Staruszkowo
reminiscencje
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
DECYZJA
Ostatnio dokuczał mi ucisk w głowie – ciągłe, powolne rozsadzanie czaszki, które promieniowało na całą lewą stronę skroni, i sprawiało, że nie mogłem się na niczym skupić przez dłuższą chwilę. Przenikały mnie wspomnienia, w których zdawałem się tkwić niby w rzeczywistym świecie. Zamroczony swoją świadomą nieświadomością, przebywałem w nich chętniej i częściej, aniżeli dotąd.
Potrafiłem orientować się w gąszczach swoich napadowych olśnień. Uważałem, że moje wizje i lęki są autentyczne i naturalne, można do nich przywyknąć, nie są sprzeczne ze sobą, a przeciwnie, uzupełniają mi szarą rzeczywistość. Miałem nadzieję, że to im właśnie zawdzięczam lepsze życie: teraz i w przyszłości, której nie zamierzałem zmieniać. Rozróżniałem je, klasyfikowałem, traktowałem z jednakową pieczołowitością. Nawet wykluczające się, rażąco odmienne, istniały we mnie na równych prawach. Przerzucałem się od jednego skojarzenia do drugiego, swobodnie przechodziłem pomiędzy urojeniami, omamami, iluzjami, jakby między nimi rozpościerał się jednokierunkowy pomost, kładka, której nikt, oprócz mnie, już nie mógł zobaczyć. Twierdziłem, że wszystkie wspomnienia są bezwarunkowo konieczne, bo każde, rozbierane z osobna, stanowiły rezultat następnego, początek lub koniec marzeń, nowego łańcucha myśli zawartej pomiędzy tym, co widoczne, a tym, co nierealne.
Urojenia, omamy i iluzje – to była rzeczywistość, którą ceniłem i akceptowałem. Stanowiły rezultat znanego świata, w którym mogłem poruszać się bez ruchu, nie opuszczając łóżka, pokoju, wózka. Starczyło zamknąć oczy, wyciągnąć się w wannie lub na materacu, włączyć radio z organową muzyką wywołującą we mnie dreszcze, aby przenieść się w inne rejony, by żyć bez przeszkód i wykrętów, bez szukania zapomnień i usprawiedliwień, jakimi w przeszłości zlepiałem, sztukowałem i łatałem swój żałosny los.
Dowodziłem, że nie tylko materia nie znosi próżni. Utrzymywałem, iż pustki nie tolerują również przeżycia. Jedne zastępują drugie: wymieniają się niezbędnością. Zdarzenia, których nikt poza mną nie pojmował, zachodziły na siebie, występowały razem i równolegle. Przeszłość i przyszłość stawały się teraźniejszością, monolitem. Białe nie różniło się od czarnego, miłość od nienawiści, piękno od brzydoty, choroba od zdrowia. Nie było rozziewu między tym, kim jestem, ani przez jaki okres. Ludzie, zwierzęta, przedmioty ulegały transformacjom, więc zdawałem sobie sprawę, że nie ma się czym przejmować i o co zabiegać, bo niezależnie od usiłowań, życie i tak wytnie jakiś żarcik.
Wypadki nie miały historii, bo wszystko się łączyło i nakładało na siebie, przebiegało w zawrotnym tempie, było czasem przeszłym chwilowym, działo się w przyspieszeniu, co wyglądało, jakby wahania, uskoki z wytyczonego kierunku, uczucia i wrażenia, stanęły nieruchomo, w jednym rozedrganym i martwym punkcie, a całość mojej egzystencji zaczynała być dwuznaczna, ambiwalentna, zdarzała się w jednym czasie, lecz w różnych miejscach: dotyczyła tylko mnie, moich spraw.
Wydawało mi się, że każde zdanie ma swój nieodnaleziony sens i zmierza do wyjaśnienia, znajduje się na właściwym miejscu, potwierdza istnienie ukrytego przede mną, indywidualnego celu życia. Poprzednie przeszkody, hamujące i zawracające z drogi, przestały mnie prześladować, zarzucać swoimi stereotypami. Świat był mi podporządkowany, kręcił się zgodnie z moim nastrojem; szybko, gdy byłem wesoły, ociężale i po równi pochyłej, gdy byłem nie w sosie, uważny i nieufny.
Czułem, że nie ma dla mnie barier, wątpliwości, zastojów i sideł. Wypadki, których przedtem nie mogłem wyjaśnić, układały się teraz w jednolity system sprzężeń, przybierały prostą i oczywistą formę; zbudowane były z jasnych i zrozumiałych zdań, lecz zdania te w innych budziły paniczny lęk, napięcie, podczas gdy ja, na zewnątrz, prezentowałem wygładzoną z bólu twarz.
Przestraszony, zgłosiłem się na okresowe badania. Wyrok był druzgocący, zresztą nie spodziewałem się innego. Poradzono mi, bym rzucił w diabły dotychczasowy tryb życia, oderwał się od bezpłciowych rozmyślań i zawitał do Staruszkowa, miejsca, które niegdyś cieszyło się wątpliwą sławą, a teraz stawiane było za wzór. Zapewniano, że tylko tam odnajdę nadszarpnięte zdrowie. Więc pojechałem.
PRZYJAZD
Dwa skrzydła ramion twierdzy o nazwie Dom Opieki połączone były przeszklonym korytarzem. Po jego jednej stronie jaśniały w dzień, a granatowiały w noc duże tafle mlecznych szyb.
Już z daleka, z taksówki przykucniętej za krzakiem, miałem niespokojne wrażenie związane z przysadzistym ogromem tej budowli. Solidna, monumentalna, z widokiem na pawilony, otulona w szum wiosennej bieli, kwitnąca jabłoniami, przypominała mi lata drugich śniadań, łykanych między szkolną przerwą a dukaniem przy tablicy, kojarzyła się z Mamą zakrzątaną przy rondlach i wciąż nieobecnym ojcem.
Wyłuskany z pamięci obraz, przedestylowany i skroplony w nowej formie uczucia, oświetlony z innego miejsca, po latach bezowocnej wędrówki, u jej kresu, tuż przed wejściem do Domu sprawił, że znalazłem się w znajomej krainie, pośród życzliwych ludzi, którzy mnie oczekiwali. Przez ułamek sekundy żywiłem przekonanie, że niektórzy z moich dotychczasowych znajomych, wypełzając ze snu, widzą tylko to, co ujrzą: szarzyznę przebrzmiałego dnia i niebo mokre od łez. Czeka ich wieczna mordęga codzienności, czują zapach przypalonego mleka, a z wnętrza mieszkania dobiega melancholia zaspanych kroków, widzą więc zaledwie to, co się im przylepia do oka i nie mają najmniejszego pojęcia o tym, że pod przykrywką deszczowego nieba, rozespanych kroków i odoru mlecznej spalenizny chowa się wzruszenie związane z wiosennymi porządkami, wypastowaną podłogą i kochaną osobą. Ale uczucie to zagasło w lawinie następnych, ponieważ wydawało mi się, że dokąd bym nie spojrzał i czym się nie zachwycił, otaczały mnie roje bezładnych, nawarstwiających się wspomnień.
I podobnie jak widok Domu ludzi skazanych na współczucie, tak wizerunek schodów prowadzących do niego, niczym obraz dzikiego wina, stawał się dla mnie czymś więcej niż był w swojej prozaicznej wymowie: przekształcał się w wypadkową wszystkich schodów jakie znałem, w ich stop, konglomerat pamięci, a zwłaszcza – widok schodów z dzieciństwa. Lecz że nie było to skojarzenie przykre, a odwrotnie, wzbudzało pogodne emocje, doznania złączone z nagłym wyzwoleniem, wyplątaniem się z tamujących ruchy szyn, gorsetów i uprzęży, z tlenem zachłannie chwytanym przez człowieka, który się dusi, te, po jakich wstępowałem, wzmacniały we mnie odwagę.
Wszedłem do środka. Stwierdziłem, że już nie wchodzę po schodach, ale wciągam się po nich i nie idę ich środkiem, lecz przy poręczy. Pocieszałem się, że byt nie określa mi świadomości, ale ją modyfikuje. Mogłem powiedzieć, że choroba we mnie narasta, obejmuje coraz to większe rejony, a świat stoi w miejscu. Jej początkowe zawirowania były płytkie i nieistotne, a ich świadomość, ledwie zaznaczona. To, co jeszcze parę nocy temu zdawało się istnieć bez konieczności tłumaczenia “dlaczego”, raptem, wspólnie z pojawieniem się nowego skrzywienia ciała, świeżutkiej i jeszcze ciepłej niedogodności, wkraczało razem ze mną.
Nagle rzeczy dotąd nieważne, stały się istotne. Stwierdziłem, że mój ostry wzrok mętnieje, a przedmioty ruszają się, choć inni tego nie widzą i gdy chcę się podnieść, schylić czy obrócić, muszę wykonać całą serię przygotowawczych ruchów, uklęknąć, ale tak, by być w pobliżu czegoś do uchwycenia, więc nieraz, by zachować równowagę – musiałem przystanąć, że kiedy chciałem zmienić kierunek marszruty, nie potrafiłem iść płynnie, a przeszkód nie umiem omijać po cichu.
Kiedy już byłem przekonany, że osiągnąłem dno i gorzej być nie może, zaczynały się następne fazy, do boju wyruszały nowe, wypoczęte sensacje związane ze sztywnieniem karku; kończyła się uwertura, a zaczynał koncert. Rozpoczynało się nieustanne zwracanie uwagi na drobiazgi. Upatrzony cel drogi musiał być dla mnie od razu osiągalny i od razu skuteczny, sensowny i bez zarzutu, ponieważ nie miałem siły na naprawianie swoich błędów, na dokonywanie ponownych obliczeń i żmudnych kalkulacji. Jeżeli z własnej winy czy nieporadności nie dopatrzyłem czegoś, źle oszacowałem i sknociłem, zmuszony byłem oglądać to przez cały czas. W miarę dni żyło mi się z tym widokiem coraz gorzej i bardziej męcząco, z większym mozołem znosiłem swoje błędy, ogarniało mnie coraz silniejsze poczucie rozpadu swojej niezmienności.
* * *
Musiałem być wielce uparty, by się tam dostać. Po pierwsze, natknąłem się na barierę: domofon. Po drugie, dostrzegłem krępującą obecność kamer. Jakby niedostrzegalny obserwator, niewykluczone, że naczelny cieć, dokonywał fachowej kontroli śmiałka i sporządzał meldunek. Kto, skąd, do kogo i czy aby na długo. Po pokonaniu domofonu, zostałem dopuszczony do widzenia się z kierownikiem portierów tego przybytku. Trzymając w rękach notatki na mój temat, zawiózł mnie do poczekalni i kazał czekać na następne instrukcje, sam zaś zniknął za drzwiami prowadzącymi do służbowych gabinetów.
Czułem się tak, jakbym był w niej po raz setny, jak gdybym trafił do tramwajowej zajezdni z parkietami na wysoki połysk. Miałem wrażenie, że za chwilę pojawi się kustosz z biletem na patyku i bilet ten uprawni mnie do zwiedzania muzealnej części Domu. Zblazowanym okiem globtrotera szacowałem wystrój reprezentacyjnego wnętrza, dębowe ławy przytwierdzone na amen, zbieraninę śmieci w najlepszym gatunku.
Z głębin, praktycznie z piętra, dochodził rozmodlony śpiew drżących głosów. Sielankowy obrazek podkreślała zadbana, czyściutka, filigranowa kobieta wyłaniająca się z przyległego korytarza. Chyba spodziewała się przyjścia kogoś ważnego. Miała długie włosy starannie upięte w kok. Mimo jej wieku nie dostrzegłem najmniejszego pasemka siwizny. Także strój nie budził zastrzeżeń. Posuwistym krokiem ruszała to w przód, to zawracała chyłkiem. Z początku dzielnie docierała do centrum poczekalni, lecz gdy opuszczała bezpieczną strefę cienia, traciła odwagę i szła chwiejnie, po omacku. Przystawała w miejscu, co wyglądało tak, jakby, zdumiona własną śmiałością, nie miała pojęcia, dokąd ma iść.
Po chwili strażnik wyłonił się z dyrektorskiej dżungli. Przyniósł nowinę: postanowiono, jak się wyraził – „udostępnić mi widzenie z dyrektorem” i kazał wsiąść na wózek. Odganiając perypatetyczną babinkę, ze strapionym lekceważeniem machnął jej ręką na pożegnanie, po czym zawiózł mnie pod drzwi administracyjnego buduaru.
* * *
Rozmowa z Dyrektorem Domu, krępym osobnikiem o dużej głowie, który co chwilę podkreślał, że nie lubi niczego owijać w bawełnę, natomiast uwielbia krótkie i zdecydowane rozwiązania, nasunęła mi podejrzenie, iż człowiek siedzący przede mną, nie jest ani zdecydowany, ani tym bardziej rzeczowy, a jedynie przekupką i łasuchem ględzenia. Lecz zanim tak pomyślałem, zaskoczyło mnie miłe przyjęcie.
Boss, jak przezywano go na wyższych kondygnacjach, podszedł i ściskając mi dłoń zapewnił, że miejsce już na mnie czeka i zaraz zawoła kogoś z personelu, kto mnie zapozna z topografią domu. Powiedział, że będę miał sublokatora, bardzo spokojnego, poważnie chorego i wielce małomównego człowieka o imieniu Andrzej. Ale czy istotnie tak na niego wołają, powiedzą mi na górze, bo on sam nie ma głowy do dupereli, ale ma nosa i wie, że jest to facet, którego niemożliwością jest nie polubić, a tym bardziej nie znaleźć wspólnego języka.
Na wsiadanego dopisał mnie do jednej z list szczęściarzy: zostałem poinformowany, że znalazłem się w elitarnym gronie oczekiwaczy na izolatkowe życie.
* * *
Po dokonaniu wstępnych formalności, pozwolono mi na samodzielne wjechanie do windy. Lecz jej obsługa należała do strażnika. Każdy jego gest dowodził, że chce uchodzić za człowieka ważnego i sympatycznego jednocześnie, co było nie do pogodzenia. Uśmiechał się wyniośle. Powiedział, że dopiero po oficjalnym wciągnięciu mnie na listę mieszkańców, wydaniu uzupełniających bambetli i zaznajomieniu z tutejszym regulaminem, uzyskam prawo do samodzielnego poruszania się po całym terenie Domu.
* * *
Winda się zatrzymała i mój opiekun troskliwie, wprawnym gestem, przytrzymał drzwi. Wyjechałem. Korytarz z parteru w niczym nie przypominał korytarza, na którym stałem teraz. Tamten, higieniczny i elegancki, przygotowany do witania i ugaszczania wytwornych delegacji, dopucowany i śliski z powodu marmurowej podłogi, lśniący bezplamkową sterylnością, ozdobiony egzotycznymi palmami wycierającymi sufit, ze skórzanymi fotelami i z obrotowymi drzwiami, wrotami mającymi zamiast fotokomórki – portiera z dobrze płatnym ukłonem, tu, na piętrze, tracił swój cały urok i służbowy wdzięk. Zakryty przeplutą wykładziną w kolorze czerwonki, spryskany odkażającym dezodorantem, był wymieciony z mieszkańców: pensjonariusze znajdowali się na obiedzie, w jadalni, którą wieczorkiem zamieniano w świetlicę.
PIERWSZE WRAŻENIA
Gryzmoląc o pokrętnej historii swojej rodziny, wymarłej i obecnej jedynie w albumach, odgradzałem się od życia, powoli przestawałem dostrzegać prześladujące mnie wydarzenia. Krok po kroku zamieniałem się w rozumny grobowiec, chmielową tykę wetkniętą w widok na dyżurkę w rogu korytarza…
Względnie szybko, bo już po paru dniach stwierdziłem z rozgoryczeniem, że miejsce, zbliżone atmosferą do sanatorium, tak wymarzone w czasach intensywnych lektur, nie było sielanką opisaną w „Czarodziejskiej górze”, toteż nocą, razem z książkami i szpargałami, całym wysypiskiem napuszonych uwag, bawiłem w łazience; tylko w niej mogłem się skupić, oderwać od uprzykrzonego towarzystwa sąsiada z sali. W toalecie, moim zapasowym królestwie i obecnym azylu, panowała cisza zmącona odgłosami chrapania. Niekiedy — przez uchylone drzwi do sali — słyszałem szklany zgrzyt słoików otwieranych przez głodnego Andrzeja, nagle obudzonego hukiem zza ściany, a zaraz potem kobieta o rękach zniekształconych reumatyzmem, pani C., której nie zdążyłem poznać, ponieważ nie wychodziła, zaczynała wyć z bólu.
Choroba przestroiła C. myślowe toki, obsypała niechcianymi prezentami, wyrzeźbiła odrębne punkty widzenia, z premedytacją uprzątała ją z istnienia, rozszarpywała jej świat ze skrupulatnym chłodem okrucieństwa. Niekiedy z jej pokoju dobiegał grzmiący monolog pielęgniarki przerywany cichym płaczem babuleńki. Powstawał gorączkowy rejwach i słyszałem pospieszne, drewniane tupoty, a potem coraz mniej głośne zawodzenie. Aż na ranem zapadała cisza.
Niezadługo reumatyczka miała odleżyny wielkie jak pięść i nawet „piguła”, zatrudniona prywatnie była wobec nich bezradna; gdy myła, zmieniała opatrunki i wklepywała w C. spirytus, odsłaniały się niezagojone, wilgotne miejsca.
Pod wpływem bólu stała się zanadto jękliwa, jakby nieludzkie wycie było jej jedyną odpowiedzią na cierpienie. I tak do następnego napadu: płakała z rożnym natężeniem, z nasileniem pozwalającym zorientować się w stopniu boleści. Z początku raz na dłuższy czas, lecz już po kilku tygodniach nie było dnia, a potem godziny, bym nie słyszał, że nadal jest wśród żywych.
Lecz nie szło o nią; zawadą był Andrzej. Za dnia jego błędnikowe, złe noszenia i swingujące łapania równowagi, przykurcze i niekontrowane lansady dawało się jakoś przecierpieć. Ale gdy w środku nocy, ni z gruszki, ni z pietruszki, w egipskich ciemnościach rozlegał się jego donośny, stentorowy szczek, kiedy znienacka zapalał górne światło i w całej swojej rozbudzonej krasie wyskakiwał wprost na wyziębioną posadzkę, by, z przerwami na łapanie powietrza i trzymanie się za rozrusznik, blednąc i krztusząc się, kierować na mnie swój świdrujący wzrok, dostrzegałem w nim swoją przyszłość i nie wiedziałem, co czynić. Toteż w duchu kląłem na czym świat stoi, a decyzja, by już od rozczochranego rana rozpocząć batalię o swobodne życie, urosła do wymiaru obsesji numer jeden. Postanowiłem więc, jak tylko się rozwidni, coś w tej sprawie zrobić, gdzieś z tym pójść, może pogadać z Bossem lub oddziałową.
Że zaś głupi ma szczęście, zauważyłem dzwonek. Nacisnąłem go i do sali, od razu, jakby stał przed jej progiem i nie miał do niej daleko, wszedł pielęgniarz. Z jego twarzy emanował zaraźliwy spokój. Nie trzeba było mu opowiadać, w czym rzecz. Od razu podszedł do Andrzeja, klepnął go w plecy, podał kompot stojący na szafce, otworzył okno i bez słowa usiadł przy nim na krawędzi łóżka. Mocno, fachowo pogładził go po głowie i objął przytulając do piersi. A gdy zaczął wracać do siebie, ułożył go w pościeli, ciasno zawinął w kołdrę i trzymając go za rękę czekał, aż zaśnie.
Po kwadransie wstał, zgasił światło i ostrożnie wyszedł, nie popatrzywszy na mnie. Ja też wkrótce usnąłem. Jednakże to, w co zapadłem, nie mogło uchodzić za sen. Była to raczej marna kontynuacja zmory, wrażeniowa melasa z przywidzeń minionego dnia. Obracałem się, wierciłem, liczyłem barany, w tym siebie, ale nic nie pomagało, zlazłem więc z łóżka i pokuśtykałem do łazienki.
PRZYJACIEL
Dostałem łóżko po B., którego przeniesiono do izolatki. Odziedziczyłem miejsce o tyle wygodne, że znajdowało się pod oknem wychodzącym na park. B. był wysokim, kostycznym staruszkiem w damskich pantoflach z pomponem, inżynierem z zawodu, kierownikiem niejednej budowy zakończonej na czas*. Przebywał tu od dawna, dawno też porzucił myśl, by wyjść stąd na dobre. Zdawał się wiedzieć, że bez nieprzerwanej pomocy nie będzie mógł przeżyć reszty pozostałych dni. Miał duszności, serce z migotaniem, popielatą twarz w pobrużdżonych plamach.
Spotykaliśmy się w przelocie, na korytarzu, kilka razy dziennie w pracowni, a zwłaszcza wieczorem, po kolacji, przed świetlicą lub na tarasie.
Odwiedzałem go często. Widywałem regularnie, zazwyczaj w pozycji horyzontalnej, leżącego na własnoręcznie skonstruowanym tapczanie. Wegetował w pieczarze usytuowanej naprzeciwko mojej, w jaskini wielkości trumny, wyposażonej w przepych — jakiś luksus niezbędny do utrzymania przy życiu „nieboszczyka”.
Od razu, następnego dnia, po śniadaniu, gdy rozchodziliśmy się z jadalni do sal, oznajmił, że jest samotnikiem. I dodał, iż jest się z nim różnych powodów. Jeden, bo jest opuszczony przez przyjaciół i znajomych. Niekiedy, z przyczyn irytujących tak zwany ogół, zdarzają się tacy, co ją podnoszą do rangi cnoty, wywyższenia, rozmydlonego i rzewnego przekonania o własnej mądrości.
Są najgorszymi ze wszystkich nieszczęśników, lecz jest ich niewielu. Sądzą, że są osamotnieni z własnego wyboru i do takich ośmielał się zaliczać, zanim doszedł do wniosku, że bzdurą jest szukanie usprawiedliwień dla własnej ignorancji. Gdyż krańcową ignorancją i jawnym nieporozumieniem było dla niego to, że nie udawało mu się racjonalnie wyjaśnić, dlaczego postąpił wbrew zapatrywaniom i zerwał kontakty ze swoim prawdziwym domem, z jakiej przyczyny wkroczył w nieznane, obce, nieprzyjazne strefy, czemu przywlókł się akurat tu, do tego miejsca, jakby nie istniały inne, lepsze. Wszelako do powyższej konkluzji doszedł stanowczo za późno, nad czym ubolewa.
Żałuje szczególnie w momentach ogarniającej go prostracji, na przykład wtedy, gdy znajdzie się w pobliżu dawnego domu, albo gdy patrzy w cień zasłoniętych okien i zastanawia się, w którym momencie nastąpił ten zdumiewający i nieodwracalny krok, to jego porywcze i gruntowne spalenie za sobą mostów, owo przeklęcie radykalne zerwanie więzi z tymi, za którymi coraz mocniej tęsknił.
* * *
W jego sanktuarium, przeważnie otwartym dla gości, zaraz za wiecznie uchylonymi drzwiami, znajdował się fotel, wyeksponowany, majestatyczny i niemal wygodny bujak, a obok stał wózek, beżowy „postrach nieprzejezdnych szos”.
Od kiedy zostaliśmy przyjaciółmi, jego ulubioną rozrywką było podróżowanie. Chodził jeszcze, lecz jedynie na krótkich odcinkach, zaledwie przy łóżku. Za młodu poruszał się automatycznie, ignorując przeszkody, które z łatwością omijał, a istnienie ich dostrzegł dopiero wtedy, gdy nasiliła się jego niemoc i coraz częściej zdarzało mu się iść krokiem niezdecydowanym, przypominającym chód kraba zanurzonego w mazi.
Latem umawialiśmy się w pobliskim, niewielkim, przylegającym do domu parku. W rzeczywistości nie był to park, tylko skwerek przebrany za ogród.
Kiedy mało kto poruszał się po nim bez pośpiechu, bo dla większości personelu stanowił wygodny skrót do pracy, gdy na jego ławeczkach siedzieliśmy zapatrzeni w niebo, byliśmy zasłuchani w swoje opowiadania.
Lecz ich znaczenia nie były tymi, co po latach, gdy po skwerku lub ogrodzie, zaginął wszelki ślad. Wtedy mówiliśmy byle jak i byle co. Siedzieliśmy w ogrodzie i nie interesowały nas ziemskie światy odwiecznych pomyłek, nie podniecały odejścia od wiary w lepsze dni, oscylowania wśród pojęć prostych i słusznych jednocześnie.
Albo mieliśmy bezsenne „randki” na tarasie. Taras, położony wysoko, ludny ciepłem końca wieczoru, nakazywał nam spoglądać w czarny dół. Ciemność, gdzieniegdzie rozjarzona lampami pobliskiego parku, wydawała się tajemnicza.
Prowadziliśmy marudne i bezcelowe monologi z niewidzialnymi słuchaczami, których obecność potwierdzała się naszym tęsknym wołaniem w rozgwieżdżoną noc, a kończyła tachykardycznym skokiem ciśnienia, nieuchwytnym tętnem odsłuchiwanym w ciszy, ponieważ ciemność nie zezwalała nam na racjonalne myślenie. Milcząc, ograniczaliśmy się do sygnalizowania rozpierającego nas nastroju tylko w ten sposób, że niekiedy albo mój, albo jego ogienek papierosa nieśmiało wędrował w tę stronę, w której przebywał nasz zachwyt, wędrował wskazując odległą, mroźną galaktykę mknącą w przestrzeni.
Bo choć wiedzieliśmy, że jako „krewni przez doświadczenie”, powinniśmy trzymać się razem, robić dobrą minę do złej gry, dobrodusznie i bez szemrania godzić na swoje obecne położenie, jakkolwiek musieliśmy udawać, że życie jest ciągle przed nami, to „podskórnie” zżerało nas przekonanie, iż nasze problemy, wspomnienia i odczucia, nie różnią się między sobą aż tak bardzo.
Przeważnie znajdowaliśmy się w trakcie gorączkowego niemyślenia o swoim najbliższym „kiedyś” i braliśmy udział w odmiennych sytuacjach, a nasze rozmowy zakreślały
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Owsianko
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…