Strażnicy wuefu: powrót wuefistów
Nie jedzą, nie piją, nie palą, nie biorą. Nie rodzą się ani nie umierają. Po prostu są i mają tylko jeden cel: przejąć władzę. O co tak naprawdę chodzi w szkole i czym ona jest? Trochę fantastyki, humoru i akcji.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Strażnicy Wuefu Powrót Wuefistów
Marek Hojnacki Leszno 2003
Wszystkim moim kolegom i koleżankom z klasy, którzy posłużyli mi za wzory przy pisaniu „Strażników wuefu”
Wszelkie podobieństwo nazw, imion i nazwisk do rzeczywistości jest niezamierzone.
I
- Dawno, dawno temu w odległej przyszłości... Natychmiast cała klasa zaczęła się śmiać. - Jaki to rodzaj komizmu? – spytała Urbaniakówna – nauczycielka – Magda? Nie słuchałem, co powiedziała Magda. Mądra była z niej dziewczyna, więc prawdopodobnie nie miała problemu z prawidłową odpowiedzią. W każdym razie czytałem dalej. Ale czytałem i sam za bardzo nie zastanawiałem się, co robię. Czytałem automatycznie. Moje oczy przebiegały po tekście, a moment później moje narządy dźwięku wypowiadały zakodowaną w postaci graficznej treść. Wyglądało to tak, jakby impulsy nerwowe biegły z oczu od razu do ust, pomijając mózg. Bo istotnie nie wiedziałem, co czytam. Nie zastanawiałem się nad tym. Moje myśli były teraz bardzo daleko. Bardzo daleko i to w dodatku w czterech wymiarach, bo nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. A konkretnie poprzedniego dnia, co daje czasową odległość jakichś dwudziestu dwóch godzin. W przestrzeni było to około osiem pierwiastków z dwóch metrów, od klasy, gdzie aktualnie się znajdowałem (pierwiastków, bo prosta droga wypadała po skosie). A konkretnie moje myśli były w sali biologicznej, w środę o godzinie 12.50. Przed oczami miałem ukochaną panią Muszyńskównę. Wracaliśmy z muzeum, gdzie byliśmy z histeryczką, przepraszam – historyczką, Kasprzakówną. Tak więc część mojej klasy poleciała aż na drugie piętro, pod izbę biologiczną. Muszyńskówna przywitała ich słowami: - A wy skąd tu? Miało was nie być! - Pani Kasprzakówna tak nas popędzała! – odparł swoim krzykliwym głosem kurdupel Mateusz. No i lekcja trwała. Zanim weszliśmy do izby, słyszałem jeszcze, jak Muszyńskówna przeklinała pod nosem: - Cholera! Nie zdążę na autobus! Ten sam dzień: godzina 13.05 – Muszyńskówna każe wyciągnąć karteczki, a na twarzy ma szyderczy śmiech. - Już ja się na was zemszczę... Godzina 13.07 – kartkówka trwa, ale już wiemy, że polegnie więcej niż pod Grunwaldem. Tymczasem Muszyńskówna (wciąż z szyderczym uśmiechem) najzwyczajniej w świcie robi sobie kawę w małym metalowym garnuszku, przy pomocy swej wiernej grzałki. Godzina 13.25 – Radek pyta mnie, kiedy skończy się lekcja. Godzina 13.28 – Radek pyta mnie po raz drugi, kiedy skończy się lekcja. Godzina 13.30 – lekcja się kończy. W pamięci, jak drzazga, utkwił mi też obraz zarejestrowany przez moje oczy, a zapisany przez neurony o godzinie 15.05, kiedy to pani Wojciechowskówna stwierdziła, że ta ostatnia lekcja jej się strasznie dłuży. O tych i innych zdarzeniach myślałem czytając wypracowanie na język polski. A kiedy to czytałem, to prawie chciało mi się płakać, bo nagle stwierdziłem, że to wszystko, co ja robię w szkole, to wszystko, co się dzieje w szkole, nie tylko mojej, ale na całym świecie, to wszystko jest tylko przykrywką, która ma nie dopuścić do wyjścia na świat prawdy: że ISTNIENIE SZKOŁY NIE MA SENSU! Nauczyciele są bardziej leniwi, niż uczniowie, a nawet jeśli tak nie jest, to co z tego? Dziś uczę się o grubości pokrywy lodowej na Antarktydzie, jutro już tego nie pamiętam. Dziś uczę się o różnicy między wiązaniem spolaryzowanym, atomowym, a jonowym, a jutro już tego nie pamiętam. Dzisiaj uczę się o wzorach na pole trójkąta równobocznego, a jutro już go nie pamiętam. A nawet jeśli znajdzie się jakiś zapaleniec, którego to interesuje i wygrywa konkursy, tak jak w mojej klasie Szymon i Jacek, to co z tego? Taka osoba nie musi pisać egzaminów końcowych, na wolny wstęp do wszystkich szkół, ale co z tego? I tak wcześniej czy później to ją przestanie interesować i wszystko zapomni. - I tak Strażnicy Wuefu, uzbrojeni w swe wierne kupy... – kontynuowałem, myśląc o bezsensie tego, co robię. W klasie po raz kolejny rozległ się śmiech. - ...Czyli kondensatory uderzających promieni alfa... – dodałem szybko – bronią i bronić będą po wsze czasy spokoju i normalności wuefu. Odetchnąłem z ulgą, ciesząc się, że mam te dwadzieścia stron za sobą. Jednocześnie przed oczami miałem inne opowiadanie, na czterdzieści stron, które kiedyś napisałem. Ale i tak co to jest... - No cóż, na pewno masz rozwiniętą wyobraźnię, ale na teście nie zaliczyliby ci tego – zaczęła swoim zwyczajem Urbaniakówna. – Jeśli masz polecenie, napisać krótkie opowiadanie, to napisz krótkie opowiadanie. Miałem ochotę jej w twarz wykrzyczeć, co myślę. Co ona chce znowu z tym testem!? Przecież to nie był test! Nie mówiła nic, że mamy pisać, jak byśmy byli na teście! Po lekcji niejedna osoba pytała mnie, jakim cudem chciało mi się tyle pisać. Przyznam, ze też bym się dziwił na ich miejscu. Lubię pisać, ale wczoraj nie miałem chęci, czy raczej, jak to się fachowo określa, dopadło mnie lenistwo. Gdyby tylko wiedzieli, że to, co przeczytałem, to nie ja napisałem, ale znalazłem w przydrożnym rowie... Wracałem wtedy ze szkoły. Nagle moja uwagę przykuł jakiś zeszyt, leżący w zarośniętym rowie. Ostrożnie zszedłem do niego, przy okazji poparzyłem się pokrzywami i wyciągnąłem zeszyt. Otworzyłem, a w nim napisane było właśnie to opowiadanie, które przeczytałem na lekcji. Żadnego podpisu. Nie wiedziałem czyje jest. A w końcu znalezione nie kradzione. Wydało mi się niezłe, więc je przeczytałem jako moje. „A ta pioruńska Urbaniakówna zawsze się musi do czegoś przyczepić” – myślałem, wracając ze szkoły. Byłem na nią po prostu wściekły. Zawsze jej coś nie pasuje. W sumie tym razem mój żal do Urbaniakówny był o tyle mniejszy, że prawie wcale nie napracowałem się nad tym opowiadaniem, które uznała za zbyt długie. Chyba, żeby policzyć czas stracony na przepisywaniu. Szedłem dalej alejką z drzewami po obu stronach, gdy nagle zdałem sobie sprawę, że w zasięgu mojego wzroku nie ma nic, co choć przypominałoby człowieka. Kilka metrów nad moją głową przelatywał tylko ptak (przy okazji próbował mnie zbombardować, ale zrobiłem unik), a pod moją nogą pełzał jakiś robak. Jeszcze chwila i... „o – już go nie ma” – pomyślałem, podnosząc buta z zielonej plamy na ziemi. W każdym razie w tej samotności czułem się jakoś nieswojo. Natychmiast przed oczami stanął mi oglądnięty poprzedniego dnia odcinek „Z Archiwum X”. Miałem wrażenie, że za chwilę coś się stanie (wy na pewno też tak teraz myślicie). Nagle niebo spochmurniało. Gdzieś trzepnął jakiś piorun. Słyszałem jeszcze grzmot, jak przy eksplozji dwóch kilogramów c-4. Jakiś czas potem kawał lasu za mną stanął w płomieniach. Przy okazji podczas gaszenia pożaru zginęło trzech strażaków – jeden w ogniu, jeden udusił się wężem gaśniczym, a trzeci był pijany i walnął wozem strażackim w drzewo. Ogólnie jednak ten piorun nie spowodował większych szkód. Tak więc, gdy do tego wszystkiego zerwał się wiatr, zacząłem biec. Cały czas miałem wrażenie, ze ktoś się na mnie gapi. Ktoś – oprócz tego dopalającego się strażaka, który wołał, bym wezwał pomoc. Przypomniała mi się ta bajka, gdzie parę osób szło gdzieś i po drodze słyszeli jakieś straszące, denerwujące i intrygujące dźwięki, ale nie mogli się odwrócić, bo zamieniali się w kamienie. Czułem się dokładnie tak samo. Zimne powietrze owiewało mi szyję. Byłem wręcz pewien, że ktoś za mną idzie, ale coś nie pozwalało mi się odwrócić. Strach wręcz mnie paraliżował. Wykonywałem tylko wciąż te same ruchy nogami i rękami, standardowe dla biegu, ale nie byłem w stanie zrobić nic innego. W końcu drzewa się skończyły. Zaczęła się cywilizacja, zabudowania. Wciąż jednak wydawało mi się, że za moimi plecami czai się jakieś monstrum. Horror ten skończył się gdzieś blisko mojego domu. Zatrzymałem się i nagle zdałem sobie sprawę, że jestem na środku bardzo ruchliwej ulicy. Spojrzałem tylko w stronę, z której przyszedłem. Na horyzoncie widniała czerwono-żółta łuna pożaru. Nad nią unosiły się kłębu dymu. Poza tym drobnym szczegółem niebo było w miarę czyste, błękitne. Był środek maja. Następnego dnia przeczytałem w gazecie, że koło miasta poszło z dymem pół wszystkich terenów leśnych. Z ważniejszych rzeczy pisali też o kolejnym dostrzeżeniu UFO. Kiedyś pewien mój znajomy powiedział, że gdyby kosmici przylatywali rzeczywiście za każdym razem, gdy się o tym mówi, to połowa mieszkańców naszej planety musiałaby pochodzić z kosmosu. Miesiąc później ten sam znajomy zginął w nieznanych okolicznościach podczas usuwania niepotrzebnych produktów przemiany materii. Dodatkowo na dywaniku w toalecie znaleziono takie same tajemnicze koła i kręgi, jak te na polach. Pierwszą lekcję mieliśmy mieć z kochaną panią Gościniakówną, żoną słynnego pana mgr dok. św. pam. hab. prof. inż. podpor. Gościniaka Juniora. Niestety biedaczce przypadkiem się zachorowało, po tym jak poprzedniego dnia ktoś jej wsypał do kawy bakterie wąglika i nie mogła przyjść do szkoły. Zastępstwo mieliśmy ze słynną plastyczką Anką Dylakówną, która wpadła na genialny pomysł dokończenia plakatów europejskich. W ogóle ostatnio z tą Unią pieruńską jakieś wariactwo się zrobiło. Kasprzakówna wzięła się za edukację europejską (swoją i naszą), Globus Junior pytał się, czy na innych lekcja uczymy się o Unii. Do tego festyny, przedstawienia... Głowa mnie już od tego boli! A wszystko to przez to, że w poprzednim referendum, w czasach których już nikt nie pamięta, nasze prababcie opowiedziały się przeciwko integracji. Teraz ten niemiecki komisarz o twarzy karpia – Verheugen Junior, w dobie unijnego kryzysu gospodarczego wpadł na genialny pomysł zdobycia kolejnego rynku zbytu dla krajów Unii – naszego. Tak więc cała machina ruszyła od początku. Negocjacje, dostosowywanie prawa, inne pierdoły i najgorsze ze wszystkiego – wszechobecna edukacja europejska, która już niejednego ucznia i nauczyciela doprowadziła do popełnienia harakiri. Już lepiej nie będę opisywał, co działo się dalej. Po prostu szkoda słów. Szkoda czasu, szkoda natchnienia, szkoda myśli, szkoda energii, która jest potrzebna do naciśnięcia tych przeklętych przycisków na klawiaturze. I w ogóle co za idiota to wymyślił, żeby na komputerze pisać ręcznie!? Gdy wracałem ze szkoły, nie musiałem już łazić między drzewami, bo wszystkie je poprzedniego dnia zgarnął ogień. Za to coś dziwnego zdarzyło się, gdy byłem już w zamieszkanej części miasta. Przechodziłem akurat koło starej radzieckiej fabryki ogórków. Co ciekawe w młodości wszedłem do tej fabryki z kumplami. Zastanawialiśmy się, kogo ruscy chcieli nabrać, twierdząc, że ogórki wytwarza się w fabryce. Wewnątrz, w słoikach znaleźliśmy takie fajne świecące kulki. Obok leżała sterta takich wielkich, podłużnych, metalowych baniaków. Zastanawiałem się, dlaczego było na nich napisane „Uwaga – silnie wzbogacony”, a pod spodem nazwa jednej z planet układu słonecznego. W każdym razie potem graliśmy tymi kulkami w piłkę, a dwa tygodnie później na nogach wyrosły mi chitynowe pancerze. Nagle zdałem sobie sprawę, że znowu jestem zupełnie sam. Na drodze nie było samochodów. Zerwał się wiatr, taki sam, jak wczoraj. Usłyszałem za to coś jakby... szczęknięcie? Odwróciłem się. Jakieś trzydzieści metrów ode mnie stał, z wyszczerzonymi zębami jakiś olbrzymi pies. Z oczu ciekła mu ślina, z pysku buchała para, a w nozdrzach miał mord. Zaraz... chyba coś nie tak. Odwrotnie – w oczach para, w nozdrzach ślina, a w pysku mord. Nie. Nadal coś nie tak. W oczach mord, w pysku para... Co było w uszach? Chyba tego nie rozwikłam. W każdym razie ten pies rodem z Baskerville’ów co chwila wył na mnie i w ogóle było widać, że zaraz się rzuci. Sekunda pierwsza. Odległość: trzydzieści metrów. Rozglądam się dookoła. W przerwie między dwoma pawilonami fabryki jest rozpięta metalowa siatka. On po nie będzie mógł się wspiąć. Sekunda trzecia. Odległość dwadzieścia dwa metry. Do siatki: sześć metrów. Sekunda siódma. Odległość: sześć metrów. Wspinam się na siatkę. Sekunda dziewiąta. Odległość: dziesięć centymetrów. Przeskakuję przez siatkę. „Chyba jestem bezpieczny” – pomyślałem sobie, leżąc na jednym boku i starając się podnieść. Jednocześnie w uszach cały czas brzęczało mi to denerwujące szczekanie, a raczej wycie. Dopiero, gdy stanąłem na własnych nogach, zauważyłem, że ten wilczur zaczął się oddalać. Zatrzymał się w odległości jakichś dwudziestu metrów od siatki, zawył jeszcze raz, puścił parę z nosa i ruszył wprost na mnie. Nie wiedziałem, czy chce przeskoczyć, czy co, ale coś mi mówiło, żebym wiał. Tak też zrobiłem. Uliczka miedzy blokami fabryki rozdzielała się tutaj. Skręciłem w lewo. Jednocześnie usłyszałem głośny trzask, jakby ktoś rozwalił siatkę granatnikiem. Po chwili znów ujadanie. Wszystko trwało sekundy. Uliczka, w którą skręciłem, okazała się ślepa. Odwróciłem się. Wilczur stanął naprzeciwko, dokładnie w rozdzieleniu uliczek. Nagle znów to poczułem. To samo uczucie, co poprzedniego dnia. Wydawało mi się, że oprócz psiego wycia moje bębenki odbierają czyjeś ciche kroki. Ułamek sekundy później usłyszałem świst, podobny do lecącej strzały, tylko o wiele głośniejszy. Przed oczami mignęła mi jasnobłękitna wiązka, a chwilę potem widok przesłoniła mi chmura pyłu z przewracającej się ściany. Gdy oszołomienie znikło, przede mną leżała sterta zwalonych cegieł, a w niej zagrzebane ciało wilczura. Nie tracąc poczucia, że właśnie widziałem cud, ruszyłem do przodu. Doszedłem do rozdzielenia. Siatka, rozpięta w uliczce, miała w środku wielką dziurę, przypominającą kształtem wielkiego psa. Ostrożnie wyszedłem z terenu fabryki i kilka minut później dotarłem do domu. Otwierając drzwi miałem w głowie kompletny mętlik. Zastanawiałem się, czy cały świat nie przewrócił się wokół mnie do góry nogami. A może to była tylko halucynacja? Może wszystko mi się wydawało? Tak. To musiało być to. I wilczur, i to coś, co mnie uratowało, było tylko moim wyobrażeniem. Za dużo pracuję. Przemęczam się. Powinienem odpocząć. Z takimi oto przeświadczeniami położyłem się spać. Następnego dnia wspomnienia wczorajszych zdarzeń dręczyły mnie od samego rana. A jeśli to wszystko wydarzyło się naprawdę? Co wtedy? Nie no, to jakaś bzdura. Naoglądałem się za dużo „Gwiezdnych wojen” i teraz świruję. A poza tym stres, promieniowanie kosmiczne, dziura ozonowa, zanieczyszczenia, pestycydy... Boże! Jak o tym wszystkim pomyślę, to zastanawiam się, jakim cudem na tej zakichanej (dosłownie) planecie jeszcze uchowało się życie. Wyruszyłem do szkoły. Przechodząc koło fabryki nie mogłem zrezygnować ze wstąpienia tam i zobaczenia miejsca wczorajszych zdarzeń. Niestety moje najgorsze obawy spełniły się. W ścianie była wielka dziura, a pod nią sterta cegieł. Nawet nie podchodziłem bliżej. Zastanawiałem się tylko nad jednym – czy w takiej sytuacji iść normalnie do szkoły, jakby nigdy nic? A może zawrócić? A wybrać się do wróżki, albo jakiejś czarownicy? A może zapisać się do Koła Inteligencji Katolickiej? No ale jaki to ma związek ze sprawą? No tak. Od tego wszystkiego już mi odbija. Ruszyłem w stronę szkoły, jednak myśl o ukryciu się w ładowni następnego promu odlatującego na księżyc ani na chwilę mnie nie opuszczała. Nie wiem, czy psychicznie wytrzymałbym tę najbliższą godzinę, gdyby nie pewne dziwne zdarzenie. Gdy przechodziłem koło krzaków, jakieś sto metrów od potężnego gmachu szkoły, podeszła do mnie Aneta ze swoja podejrzaną bandą i zaproponowała papierosa. Jedna rzecz mi tylko nie pasowała. Aneta miała na sobie szarą spódnicę, z kilkoma kieszeniami i białą koszulę. - Czy to jakiś żart? – spytałem. Nie miałem zamiaru palić, choć muszę przyznać, iż był to proceder dość często występujący w mojej szkole. Nagle chwyciła mnie jakaś dziwna chęć, by tym razem zrobić inaczej. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła. Widziałem tylko, jak Aneta patrzy na mnie chytrze. Słowo „nie, dzięki” utknęło mi w gardle. Jednocześnie przed oczami stanęły mi wczorajsze wydarzenia. A może to wariactwo przestanie mnie prześladować. I w ogóle dam sobie spokój z tym porąbanym światem, na chwilę się od niego oderwę. W końcu chodzenie do szkoły i tak nie ma sensu. Nie! Mam swoje zasady. Zacisnąłem pięści i... - Nie, dzięki – odpowiedziałem i poszedłem dalej. Wyglądało na to, że Aneta i jej banda również zrezygnowała z urwania się z lekcji, bo kilka minut później widziałem ją w szkole. Pierwszą lekcją była fizyka. - Nienawidzę tego działu – powiedziała Nowakówna, poczym zaczęła nacierać jakąś żółtą laskę kawałkiem sukna. Natychmiast cała klasa zaczęła się śmiać. Cała – prócz mnie. Ja bowiem w tym momencie zauważyłem, że w kieszeni mam jakąś karteczkę. Rozwinąłem ją i przeczytałem: 10.00 Damska toaleta, pierwsze piętro
II
W pierwszej chwili pomyślałem, że ktoś mi to wsadził do kieszeni dla żartu. Potem rozpoznałem w liście pismo Anety. Spojrzałem do przodu. Aneta siedziała na swoim miejscu, pomiędzy Szymonem, a Darią. Ale było jeszcze coś. Była zupełnie normalnie ubrana, to znaczy miała bluzkę z jednym rękawem i długie spodnie. Spojrzałem na zegarek. Dziesiąta pięć. Wstałem z krzesła i się zgłosiłem. - Czy mogę wyjść do toalety? – spytałem, gdy Nowakówna rzuciła „o co chodzi?”. - Jak już koniecznie musisz, to idź. Wyszedłem. Miałem wrażenie, że w tej chwili ma miejsce jakieś doniosłe wydarzenie. Mój pradziadek opowiadał mi, że podobnie się czuł, gdy oglądał w telewizji relację ze zniszczenia World Trade Center. Na korytarzu nie było nikogo. Mimo to stałem przez chwilę pod drzwiami do damskiej toalety i zastanawiałem się, co zrobić. Czułem się jakoś nieswojo. W pewnej chwili usłyszałem jakiś odgłos. Pewnie ktoś otwierał gdzieś salę. Wolałem, żeby ten ktoś mnie nie widział. „Raz baranowi śmierć” – powiedziałem sobie. Chwyciłem klamkę i pociągnąłem do siebie. - Co tak długo? – spytał głos, należący do osoby, którą właśnie zobaczyłem. - Aneta?! Przecież ty jesteś tam – odparłem, wskazując na klasę. Nie mogłem wprost uwierzyć w to, co widziałem, a raczej kogo widziałem. A zresztą czart wie... - Nie mamy teraz czasu na wyjaśnienia – odpowiedziała i wciągnęła mnie do toalety, zamykając drzwi. W środku byli – chyba nie wytrzymam – Szymon i Wojtek. Oboje mieli na sobie szare krótkie spodnie i białe, wyciągnięte na wierzch koszule. - Skąd... wy... tu... – nie mogłem wypowiedzieć ciągłego zdania. - Zamknij się! – wrzasnęła Aneta, aż się wystraszyłem. Widziałem jeszcze jak wygląda dyskretnie na korytarz, czy ktoś nie idzie. Następnie włożyła rękę do kieszeni i wyciągnęła z niej coś, co wyglądało na laser, schowany w długopisie. Następnie nacisnęła przycisk na owym urządzeniu. Z otworu wystrzeliła czerwona wiązka. Aneta zbliżyła ją do zamka. Kawałki metalu natychmiast zawrzały, topiąc się w jedno. Nawet nie zauważyłem, gdy Wojtek i Szymon założyli czapki z daszkiem i chwycili mnie za ręce. Teraz Aneta odwróciła się do mnie. Schowała laser i ponownie sięgnęła do kieszeni, poczym wydobyła z niej jakieś urządzenie, które wyglądało mi na krzyżówkę otwieracza do konserw z granatnikiem. Następnie z kieszeni na piersi wyciągnęła czapkę z daszkiem, identyczną do tej Szymona i Wojtka, poczym założyła ją. Obaj panowie puścili mnie, poczym odsunęli się na boki. Tymczasem dziewczyna uniosła to działo i skierowała je prosto we mnie. - Skacz – rozkazała. Powoli odwróciłem się i dopiero teraz zauważyłem, że okno jest otwarte. - Chyba ci mózg wyżarło – powiedziałem. - Pomóżcie mu. Szymon i Wojtek chwycili mnie ponownie i wystawili przez okno. W pierwszej chwili w głowie mi się zakręciło od tego wszystkiego, ale w drugiej już zdobyłem się na naturalną w takiej sytuacji reakcję – krzyk. Wrzasnąłem tak, że aż Aneta zatkała uszy. Ale to poskutkowało. Osiłki wstawiły mnie z powrotem. Gdy się zamknąłem, Aneta podeszła do mnie z jakimś sprayem. - Co chcesz z tym zrobić? – spytałem ze strachem. - Będziesz krzyczał? Zastanowiłem się przez chwilę, ale w tym momencie Wojtek i Szymon chwycili mnie za górna i dolna szczękę, a następnie odchylili mocno usta. W tym momencie Aneta psiknęła mi tym czymś. Natychmiast poczułem, że zęby same mi się zaciskają. Wargi mi się zwarły tak, że w ogóle nie byłem w stanie otworzyć ust. Nie cackali się już ze mną. Wojtek i Szymon ponownie wystawili mnie przez okno i... puścili. W czasie półsekundowego lotu mój strach był o tyle silniejszy, że nie mogłem nawet krzyknąć nic. W zasadzie o niczym w tym czasie myślałem. Przygotowywałem się na bolesny upadek. W momencie, gdy powinien on nastąpić, poczułem tylko zetknięcie się z trawą, która jakby zapadła się pode mną. Sekundę później leżałem już na czymś w rodzaju materacu. Nawet nie miałem czasu dobrze przemyśleć tego, co się stało, bo nagle ktoś chwycił mnie i ściągnął z miękkiego posłania, poczym postawił pod ścianą. - Dobrze się czujesz? – spytał mnie gość. W życiu go nie widziałem. Miał na sobie taką samą czarną czapkę z daszkiem, wyciągniętą koszulę i szare spodenki, jak pozostali. Nawet się nie obejrzałem, jak ci „pozostali” spadli z nieba, podobnie jak ja. - Chwila, co tu się dzieje? Gdzie ja jestem? Fakt, że piwnic w mojej szkole było sporo, ale o takich tajnych pomieszczeniach, i to pod trawnikiem nie wiedziałem. - Wyjaśnienia później – rzekła Aneta, trzymając nadal to coś, wycelowane prosto we mnie. – Wsiadaj. Dopiero teraz zauważyłem, że pomieszczenie, w którym się znalazłem jest swego rodzaju stacją metra, a bok niego przebiega tunel z torami wewnątrz. Do tego na torach ustawione były wagoniki jak na górskiej kolejce. Trudno opisać, co czułem wsiadając do tego wagonika. Było to raczej zaciekawienie niż strach. Nie myślałem o tym, że ci, co mnie porwali, nogą mnie zastrzelić czy Bóg wie, co zrobić. Myślałem tylko o tym, że za chwilę poznam jakąś wielką tajemnicę. Aneta usiadła koło mnie, trzymając to coś cały czas w pogotowiu. Za sterami usiadł Wojtek, a obok niego Szymon. Patrzyłem, jak z pola widzenia znika mi „stacja”, na której wsiadłem do tej kolejki. Jednocześnie obserwowałem dosyć częste zakręty tunelu i starałem sobie wyobrazić, pod jakim miejscem aktualnie się znajduję. Dodatkowo próbowałem liczyć mijane jarzeniówki, by móc ustalić prędkość i odległość. Niestety pomyliłem się już przy trzynastej. Tymczasem wyjechaliśmy na dłuższy kawałek prostego toru. Wojtek zwiększył prędkość tak, że powietrze świszczało mi w uszach. Lampy migały mi przed oczami i w końcu zlały się w jeden nieprzerwany ciąg światła. Po drodze mijaliśmy też kilka razy rozdzielenie tuneli, aż w końcu kolejka zatrzymała się na stacji niemal takiej samej, jak ta, z której ruszaliśmy. - Wychodź – rzuciła obojętnie Aneta. Widziałem, że nawet nie przyszło jej do głowy, iż mógłbym próbować ucieczki. I nie myliła się. Być może ze względu na ich obojętność miałbym jakieś szanse, ale nie chciałem tego robić. Moim celem było tylko poznać prawdę. Ta stacja miała ściany zabudowane kilkoma konsoletami kontrolnymi. Z jednej strony były rozsuwane drzwi. Szymon nacisnął przycisk obok framugi i wrota się rozstąpiły. Za nimi było wnętrze windy, do której weszliśmy. Kilkanaście sekund później drzwi z powrotem się rozsunęły. Przede mną znajdował się korytarz z całkowicie czarnymi ścianami i jarzeniówkami co jakiś czas. Skręciliśmy w prawo. Kilka metrów dalej zatrzymaliśmy się przy jednej ze śluz, odchodzących od korytarza. Aneta wyciągnęła z kieszeni na piersi jakąś kartę i przyłożyła ją do czytnika. Urządzenie zbombardowało ją zielonkawym promieniem poczym usłyszałem cichy trzask. Śluza otworzyła się. Znalazłem się w pustym pokoju z małą kontrolką przy drzwiach i wielkim lustrem na jednej ze ścian. W czasie, gdy ja rozglądałem się po nowym pomieszczeniu, Aneta wyszła i zamknęła za sobą śluzę. - Chwila! – krzyknąłem, odwracając się i dopadając się do drzwi. – Wypuśćcie mnie! – wołałem, okładając metalową śluzę. – No pięknie – powiedziałem, gdy stwierdziłem, że wszystko na nic. „Dobrze, że przynajmniej jest tu światło” – pomyślałem. Moja samotność nie trwała jednak długo, gdyż oto część ściany bocznej naprzeciwko lustra nagle znikła, a na jej miejscu pojawił się jakiś dziwny gość. Facet koło pięćdziesiątki, trochę łysawy, z pomarszczoną twarzą i czarnymi włosami, miał na sobie szare długie spodnie i takąż koszulę. - Witaj, Neo – rzekł gość, podchodząc bliżej. - Pan mnie chyba z kimś pomylił – odparłem. - Jesteś wybrańcem, Neo. „O co temu wariatowi chodzi?” – pomyślałem. - Z kim mam przyjemność? – spytałem. - Mów mi Morfeusz. - Czy mogę wiedzieć, dlaczego się tu znalazłem? - Widzisz, Neo... „Dziad swoje, a baba swoje” – pomyślałem. - Czy nie miałeś kiedyś wrażenia, że z tym światem jest coś nie tak? Nagle usłyszałem jakiś sygnał, jakby telefonu komórkowego, a mój rozmówca sięgnął ręką do kieszeni, poczym wydobył z niej mały, czarny aparat. - Tak, słucham... Co mówisz? To nie ten film? O kurcze, ale się wygłupiłem. - Kto to był? – spytałem. - Reżyser. Sorry, pomyliłem scenariusze. Niepotrzebnie tyle wczoraj wypiłem... No nic, trzeba improwizować. - Gdzie my jesteśmy? – spytałem. - Cholera wie. Nagle znów odezwał się dzwonek. - Halo? – rzucił ten gość z irytacją. – Że, co? A... dzięki – schował komórkę – Dobra, już wszystko wiem. - Więc? - Przepraszam za wszystko. Ta wczorajsza balanga trochę mi zaszkodziła. Możemy zacząć jeszcze raz? - Nie ma sprawy – odparłem. - Dobra – podszedł do mnie – ty stoisz tu – ustawił mnie na pierwotnym miejscu – a ja wychodzę stąd – wrócił do otworu w ścianie – OK? - OK – odrzekłem. - Dobra. Akcja! Westchnąłem głęboko. - Pewnie zastanawiasz się, dlaczego tu jesteś? – zaczął facet, tonem, który zdradzał dawny profesjonalizm. - Wprost zżera mnie ciekawość – odrzekłem ironicznie. - Czy nie miałeś kiedyś wrażenia, że świat, w który wkraczasz pomiędzy ósmą, a piętnastą każdego dnia, prócz weekendów, świąt i wakacji, jest jakiś dziwny? Natychmiast przed oczami stanęła mi scena z lekcji języka polskiego i moje rozmyślania na temat... - Proszę o konkrety – odpowiedziałem. - Otóż widzisz, istnieje takie coś, jak matrix... emm, to znaczy wuef. Kurcze, ciągle się mylę... - A co to takiego? - Niestety nie da się tego jednoznacznie wyjaśnić. W tym momencie poczułem dreszcz na plecach. - Przejdziemy się? – zaproponował facet. - Dobra – odpowiedziałem i skierowaliśmy się w stronę tajemnego wejścia do tego pomieszczenia. Za nim był długi, ciemny korytarz, prowadzący do wind. Jedną z nich zjechaliśmy kilka poziomów niżej, poczym znów znaleźliśmy się w korytarzu. Na jego końcu mój rozmówca powiedział: - To, co teraz zobaczysz, zapamiętasz do końca życia, albo jutro o tym zapomnisz. Nie miałem pojęcia, o co mu chodziło. Ze szparek wokół rozsuwanych drzwi przed nami wystrzeliły małe strumienie pary. Chwilę później usłyszałem huk uruchamianego silnika rakietowego i drzwi z sykiem powietrza otworzyły się. Nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Przede mną rozciągała się... panorama mojego miasta. Zupełnie, jakbym stał w oknie jakiegoś wieżowca. Na wprost ratusz. Po obu stronach nad staromiejską zabudową wznoszą się wieże dwóch kościołów. Brakowało tylko kościoła trzeciego... I dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że obrazy te oglądam przez coś w rodzaju olbrzymiego, panoramicznego okna, a znajduję się w wielkiej sali, kilkadziesiąt metrów nad ziemią. - Co to jest? – spytałem z zapartym tchem. - Nasze centrum dowodzenia – odparł spokojnie facet. Od głównej sali, szklanymi ścianami oddzielone były inne segmenty, natomiast ona sama mieściła kilkanaście stanowisk kontrolerskich, z jednym głównym, znajdującym się na podwyższeniu. Prócz tego windy i jakieś urządzenia, których przeznaczenia nie znam. - Kim wy do diaska jesteście?! – miałem wrażenie, że znalazłem się w siedzibie jakiejś międzynarodowej, tajnej organizacji wywiadowczej. - Chodź. Pokażę ci coś. Podeszliśmy do jednego z ekranów, zawieszonych na ścianie. Przy okazji widziałem, że pozostali, obecni na sali, dziwnie się na mnie gapią. Nikogo z nich wcześniej nie widziałem. W oczy rzuciło mi się tylko, że wszyscy oni mieli na sobie jednakowe stroje – białe koszule i szare krótkie spodnie. Gość, który mnie oprowadzał, wyciągnął z kieszeni jakiegoś pilota, nacisnął któryś przycisk i na ekranie ukazał się obraz z lotu ptaka... mojej szkoły. - Poznajesz? – spytał facet. - To moja szkoła – odparłem. - To właśnie jest wuef. Spojrzałem na niego z powątpiewaniem. - Nieprawda. Sale gimnastyczne są po drugiej stronie – rzekłem. - Mniejsza z tym – kontynuował gość. – Wyobraź sobie, że pewnego dnia wszystko wokół ciebie zmienia się w swoje przeciwieństwo. Osoby, które znasz, twoi koledzy, nauczyciele, stają się zupełnie inni. Skupieni stają się rozkojarzeni, rozbawieni – smutni, źli – dobrzy... Przed oczami stanęła mi młoda Wojciechowskówna, jak naprawdę uczy języka angielskiego i momentalnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. To byłoby niedorzeczne, niemożliwe... - ...A jednocześnie ktoś powiedziałby ci, że świat, który oglądasz jest tylko iluzją, stworzoną specjalnie dla ciebie, że jesteś widzem w teatrze, na scenie którego grają wszyscy, których kiedykolwiek widziałeś, co byś zrobił? - Czy to jakiś psychotest? – spytałem z powątpiewaniem. To, o czym mówił ten facet, wydawało mi się tak niedorzeczne, tak idiotyczne, a zarazem było jakby nieosiągalnym marzeniem, stanem idealnym... Obraz na ekranie zmienił się. Tym razem przedstawiał on mnie samego. Był to ten moment, wtedy, gdy znalazłem przypadkiem zeszyt z opowiadaniem, które potem przeczytałem na polskim. Obraz był rozmyty, co mogło wskazywać, że zdjęcie zostało wykonane z dużej odległości. - Co robisz na tym zdjęciu? – spytał mnie facet. Dopiero teraz zauważyłem, że byłem tak zagłębiony w zaroślach, porastających rów koło drogi, że dla kogoś niewtajemniczonego sytuacja mogła być niezrozumiała. - Znalazłem wtedy zeszyt z jakimś opowiada... – urwałem, bo nagle zdałem sobie sprawę, że wszystko, co dotąd się zdarzyło, to co tutaj zobaczyłem, skądś znam. Z tego opowiadania, które znalazłem. Jednocześnie momentalnie moje myśli powędrowały ku szkole, w której teraz powinienem być. - Przepraszam, ale proszę konkretnie powiedzieć o co chodzi, bo muszę wracać do szkoły. Obraz na ekranie ponownie się zmienił. - O szkołę się nie martw – rzekł gość. Ja natomiast z oczami na orbitach wpatrywałem się w siebie, siedzącego w klasie, na lekcji fizyki. Miałem na sobie białą koszulę i szare krótkie spodnie, a na stole leżała czapka z daszkiem. - Kto to jest? - Zastępuje cię w czasie twojej nieobecności. Jednocześnie zauważyłem, że w klasie są też Aneta, Szymon i Wojtek, ale ubrani normalnie. - Kim wy jesteście i co to wszystko ma znaczyć?! – wybuchłem. Miałem ochotę rzucić się na tego durnia, obok mnie. Jego pewność siebie doprowadzała mnie do szału. - Cierpliwości. Zaraz wszystkiego się dowiesz. „Cierpliwości – łatwo mu mówić” – pomyślałem. - Odpowiedz mi na pytanie: czy chciałbyś żyć w świecie, w którym wszystko byłoby stworzone na twój ideał, ale jednocześnie wiedziałbyś, że nie jest on prawdziwy, że ktoś kieruje wszystkim z góry? - O co chodzi? - Odpowiedz mi na to pytanie. - Nie wiem. - Odpowiedz. Zastanów się dobrze. Czy będąc zupełnie sam, odważyłbyś się walczyć z całym otoczeniem, a potem zupełnie zniknąć ze społeczeństwa, by poznać prawdę? - Zależy od sytuacji, kurcze... nie wiem! - Chodź ze mną. Miałem już dosyć tego chodzenia. Weszliśmy do jakiegoś biura, oddzielonego od sali szklaną ścianą. - Kim jesteś? – spytałem, patrząc, jak mój rozmówca podchodzi do regału i coś wyjmuje z szuflady. Następnie odwrócił się do mnie i wyciągnął ręce. Na jego dłoniach spoczywały dwa batoniki – Snickers i Mars. - Poczęstunek? - Ostatnia próba. Mars, jeśli chcesz zobaczyć samemu, czym jest wuef, Snickers, jeśli chcesz wrócić do klasy i o wszystkim zapomnieć. - A trzecie wyjście? - Nie ma. - I nie będę w ogóle pamiętał, że tu byłem? - Tak. W tym momencie przez umysł przewijały mi się hasła reklamowe typu „Głodny? Na co czekasz?”. Poza tym od zawsze bardziej lubiłem Snickersa. Wyciągnąłem więc rękę w jego kierunku, a w miarę, jak ją zbliżałem, widziałem, że ręka mojego rozmówcy drga coraz bardziej, tak jakby bał się on, że wybiorę nie to, co trzeba. W chwili, gdy od Snickersa dzielił mnie już niecały centymetr, nagle coś mnie tknęło. Przed oczami stanął mi obraz z ostatniej lekcji biologii i momentalnie skierowałem rękę w stronę drugiego batonika. Chwyciłem go, momentalnym ruchem zdarłem papierek i zagłębiłem zęby w czekola... Ciemność. Wszędzie ciemność. Słyszałem tylko czyjeś przytłumione kroki. - Chyba już się obudził – doszedł mnie czyjś głos. - Jak się czuje? - Wygląda na to, że dobrze. „A może by mnie ktoś spytał o zdanie?” – pomyślałem i jednocześnie poczułem dotyk na skroniach. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że na oczach miałem jakieś ciężkie, metalowe urządzenie i w ogóle cały byłem czymś skrępowany. Poza tym mój błędnik podpowiadał mi, ze byłem ustawiony równolegle do powierzchni Ziemi – innymi słowy leżałem na plecach. Momentalnie przed oczami błysnęło mi światło tak silne, że musiałem je zamknąć, by nie oślepnąć. Jakiś czas później moje narządy wzroku przyzwyczaiły się do jasności i mogłem się spokojnie rozglądnąć dookoła. Zobaczyłem jakąś młodą kobietę, czy raczej dziewczynę, w białym fartuchu, która pochylała się nade mną, a dokładniej nad moim brzuchem. - Cześć – powiedziałem na dobry początek. - Cześć – odparła ona, nawet nie odwracając się do mnie. Widziałem, że szperała w jakimś urządzeniu, które leżało na moim brzuchu. Ponieważ rozmowa specjalnie się nie kleiła, odwróciłem głowę w drugą stronę. Mój wzrok padł na jakieś czarne kartki, z białymi smugami gdzieniegdzie. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że smugi te układają się w kształt żeber człowieka, co oznacza, że najprawdopodobniej były to rozwieszone zdjęcia rentgenowskie. W dodatku w dolnym, prawym rogu, na każdym z nich widniało moje imię i nazwisko. Co ciekawe na zdjęciu było widać też niewyraźne plamy, oznaczające narządy. Rozpoznałem tam płuca, serce, część żołądka, przełyk... i jeszcze jakiś dziwny kształt, którego nie mogłem rozszyfrować. Najdziwniejsze było to, że na pierwszym zdjęciu tego kształtu nie było. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie przypomniał mi się film „Obcy”. - Kim jesteś? – spytałem dziewczynę. – I w ogóle co ja tu robię? Co to za miejsce? - Jesteś w moim laboratorium – odparła dziewczyna i jednocześnie się do mnie odwróciła. – Doktor Jojo. Do usług. - Doktor?! - A mi możesz mówić Maho – usłyszałem kolejny, tym razem znajomy głos. Odwróciłem się. W moim kierunku szedł ten sam facet, który podał mi batoniki... - Co to wszystko ma znaczyć?! – wybuchnąłem. - Skończone – powiedziała spokojnie dziewczyna i podeszła do konsoli na ścianie pomieszczenia. Nacisnęła kilka przycisków i w tym momencie zaczepy, które mnie unieruchamiały, zwolniły się. Podniosłem się natychmiast. Zeskoczyłem ze specjalnego łóżka i stanąłem, z wystraszonym wyrazem twarzy. - Wszystko w normie – powiedziała dziewczyna. - Dziękuję, Jojo. Możesz już iść – rzekł facet. – A ty chodź ze mną. - Nie! – krzyknąłem. – Nigdzie nie pójdę, dopóki nie dowiem się, o co tu chodzi! - Właśnie chcę ci wszystko wyjaśnić. Chodź. Cóż było robić. Poszedłem z nim. Korytarzami doszliśmy ponownie do tej wielkiej sali z panoramicznym oknem. - Widzisz, chłopcze, znamy doskonale twoje zdanie na temat tego, co powszechnie zwane jest szkołą. Uważasz, że jej istnienie jest niepotrzebne i nie ma sensu. Że każdy kolejny dzień jest wierną kopią poprzedniego, że nauczycielami zostają ludzie z najniższych intelektualnych warstw społeczeństwa i że każdy z nich istnieje tylko po to, by zadręczać uczniów kartkówkami. Spojrzałem badawczo na gościa, który identyfikował się przede mną, jako Maho, cokolwiek to imię miało znaczyć. - Otóż po części masz rację. Ale odpowiedz mi teraz na pytanie: czy jesteś jedyną osobą na tym zakichanym świecie, która tak myśli? Czy jesteś jedynym człowiekiem, który w ogóle się nad tym zastanawia? Nie rozumiałem kompletnie, do czego on zmierza. Posłałem mu pytające spojrzenie, a on, nie czekając na odpowiedź, kontynuował: - Jedynym na pewno nie. Ale jednym z niewielu. Większość z tych, którzy kiedykolwiek zastanowili się chociaż raz nad sensem istnienia oświaty społecznej, doszło do jednego wniosku: nie ma ona sensu, ale i tak nic z tym nie można zrobić. I żyli dalej. Niewielka część podjęła dramatyczne próby wprowadzenia zmian i zawsze kończyły się one tragicznie. Pozostała jednak jeszcze trzecia grupa, która nie ustawała bardzo długo w poznaniu odpowiedzi na pytanie „po jakie licho?” i doszła do wniosku zupełnie odmiennego: a jeśli nie tak, to jak? I ci właśnie ludzie są teraz tutaj, wokół nas. Minęła chwila, zanim poukładałem sobie wszystko, co powiedział Maho. Potem rozglądnąłem się dookoła i przyjrzałem się każdemu po kolei, a następnie wszystkim razem i dreszcz przeszedł mi po plecach. Tymczasem za wielką szybą był słoneczny dzień. Patrzyłem z góry na nieświadomych niczego, spokojnych ludzi, którzy uwijali się ze swoimi zajęciami. - Teraz wyobraź sobie sytuację, że cały świat wokół ciebie wywraca się do góry nogami. Wszyscy zmieniają swoje postępowanie. Zamiast jedynek dostajesz same szóstki. Zamiast tego co musisz uczysz się tego, co chcesz. Robisz to co ci się podoba, ale jednak wciąż coś ci powtarza w głębi, że to nie jest to, że coś jest nie tak. Masz wrażenie, że wszędzie kryje się jakieś niebezpieczeństwo. Pragniesz tylko jednego. W tym momencie odwróciłem się do Maha, bowiem dotąd byłem skierowany w stronę okna. - Pragniesz powrotu wuefu – dokończył facet, a ja nie mogłem wydobyć z siebie słowa. - Jest jednak coś, co na to nie pozwala. To coś stoi ci na przeszkodzie. Masz wrażenie, że kieruje wszystkim wokół. Wie wszystko o tobie. Chciałbyś się tego pozbyć, ale nie wiesz jak. Najpierw myślisz o poddaniu się. Podejmujesz nawet taką decyzję, jednak prędzej czy później rozpoczynasz walkę. Robisz to z prostego powodu: nie możesz już wytrzymać. Wolisz zginąć niż żyć w takim świecie. W świecie kontrolowanym przez to, a raczej przez nich. W świecie bez wuefu. Miałem wrażenie, że zaraz zemdleję. To, co słyszałem było piekielnie nierzeczywiste, jakbym słuchał jakiejś bajki, a jednocześnie wydawało mi się bliskie, jakby dotyczyło mnie samego. - Zastanawiasz się zapewne, kim są ci Oni. Otóż bardzo trudno to wytłumaczyć. Nie są żywi ani martwi. Nie rodzą się ani nie umierają. Nie muszą jeść, oddychać, pić. Nie mają określonego kształtu. Po prostu są. Określamy ich mianem Wuefistów. Nagle spostrzegłem, że na dworze zaczął padać deszcz. Jednocześnie gdzieś w oddali strzelił piorun, a ja zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu mam gęsią skórkę. - A więc wuef jest... – próbowałem, ale za nic nie mogłem wydobyć z siebie kolejnego słowa. - Jest to normalność. Zwykłe życie szkolne, niezakłócone przez Wuefistów, którzy próbują przejąć władzę nad systemem edukacji. Naszym zadaniem jest walczyć z nimi przy pomocy wszelkich dostępnych środków. Nie możemy dopuścić do przerwania przebiegu wuefu.
III
Teraz, gdy siedziałem sobie spokojnie w wagoniku i wracałem do opuszczonej parę godzin temu szkoły, aż bałem się wędrować myślami do tego wszystkiego, czego dowiedziałem się jeszcze od Maho. Powiedział mi między innymi, po co były te batoniki. Otóż Snickers zawierał specjalny składnik, który oprócz tego, że powodował natychmiastowe zaśniecie, to również kasował wszelką pamięć z ostatnich trzech godzin. Mars natomiast tylko usypiał. Było to potrzebne aby mogli spokojnie przeprowadzić operację wszczepienia specjalnego, sztucznego narządu, który wytwarza hormony uodparniające na wycisk. Wycisk natomiast jest substancją, którą Wuefiści wykorzystują do kontroli innych. Spytałem też w jaki sposób mają pieniądze na utrzymywanie tej swojej całej centrali, sprzętu, oraz budowę setek kilometrów tuneli pod miastem i nie tylko. - A ty myślisz, że takie firmy jak Microsoft, McDonald’s, wytwórnia filmowa 20th Century Fox, Toyota, Gazprom i telewizja CNN do kogo tak naprawdę należą? – odpowiedział mi Maho. Ale to jeszcze nie było tak straszne. Najgorsze, a jednocześnie najbardziej oczywiste było to, czego oni ode mnie chcą. - Przystań do nas – poprosił mnie Maho. Miałbym zrezygnować z całego swojego życia? Zerwać wszelkie kontakty ze społeczeństwem? Przestać chodzić do szkoły...? „Przecież sam stwierdziłeś, że jest ona bez sensu” – kołatało mi się cały czas w głowie. „Owszem, jest ona bez sensu, ale żeby całkowicie z niej rezygnować?” A najstraszniejsze z tego wszystkiego było to, co wtedy mi odpowiedział: „Nie. Prawdopodobnie zauważyłeś, że pośród Strażników Wuefu są wyłącznie ludzie młodzi. Niestety dorośli nie zrozumieliby tego. Dlatego też przystępując do nas znikasz z tego świata, a po ukończeniu okresu edukacji pojawiasz się na nim z powrotem, z najlepszymi wynikami. Niestety jest pewien skutek uboczny. Dziewięćdziesiąt pięć procent osób, które były Strażnikami, staje się potem nauczycielami. Sami nie rozumiemy, dlaczego tak jest. W każdym razie odchodząc od nas masz całkowicie skasowaną pamięć. Wracasz na łono społeczeństwa, jakby nigdy nic.” Nie mieściło mi się to wszystko w głowie. Przez kilka lat tak po prostu żyć poza światem, a potem zwyczajnie do nie wrócić, nic nie pamiętając? Było to straszne, a wręcz niedorzeczne. Z każdą kolejną mijającą sekundą coraz bardziej byłem pewien, że zrezygnuję z oferty Maha. Dał mi on bowiem czas do namysłu do następnego dnia. Narząd wszczepili mi już teraz, bo przez te godziny będę narażony na ataki Wuefistów... Ale czy ja tak naprawdę w ogóle w to wierzę? Jeśli tak, to nie zostaje mi nic innego, jak zostać Strażnikiem Wuefu. Zakładając, że to wszystko jest prawdą, nie potrafiłbym żyć z myślą, że mogło być inaczej, być może lepiej. Ale w końcu skasuję mi pamięć. Mimo wszystko nawet teraz przerażająca dla mnie była myśl, że nie będę o tym wszystkim pamiętał. W zasadzie dochodzi tu do paradoksu. Boję się wiedzieć i nie wiedzieć jednocześnie. W takim oto stanie wracałem na lekcję. Zatrzymaliśmy się na „stacji” pod moją szkołą. Gdy się tam pojawiłem, była akurat przerwa przed językiem polskim. Mój sobowtór usunął się z drogi, a ja zająłem swoje normalne miejsce. Weszliśmy do klasy. Tak lekcja zaczęła się od rozdania klasówek z literatury. Dostałem piątkę, mimo wielu błędów wytkniętych mi przez Urabaniakównę. Potem, gdy już wszyscy stracili nadzieję na wywalczenie lepszych ocen, nauczycielka kazała wyjść na środek Natalii, która miała przygotować informację biograficzną o współczesnym poecie, nazwiskiem Edward Stektura. - Urodził się czterdzieści lat temu we wsi Zadupie na Podlasiu – zaczęła recytować dziewczyna. Ja natomiast raczej jej nie słuchałem, tylko co jakiś czas chwytając pojedyncze zdania. Zajęty byłem myślami o tym, co mnie dzisiaj spotkało. - ...międzynarodową sławę przyniósł mu poemat na sto tysięcy wersów „Telewizor – radość mojego życia”... – teraz już w zasadzie nie zastanawiałem się, czy przystać do Strażników. Codzienne, zwyczajne otoczenie sprawiło, że sam przestałem wierzyć w ich istnienie. Byłem już pewien, że to wszystko było tylko snem. - ...rok później popełnił samobójstwo, gdy wyłączyli mu kablówkę – to jedno zdanie przypadkiem akurat utknęło mi w uchu. Chodź sam tego nie rozumiałem, nagle zaczęła powoli wracać mi wiara w istnienie Strażników Wuefu. - Przeczytamy teraz jeden z wielu przepięknych wierszy Stektury pod tytułem „Pilot jak powietrze”. Otwórzcie książki na stronie sto jedenastej. Jacek, zacznij czytać. miałem pilot od telewizora bardzo fajny pilot od telewizora zabrali mi pilot od telewizora został mi tylko pusty nieruchomy ekran pu-sty-nie-ru-cho-my-ek-ran pustynieruchomyekran pustynieruchomyekran pusty nieruchomy ekran A jednak. Coś mi mówiło, że nie pasuję do miejsca, w którym się znajdowałem. To nie był już mój świat... Wracając ze szkoły zatrzymałem się na chwilę, by ostatni raz spojrzeć z nienawiścią na popisane mury szkoły. Obłoki przesuwały się leniwie po niebie, drzewa szumiały, a ja miałem wrażenie, że zostawiam za sobą kolejny etap moje życia. Następnego dnia miałem spotkać się ze Strażnikami w szatni przy sali gimnastycznej, w piwnicy. Czas był tak dobrany, by akurat żadna klasa nie miała tam lekcji. Muszę przyznać, że było to bardzo dziwne doświadczenie, gdy robiłem kolejne kroki w dół, po schodach. Nikt z moich znajomych, kolegów i koleżanek miał mnie już nie zobaczyć i nie miał o tym zielonego pojęcia. Ja, w myślach już wczoraj pożegnałem się z nimi i nie wiem dlaczego – jakby poczułem wielką ulgę. Z jakiegoś powodu nie było mi smutno. Podobnie czułem się, gdy opuszczałem przedszkole, by udać się do szkoły podstawowej. Cieszyłem się wręcz tak, jakby nadchodziła przełomowa chwila, na którą czekałem od zawsze. Otworzyłem odrapane drzwi. Sala lustrzana – jak ją powszechnie nazywano – była pusta. Niemal bezgłośnie przedostałem się do wejścia do szatni, naprzeciwko mnie. Było otwarte. Wszedłem do środka. Nagle usłyszałem skrzypienie zamykanych drzwi. Odwróciłem się. Za mną stała agentka Tata – ta sama, która wczoraj porwała mnie w przebraniu Anety. Muszę tutaj wyjaśnić, że Strażnicy Wuefu posługują się pseudonimami, utworzonymi od pierwszych sylab ich imienia i nazwiska. Niezmiernie ucieszyłem się na jej widok. - Idziemy? – spytała mnie. Nie miała w sobie nic ze wczorajszej wrogości. Kiwnąłem twierdząco głową. Tata podeszła do ściany. Z kieszeni wyciągnęła pilota. Wcisnęła jakiś przycisk i część ściany wysunęła się, tworząc przejście do stacji kolejki. Kilkanaście sekund później siedziałem już w wagoniku. Tym razem, wchodząc do siedziby głównej nie czułem już strachu. Było to raczej zaciekawienie. Byłem jak dziecko, które, wychowywane od zawsze na wsi, przyjechało do wielkiego miasta. Weszliśmy do wielkiej sali. Tam już czekał na mnie Maho. Czekało mnie jeszcze kilka testów i badań. Między innymi musieli mi uaktywnić ten wszczepiony narząd. Inaczej bowiem po kilku dniach pracy obumarłby on. Poza tym sprawdzali, czy przez ostatnia dobę nie byłem śledzony przez Wuefistów. Z całego tego dnia, spędzonego w laboratorium, utkwiło mi w pamięci jedno zdanie, wypowiedziane przez Maho: „Teraz nie jesteś już częścią wuefu. Stoisz ponad nim.” Zdanie to, ten zwykły zlepek słów zapamiętać miałem do końca życia. Pod koniec dnia pokazano mi miejsce, które na najbliższe lata miało stać się ostoją mojej prywatności. Była to niepozorna, metalowa szafka, z zamkiem otwieranym na głos, odcisk palca i obraz rogówki oka. Nad zamkiem znajdowała się tabliczka z wyrytym moim nowym imieniem – moim pseudonimem. W środku były trzy, średniej wielkości pułki. Po wewnętrznej stronie drzwiczek natomiast, na elektromagnesach wisiał przedmiot, który miał stać się jedyną moja rzeczą naprawdę osobistą – moja kupa. Kondensator uderzających promieni alfa był jak dotąd najskuteczniejszą bronią przeciwko Wuefistom, jaką opracowali technicy. Na półce na samym dole było złożone kilka zestawów moich mundurów bojowych – szarych krótkich spodni, białych koszul i czapek z daszkiem. Przyodziany w to wszystko, wkroczyłem na salę dowodzenia z niezwykłym podnieceniem i podekscytowaniem. Wszystko wydawało mi się tak piękne, mocne, wspaniałe, cudowne... Zupełnie jak bym był w raju. Gdy następnego dnia się obudziłem, cieszyła mnie każda rzecz, jaką widziałem, a nawet to, czego nie widziałem, na przykład szkoła. Czułem, że rozpoczynam nowe, lepsze życie. Tymczasem te dwanaście godzin miałem wykorzystać na zaznajomienie się z centralą i systemem jej pracy. Na początku Maho przedstawił mi agenta Karo, który miał mi wszystko pokazać. - Lubi trochę pożartować, ale ogólnie to dobry chłopak. Uważaj tylko na jego ruchy – szepnął mi do ucha szef Strażników i odszedł w stronę centralnej sali. Tak więc rozpoczęło się zwiedzanie. Cały kompleks mieścił kilka działów: wyposażenie, informacja i laboratorium. Wszystkie one pełne były najróżniejszego typu urządzeń. Najciekawszy wydał mi się magazyn wyposażenia, gdzie Strażnicy trzymali większość swojej broni. Czegóż tam nie było?! Oprócz standardowych kup zobaczyłem tam dziesiątki typów laserów, radio-emiterów, granatów błyskowych, burzących, ogłuszających, a nawet jeden brudzący! Poza tym roboty przeznaczone do najróżniejszych zadań, od powietrzno-desantowych, przez podziemne, po zwykłe, malutkie, pełzające urządzenia podsłuchowe. Oprócz tego środki transportu: poza wagonikami podziemnych kolejek dwa śmigłowce, trzy łodzie motorowe, mimo, że najbliższa rzeka była trzydzieści kilometrów stąd, motory o napędzie rakietowym, samochody, które mogły zmieniać kształt od śmieciarki po formułę 1. Była tam chyba też dwukonna bryczka. Dział informacji zajmował najmniej miejsca, za to był najbardziej zaawansowany pod względem elektronicznym. Kilkadziesiąt programów komputerowych pracowało bez przerwy nad połączeniem z najbardziej niedostępnymi systemami i bazami danych. Między innymi dzięki temu Strażnicy mieli moje zdjęcie, jak z rowu wyciągam ten zeszyt z opowiadaniem, wykonane z satelity. Najbardziej jednak zdziwiło mnie to, kto kierował całym tym działem. Była to osoba, którą znałem przed laty. Byliśmy pewni, że umarł na raka, spowodowanego promieniowaniem elektromagnetycznym, na które był wystawiony podczas ciągłego siedzenia przy komputerze. Tymczasem Słasle, bo takie tutaj miał imię, został Strażnikiem Wuefu. Laboratorium składało się z kilku pomieszczeń, między innymi sali operacyjnej, gdzie wszczepiono mi narząd, który uodparniał mnie na wycisk. Poza tym były tam urządzenia do badania różnych rzeczy – składu chemicznego, budowy DNA i tym podobnych pierdołów. Zobaczyłem tam miedzy innymi gumowe maski, przedstawiające mnie i kilku moich znajomych. Całością dowodziła doktor Jojo, którą już miałem okazję poznać. Na temat osób, które były Strażnikami, dowiedziałem się natomiast nieco, gdy zatrzymałem się na korytarzu, który prowadził do biura Maha. Wisiała tam galeria zdjęć byłych członków organizacji. Wtedy do głowy przyszło mi spytać Kara, dlaczego Maho jest jedynym dorosłym wśród Strażników. - Ponieważ to on założył naszą organizację. Był też pierwszym, który walczył i wygrał z Wuefistami. - A ta dwójka – spytałem, wskazując na kolejną parę zdjęć, podpisanych „Asze” i „Arze”. - Byli jednymi z założycieli – w tym momencie Karo rozglądnął się, czy wokoło nie ma nikogo i rzekł do mnie przyciszonym głosem: - Maho kiedyś był zakochany w Arze. Tymczasem ona wolała jego najlepszego przyjaciela Asze. Maho zemścił się na nich i utopił ich oboje w pomarańczowej galaretce. Podobno jej resztki trzyma w szufladzie w swoim biurku. Spojrzałem na Kara z przerażeniem. Tymczasem on jeszcze przez chwilę utrzymywał tajemniczą minę, poczym wybuchnął głośnym śmiechem. - Nie żartuj tak – powiedziałem. - Sorry, nie mogłem się powstrzymać. Poznałem jeszcze historie kilku innych Strażników, którzy przeszli do historii. Potem kontynuowaliśmy zwiedzanie. Karo pokazał mi między innymi plan tuneli podziemnej kolejki. - Jednak to tylko część planów. Tak naprawdę nikt nie zna całego układu. - Przyjemnie się zaczyna. Jednak dopiero wieczorem przypomniało mi się to, o co chciałem zapytać Maha od chwili, gdy zgodziłem się zostać Strażnikiem. Mianowicie, dlaczego wybór padł akurat na mnie i co oznaczały te dziwne wydarzenia, które miały miejsce wcześniej, to znaczy ten psi atak. - Widzisz, obserwowaliśmy cię od jakieś czasu. Ciebie i kilkunastu innych. Chodziło przede wszystkim o osoby niepozorne. Posiadające potencjał, ale nie okazujące go – wyjaśnił Maho. - To mi pochlebia, ale czemu ja? - Złożyło się na to wiele czynników. Między innymi ten przypadek, że znalazłeś zeszyt z opowiadaniem. Poza tym twoje przemyślenia na temat bezsensu szkoły były najsilniejsze. - No właśnie, a co z tym zeszytem? - Zeszytem i psem zajmiemy się jutro. Na razie powiem ci jeszcze, dlaczego twoja koleżanka zaproponowała ci papierosa, bo na pewno o to spytasz. Otóż otrzymała polecenie, aby w jakiś sposób włożyć ci do kieszeni kartkę z informacją, że czeka na ciebie w toalecie. Dalszy ciąg znasz. Sam nie wiedziałem dlaczego, ale z jakiegoś powodu nie byłem zły na Strażników, że tak po prostu włamali się do mojego życia. Właściwie byłem im nawet wdzięczny, że wybrali właśnie mnie. Następnego dnia czekała mnie bardzo wczesna pobudka. Kiedy wkroczyłem do sali w standardowym stroju, na dworze było jeszcze ciemno. Tymczasem na wszystkich stanowiskach ze swoją pracą uwijali się już inni Strażnicy. Wszyscy oni byli identycznie ubrani. W tym momencie poczułem, że ci ludzie, z którymi nawiązywałem powoli znajomości, stawali się moją nową rodziną. W pewnej chwili podszedł do mnie Maho. Koło niego stał jakiś inny Strażnik. - To agent Zaspa. Będzie twoim przewodnikiem, nauczycielem i partnerem. - Cześć – powiedziałem niepewnie i wyciągnąłem rękę. - Część – odparł ten oschle. - Poznajcie się. Tymczasem my już nie będziemy się tak często spotykać – zwrócił się do mnie Maho. – Powodzenia – dodał na pożegnanie i odszedł. - Robota czeka. Chodź, młody – rzekł do mnie Zaspa. „Ładnie się zaczyna” – pomyślałem i spytałem: - Dokąd idziemy? - Do laboratorium, a potem do informacji. Pokażę ci coś. Miałem w sercu skrytą nadzieję, że przez nowego partnera nie zacznę tęsknić za... wuefem. Podwójne drzwi laboratorium rozsunęły się przed nami. Z pierwszego pomieszczenia przeszliśmy do drugiego, gdzie znajdowała się jakaś duża tablica kontrolna, z wielką ilością przycisków, dźwigni, wskaźników i Bóg wie, czego jeszcze. - Popatrz tutaj – powiedział Zaspa i podszedł do monitora. Podążyłem za nim. Następnie on wpisał jakieś polecenie do komputera i na ekranie pojawiło się zdjęcie przedstawiające starą, radziecką fabrykę ogórków. - Poznajesz? – spytał mnie. Kiwnąłem twierdząco głową. Drugie zdjęcie przedstawiało już konkretnie uliczkę, którą uciekałem przed tym wilczurem. Był to moment, gdy byłem oddzielony od potwora siatką i dobiegałem do rozdzielenia, a on nabierał rozbiegu przed sforsowaniem przeszkody. Zdjęcie trzecie: mnie już na nim nie widać, a pies jest jakieś półtora metra od siatki. - To zdjęcie zostało wykonane cztery sekundy później – poinformował mnie agent Zaspa i pokazał kolejną fotografię. Na niej z kolei w siatce była wielka dziura a pies po drugiej stronie. - On przebił się przez ogrodzenie?! – spytałem, a raczej wrzasnąłem z niedowierzaniem. W tym momencie Zaspa wpisał kolejne polecenie do komputera i momentalnie część wielkiej konsoli wsunęła się w dół. Za nią natomiast znajdowała się jasno oświetlona wnęka, w której, na zaczepach wisiał... goniący mnie, olbrzymi pies, a raczej to, co z niego zostało. - Dotknij – zachęcił mnie Zaspa. Niepewnie wyciągnąłem rękę w kierunku wiszących zwłok. Gdy je dotknąłem, w pierwszej chwili poczułem przenikliwe zimno. Moment później ścisnąłem kawałek skóry. Miała ona grubość najwyżej dwóch milimetrów i tworzyła jakby pokrowiec, pusty w środku. - Co to jest? – spytałem. - Białkowo-tłuszczowa, sprasowana mieszanka, z dużą ilością siarki i barwników organicznych – odpowiedziała mi doktor Jojo, która stała w rogu pomieszczenia. - Że co? - Skóra psa, tyle, że pusta w środku. - I to jest to, co mnie atakowało? - Na to wygląda. Przynajmniej tylko tyle wyciągnęliśmy spod gruzu. Najbardziej zdziwiło mnie to, ze na skórze nie było żadnych uszkodzeń. Nie była nigdzie poraniona ani przerwana. Nie było też śladów krwi. - Nic już z tego nie rozumiem – przyznałem w końcu. - Problem w tym, że Wuefiści potrafią przyjmować dowolną postać. Mogą cię zaatakować pod powłoką człowieka, rośliny, przedmiotu lub na przykład psa obronnego. - Ale dlaczego akurat mnie? - Właśnie nad tym się zastanawiamy, ale pociesz się, że gdyby nie to, to pewnie by cię tu nie było. Zaspa, widząc moje zakłopotanie, a raczej załamanie, poprowadził mnie zaraz do działu informacji. Tam, w głównej sali, na dużym ekranie wywołał kilkanaście zdjęć. Wszystkie one przedstawiały osoby, które znalazły zeszyty z opowiadaniami, identycznymi do mojego. - Trafiliśmy na ślady dokładnie piętnastu zeszytów. Być może było ich więcej. - Kto je rozrzuca. - Pojawiła się teoria, ze to któryś z byłych Strażników…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marccus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…