Stado II
Historia o kurach, kaczkach, gęsiach i indykach
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
STADO II Kaczki dość długo nie mogły przyjść do siebie po straszliwej nocy. Eskorta kogutów już zniknęła a one dalej szły, szły przed siebie. Po tragicznej śmierci Kraka, podczas powodzi, nikt nie kwapił się do objęcia duchowego przynajmniej przywództwa nad stadem. Dopiero teraz, w trakcie tej wędrówki, niemłoda już kaczka imieniem Gara wzięła na siebie ciężar odpowiedzialności za losy swych pobratymców. Nakazała nie zwalniać tempa, iść w jak najszybszym tempie, tylko jak najdalej od stada groźnych kogutów. Wędrowali kilka tygodni, swoim dziwnym, kaczym chodem, aż wreszcie zatrzymali się nad brzegiem wielkiego jeziora. Brzegi były skaliste, gdzie niegdzie rosły kępki bladozielonej trawy. Woda zimna ale bardzo czysta. Jezioro było niezamieszkane przez żadne ryby, żaby czy nawet drobne, wodne żyjątka. Było martwe. Prócz błękitnej, lodowatej wody nic w nim nie było. Przedarli się przez skaliste wzgórza, minęli martwe kikuty drzew. Pod stalowoszarym niebem, wśród nagich skał, przy zatoce wypełnionej przezroczystą wodą znaleźli niewielkie, płaskie, wolne od kamieni miejsce. - Tutaj założymy naszą siedzibę - zadecydowała Gara. Po jednodniowym odpoczynku przystąpili do organizacji obozowiska. Gara wyznaczyła miejsca ustawienia szałasów, nakreśliła osie magazynów żywności, przygotowała szkice i plany obrony przed ewentualnym atakiem nieprzyjaciela. Stado kaczek po dokonanej przez koguty krwawej rzezi nie było zbyt liczne. Kaczka Gara ubolewała nad tym lecz nie myślała zbytnio jak temu zaradzić. Sama była odludkiem i samotnikiem, progu jej szałasu nigdy nie przekroczył żaden kaczor. Swój czas i uwagę poświęcała ascezie i rozmyślaniom. Prócz skromnych szałasików na środku placu postawiono jeden duży, przestronny szałas. By zapobiec katastroficznym myślom w stadzie Gara zarządziła codzienne, wieczorne spotkania we wspólnym gronie. Siedzieli w milczeniu, prócz Gary nikt nie mówił. Ona zaś przypominała niesprawiedliwą krzywdę wyrządzoną przez koguty. Wspominała dawne czasy współpracy, przyjaźni i dobrobytu. Rozmyślali nad dawnymi, pięknymi, utraconymi teraz terenami. Gara twierdziła, że nadejdzie czas powrotu do dawnej siedziby. Nadejdzie okres, że ponownie się wszyscy zjednoczą i będą szczęśliwi, tak jak dawniej. Ponownie znajdą się na ciepłej polanie, okolonej ze wszystkich stron bujną, soczystą trawą. Znajdą się nad jeziorem pełnym pluskających, wesołych rybek. Przekonana była, że nadejdzie znak, sygnał mówiący, że już można wracać, że nadszedł właściwy czas. Ktoś powiadomi ich o tym, wybawi z niewoli i wówczas wrócą na dawne tereny. Stado kaczek zbierało się wieczorami w dużym szałasie i słuchając Gary oczekiwało sygnału. Minęło kilka lat. Prócz małych, twardych orzeszków znajdywanych wśród skał i wody z jeziora nic innego nie było pożywieniem kaczek. Stado nieznacznie się powiększyło. Gara swym ascetycznym zachowaniem narzuciła kaczkom i kaczorom swoisty wzorzec do naśladowania. Oblicza kaczki stały się myślące, kaczory chodziły zamyślone.. Zawierano nieliczne małżeństwa. Szałasy były skromnie zbudowane, nie dbano o wygląd obozowiska i najbliższego otoczenia. Wyznaczeni strażnicy patrolowali ciągle skalne urwiska, by w razie zauważenia czegoś szczególnego natychmiast powiadomić przywódczynię. Niestety nic szczególnego się nie wydarzyło. Wieczorami spotykano się w przestronnym szałasie i wspólnie oczekiwano znaku pojednania, wybawcy. Wierzono, że nadejdzie. Gara swym mocnym przekonaniem ich upewniała. * * * Gęsi podobnie jak kaczki również były przerażone bezwzględnym postępowaniem kogutów. Droga ich również była długa i męcząca, zatrzymały się dopiero na rozległych terenach łąk i pól przedzielonych wartkimi strumyczkami wody. Postanowiono, że będzie to ich siedziba. Wodzem stada wybrano młodziutkiego, energicznego gąsiora Ludwika, który przypadkiem tylko uniknął śmierci z ręki kogutów (był przyjacielem trójki gąsiorów powieszonych na konarach dębu). Gdy doszli już do kwiecistych łąk i postanowili się tam osiedlić. Ludwik powiedział do zebranego stada. - Uważam, że polana z podstępnymi kogutami to rozdział zamknięty w naszym życiu. Zapomnijmy o tym. Weźmy się tutaj do pracy. Obejmujemy w posiadanie piękne tereny - wskazał skrzydłem na rozciągający się wokół obszar - tylko od nas zależy jaka będzie nasza przyszłość. Budujmy nasze domostwa, rozmnażajmy się, doskonalmy nasze umiejętności. Niech naszych umysłów nie zaprząta najmniejsze nawet wspomnienie o przeszłości. Należy ją wyrzucić z naszych serc i umysłów. Nie pozwólmy, by krwawe wspomnienia stanęły na drodze do przyszłości. Jesteśmy tutaj i teraz. Zacznijmy naszą historię od dzisiejszego dnia. Mamy możliwość wypracowania znacznie lepszych warunków bytowania niż mieliśmy na polanie. Poświęćmy się pracy, organizacji, budowie. Uwierzcie mi, sami się przekonamy po pewnym czasie, że było warto. Tak też gęsi zrobiły. Wytężona, solidna, sensowna praca od świtu do zmroku pozwoliła w krótkim czasie na osiągnięcie takich warunków życia o jakich nikt na polanie nawet nie marzył. Po kilku latach powstały piękne osiedla, właściwie to małe miasteczka, rozrzucone na terenach dziewiczych niegdyś łąk. Zapomniano o kleconych niegdyś naprędce szałasach. Teraz budowano obszerne, wielopokoleniowe siedziby z solidnych, drewnianych konstrukcji. Gąsior imieniem Karol opracował typowy, funkcjonalny projekt domostwa dla gęsiej rodziny. Powstały brygady budowlane realizujące w praktyce pomysły i szkice Karola-architekta. Utworzono szkołę kształcącą budowlanych specjalistów, projektantów, rzemieślników. Nauczono się ścinać i przerabiać drzewo z pobliskiego lasu. Stado rozmnażało się powoli, jakby z zastanowieniem co najpierw warto, czy założyć rodzinę, czy też wybudować dom. Gdy już doszło do małżeństwa, poświęcano uwagę najpierw na zaspokojenie swoich potrzeb materialnych i bytowych, później myślano dopiero o potomstwie. Dlatego też nikt w stadzie Ludwika nie chodził głodny, brudny, biedny. Przywódca był zadowolony. Zgodnie z planem realizowano jego początkowe założenia. Zapomniano o kogutach, mało kto pamiętał ich krwawe porachunki. Nikt nie pamiętał, czy też zapomniał mroczną noc, podczas której tylu ich poprzedników zginęło. Gęsi i gąsiory żyły teraźniejszością i bliską przyszłością. Solidnie, efektywnie pracowano na polach, z których uzyskiwano znakomite plony. Społeczeństwo gęsi wstępowało na coraz to wyższe stopnie wychowania, gospodarności, cywilizacji. * * * Po skrytobójczej śmierci Groźnego i jego najbliższych indyczych współpracowników stado było bliskie wyginięcia. Zabite zostały dorosłe indyki. Zginęło wiele indorzyc i indycząt. Podczas wędrówki przez leśne ostępy i chaszcze gdzie prowadziła ich kogucia eskorta padło wiele innych osobników. Ci co zostali rozpaczali teraz ukryci w leśnej głębinie. Rozmyślali i opłakiwali klęskę swego stada. Trwałoby to długo i niechybnie doprowadziłoby wreszcie do ich fizycznego unicestwienia gdyby nie indor Ponury. On był bardzo bliskim doradcą i zaufanym przyjacielem Groźnego. On też pomagał przy przewrocie i aresztowaniu Bogusza podczas potopu. Jego koguty najbardziej poszukiwali. Nie udało się im go znaleźć. Ponury ukrył się w krzakach, patrzył z krwawiącym sercem na masakrę. Chciał wyskoczyć z tych krzaków. Wyskoczyć i rzucić się na te bezwzględne istoty, które czyniły tyle złego. Szarpać dziobem, uderzać skrzydłami, drapać pazurami. Powstrzymał się. Wiedział, że jak wyjdzie z ukrycia to zabiją go. Sam nie da rady muskularnym kogutom a na zorganizowaną obronę było już za późno. Koguty doskonale wykorzystały element zaskoczenia. Myślał jednak, że jeszcze nie warto ginąć, że jego życie przyda się. Wówczas przysiągł zemstę. Zaciskał dziób z bezsilnej wściekłości. Stał w krzakach, patrzył na mordy, rzezie i przysięgał sobie, że dopóki żyje będzie wszystko robił by się zemścić, by unicestwić te okropne istoty w taki sposób w jaki one teraz to robiły z jego pobratymcami. Jego umysł, jego serce po tej nocy spędzonej w krzakach przesycone było nienawiścią. Podczas wygnania indyczego stada szedł za nimi stopa za stopą. Śledził ich poczynania, zgrzytał dziobem widząc uległość i służalczość wobec koguciej eskorty. W leśnej głuszy koguty zostawiły stado odchodząc z powrotem na polanę. Ponury szedł za nimi jeszcze przez pewien czas chcąc się upewnić czy odchodzą naprawdę. Dopiero wówczas podszedł do swych ziomków. Natrafił na rezygnację, zniechęcenie, oczekiwanie na rychłą śmierć. Indorzyce i małe indorki nawet nie ucieszyły się na widok, uważanego za zamordowanego, Ponurego. Apatia jaka ich ogarnęła była trudna do przezwyciężenia. Ponury nie zraził się tym. Donośnym głosem tłumaczył, że nie można się tak poddawać, ulegać depresji. Krzyczał na nich, że są tak słabi, tak zrezygnowani. - Obiecuję wam, że za kilka lat wrócimy i zwyciężymy koguty. Przemyślałem to podczas tej wielodniowej wędrówki. Będziecie wykonywać tylko to co ja postanowię, nikt nie ma prawa robić czegokolwiek innego. Wszystko należy uzgadniać ze mną. Musicie mnie słuchać, wówczas nie tylko przeżyjemy w tej dzikiej głuszy lecz wyjdziemy z niej jako wielka siła i potęga, której nie sprosta żadne, inne stado. Nikt się nam nie sprzeciwi. Wyjdziemy z lasu, wrócimy na polanę. Zniszczymy kogutów i każdego kto stanie na naszej drodze. Obiecuję wam, że wyprowadzę was z tych ciemnych ostępów, że wrócimy na naszą jasną, słoneczną polanę. Nikt nie śmiał sprzeciwić się Ponuremu. On był najstarszy, najsilniejszy, był przyjacielem indora Groźnego. Byli tak przerażeni powstałą sytuacją, że zgadzali się na wszystko co zaproponował mocny przywódca. Pierwszą rzeczą, którą zrobił Ponury było oddzielenie młodych indycząt od indorzyc. Umieścił ich w niewielkich kojcach, wykonanych na skraju ich nowego obozowiska. Stare, bezpłodne indorzyce zostały przeznaczone do zbierania pożywienia. Miały zaopatrywać stado w żywność, chronić przed głodem. Ponury dokładnie określił normę, ile i jakiego pożywienia ma przynosić każda wyznaczona do tego indorzyca. -Inaczej - rzekł- nie ma powrotu do stada. Powrót ze zbiorów bez ilości szyszek, pędraków, pędów roślin wyznaczonych przeze mnie równa się śmierci. Młodymi, zdrowymi indyczkami Ponury zajmował się wieczorami, po skończonej pracy. Każdą z osobna. Zapowiedział im, iż istnieją tylko po to, by dawać życie następnym pokoleniom walecznych wojowników oraz matkom tychże wojowników. Jeżeli którakolwiek nie byłaby zdolna do reprodukcji natychmiast przejdzie do indorzyc zbierających żywność. Chociaż zamysły, poczynania Ponurego wydawały się być brutalne i bezwzględne, wiedział, że innej drogi nie ma. Taki jest świat, rozumował. Jeżeli chcą wrócić na polanę, chcą pokonać stado kogutów to muszą dochować się nowego, silnego, zdrowego pokolenia. Bez psychicznych obciążeń ich przodków. Muszą być wychowani w surowych, ostrych i ciężkich warunkach, by móc się w przyszłości przeciwstawić podobnym. Muszą być brutalni, mściwi, bezwzględni. Ich pokonano podstępnie, oni zwyciężą w bezpośredniej walce. Życie stada zostało podporządkowane myślom Ponurego. Nikt się nie sprzeciwił. Nadeszły ciężkie dni. Dowódca od rana do wieczora zajmował się młodymi indorkami. Ćwiczył z nimi w lesie wojskowe manewry, zasadzki, taktyczne sprawdziany. Zajął się ich kondycją i sprawnością fizyczną. Biegi, pady, przysiady, skoki. Tak wyglądał ich dzień, od rana do wieczora. W przerwach, nauki nienawiści, do wszystkich stworzeń, przede wszystkim do kogutów. Przedstawiał ich jako ucieleśnienie zła, chytrości, podstępu. Opowiadał jak zadusili Groźnego, jak wymordowali wszystkich dorosłych indorów, jak wygnali stado. W pierwszych dniach niewidoczne, później coraz intensywniejsze pojawiały się złowrogie błyski w oczkach małych indorków. Zima zaskoczyła ich niespodziewanie podczas ćwiczeń, których Ponury jednak nie przerwał. Męczył swych wojowników dalej, wśród zasp śnieżnych i zamarzających źródeł. Krople zamarzającego na skrzydłach potu, buchająca z dziobów para świadczyły o intensywności ćwiczeń. Zaczęły się kłopoty z żywnością. Indorzyce nie przynosiły wyznaczonych ilości pożywienia. Pierwszą, która nie wykonała normy Ponury zadziobał przykładnie na śmierć, wykonując wyrok na oczach stada. Drugą spotkał podobny los. Na środku placu, pośród ośnieżonych drzew, przerażonych indorzyc i coraz obojętniej patrzących indorków Ponury w sposób bezwzględny egzekwował swoje zarządzenia. Na okres zimowy w związku trudnościami w pozyskiwaniu pokarmu musiał zmniejszyć jednak racje żywnościowe. Nie spowodowało to obniżenia intensywności ćwiczeń. - Każdy z nas powinien być przygotowany na najgorsze - mówił - musimy nauczyć się walczyć o głodzie i chłodzie. Musimy być twardzi - powtarzał po raz który z kolei. Twardy i bezwzględny, to był ideał, pośród którego dorastały indorki. Z biegiem czasu wyrośli z nich smukli, wysocy wojownicy, nie bojący się nikogo i niczego. Zdyscyplinowani, karni, nieczuli na najmniejszy odruch współczucia. Ponury przechadzał się zadowolony między szeregami odważnego wojska. Byli jego chlubą. On ich stworzył, on ich wychował, nauczył. Byli tacy o jakich marzył. Dumni, milczący, bez grymasu uśmiechu na twarzy, ze wzrokiem wpatrzonym przed siebie, prosto. Istne posągi zdecydowane natychmiast wykonać każdy rozkaz wydany przez wodza. W pewnej chwili się nawet ich przestraszył. „Co będzie, jeżeli wystąpią przeciwko mnie. Kto ich powstrzyma jeśli zbuntują się z błahego powodu?” Lecz zaraz odrzucał tę myśl jako niedorzeczną. „To niemożliwe. Oni należą do mnie. Ufają mi, są ulepieni z tej samej gliny”. Wykluwały się następne pokolenia. Ponury, kilka dni po narodzinach zabierał małe indorki od matek, umieszczał je w kojcach na skraju siedliska i wciągał w rytm codziennych ćwiczeń. Matki nie protestowały, wiedziały, że robi to w słusznej sprawie. Po kilku latach intensywnych i karkołomnych ćwiczeń Ponury doczekał się niezbyt licznej ale za to zdyscyplinowanej armii. Uzbroił ją w drewniane, ostre włócznie, którymi zamierzał zaskoczyć kogutów. Plan Ponurego, którego początki zarysowały się podczas pamiętnej nocy spędzonej w zaroślach zbliżał się ku końcowej fazie realizacji. Stało się tak jak niegdyś pragnął. Teraz obmyślał jak najdogodniejszy sposób i termin ataku na siedzibę kogutów, na słoneczną polanę. * * * Tymczasem koguty wcale nie spodziewały się inwazji stada indyków. Bogusz wyjątkowo szybko zestarzał się, oślepł, siedział już tylko w pałacu, na szerokim łożu, nie interesowały go problemy stada. Szykował się do przejścia na inny świat. Rządy w jego imieniu sprawował najstarszy syn imieniem Mazur. Stado podzieliło się na kilka, dużych rodzin zajmujących tereny oddzielone od siebie drewnianymi barierami. Przedstawiciele tych rodzin co pewien czas zbierali się na polanie, dyskutowali nad podziałem uzbieranej żywności, planowali przyszłe zasiewy, podział pracy. Powzięte decyzje musiały być zgodne i akceptowane przez wszystkich. Dlatego też każdy sprzeciw powodował przedłużające się spory, wzajemne przekonywania, dyskusje. Radzono wówczas przez kilka dni, a nawet tygodni. Póki jeszcze Bogusz był młodszy, bardziej energiczny to usuwał jednoznacznie wszelkiego rodzaju sprzeczności. On potrafił zadecydować co jest słuszne a co nie, co jest dobre a co złe. Nie znosił sprzeciwów. Moment niezdecydowania podczas pamiętnej powodzi kosztował go drogo, zrozumiał i wyciągnął wnioski. Ale gdy tylko zaczął ślepnąć i głuchnąć, przedstawiciele rodzin przejęli inicjatywę w swoje ręce. Mazur, raczej mało energiczny, nie potrafił się im przeciwstawić. Śmierć Bogusza nastąpiła w wyniku postępującego zaniku funkcji całego organizmu. Mazur został władcą, chociaż ze strony rodzin były propozycje by królem został któryś z kandydatów wysunięty przez nie. W wyniku sporów (każda rodzina pragnęła przeforsować swego kandydata) nie uzgodniono wspólnej kandydatury, dlatego też jeszcze tym razem Mazur nie napotkał przy koronacji poważniejszych trudności. Był on jednak władcą nieudolnym. Nie potrafił pracy zorganizować tak, by była ona wykonywana logicznie i z sensem. Zdarzały się przypadki, że jednego dnia brygada kogutów kopała kanał nawadniający pola, a drugiego, inna brygada zasypywała go i kopała kanał w kierunku przeciwnym (tłumacząc to zmianą planów). Mieszały się ziarna różnych roślin, także nigdy nie było wiadomo co w danym roku na danym polu wyrośnie. Jednego dnia budowano szałasy, drugiego rozbierano je i orano w tym miejscu pola uprawne. Spotkania przedstawicieli rodzin były coraz częstsze i przebiegały w coraz gorętszej atmosferze lecz nic z nich nie wynikało. Kłócono się coraz bardziej, nie potrafiono wyciągnąć konkretnych wniosków. Mazur nie panował nad sytuacją. Pewnego dnia miał już dość tych narzekań i utyskiwań. Abdykował i wraz z żoną i trójką małych kurcząt wyprowadził się z pałacu do skromnego szałasiku. Wybuchła walka o tron między przedstawicielami rodzin. Kłócono się zaciekle o sukcesję po Mazurze. Po długich utarczkach słownych, sporach, zawziętych i upartych dysputach, wreszcie większością głosów (odstąpiono od zasady jednomyślności) został wybrany przedstawiciel rodziny wywodzącej się z jednej z prostszych linii od legendarnego króla Krasnego. Nazywał się Korund. W stadzie mówiono o mającym podobno miejsce przekupstwie ( w ilości dwóch, dużych pojemników z ziarnem ) do jakiego dopuściła się rodzina Korunda by zyskać o kilka głosów więcej. Nie były to jednak wiadomości potwierdzone oficjalnie. By pogodzić się z inną ważną rodziną, której kandydat przegrał walkę o koronę, postanowiono ożenić Korunda z siostrą owego pretendenta. Miała na imię Lidia i była zgrabną, młodziutką kokoszką, która bardzo przypadła do gustu nowemu królowi. Wesele i koronacja odbyły się w tym samym czasie. Świętowano, bawiono się kilka dni przejadając z tej okazji spore zapasy żywności. Lecz trudno było stadu odmówić tej przyjemności. Codzienne troski i kłopoty poszły w kąt. Zapomniano o panującym rozgardiaszu i bałaganie, o marnotrawstwie i głupocie. Troski topiono w napoju, który niedawno wyprodukował ze spleśniałego zboża, sobie tylko znanym sposobem, jeden z młodszych kogucików. Napój ten powodował zawroty głowy, błogi, wesoły nastrój, rozluźnienie mięśni, radosną minę. Koguty szybko nauczyły się go pić w dużych ilościach. W związku z weselem i koronacją Korunda przygotowano spore ilości tego napoju. Członkowie stada dużo jedli, pili, zapominając o dręczących ich codziennych problemach. Atmosfera była radosna, umiejętnie podsycana przez tzw. rozlewaczy chodzących z konwiami pełnymi owego napoju i nalewających do pojemników każdemu kto tylko tego zażyczył. Koguty wesoło tańczyły z kurami, młodymi kokoszkami, orkiestra przygrywała na sporządzonych z gałęzi i liści instrumentach. Po zakończonych uroczystościach Korund postanowił zaprowadzić w stadzie porządki. - Starczy już bałaganu, samowoli, niegospodarności. Musimy solidnie wziąć się do pracy, nauki. Stworzyć sobie godziwe warunki bytowania, wydobyć się z marazmu i głupoty. Założył szkołę inżynieryjno-rolniczą, w której wykładowcami były mądrzejsze i starsze koguty. Każda rodzina wydelegowała swych przedstawicieli do nauki, którzy w późniejszym okresie mieli kierować sprawami gospodarczymi wspólnoty. Korund dużą wagę przywiązywał do poziomu nauki w szkole, nakazał wykładowcom by ukierunkowali wychowanków w praktycznej wiedzy, by wymagali zaangażowania i pilności. Przy pomocy absolwentów szkoły pragnął krainę, którą zamieszkiwali przeistoczyć w zgodny, gospodarny, obficie zaopatrzony w żywność, pięknie zabudowany rejon. By każdy kto doń dotrze podziwiał wspaniałomyślność, praktyczność, zalety mieszkańców i władcy. Korund postanowił spisać również dzieje stada od początku jego istnienia. Pragnął zaprowadzić pisemną kronikę wszystkich zdarzeń, wypadków jakie przeżyło stado. Chciał, żeby ci, którzy przyjdą po nich wiedzieli o wszystkich zdarzeniach przodków. Młody kogucik Kamil został zaszczycony wyborem na kronikarza. Sporządzono długi rulon z kory brzozowej, kogucie pióro służyło jako narzędzie do pisania, wywar z czarnego torfu jako mazidło. Korund opowiadał, Kamil stawiał na rozwiniętym rulonie kogucie znaki, które na razie tylko on rozumiał. Cała historia znana była z ustnych przekazów najstarszych uczestników wydarzeń. Korund, gdy jeszcze był małym, niezdarnym kurczakiem chciwie chłonął opowiadania ojca, dziadków, babek. Był ciekaw skąd pochodzi on i jego rodzina . To wszystko co wiedział, co usłyszał od swych przodków nakazał Kamilowi spisywać. Mówił o kogucie Krasnym, o kaczkach, indykach, gęsiach. O zgodnym współżyciu razem. O synu Krasnego, Boguszu, o potopie, o indyku Groźnym. O wygnaniu innych rodzajów ptactwa za zdradę i sprzeniewierzenie się. Kamil pisał, pisał. Zajęło mu to kilka rulonów kory brzozowej. Doszli do koguta Mazura, jego nieudolnych rządów, skończyli na panującym Korundzie. Młodziutki Kamil zamyślił się. - Skąd się wziął Krasny i jego żona? Skąd się wzięły indyki, kaczki, gęsi? Skąd się oni wykluli? -Według opowiadań mych dziadków, przyniósł ich w wielkim worze nasz Pan, nasz Stwórca. Przyniósł, rozsypał po polanie, karmił i poił. Krasny był pierwszy, dlatego został władcą stada i dlatego też każdy potomek Krasnego jest królem. - Ale skąd się wziął nasz Pan? Kto go stworzył ? Czy jego też wysypano z worka, tyle że większego? Gdzie jest teraz? Dlaczego nadal nas nie karmi, nie poi, nie pilnuje porządku w stadzie? -Kamil zasypał pytaniami Korunda. - Nie wiem skąd się wziął. Po prostu był. Istniał zawsze. Istnieje tak jak istnieje ziemia, woda, las, polana. Pewnego dnia odszedł i dotąd nie wrócił - Korund wskazał skrzydłem na zarośniętą już całkiem ścieżynę, na której Krasny po raz ostatni widział plecy Gospodarza, kołyszące się na skrzypiącym rowerze. - Dziadkowie mówili, że w każdej chwili może wrócić, przyjść z powrotem. Musimy być na to przygotowani. Być może zostawił nas samych na pewien tylko czas, na próbę. Może nas obserwuje, widzi nasze uczynki i zachowanie. Powinniśmy pilnować porządku, doglądać stada, by rozwijało się prawidłowo. Kiedyś może odpowiemy za to. -W takim razie jak się wytłumaczymy z braku kaczek, gęsi i indyków? Przecież zobaczy, że ich nie ma. Gdzie oni są? - Zbuntowali się przeciw władzy ustanowionej przez Pana. Bogusz musiał ich ukarać. Wysiedlił wszystkich w odległe tereny. Nie mamy żadnego znaku o ich pobycie. Pewnie umarli z głodu, zawsze byli tacy niezaradni. - A może gdzieś żyją? Kiedyś będziemy musieli znaleźć ich, chociażby miejsca ich śmierci - dodał Kamil. Korundowi doniesiono, że podczas przebudowy starych szałasów, na polanie znaleziono jakąś rzecz niewiadomego pochodzenia. Władca wraz z Kamilem pobiegli w kierunku powstałego już zbiegowiska. Ogromny, podziurawiony, płócienny wór leżał wśród gałęzi. Korund przywołał najstarszą wiekiem kurę, by zidentyfikowała ten przedmiot. Stara kura badawczo obejrzała wór. Zaskrzeczała starczym gdakaniem. - W tym worze przyniesiono nas na tę polanę. Z tego pola wyrzucił Gospodarz całe stado. Ten wór jest naszym początkiem, to jest początek naszego istnienia. Od niego wszystko się zaczęło. Po rozwiązaniu tego wora przodkowie nasi ujrzeli światło dzienne - zagdakała i odeszła na swych chwiejnych, krótkich nóżkach. Kamil z ciekawością przyglądał się szmacianemu, brudnemu worowi. „W podziurawionym worze poczęło się nasze życie? Skąd my się tam wzięliśmy? Po co nas do niego wkładano, skoro później wysypano? Czyżby bez tego brudnego wora nie można nas było stworzyć? Co to wszystko znaczy?”. Pytania nasuwały się jedno za drugim. Korund polecił umieścić drogocenne znalezisko w specjalnym namiocie, do którego wstępu bronili strażnicy. Po opisaniu znalezionego przedmiotu Kamil zakończył spisywanie dziejów stada. Opowiadania Korunda wzmogły jego zainteresowania. Postanowił dowiedzieć się od starych kogutów, kur jeszcze innych, istotnych zdarzeń mających miejsce w ich historii. Pragnął też dotrzeć do kaczek, gęsi, indyków. Usłyszeć o ich dalszych dziejach. Chodził po szałasach, słuchał opowiadań, notował, segregował, ustawiał chronologicznie wszystkie wydarzenia. Napój ze spleśniałego zboża, który pito podczas koronacji i wesela króla szybko znalazł uznanie w stadzie. Powstawały rodzinne zakłady, który produkowały ów napój stosując coraz to nowocześniejsze technologie. Korund nie przewidywał, że pociągnie to za sobą tragiczne skutki. Koguty piły ten napój by wprawić się w wesoły nastrój, by wspólnie weselić się, żartować. Lecz niektórzy z nich stawali się po wypiciu agresywni, kłótliwi, skorzy do bójek. O ile na weselu, kiedy to podano po raz pierwszy ten napój w większych ilościach, były tylko zabawne sytuacje, to później zaczęły się mnożyć drobne incydenty, spory. Aż doszło do bulwersującego zdarzenia, kiedy to czterech, pijanych kogutów napadło na szałas zamieszkały przez starsze małżeństwo z dorastającymi kogutkami i kokoszkami. Starego koguta i kurę śmiertelnie zadziobali, kogucików pobili do nieprzytomności, kokoszki brutalnie zgwałcili, szałas zburzyli. Zrobili to, ot tak sobie, bez żadnej uzasadnionej przyczyny pod wpływem oszałamiającego napoju. Zaraz też uciekli w nieznane. Korund natychmiast zwołał naradę przedstawicieli rodzin. Wszyscy jednogłośnie potępili ów haniebny postępek. Wysłano pogoń za zbiegami. Złapano ich następnego dnia. Sądzono w obecności przedstawicieli rodzin. Wyrok wydany przez sąd był surowy: Stracić. By zapobiec podobnym wydarzeniom rodziny wybrały spośród siebie kilku silnych kogutów, uzbroiły ich w drewniane pałki i nakazały pilnować porządku na traktach biegnących między szałasami. Oddano im do dyspozycji przestronny kojec, w którym w razie potrzeby miano zamykać krnąbrnych i nieposłusznych, zakłócających porządek stada. Korund początkowo zakazał produkcji i spożywania napoju nazywanego pleśniawką, lecz później przekonywany, że służy on również do celów leczniczych odwołał ten zakaz. Kamil rozmyślał nad wyprawą mającą na celu odnalezienie stada indyków, kaczek i gęsi. Gdy tylko przebywał w towarzystwie Korunda zawsze o tym wspominał i przedstawiał swój plan. Król był niechętny wyprawie. - To niemożliwe, by oni jeszcze żyli. Byli kłótliwi, nieposłuszni i niesforni. Za to wypędził ich Bogusz. Nie umieli się zorganizować, poradzić sobie w trudnych sytuacjach. Nawet jeśliby ktoś z nich przeżył to nie lubią nas. To może być dla ciebie niebezpieczne. Zaniechaj tych myśli. Kamil przestawał myśleć, lecz nie na długo. Chęć poznania nieznanego była silniejsza. Postanowił, że gdy tylko nadarzy się sprzyjająca chwila to wyruszy w podróż. W imieniu Korunda zjednoczy stado. Wśród sporów, zgody, konfliktów, porozumień rosło państwo kogutów. Budowano nowe osiedla szałasów, podmokłe łąki osuszano robiąc z nich urodzajne gleby, na których rodziły się w miarę obfite plony. Duża rzesza młodych kogutków i kokoszek uczyła się w założonej przez Korunda szkole. Straż wyznaczona do pilnowania porządku nie narzekała na brak zajęcia. Wraz z powstawaniem nowych osiedli powstawały też nowe kojce, miejsca odizolowania na pewien czas krnąbrnych obywateli. Kwitł handel wymienny między mieszkańcami. Wymieniano ziarno, proste narzędzia rolnicze, materiały budowlane, ozdobne rzeczy. Nastąpił podział na rolników i rzemieślników. Korund wprowadził kogucią walutę. Były to okrągłe, żółte kamienie z wyrytym wizerunkiem aktualnego króla. Stały się one środkiem płatniczym w królestwie kogutów, można było za nie kupić ziarno, alkohol, drewno, ozdoby itp. Korund zauważył jednak pewne nieprawidłowości w rozwoju stada którym nie mógł, czy też nie umiał się przeciwstawić. Otóż członkowie niektórych, najbardziej zaradnych i przedsiębiorczych rodzin dbali, w coraz większym stopniu, o swoje własne interesy. Nie obchodziły ich losy stada. Myśleli wyłącznie o sobie, o swoich korzyściach. Wykupywali od biedniejszych lepsze ziemie, skupowali od nich ziarno. Później, w określonej porze roku, sprzedawali je po wyższej cenie. Wynajmowali do pracy robotników, zatrudniali stałych pracowników. Ich gospodarstwa stawały się większe, bogatsze. Gromadzili w dużych ilościach żółte kamienie. Za pracę na swoich
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Gomez
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…