsiadłem w autobus. O taksówce nie było, co marzyć. Lato już zdążyło dotrzeć i na Warmię. Słońce prażyło niemiłosiernie. Musiałem się zatrzymać żeby kupić w sklepie spożywczym butelkę mineralnej. Co, jak co ale trzeba regulować poziom wody w organizmie. Po godzinnym spacerze doszedłem do starówki. Można było dotrzeć szybciej, ale nie mogłem sobie odmówić choćby odrobiny zwiedzania. Wiedzieliście, że Olsztyn jest miastem dwunastu jezior? Dosłownie otaczają całe miasto. Uważam, że to bardzo urocze. Tam skąd przyjechałem ostatnie jezioro wyschło prawdopodobnie w mezozoiku. Kancelaria mieściła się tuż obok rynku. Przyjęto mnie nawet dość ciepło. Mimo mojego ubioru. Wziąłem to za dobry omen. Pomyślałem, że skoro ludzie w tych stronach są tacy mili to może zapuszczę tu korzenie. - witam pana, witam - powiedział młody mężczyzna - tak się cieszę, że udało nam się pana znaleźć - odparł jednocześnie zapraszającym gestem zaprosił mnie do swojego pokoju. - coś nie tak? - Zapytał widząc moją konsternacje. - nie skąd, tylko jakoś spodziewałem się... - Nie zdążyłem dokończyć, kiedy wpadł mi w słowo. - spodziewał się pan kogoś starszego? - Zaśmiał się lekko - wiem, wiem - ciągnął - dużo ludzi tak reaguje. Mimo to zapewniam pana, że kompetencjami nie ustępuję swoim starszym kolegom. Po tym wstępie usiadłem przy jego biurku. Było to ładne biurko z mahoniu. Przewracał papiery i mówił. Dotychczas nie rozumiałem, dlaczego na prawników mówiło się papugi. Był strasznie gadatliwy. Spędziłem w jego pokoju jakąś godzinę. Nie wiem czy tyle było potrzebne czy też może młody prawnik cierpiał na deficyt klientów. W każdym razie po podpisaniu papierków zostałem upoważniony do rachunku mojego wujka i dostałem klucze do jego domu.
Siedząc ze swoim niedużym bagażem w pekaesie opuściłem Warmię i przywitałem Mazury. Sąsiadują ze sobą zupełnie jak Śląsk i Zagłębie. Pomyślałem, wyglądając przez szybę na mijany krajobraz. Widok był naprawdę zapierający dech w piersiach. Łąki pofałdowane jak wzburzone fale na morzu, pełne kwiatów i trawy. Lasy to wdzierały się na kolorowe łąki to znów wycofywały się tworząc ciemne linie na widnokręgu. W oddali majaczyło jezioro. Raj na ziemi. Nabrałem ciepłego powietrza w płuca i wypuściłem je z sykiem. Jakiś dzieciak siedzący w rzędzie obok mnie ze starszą kobietą uśmiechnął się do mnie celując pistoletem sikawką. Zamknąłem oczy. Monotonny pomruk silnika usypiał mnie z każdym kilometrem. Obudziłem się na minutę przed tym jak autokar zatrzymał się na ulicy przy niepozornie stojącym samotnie znaku PKS. Po chwili stałem na poboczu wpatrzony w tył odjeżdżającego autokaru. Słońce zawieszone wysoko na niebie otulało wszystko w zasięgu wzroku swoim ciepłem i blaskiem. Ptaki śpiewały siedząc na drutach linii telefonicznych ciągnących się od słupa do słupa wzdłuż wyasfaltowanej drogi. Poza tym cisza. Rozejrzałem się dookoła. Miasteczko to było za dużo powiedziane. Ot po prostu skupisko kilkunastu domów i kościół. Okolica wydawała się sporadycznie zaludniona, niemal dzika. Ruszyłem przed siebie. Po chwili zauważyłem staruszkę siedzącą pod płotem na drewnianej ławie. Zastanawiające jest, że starszy ludzie na wsi często siadają na takich ławeczkach przy drodze. Jakby na coś czekali. Zbliżyłem się do niej i stawiając walizkę na ziemi zagaiłem. - Niech będzie pochwalony - wypaliłem z głupia frant. Musiałem gdzieś widzieć na filmach, że ludzie na wsi pozdrawiają się w ten sposób. Ostatecznie mogłem zrobić z siebie durnia nie zależało mi. Nikt mnie tam nie znał. - Na wieki wieków - odpowiedziała bezbarwnie staruszka kiwając się na ławce. Spojrzałem na nią. Jest taki wiek, od którego już nie sposób powiedzieć czy ktoś ma siedemdziesiąt czy dziewięćdziesiąt lat. Wysuszona z chustką na głowie i fartuszku. Miała na sobie gumiaki obcięte jakby ktoś chciał z nich zrobić kapcie. Za nią na placu rosło duże drzewo. Jego rozłożyste gałęzie dawały sporo cienia. Zapragnąłem się schować pod nim. Słońce sprawiło, że koszulka zaczynała mi się lepić do ciała. Zacząłem ją wypytywać o adres zapisany na skrawku papieru, który trzymałem w dłoni. Jej pomarszczona twarz zamyśliła się na chwile. Obojętne oczy zapadły się lekko, po czym wytłumaczyła mi jak mam iść. Jeszcze raz spojrzałem na tą pobrużdżoną wiekiem twarz. Podziękowałem i ruszyłem przed siebie. Po tym spotkaniu nie mogłem nie ulec tej natrętnej myśli. Starość. Myśl, że i ja będę tak wyglądał dopadła mnie jak gwałtowna burza. Przeszyły mnie ciarki. Któregoś dnia spojrzę do lustra i zobaczę w nim jakąś pomarszczoną gębę, to już nie będę ja. Bałem się tego. Może lepiej umrzeć młodym. Żyj szybko, umrzyj młodo. Ta maksyma nie pasowała do mnie, starość również nie. Jakbym miał jakiś wybór. Zaczynałem już odczuwać ciężar swojego bagażu. Ręka mnie rozbolała, więc przełożyłem ją do drugiej. Po drugiej stronie ulicy minąłem sklep. Coś na podobieństwo dawnego GS-u. Pod sklepem stały ustawione w zardzewiałym stojaku rowery. Trzy betonowe stopnie prowadzące do środka, były okupowane przez miejscowych rolników. Siedzieli w starych wytartych marynarkach i drelichowych spodniach popijając piwo. Myślałem, że to już relikt przeszłości. Rany, pomyślałem, jak w "arizonie", pomyślałem przywołując w pamięci pewien dokument oglądany w telewizji. Traktował o PGR-rze a właściwie o ludziach mieszkającym w zlikwidowanym pegeerze. Spojrzeli na mnie zaciekawieni i odprowadzili mnie leniwie wzrokiem dopóki nie zniknąłem za zakrętem. Doszedłem do ostatniego domu w rzędzie wybudowanych przy drodze i zgodnie z zaleceniem staruszki skręciłem z asfaltowej drogi w polną. Pamiętam, że rzuciło mi się w oczy fakt, że nie minął mnie do tego czasu żaden samochód. Aż dziw, że ktoś uznał za słuszne asfaltować w tej wiosce drogę. Idąc polną dróżką wzdłuż kolein pozostawionych być może przez jakieś wozy ciągnięte przez konie a może traktory oddalałem się od zabudowań. Zaczęły otaczać mnie łąki. Zielona trawa poruszana letnim delikatnym wiatrem zdawała mi się wskazywać kierunek. Śpiew ptaków również był nieodłączny. Sielanka. Miałem już dość. Ręka mi omdlała, więc jak tylko doszedłem do pierwszego drzewa, które rosło przy drożynie postawiłem walizkę i usiadłem wyjmując butelkę mineralnej. W obawie o poziom wody uzupełniłem braki. Tak szczerze powiedziawszy miałem gdzieś poziom wody. Strasznie chciało mi się pić. I pomyśleć, że jeszcze dzień wcześniej byłem daleko stąd. W dużym mieście. W cywilizacji. A tu nagle cisza, ptaki i słońce. Nie żebym narzekał. Podobało mi się to miejsce. Z rozmyślań wyrwał mnie nadjeżdżający wóz. Ciągnięty przez konia. Jakbym wykrakał. - Prrrrrrr - krzyknął mężczyzna zatrzymując konie tuż obok mnie. Wstałem, spojrzałem na niego. Miał na oko pięćdziesiąt lat. Był jeszcze całkiem krzepki a przynajmniej takie sprawiał wrażenie. - Pochwalony - kiwnął nieznacznie w moją stronę głową na powitanie. - A pochwalony - odparłem zadowolony, że moje pozdrowienie działa - można się z panem zabrać? - Zapytałem. - A gdzie to jedziecie panocku - zapytał woźnica, o ile można go tak nazwać. Wytłumaczyłem gdzie chcę się dostać a on pozwolił mi wgramolić się na wóz. Zająłem miejsce na desce pełniącej rolę ławeczki. Wio, rzucił magiczne słowo i ruszyliśmy podskakując na wybojach. Coraz więcej drzew zaczęło przed nami wyrastać aż w końcu wjechaliśmy w niezbyt gęsty las. Pamiętam, że mój dobroczyńca nie był skory do rozmowy a mnie nie uśmiechało się patrzenie w koński zad. Próbowałem złapać jego spojrzenie, może i on tam zaglądał. Nie sposób było zgadnąć. Może tak może nie. Pewnie po kilku latach musiało mu się znudzić. Ja mimo szczerych chęci a ściślej szczerych niechęci ciągle wracałem wzrokiem w to magiczne miejsce. Koń machał ogonem odganiając się od natrętnych much. Po jakichś pięciu minutach zatrzymał się przy niewielkim drewnianym krzyżu na rozstaju dróg. Powiedział, że mam iść dróżką w lewo i zaraz będę na miejscu. Zeskoczyłem podziękowałem i taszcząc swoją walizkę ruszyłem przed siebie. Tak jak mi kazał. Po chwili moim oczom ukazała się duża polana porośnięta bujną trawą a na środku niej stał dom. Stanąłem jak urzeczony. Czy to był jeszcze dom czy już może dworek. Trudno mi wyrokować, nie znam się na architekturze. Stał na polanie, dumny, wybielony. DOM. Miał kształt prostokąta a przed drzwiami było zadaszenie wspierane przez dwie drewniane kolumny. Imponujący, naprawdę. Miał tylko jedno piętro, jego stan techniczny z zewnątrz wyglądał całkiem przyzwoicie. Podszedłem do drzwi i wyjąłem klucz. Zostawiłem walizkę w hollu, jeśli mogę się tak wyrazić z amerykańska. Zrobiłem drobny obchód. Zebrało się już nieco kurzu, ale to nic. Ogólnie byłem zadowolony i trzeba to powiedzieć głośno, mile zaskoczony. Przez całą drogę nawet przez chwilę nie myślałem o tym jak on będzie wyglądał. Może, dlatego że jeszcze będąc kilkaset kilometrów stąd założyłem, że nie ma się, co podniecać. A tu proszę. Niespodzianka. Już po pierwszej godzinie wybrałem sobie pokój dla siebie. Przyjemny, nieduży pokoik na piętrze. Widok prześliczny. Wszędzie jak okiem sięgnąć łąki, dziko porośnięte trawą, no i las. Ta cisza,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil orfeusz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…