Strażnicy wuefu: wuefiści nadchodzą
Nie jedzą, nie piją, nie palą, nie biorą. Nie rodzą się ani nie umierają. Po prostu są i mają tylko jeden cel: przejąć władzę. O co tak naprawdę chodzi w szkole i czym ona jest? Trochę fantastyki, humoru i akcji.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Strażnicy Wuefu Wuefiści nadchodzą
Marek Hojnacki Leszno 2003
Wszystkim moim kolegom i koleżankom z klasy, którzy posłużyli mi za wzory przy pisaniu „Strażników wuefu”
Wszelkie podobieństwo nazw, imion i nazwisk do rzeczywistosci jest niezamierzone.
I
To był pamiętny dzień. Pamiętam, jakby to była jutro. Pamięć o nim będzie trwać jeszcze przez wiele wieków. Wtedy bowiem wszystko się zaczęło – wielka odyseja, eneida, a może nawet robinsonada. Ten jeden, przeklęty, cholerny, pieruński dzień zmieniła na zawsze bieg szkolnej rzeczywistości. Oprócz tego wszystkiego trzecie klasy mojego gimnazjum pisały wtedy próbne egzaminy kompetencyjne. Z tego powodu zaczynaliśmy lekcje później. Trochę później... Pierwsza była geografia. Globusik rozdawał sprawdziany. Jeden olbrzym z mojej klasy, zwany Mikołajem, dostał bardzo kiepską czwórkę i zgodnie ze swoją naturą poszedł się wykłócać. Wyglądało to mniej więcej tak: - Proszę pana, co tu jest źle? - spytał, podchodząc do Globusa, czyli półłysego nauczyciela i pokazując mu swoją kartkę. - No a jakie miałeś pytanie? - spytał ten nieco tępym głosem. - Opisać rozmieszczenie ludności Brazylii. - I nie zrobiłeś tego poprawnie. - Dlaczego? - Piszesz: ludność skupia się na wschodnim wybrzeżu, w pasie szerokości czterystu kilometrów, ciągnącym się od Fortaleza na północy do Porto Alegre na południu. A reszta? - Jest dalej: podjęto również działania w celu zaludnienia interioru. - Ale nie napisałeś, ze był słabo zaludniony. Dalsza walka nie miała sensu, bo Mikołaj dobrze wiedział, że jest tylko jedna osoba, która ma szansę przegadać nauczyciela, a ta osoba, tj. Mateusz, była zajęta odpisywaniem na krążące po klasie listy typu „Napisz, jakie gacie masz na dupie”. Tak więc lekcja zaczęła się na dobre. Globusik tak słodko nawijał o powstawaniu monsunów w południowo-wschodniej Azji, że, jeśli tylko ktoś go słuchał, to żal mu było przerywać. Odważyła się na to tylko jedna osoba, bo oto drzwi od klasy się otworzyły i stanął w nich Bober, czyli posłaniec dyrektora Janka. Bezczelnie spytał z największą uprzejmością, czy z polecenia dyrcia może wziąć z lekcji trzy osoby, tj. mnie, Mateusza i Adama. Zacząłem przeczuwać już najgorsze. Mianowicie, że naszej szkole znów przypadło wystąpienie w organizowanych przez Młodzieżową Radę Miasta, tak zwanych debatach oksfordzkich. Chodziło w nich o to, że drużyny z różnych szkół walczyły na argumenty, starając się udowodnić lub obalić postawioną tezę i w ten sposób przeciągnąć na swoją stronę jak najwięcej osób niezdecydowanych, siedzących w tak zwanym bagnie. Różne się już jednak rzeczy zdarzały. Janek często przywoływał do siebie uczniów na wyrywki wyrwanych z lekcji, a potem kazał mówić sekretarce, że go nie ma. Mówiono o nim różne legendy, jak to nocami zamykają się w gabinecie z wicedyrektorką, poprzebierani za czarownice z Salem, nad wielkim kotłem parującej, zielonej substancji. Równie dobrze mogło chodzić o bardziej przyziemne sprawy, na przykład złożenie nas w ofierze Wielkiemu Manitu, którego wiarę dyrcio wyznawał. - Chodzi o debatę - rzekł Bober zamykając drzwi od klasy i momentalnie wszystkie moje nadzieje, związane z czarami i indiańskimi bogami prysły jak balon, igłą przebity. Przypomniałem sobie tygodnie przesiedziane przed poprzednią debatą u Janka i zacząłem się trząść. Poprzysiągłem sobie, że cokolwiek się stanie, nie zgodzę się na wystąpienie. I... prawie mi się udało: - No dobrze, panie dyrektorze - odrzekłem pół godziny później, w jego gabinecie. Wszyscy trzej wróciliśmy na lekcję bez chęci do życia. Miałem wrażenie, że Atlas spuścił mi cały świat na głowę. Ale wtem z mitologicznego upojenia wyrwał mnie dzwonek, kończący lekcję. Teraz dwa polaki, które obyły się pod przywództwem wielkiej mgr Urbaniak. Na przerwie poszedłem do szkolnego sklepiku. Kiedy wracałem, korytarze były już puste. Widziałem tylko, jak z klasy, gdzie pisaliśmy, wychodził Janek razem z jakimś gościem, nieco wyższym ode mnie, ubranym w cienką, letnią koszulę, luzackie spodnie i takoż uczesane włosy. Oni mnie raczej nie zauważyli, bo byłem za daleko, a po drugie, zamknąwszy drzwi, zaraz skierowali się na gabinetu dyrektorskiego. Stwierdziłem, że szkoła być może znów gości jakiegoś doradcę do spraw kultury z ambasady Wysp Świętego Tomasza i Książęcej i nie należy się tym przejmować. Wróciłem więc spokojnie do klasy. Tam już wszyscy pisali. Powiedziałem tylko facetce, że byłem w sklepiku, w związku z czym nie słyszałem dzwonka. Ona tylko kiwnęła głową i posłała mnie do ławki. Więc usiadłem. Minęła druga godzina. Na przerwie rozmawiałem z Adamem o planach na resztę dnia. Powiedział, że jest umówiony z Globusem na wpół do piątej. Adam bowiem, jako jedyny przeszedł dalej w szkolnym konkursie geograficznym, w wyniku czego Globus postawił sobie życiowy cel: przygotować go tak, aby wygrał nie tylko etap rejonowy, ale też wojewódzki, a potem krajowy. Mój drugi kumpel – Mateusz, był zamieszany w podobne machlojki, z historii. Jego dręczyła histeryczka Drożdżowa. Tak minęło te parę godzin. Z pozoru nic wielkiego się nie wydarzyło. Nie należy jednak recenzować obrazu po ramach. Następny dzień zaczął się niemal identycznie. Egzaminy nadal trwały. Trzecioklasiści byli bardzo niewyżyci. Nadszedł czas na polski, a wraz z nim przybył do Soplicowa Pan Tadeusz. Pod koniec lekcji stało się jednak coś dziwnego: wydawało mi się, że dzwonek dzwonił dwa razy dłużej niż zwykle. Stwierdziłem, że być może woźny znowu ma urlop i zastępują go sprzątaczki, które nie mają żadnego wyczucia. Poszliśmy więc pod biologię. Akurat rozmawiałem z Anetą, gdy dołączył do nas Mateusz. Gadaliśmy jeszcze przez chwilę, gdy w pewnej chwili Aneta wykonała głową ruch odrzucający włosy, gdyż opadały jej na twarz. I wtedy się wszystko zaczęło. Stałem przy niej pod takim kątem, ze za jej uchem zobaczyłem coś dziwnego: czarny znaczek, wyglądający, jakby tworzyły go litery „W” i „F” nałożone na siebie. W pierwszej chwili pomyślałem, że to strupek po jakimś uderzeniu albo oparzeniu. Wszystko trwało ułamek sekundy, gdyż już po chwili opadające włosy zakryły to... coś. Chciałem już ją spytać, gdzie się uderzyła, ale wtedy zadzwonił dzwonek, a razem z nim pojawiła się i Muszyńska, czyli nauczycielka biologii. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, ze Muszyńska zawsze przychodziła z dyżuru przynajmniej pięć minut po dzwonku. Coś się działo. To było jasne. Muszyńska dokonała cudu i... skończyła temat w przeznaczonym czasie. Przyszedł czas na wychowanie fizyczne. I znów coś dziwnego. W szatni był spokój. Cisza, jak makiem zasiał. Wszyscy siedzieli grzecznie i się przebierali. Pod sufitem nie latały żadne buty, plecaki ani kurtki. Nikt się nie bił i nikt nie stracił zębów. Na lekcji graliśmy w siatkówkę. Tylko wuefista Wojtyniak wydawał mi się w miarę normalny. Potem przyszła kolej na angielski. Przedtem jednak spytałem Adama i Mateusza, co robili na spotkaniach z Globusem i Drożdżową. - Globusa nie było - odrzekł szybko Adam. - Drożdżowej też - dodał Mateusz. Angielski zaczął się od kartkówki - niezapowiedzianej. Potem Wojciechowska - przy okazji moja wychowawczyni, zaczęła tłumaczyć zasady stosowania różnych czasów. Kolejnego dnia lekcje zaczęły się według zwykłego planu. Do szkoły poszedłem pełen strachu. Niestety moje obawy się sprawdziły. Na pierwszej lekcji fizyczka Nowakowa dała mi na semestr szóstkę. Miałem wrażenie, ze zwariuję. To samo zrobiła facetka od polskiego. Matematyczka Marysia, czy jak ją niektórzy nazywają Janeczka, nie dała zadania domowego. „Świat stanął na głowie” - myślałem. Dopiero na przerwie zauważyłem, że Radek, zwykle obcięty bardzo krótko, miał zapuszczone długie ciemne włosy. Czy mogły mu wyrosnąć w jeden dzień? Nie wytrzymałem. Rzuciłem plecak w kąt i skoczyłem ku niemu. Siłą spadku przewróciłem go na ziemię i odchyliłem głowę. Za uchem miał znaczek „wf”. To było straszne. Nawet nie zauważyłem, gdy reszta klasy podeszła do nas i rozdzieliła. - Co ci jest? - spytał mnie Mateusz. - Możemy się odsunąć na chwilę? I poszliśmy na drugi koniec korytarza, jak zwykle, gdy chcieliśmy o czymś pogadać na osobności. Zatrzymałem się przy oknie i spojrzałem na Mateusza. Momentalnym ruchem ręki chwyciłem jego ucho i odciągnąłem włosy. WF Natychmiast zacząłem uciekać. Zbiegłem schodami na parter, a potem do piwnicy, gdzie było główne wejście. - To ty? - usłyszałem czyjś głos. Z cienia wyłonił się... - nie mogłem w to uwierzyć - Wojtyniak. Natychmiast chwyciło mnie podejrzenie, że i on jest w spisku - czy jak to nazwać. Po chwili jednak przypomniałem sobie, ze wczoraj zachowywał się całkiem normalnie. Nie wiedziałem zupełnie, co powiedzieć. - To ja - odparłem drżącym głosem. - Dzień dobry. - Chodź ze mną - rzekł, podchodząc trochę bliżej. - Dokąd? - Musimy porozmawiać. - O czym? - O znaczkach „wf”. W tym momencie na dworze zagrzmiało. Jednocześnie zaczął padać deszcz. O dziwo nikt z mojej klasy mnie nie gonił. I wyszliśmy. Na dworze było dosyć ciepło, jak na tę porę roku. W pewnej chwili Wojtyniak zaczął mówić: - Być może widziałeś dyrektora z facetem, w letniej koszuli, szwędających się po szkole. Musiałeś go wiedzieć, skoro nie jesteś zmutowany. To ostatnie słowo spowodowało, że zacząłem się zastanawiać, czy nie trafiłem do jakiegoś horroru, albo czy to nie jest sen. Deszcz zaczął padać jeszcze mocniej. - Więc oni wszyscy są... - Cała szkoła. Oprócz nas. Nauczyciele, dyrekcja, sprzątaczki... Wszczepiają im te znaczki. To tak naprawdę specjalnie wyhodowane drobne żyjątka, które podczepiają się do systemu nerwowego żywiciela i umożliwiają kontrolę nad nim. Dosyć! Tego było już za wiele! Czy ja wyglądam na idiotę? I mam w to uwierzyć?! To musiał być sen. Potworny koszmar, z którego nie mogę się obudzić. Za chwilę wszystko się skończy i znów będzie normalnie. To nie może trwać dalej. To niemożliwe! - Nie wiesz, czy możesz mi zaufać? - wyprzedził moje myśli Wojtyniak, poczym odwrócił głowę tak, że widziałem jego ucho. Następnie odchylił je. Przypatrzyłem się dokładnie. Po skórze spływały stróżki deszczu, ale nic poza tym. Boże, to miało sens! Wszyscy byli naprawdę jacyś inni. Natalia ani razu nie przeklęła, Aneta nie wybuchła śmiechem, Mateusz nie gestykulował, Radki i Bartki nie próbowali mnie denerwować, Adam nie rysował w zeszycie na lekcji, Gościniakowa nie dała zadania domowego, Muszyńska skończyła lekcję przed dzwonkiem... To straszne. I wszystko to zaczęło się od chwili, gdy zadzwonił ten dłuższy dzwonek. Tak! To miało sens! Zaraz, zaraz, to nie ma sensu! Żadnego sensu! - Słyszałem długi dzwonek - zacząłem niepewnie. - To sygnał, który aktywował mikroby. - Ale kim oni są? O kim mówimy? I skąd pan to wszystko wie!? - wybuchłem, nie zważając na szacunek dla nauczyciela. - Byłem kiedyś jednym z nich... „Wariactwo” - pomyślałem i wróciłem do domu. Wcześniej Wojtyniak poprosił mnie o pomoc w odbiciu wszystkich. Powiedziałem, że się zastanowię. W domu rzeczywiście się zastanowiłem i miałem do siebie tylko jedno pytanie: czy ja oszalałem? Całe życie marzyłem o czymś takim. Gościniakowa nie daje zadań domowych, Muszyńska kończy lekcje przed dzwonkiem, Wojciechowska naprawdę uczy angielskiego, wszyscy sypią mi najlepsze oceny za nic. Żyć nie umierać! I stwierdziłem, że będę udawał, iż o niczym nie wiem.
II
Następnego dnia kontynuowałem postanowienie o ignorowaniu sytuacji. Przyszedłem do szkoły, jakby nigdy nic. Wiedziałem, że nikt nie będzie próbował pytać o moje wczorajsze dziwne zachowanie. Poza tym spotkała mnie inna miła niespodzianka. Otóż dyrektor poinformował, że odwołano debatę oksfordzką, na którą się, wbrew swojej, woli zapisałem. Po feriach miała być następna, ale Janek powiedział znajdzie tym razem kogoś innego do wystąpienia. Właściwie tego też się mogłem spodziewać. Czułem się jak w niebie. Uczyłem się tylko tego, co mi odpowiadało, tzn. matmy, angielskiego i historii, a resztę zupełnie olewałem. Mimo to dostawałem szóstki! Doprawdy raj na ziemi! Kogo ja chcę oszukać? Od tego feralnego spotkania z Wojtyniakiem cały czas mam wrażenie, że za moment wszystko się skończy. Ani na chwilę nie opuszcza mnie strach, że nagle ktoś na mnie napadnie i spróbuje wszczepić mi to małe pioruństwo. Boże, to straszne. Za każdym razem, gdy wchodzę do sali lekcyjnej, gdy wkraczam w mury szkolne, gdy jestem zapraszany do gabinetu Janka, oglądam się za siebie, czy nie stoi za mną karzełkowaty facet w luźnej letniej koszuli. Chociaż równie dobrze wróg może kryć się w każdym z moich znajomych. Nie mogę mieć pewności, że za chwilę nie rzuci się na mnie Mateusz, Adam, Aneta czy ktokolwiek inny. Sam nie mam pojęcia, jak ja to znoszę. Lenistwo i chęć zdobycia najlepszych ocen, to chyba jedyne, co sprawia, że jeszcze nie uciekłem z domu jak najdalej od tego przeklętego gimnazjum. Z jednej strony nauka angielskiego, kończenie lekcji przed czasem, brak zadań domowych, same najlepsze oceny, a z drugiej strach. Strach przed wszystkim, co się rusza i nie rusza. Strach przed każdym atomem powietrza, który lata gdzieś obok mnie, przed tym co spotka mnie za następnymi drzwiami, przed znanym i nieznanym. Zbliżały się ferie zimowe. Przyszło do wystawiania ocen semestralnych. I niestety stało się najgorsze, co mogło mnie spotkać. Średnia sześć zero. Boże, nawet z wuefu! Nie! Tego już za wiele! To była kropla, która przepełniła czarę. Koniec z tym! Postanowiłem uciec z tego więzienia, które zwą szkołą. Swój kontratak zaplanowałem na ferie. Tymczasem do przeżycia miałem jeszcze czwartek i piątek. Za najwyższą średnią w mieście, jeśli nie w ogóle w kraju, zostałem zaproszony na spotkanie z prezydentem miasta. Oczywiście towarzyszył mi Janek, cały happy, że wyhodował u siebie najlepszego ucznia. Dostałem nawet stypendium - nie wiem po co - czterocyfrową sumkę. To na to idą moje podatki?! Co najgorsze wszystko było transmitowane w radiu. Że w radiu, to mniejsza z tym. W telewizji! Nie w lokalnej - w publicznej, ogólnokrajowej. „Młody geniusz dostał szóstki ze wszystkich przedmiotów” - gadali potem spikerzy w dziennikach. Tego już naprawdę za wiele. Byłem zdesperowany - gotowy na wszystko. W piątek po lekcjach poszedłem do Wojtyniaka. - Zdecydowałeś się? - spytał mnie wuefista. Kiwnąłem twierdząco głową. Umówiłem się z Wojtyniakiem na następny dzień, bo jak stwierdził, zbyt niebezpiecznie było rozmawiać o tym w szkole. Idąc na spotkanie układałem sobie w myślach pytania, jakie miałem zamiar zadać. Chciałem dowiedzieć się tylu rzeczy: skąd są ci oni? Czego chcą? Dlaczego wszystko wokół mnie zamieniło się w swoją przeciwność? Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, co robię. Boże! Razem z wuefistą mam ratować szkołę! To jednak musiał być sen... Niestety, jeśli tak, to był to sen bardzo realistyczny, bo Wojtyniak pojawił się w umówionym miejscu. - Dzień dobry - powiedziałem niepewnie, podchodząc do nauczyciela. Zawsze czułem się jakoś nieswojo w jego obecności. Zresztą chyba nietrudno się dziwić. - Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? Na jakiś czas będziesz musiał zniknąć ze społeczeństwa i z całego tego pieprzonego świata. Poza tym widziałem, że nieźle ci się ostatnio wiedzie. Przed oczami stanął mi gabinet, najpierw Janka, potem prezydenta miasta. Kamery, dziennikarze; Rany Boskie! Przecież ja mam dopiero czternaście lat! - Na pewno - odrzekłem szybko. - Dobra. Powiem ci, co trzeba zrobić. I tak się zaczęło. Właściwie nie dowiedziałem się, skąd Wojtyniak to wszystko wie. Powiedział mi, co prawda, że kiedyś był jednym z nich. Ale, do cholery jasnej, co to za oni!? Poznałem natomiast plan. Trzeba - nie wiem, czy to właściwe słowo - wyleczyć jedną osobę. Po co? Wojtyniak twierdzi, że jeśli zdobędzie jednego osobnika - chodzi o te mikroby - i pozna jego budowę, działanie, wraz z całą resztą, to może będzie wiedział, jak je zniszczyć. Pozostawała jeszcze jedna kwestia: nie wystarczyło napaść na pierwszego lepszego ucznia, uśpić go, wziąć skalpel i wykroić to coś. One mają swoje systemy obronne. W przypadku ataku łączą się z pozostałymi za pomocą fal mózgowych. Poza tym wszczepiają się w system nerwowy tak głęboko, że wycięcie jednego może spowodować śmierć organizmu żywiciela. - Więc jak mamy to zrobić? - spytałem. - Mają pewien słaby punkt - odrzekł Wojtyniak. „Wreszcie zaczyna gadać z sensem” - pomyślałem. - Na początku napadnięty organizm podejmuje walkę. Prędzej, czy później przegrywa, ale o tym ile czasu walczy, decyduje jego siła psychiczna, inteligencja, intelekt i cała reszta - kontynuował wuefista. - Czasami zdarza się, że niektóre osobniki są tak silne, że jeden pasożyt nie jest w stanie sobie z nimi poradzić. Potrzebuje wtedy dodatkowej dawki wycisku. - Wycisku? - Substancja, wspomagająca rozwój pasożyta i pomagająca mu przejąć kontrolę nad żywicielem. Wycisku nie można jednak podawać w zbyt dużych dawkach, bo to niebezpieczne dla zainfekowanego. „Dlatego Mateusz i Adam powiedzieli, że nie spotkali się z Drożdżową i Globusem” - oświeciło mnie - Boże! To tam zaaplikowali im drugą dawkę.” Jeszcze lepiej. Im więcej się dowiaduję, tym mniej wierzę w prawdziwość tego, co słyszę. Co ja tu w ogóle robię? Chcę zgrywać bohatera, jak ci z komiksów z lat siedemdziesiątych i uratować świat przed najazdem... ich? Właściwie to chodzi mi tylko o to, żeby uciec od szkoły, w której muszę bać się właściwie wszystkiego. No, więc tą sprawę sobie wyjaśniłem. I teraz pytanie: co w związku z tym wszystkim mamy zrobić? Odpowiedź: znaleźć osobę na tyle inteligentną, że pasożyt nie zdołał jej jeszcze całkowicie opanować, a jednocześnie nie tak mądrą, by oni się o tym dowiedzieli i podali więcej wycisku, jak Mateuszowi i Adamowi. Wtedy spytałem Wojtyniaka, czemu się tym nie zajął, jeszcze zanim ja się zgodziłem mu pomóc. Odpowiedź była prosta: nie znał uczniów na tyle, by taką osobę znaleźć. „A ja na pewno jestem duszą towarzystwa, która zna całą szkołę” - pomyślałem z sarkazmem. - To nasza jedyna szansa - mówił dalej Wojtyniak. - pomyśl. Kto by się nadawał? Przez moją głowę po kolei przewijali się wszyscy, których znam: Radki i Bartki? Nie. Natalia? Iza? Asie? Na pewno nie. Krzysiu? Szymon? Jacek? Może z Krzysiem, ale...? - Aneta! - Gdzie ona mieszka? - Dosyć daleko - odpowiedziałem. - To kiepsko. Jeśli spróbujemy odejść gdzieś dalej, to zorientują się i zdążą ostrzec jej pasożyta. „Tylko zrobić z tego film - pomyślałem - Oscar gwarantowany.” Wtedy sobie o czymś przypomniałem: przecież umówiłem się z Anetą, Mateuszem i Kasią na spotkanie w sprawie przygotowania scenki „u lekarza” na angielski. Ratowanie świata swoją drogą, ale nauki zaniedbywać nie można. - To świetna okazja - powiedział Wojtyniak. I było postanowione. Razem z Wojtyniakiem przyjdziemy do Anety przed planowanym spotkaniem i... porwiemy ją. W niedzielę wieczorem zadzwonił do mnie Mateusz, by się spytać, czy na spotkanie z Anetą wybieram się pieszo, czy autobusem. Odrzekłem, że pieszo. Mateusz zdziwił się, co nie miara, ale cóż. W końcu znany byłem z tego, że potrafię szybko chodzić. Poniedziałek. Ferie zimowe oficjalnie się zaczęły. I zaczęła się też moja walka z całym światem - przesadzam, ale to podnosi dramatyzm sytuacji. Kilka przecznic od domu Anety spotkałem się z Wojtyniakiem. Była wpół jedenasta, czyli pół godziny przed umówionym spotkaniem. - Idziemy? - spytał nauczyciel. W jego głosie można było wyczuć dreszczyk emocji. - Idziemy - odparłem dziarsko. I poszliśmy. Dotarliśmy przed dom Anety. Parterowy, ze spadzistym dachem, z białymi ścianami, otoczony metalowym płotem na murku z czerwonej cegły. Było w miarę ciepło, jak na końcówkę stycznia, mimo to miałem swoją czarną czapkę. Miałem też swój mały plecak, do którego włożyłem trochę rzeczy, które mogłyby się przydać. Podeszliśmy do furtki z metalowych krat. Nacisnąłem dzwonek dwa razy. Nic. Nacisnąłem go jeszcze raz. Drzwi się otworzyły wyszedł z nich młody, około dwudziestoletni mężczyzna. - Słucham? Chciałem już odpowiedzieć, ale Wojtyniak mnie ubiegł. - My do Anety. Było widać, że mężczyzna jest zdezorientowany. - Pan też? - Tak - odparł spokojnie Wojtyniak. Zdziwił się facet, ale podszedł i otworzył kluczem furtkę. Domyślałem się, że jest to brat Anety. Zastanawiałem się, czy on też może być... - no wiecie. Jeśli nie, to chyba też powinien zauważyć dziwne zachowanie siostry. A jeśli tak? To znaczy, że znajdowaliśmy się w dużym niebezpieczeństwie. „Raz kozie śmierć” - powiedziałem sobie i przestąpiłem próg domu. Gość, który nam otworzył, wprowadził nas do pomieszczenia znajdującego się bezpośrednio przy przedsionku. Wydaje mi się, że było to coś w rodzaju gabinetu, bo na pewno nie był to salon ani czyjaś sypialnia. - Aneta wyszła na chwilę. Niedługo powinna wrócić. Zrobić coś do picia? Może herbatę. - Ja poproszę - odrzekł szybko Wojtyniak. - A ty? - zwrócił się do mnie. - Nie, dziękuję - odparłem szybko. - A może jednak? - Nie naprawdę nie chcę. - Chcesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz. I facet sobie poszedł. Czekaliśmy trochę. W międzyczasie spytałem Wojtyniaka, po co mu herbata, skoro i tak mamy tylko porwać Anetę i zaraz zwiać. - Bałem się, że zechce nam tu dotrzymać towarzystwa do jej powrotu, więc chciałem go czymś zająć. No tak. Nie pomyślałem o tym. Potem z Wojtyniakiem ustaliliśmy przebieg akcji: Aneta wchodzi, łapiemy ją, wybijamy okno, zwiewamy, co sił w nogach. Plan prosty. Tak prosty, że chyba każdy głupi go zrozumie. Ale nie ja. Jak już złapiemy Anetę, to jak ją zmusić, żeby łaskawie wyskoczyła przez okno i zechciała z nami uciekać? Znów nie pomyślałem. - Jak zacznę się na nią wydzierać, to będzie w takim szoku, że zrobi wszystko - wyjaśnił wuefista. „Pięknie” - pomyślałem. Wszystko było jasne. Pozostawało tylko czekać. Jakieś dziesięć minut później drzwi się otworzyły. Stanęła w nich Aneta. - Dzień dobry - powiedziała niepewnie. Też była nieźle zdziwiona obecnością Wojtyniaka. Przynajmniej tak to wyglądało - i ja też tak myślałem. Do czasu. - Cześć - odpowiedział Wojtyniak, wyciągając do niej rękę. Podeszła bliżej. Też wyciągnęła do niego rękę. - Teraz! - krzyknął wuefista i pociągnął Anetę do siebie. Następnie obrócił ją jakoś tak - nie mam pojęcia, jak - że trzymał jej ręce skrzyżowane na plecach. Kiedy Aneta zdała sobie sprawę z tego, co się stało, swoim zwyczajem zaczęła wrzeszczeć na cały głos. Przez pękające bębenki prawie zapomniałem, co miałem zrobić. Chwyciłem krzesło stojące przy biurku i rzuciłem nim z całej siły w okno. Szyba rozsypała się na drobniutkie kawałeczki. Tymczasem do naszych uszu dobiegły odgłosy kroków jej biegnącego brata. Ścisnąłem mocno wiszące nad oknem firany i całą wagą ciała pociągnąłem je do siebie. Kołki, na których były zawieszone puściły momentalnie i teraz nie było już żadnych przeszkód, żeby skakać. Jedną nogą stanąłem na kaloryferze. Rękami podciągnąłem się i już stałem na parapecie. Szybki skok. Poczułem się jak Arnold Shwarzenegger. Byłem na dole. Zaraz zacząłem biec w kierunku furtki. Nie dało się jej raczej otworzyć. Trzeba było znowu skakać. Nie mam pojęcia, w jaki sposób Wojtyniak zdołał wyskoczyć z Anetą przez okno, ale w każdym razie udało mu się. Właściwie prócz jej przeraźliwego krzyku nie słyszałem nic innego. Wspiąłem się na furtkę i przeskoczyłem na drugą stronę. - Właź! - usłyszałem polecenie Wojtyniaka. Aneta na chwilę przestała wrzeszczeć i zaczęła powoli wchodzić po kratach. Było to jednak za wolno. Wojtyniak nie wytrzymał i chwycił ją za pachy, a następnie podsadził na wysokość górnej krawędzi furtki. Aneta chwyciła się wystających prętów i jakoś przeskoczyła na drugą stronę. W tym momencie z domu wybiegł jej brat. Wszystko trwało sekundy. Aneta próbowała uciekać w bok, ale chwyciłem ją w pasie. W tym samym momencie jej brat otrzymał pierwszy cios od Wojtyniaka. Był to mocny prawy sierpowy. Gość padł na ziemię. Zacząłem się zastanawiać, czy mój wuefista nie był przypadkiem komandosem. Jednym ruchem wspiął się na furtkę i przeskoczył na drugą stronę. Chwycił mocno rękę Anety i zaczął biec. Pobiegłem również. W tym czasie braciszek otworzył furtkę i począł nas gonić. - Trzymają ją! - krzyknął Wojtyniak, popychając w moją stronę przerażoną dziewczynę. Wydawało mi się, że teraz jej krzyk zamienił się w płacz. Wolałem nie patrzeć, co mój tajny agent wuefista zrobi z przeciwnikiem. Słyszałem tylko głuche dźwięki uderzeń. Gdy Wojtyniak do mnie dołączył, odwróciłem się i zobaczyłem Anetowego brata, leżącego na ubitej ziemi. - Nic mu nie będzie - powiedział z dyszeniem Wojtyniak. Tymczasem widziałem, że w okolicznych domach ludzie patrzą przez okna, co się dzieje. - Gdzie my właściwie biegniemy? - spytałem. - Do lasu. Odpowiedź bardzo jednoznaczna. Chwilę później opuściliśmy zabudowania i ścieżką oddaliliśmy się w stronę skupisk drzew.
III
- Gdzie ja jestem? - Ty lepiej nie pytaj - odpowiedziałem sarkastycznie. Byliśmy daleko od miejsca poprzedniego zdarzenia, w domku letniskowym znajomych Wojtyniaka, nad Jeziorem. Wojtyniak zdołał wydobyć pasożyta z Anety, chociaż ja nie wiedziałem, jak to zrobił. Nie chciałem patrzeć. Przeszedłem się wtedy na spacer. Gdy wróciłem, było już po wszystkim. Coś czarnego leżało na talerzu. Wyglądało, jak dwa obrzydliwe robaczki, ułożone w kształt liter WF. Nie miałem pojęcia, co to mogło znaczyć. Aneta tymczasem spała. Wojtyniak musiał ją uśpić, żeby nie uciekła. Była już środa, gdy dziewczyna się obudziła. Właściwie nie pamiętała nic od tego dnia, gdy w szkole pojawił się gość w letniej koszulce. Było jasne, że to jego sprawka. Ale kim on był? Skąd się wziął? Próbowałem sobie przypomnieć jakieś szczegóły jego wyglądu. Nie mogłem. Zacząłem wyjaśniać koleżance, co zaszło w ciągu ostatnich tygodni. Oczywiście nie należało się spodziewać, że od razu mi we wszystko uwierzy. Właściwie chyba wcale mi nie uwierzyła. Była pewna, że to tylko żart. Prawdopodobnie chciała się na mnie rzucić, gdy jej powiedziałem, że została porwana, a gdy powiedziałem, że brał w tym udział Wojtyniak, była już całkowicie pewna, że to tylko jakiś straszny sen. Nie będę wyjaśniał szczegółowo, co działo się później. W każdym razie Aneta uwierzyła mi w opowieść o Nich, znaczkach WF, kontroli umysłów i całej reszcie, dopiero wieczorem, gdy zobaczyła to, co wyciągnęliśmy, a raczej Wojtyniak wyciągnął, z jej głowy. Właściwie, to jak się temu wszystkiemu przyjrzałem z dystansu czasu, to stwierdziłem, że sam w to nie wierzę. W to, co spotkało mnie w ciągu ostatnich tygodni. To, co miało całkowicie zmienić moje dotychczasowe życie - jak się miało okazać - na lepsze. Ale nie uprzedzajmy faktów. Następnego dnia w radiu usłyszeliśmy komunikat, że policja poszukuje [tu rysopis Anety], porwanej przez [tu rysopis mój i Wojtyniaka], we wczesnych godzinach południowych w poniedziałek, z ulicy w podmiejskiej dzielnicy mieszkalnej. - Muszę zawiadomić starych! - wybuchła Aneta, słysząc komunikat. - Wiesz, co? Chyba nie bardzo to jest możliwe - zacząłem niepewnie. Nie wiedziałem, jak jej powiedzieć, że na jakiś musimy zerwać wszelkie kontakty ze wszystkimi. Oczywiście, jak się można domyślić, dziewczyna znana ze swej towarzyskości nie łatwo na to przystała. Szczerze mówiąc wcale na to nie przystała. Musieliśmy ją do tego zmusić. Był czwartek. Wojtyniak wyszedł na jakiś czas. Powiedział, że idzie do swojego mieszkania po jakieś rzeczy, które ponoć są mu potrzebne do badania pasożyta. Właściwie wcale nie wiedziałem, skąd on się na tym zna. Z biegiem czasu ujawniało się przede mną coraz więcej jego ukrytych talentów. Ale skoro tyle umie, to dlaczego ostatecznie wylądował, jako nauczyciel wuefu? Może to po prostu lubi? Znęcać się nad uczniami? W każdym razie nie protestowałem przeciwko jego wyjściu, bo już kilka razy nas opuszczał, a potem wracał. Kiedy go nie było, wszedłem do jego pokoju. Na biurku stał mikroskop i jakieś urządzenia, jakie się widuje w laboratoriach chemicznych, a przeznaczenia których nikt nie zna. Podszedłem do mikroskopu. Spojrzałem najpierw nań z boku. Na szkiełku nie było niczego do obserwacji. Obok leżał kawałek tego czegoś, na szkiełku. Położyłem je na łopatki i popatrzyłem przez mikroskop. Widziałem to samo, tylko większe jakieś cztery razy. Wyglądało, jak psie [cenzura]. „Ten mikroskop powiększa, jak zabawka dla dzieci” - pomyślałem. W tym momencie mój wzrok padł na wyryty napis w dolnej części statywu „Mały badacz”. Coś mi nie pasowało. Odwróciłem mikroskop. Na podstawce były dwie nalepki z napisami „45 zł” i „Importer zabawek Kathay-Haster Poznań”, a niżej wyryte „Made in China”. Boże święty! To zabawka! Rozejrzałem się jeszcze po pokoju. Znalazłem paragon na zestawy Małego Badacza i Małego Chemika. „To lipa” - pomyślałem. Wojtyniak nic tutaj nie robił. Właściwie na początku nie wiedziałem, co o tym myśleć. Czy Wojtyniak mógł mnie zdradzić? Czy od początku był jednym z Nich? A może Aneta też? To by znaczyło, że jestem zupełnie sam. Rany Boskie! Co ja mam teraz począć? Dokąd mam iść, skoro już nikomu nie mogę ufać? Stałem tak na środku pokoju Wojtyniaka, z kompletnym mętlikiem w głowie. Alek jak to możliwe? Przecież Wojtyniak nie miał tego znaczka! Sam mi pokazywał! A może to nie znaczek - pod którym krył się pasożyt - ale cos innego decyduje o kontroli umysłu? „Świetnie - pomyślałem - teraz jestem w zupełnej kropce”. I było tak istotnie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że nigdy nie sprawdzałem, czy Wojtyniak naprawdę usunął Anecie ten znaczek. Postanowiłem to zrobić teraz. Postanowiłem też, że na razie będę udawał przed Wojtyniakiem, że nie wiem o jego oszustwie. Z resztą nie mogłem być przekonany o żadnym oszustwie. Równie dobrze mogło chodzić o coś zupełnie innego. W ciągu ostatnich tygodni moje życie tak się zagmatwało, że byłem już skłonny uwierzyć we wszystko. Jak by było wspaniale, gdyby się okazało, że to wszystko sen. Wszedłem do pokoju, gdzie spała Aneta. Spała - ponieważ było jeszcze wcześnie rano. W każdym razie, jak na nią, było wcześnie - tzn. koło południa. Dokładnie przyjrzałem się jej skórze - za uszami. Nic na niej nie było. Odetchnąłem z ulgą. Ale przecież Wojtyniak tez nic nie miał! Nie wiedziałem już, co robić. Znów wróciło to uczucie - strach przed wszystkim wokół. Każdym mógł być moim wrogiem. Co ja takiego zrobiłem? Czym sobie na to zasłużyłem? Dlaczego właśnie ja? Jakieś dziesięć minut później wrócił Wojtyniak. Jednak te dziesięć minut było najdłuższymi w moim życiu. - Coś się działo? - spytał mnie najspokojniej w świecie. - Nie - odpowiedziałem równie spokojnie. Gdy zdejmował kurtkę, stałem akurat za nim. Kołnierz kurtki zaczepił lekko o jego bluzę i pociągnął ją nieznacznie w dół. WF na jego szyi. Byłem załamany. Natychmiast udałem się do mojego pokoju, starając się jednocześnie nie wzbudzać podejrzeń. Na szczęście on nie wiedział, że ja wiedziałem. A może on tylko udawał, że nie wie, że ja wiem? Może on chciał, żebym ja myślał, że on nie wie, że ja wiem? A może chodziło o to, żebym ja myślał, że on udaje, że nie wie, że ja wiem? No nie no - to już nie miałoby sensu! Ale jak zdołał przenieść pasożyta zza ucha na szyję? Rozmyślałem nad tym dosyć długo. W końcu stwierdziłem, że być może on sam się przemieszcza, wraz ze stopniem zaawansowania mutacji. Ale to by znaczyło, że Oni wiedzą, że my tu jesteśmy, a to z kolei oznacza, że nie jestem bezpieczny. Jedno było pewne - pozostawały mi trzy możliwości: uciec, dać się złapać albo popełnić samobójstwo. Trzecie niestety nie wchodziło w grę - a to ze względu na moją tchórzliwość - mimo, że zapewne ucieszyłoby niemałą rzeszę ludzi. W takim razie albo teraz pójdę do Wojtyniaka i powiem mu, że o wszystkim wiem, albo spróbuję ucieczki. Zdecydowałem się na to drugie, choć była to decyzja podjęta pod wpływem impulsu i zapewne nie utrzyma się zbyt długo. Nie martwiłem się jednak teraz tym. Postanowiłem najpierw sprawdzić Anetę, a potem dać dyla - z nią albo bez niej. Wojtyniak zamknął się w swoim pokoju. Zapewne zaczął bawić się swoimi zabawkami made in China. Ja znowu udałem się do pomieszczenia ze śpiącą królewną. Zacząłem się przy tym zastanawiać, czy przypadkiem nie podali jej jakichś środków nasennych. Podszedłem do niej. Pociągnąłem lekko kołdrę, którą była przykryta i odsunąłem jej długie włosy. Była czysta. To oznacza, że jeszcze nie było tak źle, a te opowieści Wojtyniaka o koniecznych większych dawkach wycisku były prawdą. Ale w takim razie po co mi o tym mówił? I znowu zagadka. Jeśli był jednym z Nich, to dlaczego mi wszystko powiedział o tym, w jaki sposób przejmują kontrolę na umysłami uczniów? Może chciał po prostu w ten sposób zyskać moje zaufanie? W tym momencie zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nic mi nie powiedział. Kim byli co Oni? Nadal nic o nich nie wiem. Jak wyglądają? Skąd się wzięli? I czego chcą, poza przejęciem kontroli nad umysłami uczniów? Wojtyniak musiał siedzieć w tym wszystkim - to był pewnik. A Aneta? Co z nią? Czy jest tylko przypadkową ofiarą, tak jak cała reszta moich kolegów? W takim razie kim ja jestem? I dlaczego też nie zostałem zmieniony? No tak. Byłem wtedy w sklepiku. Przed oczami stanął mi ten pamiętny dzień, kiedy pisaliśmy klasówkę z polskiego. Spóźniłem się wtedy na lekcję i od tego wszystko się zaczęło. Urbaniakowa - polonistka też musiała być w tym wszystkim. Natychmiast powiadomiła pozostałych, że ja uniknąłem zmienienia i wtedy wysłali na mnie Wojtyniaka. Ale dlaczego mnie gdzieś po prostu nie napadli i nie wszczepili mi tego cholerstwa? Czy tak nie byłoby prościej? Po co ta cała maskarada? Porwanie Anety i w ogóle. Czemu to ma służyć? A może maja jakieś ukryte plany w stosunku do mnie? A Aneta? Zakładając, że teraz ja zostałbym złapany - co z nią? Wszczepią jej to z powrotem? Nie mogę do tego dopuścić. Znalazłem się w tym przypadkiem, ale wyjdę zwycięsko. Z resztą co innego mi pozostało? Musiałem walczyć i koniec. Ale jak tu walczyć? Gdy Aneta się obudziła (było koło drugiej po południu), powiedziałem jej o moich obawach w stosunku do Wojtyniaka. Oczywiście nie uwierzyła mi. Była na mnie wściekła, że wciskam jej jeden kit po drugim. Najpierw mówię, że razem z Wojtyniakiem musimy walczyć z całym światem, a teraz, że nawet on jest przeciwko nam. Toż to paranoja! Niestety - taka była prawda - paranoiczna. Co poradzić? No dobra - w końcu udało mi się ja przekonać. Naszą ucieczkę planowaliśmy na najbliższą noc. Jak też można się domyśleć - noc w końcu nadeszła. Spakowałem wszystkie rzeczy i powoli, z Anetą wymknęliśmy się z domku nad Jeziorem. Wtedy przyszedł mi do głowy pewien plan: kiedy Wojtyniak się skapuje, że nas nie ma, to prawdopodobnie będzie próbował powiadomić swoich. Może to zrobić albo łącząc się z nimi telepatycznie, albo po prostu do nich pojedzie. Wtedy my podążymy za nim. Dlaczego chcę się pakować do samej jaskini lwa? Podobno tam jest najbezpieczniej. Poza tym nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Oczywiście zawsze pozostaje pewne prawdopodobieństwo, że Wojtyniak ma wbudowany jakiś radar i będzie mnie szukał na własną rękę. „Raz kozie śmierć” - pomyślałem, wytłumaczyłem Anecie mój plan i ukryliśmy się między drzewami tak, aby mieć domek na widoku. Muszę tutaj zaznaczyć, że Aneta była w tym czasie w niemałym szoku i zapewne śmiertelnie przerażona. Ja również się bałem, ale w mniejszym stopniu, a to dlatego, że siedziałem w tym od samego początku i właściwie teraz już nic mnie nie mogło zaskoczyć. I nie myliłem się. W pewnym momencie zobaczyliśmy jak w moim pokoju zapaliło się światło. Potem światła zapalały się po kolei we wszystkich pomieszczeniach - najwyraźniej Wojtyniak nas szukał. W końcu drzwi się otworzyły i wuefista wyszedł na zewnątrz. Wydawał się przy tym zupełnie spokojny, jakby nic się nie stało. Rozglądał się tylko dookoła. Pewnie szukał jakichś śladów, które by mu powiedziały, w którą stronę mogliśmy pójść. No i nie myliłem się. Facet zaczął biec drogą dojazdową, do głównej ulicy Wsi. Na szczęście dla nas nie dysponował żadnym środkiem transportu. Zaczęliśmy więc go gonić, jednak w takiej odległości, by nas nie zauważył. Droga dojazdowa miała jakieś sto pięćdziesiąt metrów. Z niej Wojtyniak skręcił w ulicę główną, w kierunku Miasta. Zdziwiło mnie to, że gość biegł cały czas stałym tempem, podczas, gdy ja czułem się coraz bardziej wyczerpany. Nieco lepiej na tym polu wyglądała Aneta, która miała zdecydowanie lepsze oceny z biegu. Skręciliśmy za Wojtyniakiem w ulicę. Po jednym jej boku co jakiś czas stały lampy. Plusem było to, że nie musieliśmy biec w mroku. Minusem, że teraz musieliśmy zwiększyć odległość, żeby wuefista nas nie zauważył. W zasadzie nie było z tym żadnego problemu, bo odległość sama rosła. Biegłem już na ostatku sił, gdy skończyły się zabudowania i znów zapadł mrok. Widziałem tylko, że Wojtyniak skręcił z asfaltowej drogi w jakąś ścieżkę. Potem musiałem się zatrzymać. - Musimy zobaczyć, dokąd pobiegł - powiedziała Aneta, której najwyraźniej nocne bieganie dobrze zrobiło. - Już nie mogę - odpowiedziałem, sapiąc przy tym strasznie. I zrobiliśmy przerwę. Wziąłem kilka głębokich wdechów (łapiąc przy tym kilka owadów) i powoli zacząłem iść w kierunku miejsca, gdzie zniknął Wojtyniak. - Pospiesz się! - wołała dziewczyna. Gdzieś zza mnie dochodziło słabe światło ostatniej lampy ulicznej. Dotarliśmy do miejsca, gdzie od drogi wychodziła ścieżka. Wiedziałem to, bo w tym miejscu nie czułem roślin pod nogami. Zaczęliśmy iść tą ścieżką. Szliśmy i szliśmy, ledwie widząc się nawzajem. Nie jestem w stanie powiedzieć, co Aneta czuła w tym momencie. Może zastanawiała się, jak to wszystko się skończy. Co teraz miało się z nami stać? Co możemy zobaczyć... tam, gdziekolwiek to jest? Ja natomiast próbowałem sobie wmówić, że za chwilę nie napadnie nas jakiś ciemny potwór, co w obecnych okolicznościach było całkiem możliwe. Nad nami było bezchmurne niebo. Patrzyłem przez jakiś czas na doskonale widoczne gwiazdy. Kiedyś chciałem zająć się astronomią. Chciałem bez problemu rozróżniać konstelacje. Nic jednak z tego nie wyszło. Niestety nad miejscem mojego zamieszkania rzadko kiedy widać tyle gwiazd, co teraz tutaj. Rozmarzyłem się. Szedłem z głową uniesioną ku górze, aż w pewnym momencie... uderzyłem w coś. Przede mną stało coś twardego, czego jednak w ogóle nie widziałem. Wyglądało tak samo ciemnie, jak wszystko inne. - Co to jest? - spytała instynktownie dziewczyna, przykładając dłonie do tego czegoś, co wyrosło nam na drodze. - A ja wiem? - odpowiedziałem sarkastycznie. Szliśmy ścieżką aż do chwili, gdy to coś wyrosło nam na drodze. „Jakiś rodzaj bariery - pomyślałem sobie - albo ktoś zbudował dla jaj mur na ścieżce i pomalował go na czarno, żeby ludzie na niego nocą wpadali”. Nie był to jednak mur. Podskakiwałem najwyżej, jak mogłem, a jednak nie byłem w stanie dosięgnąć końca. - No to jesteśmy w kropce - podsumowałem. - Spróbujmy to obejść - zaproponowała Aneta. I znów zaczęliśmy iść. Szliśmy może dwie minuty, kiedy usłyszałem wycie czegoś w rodzaju syreny alarmowej. Natychmiast odwróciliśmy się w miejsce, skąd sygnał dochodził. Były tam też jakieś jasne światła, przez co nieco lepiej było widać to, co wyrosło nam na drodze. Było to coś w rodzaju olbrzymiej kopuły, a przynajmniej tak wyglądał ten fragment, który widzieliśmy. Podeszliśmy bliżej świateł. Dochodziły one mniej więcej z miejsca, gdzie to coś stanęło nam na drodze. Boże! One dochodziły z wnętrza tego! Natychmiast się zatrzymałem, gdy zobaczyłem coś w rodzaju otwierającego się włazu. Chwilę potem z otworu wyleciało... Nie mam pojęcia, co to było. Jakby coś w rodzaju gościa na latającej miotle! Nie mogłem sam uwierzyć w to, co widziałem. A myślałem, że nic mnie nie może zadziwić. Temu czemuś się udało. Widziałem, że Aneta już chce coś powiedzieć. Szybko więc ją uciszyłem. Niewątpliwie nie byłoby najciekawiej, gdyby Oni nas zauważyli, a to bez wątpienia była ich siedziba - czy coś w tym rodzaju. Za pierwszym wojownikiem na miotle wyleciał drugi, potem trzeci i jeszcze paru innych. Potem była chwila przerwy. Podeszliśmy więc trochę bliżej, gdy nagle w otworze ukazało się jeszcze kilkunastu innych. Gdy również i oni byli daleko, światła zgasły, a właz zaczął powoli zaczął opadać. „To jedyna szansa - pomyślałem - teraz albo nigdy”. - Choć - szepnąłem do Anety i zgarbiony podbiegłem do włazu. Otwór był jeszcze na tyle duży, że nie musiałem kłaść się na ziemi. Szybko wszedłem do środka i natychmiast się odwróciłem, by sprawdzić, czy Aneta zdąży przejść. Właz opadł na tyle, że musiała się przeczołgać, ale zdążyła. Chwilę potem usłyszeliśmy cichy trzask, towarzyszący zatrzaśnięciu się pokrywy. - Kości zostały rzucone - powiedziałem do siebie. Przez chwilę ociągałem się, żeby wstać, bo prawdę mówiąc bałem się tego, co tam ujrzę. Stałem nadal na jakiejś niskiej trawie. Widziałem ją, bo chociaż tu też panował mrok, to jednak było trochę więcej światła, niż na zewnątrz. Wstałem i odwróciłem się. Przed nami rozciągało się jakieś jezioro albo rzeka. Na drugim brzegu była wysoka skarpa, a na niej... zamek. W zamku najwyraźniej ktoś mieszkał, bo widać było małe punkciki, przez które wydobywało się światło - najprawdopodobniej były to okna. Czarny nieboskłon rozświetlony był natomiast olbrzymim księżycem. Do tego na niebie było parę chmur i nietoperze. Chyba niczego nie pominąłem. Zagwizdałem, bo trzeba było przyznać, że całość robiła imponujące wrażenie. Zastanawiałem się tylko, dlaczego Oni zbudowali taki zamek, niedaleko podmiejskiej Wsi, otoczyli go jeziorem, a potem nad tym wszystkim zbudowali potężną kopułę, ze sztucznym księżycem i gwiazdami. Oczywiście kopuła najprawdopodobniej była po to, żeby nikt tego nie zobaczył. Ale jak to można ukryć w dzień? Czyżby kopuła, jak kameleon, zmieniała barwę, wraz z porą dnia? Niewykluczone. Ale przecież ktoś się chyba czasem przechadza tą ścieżką, którą my tu trafiliśmy. Jak to więc możliwe, ze nikt tego wcześniej nie znalazł? A może znalazł, tylko... Boże! Nawet boję się o tym myśleć! - I co teraz, Einsteinie? - spytała Aneta, najwyraźniej zniecierpliwiona tym staniem. - Chyba musimy się tam dostać... - Że co!? Co chcesz przez to zyskać? - Musimy jakoś uwolnić pozostałych! - Sami? - A kto ma nam pomóc? - Nie wiem. Policja? - Świetny pomysł. Pójdziemy na komisariat. Panie władzo, pod Wsią jest wielka kopuła, z zamkiem jakichś potworków, które przejmują kontrolę nad umysłami uczniów. Proszę coś z tym zrobić. - Nie żartuj w takiej chwili. - To nie żart. Takie są realia. - A może lepiej skąd wyjść i wrócić do normalnego życia. Mówiłeś, że nie było tak źle. Same szóstki i tak dalej... - W życiu! Za nic do tego nie wrócę! Dreszcz przeszedł mi po plecach na myśl o tym, co wtedy przeżywałem. Wieczny strach przed każdym kawałkiem kurzu... Brrr... A teraz, gdy to zobaczyłem, byłoby jeszcze gorzej. Nie. Muszę ich pokonać albo... Muszę i koniec! Poczułem się, jak główny bohater z filmu amerykańskiego. Niestety taka była rzeczywistość. Nieziemska. Nierzeczywista. Kosmiczna. Amerykańska... - Nie. Musimy tam wejść. I to lepiej jak najszybciej - zostawałem przy swoim. - Dlaczego jak najszybciej? - Bo oni nie spoczną, póki nas nie znajdą. Na razie są pewni, że uciekamy gdziekolwiek, jak najdalej od Wsi. A co, jeśli w ich rękach są wszyscy uczniowie, w całym mieście? Albo jeszcze dalej? Nie spodziewają się nas tutaj i musimy to wykorzystać. Zresztą co innego moglibyśmy zrobić? - Wycofać się? - spróbowała jeszcze raz dziewczyna. - Już mówiłem: to nie wchodzi w grę. Aneta westchnęła. - No dobra. To jaki plan? Rozejrzałem się dookoła. W końcu Wojtyniak też musiał jakoś dostać się do zamku. W tym momencie uśmiechnąłem się, bo wyobraziłem sobie mojego wuefistę na latającej miotle. Brzeg, na którym staliśmy miał jakieś…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marccus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…