Spóźnione walentynki
Każdy sam tworzy własne niebo... lub piekło.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Bilety na koncert dawno już były wyprzedane. Dzień Świętego Walentego był tego oczywistym powodem, a już zupełnie najoczywistszym Tonne Estas – słynny na cały świat trubadur. Olena kupiła bilety na wiele miesięcy przed koncertem, jeszcze w starym roku, chcąc sprawić mężowi i sobie walentynkowy prezent.
Uwielbiała go, nie męża oczywiście, z którym każdy dzień był zagadką bez rozwiązania. Nie wiadomo było co myśli, jak się zachowa. Był nieprzewidywalny, jak obcy, przybysz z innej planety, którego niektórych zachowań w ogóle nie rozumiała. Mimo, że od dawna go nie kochała, przysięgała jednak przed ołtarzem i głęboko gdzieś tliła się w niej nadzieja, że to co było kiedyś może jeszcze powrócić. Ożyć, jak usychające drzewo, którego korzenie nagle zasili deszczem obfita ulewa.
Miał to być pierwszy koncert gitarzysty w Rydze, w ogóle na Łotwie. Olena bardzo czekała na ten dzień. Od lat słuchała samorodnego wirtuoza, wpatrując się w jego wizerunek. Choć nie był Cyganem, do złudzenia urodą przypominał męskich, smagłych, smutnych grajków ciągnących się w tyle za taborami. Jak zahipnotyzowana patrzyła w jego zamyślone oczy i długie ciemne rozpuszczone włosy. Gdy grał w zapamiętaniu, po twarzy przepływała pełna paleta wielobarwnych uczuć. Szczęście, smutek, zaduma, nadzieja, mistycyzm…
Wieczorem, w przededniu koncertu słuchała na youtube kawałków Tonnego i czekała aż grzane piwo będzie gotowe. Czuła, że coś ją łapie, jakieś choróbsko igra z nią i nie chce odejść. Nie mogła sobie na to pozwolić, nie teraz. Wcisnęła całą pomarańczę, dodała łyżkę miodu i szczyptę przypraw. Gdy w garnku zawrzało, nalała sobie trochę do kubka i wróciła do pokoju słuchać muzyki. Jak zwykle zapomniała o bożym świecie i, gdy się ocknęła poszła do kuchni po drugą porcję uzdrawiającego napoju. Garnek stał pusty, a nawet nie tyle stał, co leżał do góry dnem w zlewie. Wściekła się! Jedynym sprawcą mógł był Dmitrij, jej własny obcy pod wspólnym dachem.
- Dlaczego wylałeś moje piwo?! – spytała ostro. - Myślałem, że to jakieś pomyje. Pływały w nich farfocle. - Czemu nie spytałeś?! To było moje piwo, przygotowywałam je starannie. Miałam na nie ogromną ochotę!
Dmitrij tylko się śmiał, a Olena zaczynała coraz bardziej krzyczeć, więc wkrótce nerwowy nastrój udzielił się również jemu.
- Ty pijaczko! - Co? Ja pijaczka? Jesteś bezczelny! – Ucięła ze złością. – A kto pije piwo codziennie, nawet bez dnia przerwy? - To weź sobie moje piwo i daj już spokój - odpowiedział, bagatelizując sprawę. - Wsadź sobie w dupę swoje piwo! Odechciało mi się. I nie idziesz ze mną na koncert. Wolę być sama, niż ciągnąć drzewo do lasu. - I tak nie miałem ochoty iść. - No widzisz. I sprawa sama się rozwiązała – powiedziała to spokojnie, ale ręce nadal jej drżały z emocji.
Weszła do kuchni, odgięła zawleczkę i ze złośliwą satysfakcją wylała piwo Dmitrija do zlewu, a potem już spokojniejsza powróciła do słuchania koncertu Tonnego. Był piękny, przystojny, męski, nie to co jej łysiejący mikrus, który zdążył obrosnąć w tłuszczyk przez kilka lat wspólnego pożycia. Nim była bezbrzeżnie rozczarowana.
Z zachwytem wpatrywała się w zamknięte oczy i skupienie malujące się na szczupłej twarzy okolonej długimi błyszczącymi włosami. Grał akurat „Kubańską Rapsodię” – jej ulubiony utwór. Mogłaby słuchać z zamkniętymi oczami, tak jak on gdy grał, a jednak chciała, musiała patrzeć na ten piękny okaz mężczyzny, na jego uduchowioną, wręcz mistyczną twarz. Był jej skrytym marzeniem od lat.
***
Zima była śnieżna, na szczęście siarczyste mrozy znad Rosji odeszły już, pozostawiając zbite bryły śniego-lodu na skwerach i trawnikach Rygi. Długie sople zwisające z dachów ktoś regularnie odłamywał, a oblodzone chodniki posypywał piaskiem. Wszystko to w dniu Św. Walentego umknęło uwadze Oleny. Spieszyła się do pracy, nie mogła się spóźnić, miała trudne zadanie do wykonania, a chciała wyjść dwie godziny wcześniej. Z najważniejszego z ważnych powodów.
Z zegarkiem w ręku wykonywała żmudne czynności, zrezygnowała nawet z przerwy obiadowej i głodna, acz zadowolona z wyników swojej pracy punktualnie o piętnastej opuściła biurowiec. Strój na koncert i wszelkie dodatki od dawna już czekały przygotowane w szafie i szufladach etażerki. Jeszcze tylko obiad, krótka drzemka i mogła szykować się na wielką uroczystość.
Dmitrij nie wrócił jeszcze z pracy. I dobrze! Po wczorajszej kłótni wcale nie chciało jej się silić na bycie miłą, ani udawać, że nic się nie stało, gdyby niespodzianie przyszło mu do głowy ją przepraszać. Wypoczęta zaczęła szykować się na koncert i mając dużą rezerwę czasową opuściła puste mieszkanie. Po drodze do klubu Palladium wstąpiła jeszcze na małą czarną i już była gotowa. Mogła iść.
Na kolumnach reklamowych wszędzie widziała plakaty Tonnego Estasa. Uśmiechał się do niej zachęcająco, a ona reagowała podobnie, jakby przyjmując zaproszenie. Humor miała wyśmienity, była pełna oczekiwania na to, co miało się wydarzyć. W szatni zostawiła ciepłe, długie palto i powoli przeszła na salę, by zając miejsce. Wykupiła jedno z droższych, w trzecim rzędzie, aby móc z bliska przyglądać się feerii min i mimice rodzącej się na twarzy grajka. Uwielbiała na niego patrzeć, gdy grał. Robił to dla siebie, skupiony jak wieszcz, który chce przekazać mądrość całemu światu. Spokój, radość i szczęście płynące z jego serca i duszy. Był niezwykły.
W ciemnozielonej, aksamitnej sukni i z kasztanowymi włosami wyglądała jak Scarlet O’Hara w najlepszej z filmowych adaptacji „Przeminęło z wiatrem”. Emanowała energią i seksapilem, zupełnie nieświadoma swoich wdzięków. Najważniejszy jednak był on – Tonne Estas, na którego pojawienie się oczekiwała z mocno bijącym sercem.
Sala zapełniła się i trwała w ciszy, w ciemności. Tylko na małe kółeczko sceny padało światło, na puste krzesło, czekające na gitarzystę. I wreszcie wszedł, powoli, dostojnie pozdrawiając z uśmiechem nagle ożywioną publiczność. Przywitał się po angielsku, zagaił rozmowę, a potem usiadł i popłynęła muzyka ze strun smeranych delikatnie, a potem szarpanych silniej smukłymi palcami. Rozpuszczone włosy najpierw założone za uszy, wymsknęły się i wirowały w tańcu wokół głowy artysty. Całe jego ciało wibrowało od emocji wywołanych muzyką i grą, którą tworzył jak magik, z zamkniętymi oczami. Melodia płynęła z duszy i przez palce kreowała nastrój, w którym pogrążyła się widownia. Olena wpatrywała się w ukochany obiekt nawet nie mrużąc oczu. Czasem jakaś łza spłynęła po policzku, wywołana falą wspomnień i niespełnionych marzeń. Czasem uśmiech, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wykwitał na jej drobnej twarzyczce. Stała się muzyką, jednością z Tonnem. Czuła go, czuła piękno i czystość jego wnętrza. Czasem zalewała ją gorąca fala emocji, podobnie jak jego, gdy gwałtownie szarpał struny i suwał po nich wszystkimi palcami drugiej ręki. Machał głową w zapamiętaniu, znikając w plątaninie włosów. A potem zastygał w bezruchu, uspokajał się i muzyka brzmiała już inaczej, ciszej, łagodniej, jakby płynąc z innego świata. Po spełnieniu, upojeniu i pełnym uszczęśliwieniu. Wtedy się uśmiechał, do siebie, a ona do niego. I tak trwali każde w swoim mikroświecie. Bo szczęście, jak pisał Milton budzi się przez umysł. „Umysł jest dla siebie siedzibą, może sam w sobie przemienić piekło w niebiosa, a niebiosa w piekło”. Każdy sam tworzy własne niebo, jeśli tylko potrafi lub piekło, jeśli nie posiada takiego daru.
Koncert trwał półtorej godziny. Był magią, mistyką, zawiódł ją do innego świata, z którego nie chciała jeszcze wracać. Szybko podjęła decyzję, aby pojechać na noc do mamy. Nad morze, do Jurmały. Nie chciała spotykać Dmitrija, nie chciała zbyt szybko spaść z nieba na ziemię. Wysłała mu tylko sms, że nie wraca na noc. U mamy samotnie mieszkającej w małym nadmorskim miasteczku zawsze była mile widzianym gościem. O każdej porze dnia i nocy.
Taksówką pojechała na dworzec kolejowy, kupiła bilet i siedząc w poczekalni delektowała się odtwarzaniem…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Sylwiana
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…