Szakal W Mieście
Szpiegowsko-polityczne short story... ale może nie takie wcale short
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Mrok panujący w sali był przytłaczający. Nie było widać ścian pomieszczenia ani jego sufitu. Jedynymi widzialnymi obiektami był owalny stół i siedzące przy nim sylwetki bez twarzy. Ludzie ci przebywali tam już bardzo długo i pogrążeni byli w dyskusji, a może raczej kłótni. Szczególnie głos unosiło dwóch spośród nich. - Więc chcesz mi powiedzieć, żebyśmy dali dwadzieścia osiem milionów na jakąś twoją jednostkę, której moc sprawcza i tak będzie słabsza od GROM-u? - Ile razy mam powtarzać, że mój oddział będzie zajmował się czymś całkowicie różnym od tego, czym zajmuje się GROM! Mówię po raz kolej… - Cisza! Obaj, zamknijcie się! – przerwał im jeden z obecnych. – Nie jesteśmy tutaj żeby się przekrzykiwać… Ty – wskazał na jednego z krzykaczy – powiedz, co masz na poparcie swoich słów. Tylko przedstawienie faktów – uciszył drugiego, który już chciał coś powiedzieć. Człowiek z cienia odchrząknął i zaczął mówić. - Program o który wnioskuję ma na celu powołanie jednostki do przeprowadzania operacji wywiadowczych wysokiego ryzyka we wrogich obiektach przez agentów w całkowitym ukryciu. Nie przyszedłem tu z niczym, nikt nie lubi, kiedy jego czas jest marnowany. Wytypowaliśmy stu siedemnastu potencjalnych kandydatów, testy ukończyło trzech. I uprzedzając: to nie są jacyś tam agenciki. To najinteligentniejsi przedstawiciele swojego pokolenia. Ich intelektowi dorównuje tylko ich fizyczność; zawsze będą szybsi, silniejsi i bardziej atletyczni od twoich z GROMu – tu wskazał na swojego przeciwnika w kłótni – każdy z nich gotowy zrobić wszystko dla kraju, którego są najlepszą możliwą reprezentacją. Ich szkolenie potrwa siedemnaście do dwudziestu miesięcy. Na to potrzebujemy właśnie pieniędzy. - Prawie trzydzieści milionów? Masz już Piekło, też było bardzo drogie… - Szkolenie nie może odbywać się w tym miejscu, potrzebujemy całkowicie nowego ośrodka, nowej ekipy, sprzętu… Część trzeba dopiero zaprojektować… -Hmmm… czasami mam wrażenie, że po prostu lubisz wydawać publiczne pieniądze – zaśmiał się jeden z obecnych. - A kto tego nie lubi, w końcu fajnie wydaje się nie swoje… W każdym razie Panowie gwarantuję wam, że taki oddział jest nam potrzebny. Nasze źródła donoszą, że podobne oddziały mają już Amerykanie, Rosjanie i Japończycy… - To prawda, ponoć skuteczność tych grup jest bardzo wysoka – wtrącił się jeden z cieni, noszący okulary, co można było wywnioskować po ognikach odbijających się w miejscu, w którym powinna znajdować się jego głowa. - No nie wiem… Jeśli to ma być tajne, to jak to ukryć? To nie jest mała kwota… - Tak jak zawsze. Ukrywano już większe... inwestycje. Dyskusja ponownie rozgorzała w przyciszonych głosach, a po chwili jeden z cieni powiedział: - Dobrze, dostaniesz pieniądze… Spodziewam się raportu ze szkolenia co dwa miesiące, a także szczegółowego budżetu. A teraz przejdźmy do kolejnej sprawy: otóż kilkanaście dni temu na morzu północnym…
***
Słońce minęło już środek nieboskłonu i nieustannie wędrowało ku zachodowi. Jednak nie dość szybko by uśmierzyć upał, jaki panował tego dnia. Nagrzaną ulicą przemieszczał się właśnie wtedy jeden człowiek. Właściwie ludzi było tam naprawdę sporo, jednak tylko o jednym z nich można było powiedzieć, że się przemieszcza. A może nawet, że przemyka. W jego ruchach dało się wyczuć coś dziwnego, jakiś rodzaj niepokoju. Wskoczył on do jednego z autobusów, kupił bilet i usiadł. Nikt nie zauważył jednak błyskawicznego omiecenia wnętrza autobusu i każdej twarzy tam się znajdującej tuż po wejściu. Bo kto też zwraca uwagę na takie szczegóły? Autobus ruszył. W spokoju mijał przystanek za przystankiem, dojeżdżając w końcu niemal na kres miasta. Tam też człowiek ten wysiadł i raźno ruszył przed siebie. Przemieszczał się szybko, wyraźnie wiedział dokąd ma iść i nie szedł nigdzie, gdzie nie wiedział, co jest. Raz zatrzymał się, aby zawiązać but. Po kilkunastu minutach drogi dotarł pod drzwi niczym nie wyróżniającego się hotelu i wszedł do środka. Powiedział dzień dobry uśmiechniętej recepcjonistce i wspiął się po schodach na 3 piętro. Mniej więcej po środku korytarza zatrzymał się przed drzwiami oznaczonymi tabliczką 0324 i zapukał kilka razy w sposób, który dla przeciętnego człowieka mógłby wydać się dziecinny bądź nawet złośliwy. Jeszcze bardziej infantylnie zabrzmieć musiało zaproszenie do środka, bowiem ze słów „możesz wejść do pałacu” zaśmiałby się każdy. Nacisnął klamkę i z ledwo widocznym uczuciem ulgi wszedł do pokoju. Nie zdążył jednak nawet dostrzec jego wystroju, bowiem zaraz po jego przejściu przez próg drzwi trzasnęły, a on poczuł na potylicy zimny okrąg. Była to lufa pistoletu, który przystawił mu człowiek będący wcześniej w pomieszczeniu. Powoli, a rękoma uniesionymi w górze, odwrócił się, by spojrzeć na agresora. Stali chwile oko w oko, po czym ten drugi opuścił broń i odetchnął. - Uderzyłeś raz za dużo. - Nie moja wina, co za kretyn wymyśla kod pukania składający się z dziewięciu uderzeń! - Obaj dobrze wiemy… Dobrze cię widzieć Liber, myślałem przez chwilę, że tylko ja tu dotrę. - Cieszę się nie mniej niż ty, Bolt. Wiesz coś już? - Nic… Odszedł w kierunku salonu. Bolt przyjrzał mu się kolejny już raz. Dobrze wiedział, że w tej pracy lepiej się nie spoufalać, a mimo to polubił tego człowieka. Był nieco wyższy od niego samego, podobnej, wysportowanej i smukłej sylwetki. Tego dnia swoje czarne włosy miał krótko ścięte. - Idziesz tu, czy będziesz w holu siedział… Bo jeśli tak to możesz szafkę wyczyścić, bo obsługa to chyba jej nigdy nie otwierała. Liber ruszył śladem swojego kolegi do salonu i usiadł na sofie obok niego. W telewizji leciały właśnie jakieś wiadomości o udarach spowodowanych upałem. Bolt jadł obiad. - Szybko się uwinąłeś… mam nadzieję, że wszystko lśni jak twoja głowa na słońcu. - Po co się przejmujesz, to przecież nie twój dom; ba, ty nawet nie płacisz za wynajęcie tego pokoju! Chociaż żarty masz już w stylu właściciela, nie ma co – spojrzał na niego. - A w ogóle to skąd masz żarcie? Skoczyłeś do sklepu czy jak? Bolt przełknął kawałek kurczaka, popił sokiem, który pachniał jak pomarańczowy i powiedział: - Nie, w lodówce i zamrażarce jest cały bufet. Dużo mięsa i dużo napojów, oczywiście dziewięćdziesiąt procent to energetyki. Idź i sobie zrób, bo chyba nie liczyłeś, że ja ci zrobię? Liber spojrzał na niego i pokręcił głową, po czym wstał i ruszył do kuchni. Bolt skończył jeść i rozłożył się na sofie. - Więc powiesz mi co się z tobą stało? – glos Libera dobiegł go z kuchni. - Napadło mnie kilku z nożami w alejce koło centrum. Zwykłe zbiry do wynajęcia, chyba nie wiedzieli, kim w ogóle jestem. Potem jeszcze kilku mnie goniło, ale zwiałem i przyszedłem tutaj jakąś godzinę temu. A ty? - Uratował mnie przypadek: ktoś pożyczył sobie moje kluczyki do auta, a kiedy próbował odpalić to auto wybuchło… - Uuu, szkoda trochę auta, to w końcu było Porsche… Ale z drugiej strony, po co kupowałeś takie auto pracując w takiej branży… Miałeś jakiś kontakt z… - Nie. Liber przyszedł z talerzem i usiadł obok niego, powoli pochłaniając posiłek. Nie rozmawiali prawie w ogóle, czasem tylko komentując krótko to, co zobaczyli w telewizji. Pomimo, że próbowali zatuszować go humorem i niefrasobliwością, czuli strach. Ktoś ich znalazł, poznał ich, ich zwyczaje, nawet odkrył jakim samochodem jeździł jeden z nich. W każdej chwili mogli spodziewać się kolejnego zamachu. Chociaż już na samym początku szkolenia wpojono im, żeby przyjęli możliwość śmierci w akcji czy poza nią, z samym strachem przed końcem nie da się wygrać. Tuszuje się go, nie mówiąc o tym, ale jest on zawsze obecny. Nawet teraz, czekając w ciszy na rozwój wydarzeń odczuwali to pełzające uczucie, będące powodem największych porażek, ale i największych heroizmów. Słońce już dawno odeszło na zachód. Gorąc zelżał. Późnowieczorne powietrze wpadło przez otwarty balkon i orzeźwiło atmosferę. Mimo, że na zewnątrz panował mrok, mężczyźni nie włączyli światła siedząc w ciemności i nasłuchując z zewnątrz wszelkich przejawów nienormalności. Wtedy właśnie do drzwi ktoś zapukał. Zapukał zgodnie z kodem. Bolt i Liber spojrzeli na siebie. Nie mogli ryzykować: nie mieli pewności, że ktoś nie zdobył ich kodu i nie próbuje zaskoczyć ich w hotelowym pokoju. Bolt wykonał kilka ruchów ręką i wskazał brodą na hall, a sam wstał i ustawił się na wprost drzwi wejściowych. Liber tymczasem schował się za nimi tak, aby po otwarciu nie dało się go dostrzec. Wyciągnął pistolet i czekał w pogotowiu. Tymczasem ponownie usłyszeli pukanie, ponownie w ustalonej kolejności. - Możesz wejść do pałacu – powiedział Bolt. Drzwi uchyliły się powoli i do środka weszła cienista sylwetka. Chwilę próbowała przyzwyczaić się do panujących tam ciemności, dopóki nie poczuła na swojej potylicy chłodnej lufy. Liber kopnął drzwi, a Bolt zapalił wówczas światło. - Libra, to że Bolt chciał cię zastrzelić za przerywanie mu upojnych chwil z samym sobą, nie znaczy, że ty musisz chcieć zastrzelić mnie… Liber opuścił broń i odetchnął. Spojrzał na Bolta; obaj znali ten głos: należał on do Carmelo, ich współtowarzysza. - …ja wam nie będę przerywał. Wyglądał kiepsko: jego ubranie było mocno wilgotne, a na dodatek ściskał swój bok na wysokości talii. Spod ręki widać było sporo krwi. Nie uszło to uwadze Bolta. Wskazał na nią brodą i zapytał: - Jesteś poważnie ranny? Carmelo spojrzał na niego i lekko drwiąco odrzekł: - Twoje zamartwianie mi schlebia – powęszył trochę i rozejrzał się – czuję, że ktoś je tutaj obiad na mój koszt. Ruszył do salonu, a kiedy tylko zauważył pozostałości obiadu Bolta i Libera zawołał: - No no no, panowie, wy to wiecie jak zadbać o człowieka! Już chciał chwycić kawałek kurczaka i włożyć do ust, kiedy Bolt wyciągnął pistolet i ponownie przyłożył mu do głowy. - To że jesteś ranny nie znaczy, że pozwalam ci jeść moje żarcie! – zabrzmiało to bardzo poważnie, ale wszyscy trzej wiedzieli, że żartuje. – Dobrze, że nic ci nie jest, Melo – schował spluwę i poklepał go po ramieniu. – Chodź, trzeba opatrzyć tę ranę. - Przyznaj, że po prostu chcesz mnie sobie podotykać - To chyba oczywiste. Obaj się zaśmiali i weszli do łazienki, gdzie znajdowała się apteczka, a Liber ponownie rozsiadł się na sofie i oglądał telewizje. Przeżyli. Trzech przeżyło. Ciekawe co z resztą zespołu? Nie miał z nimi żadnego kontaktu. Jak to w ogóle możliwe, że ich namierzono? Przecież mieli być całkowicie poza siecią! Musieli obserwować ich od dawna. Ale kto? Rosjanie? Nie… Dlaczego mieliby to robić? Z rozmyślań wyrwała go informacja podawana w telewizji. Spojrzał na blond dziennikarkę, która stała na ulicy pośród lasu. Za nią znajdowało się wiele wojskowych samochodów oraz ludzi w mundurach. - Carmelo, Bolt… Chodźcie tu! Chwycił pilot i pogłośnił reportaż, a jego towarzysze (Carmelo nie miał na sobie koszulki, za to był obwiązany bandażem, który zafarbił już na karmazynowy kolor) rozstawili się wokół niego. - … wg naszych informacji nikt z konwoju nie przeżył; nie wiemy dokładnie ilu amerykańskich żołnierzy nim jechało, pracownik pobliskiej stacji benzynowej mówi jednak o wielu pojazdach i trzech ciężarówkach z żołnierzami, co oznacza co najmniej siedemdziesięciu ludzi. Konwój transportował zapasy i sprzęt do bazy w pobliżu granicy z Federacją Rosyjską. Nie wiadomo kto stoi za zamachem, żadna z grup terrorystycznych nie przyznała się, jednak precyzja i doskonały plan ataku sugeruje, że nie koniecznie byli to terroryści, a grupa wspierana przez państwo… Liber wyłączył telewizor. Wciągnął i wypuścił powietrze, po czym ze złością rzucił pilotem w ekran. Ten odbił się od niego zostawiając pajęczynkę na połowie ekranu. - To oznacza wojnę… przy obecnych nastrojach nawet śmierć żołnierza w holenderskim burdelu byłaby dziełem Rosjan – Bolt nie musiał tego nawet mówić. Wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Liber wstał i zaczął krążyć po pokoju. - Myślicie, że to przypadek, że akurat dzisiaj zaatakowano nas i zaatakowano konwój? – rzucił w przestrzeń pytanie, a odpowiedział mu Bolt. - Ponoć w tej branży nie ma przypadków… Mieliście kontakt z bazą? Może Wergiliusz mógłby nam coś powiedzieć? - Nie odpowiadają – włączył się Carmelo. – Próbowałem nawiązać kontakt bezpośrednio z zespołem i z bazą. Dupa, nic, żadnego odzewu. Wstał i podszedł do szafy, po czym wyciągnął z niej jakieś pudło i położył na stole. Polecił ostrożne otwarcie go, a sam udał się do kuchni. Bolt ostrożnie przeciął tekturę i wyjął laptopa, jeszcze zafoliowanego. Następnie wyjął zasilacz, i przewidując do czego Carmelo zmierza, podłączył go do prądu. Ten właśnie wrócił niosąc w rękach kilka puszek napojów energetycznych. Postawił je na stole i zasiadł przed laptopem. - Tak na marginesie… wiedzieliście, że przez Polskę przejeżdża obcy konwój? – zapytał wpatrzony w ekran z puszką w ręce. Obaj zaprzeczyli gestami, bez wypowiadania chociaż jednego słowa. Liber zapytał lekko ściszonym głosem Bolta: - Jak myślisz, Wergiliusz nie wiedział czy po prostu nas olał? - Byliście ostatnio u fotografa? Bo Interpol właśnie wrzucił w sieć piękne nakazy aresztowań z naszymi pyszczkami… Wszyscy trzej spojrzeli w ekran. Rzeczywiście, na stronie Interpolu widniały trzy międzynarodowe nakazy aresztowań o najwyższej randze pilności. - Więc mówisz, że Baza nie odpowiada, tak? Spojrzeli po sobie. - Są dwa wyjaśnienia: albo wszyscy nie żyją… - Albo nas wystawili. Jeśli prawdą było to drugie, byli w nieciekawej sytuacji: wróg, kimkolwiek był, wiedział o nich wszystko; kim są, jak się nazywają, gdzie mieszkają. Na ich szczęście Carmelo przewidział taką sytuację i wynajął pokój, w którym się znajdowali w całkowitej niewiedzy od Bazy. - Ty, Melo, a jak w ogóle jest z tym miejsce? – zapytał Liber rozglądawszy się po pokoju. – Wiem, że wiemy o nim tylko my, ale musiałeś je przecież opłacać, co nie? Jeśli nas wystawili, to na pewno śledzą wszystkie transakcje z naszych kont… albo ten laptop? Nie namierzą nas po nim? Carmelo odpowiedział nie spojrzawszy na niego: - Ten laptop nigdy nie był podłączony do sieci, na pewno go nie znajdą, a co do pokoju… Fakt, płacę za niego co miesiąc, uprzedzając pytanie: za dużo, ale tych pieniędzy nigdy nie znajdą. Zainteresowanie tematem okazał Bolt, który zmarszczył brwi i zwrócił się do przedmówcy: - Jak to? Przecież każdą transakcje da się wyśledzić; możesz przepuścić ją przez i pięćdziesiąt kont, jeśli ktoś jest zdeterminowany i cierpliwy to… - Jeśli pieniądze zatrzymują się na jakimś koncie to tak – powiedział, a nie słysząc żadnego komentarza spojrzał na nich i dodał – Jak byłem na studiach to trochę programowałem i z kumplem napisaliśmy algorytm, który przepuszcza kasę przez nieskończoną liczbę kont… Pieniądz nigdy nie zostaje na koncie hotelu, właściciel zobaczy ją dopiero, kiedy ją podejmie. - Yhym, jest tak jak mówiliście, USA winią Rosję… Nie ma się co dziwić, pewnie uznają, że to zemsta za tamten samolot – Carmelo przeglądał wiadomości w Internecie i mówił do nich – To widać bezpośrednie zagrożenie dla nas, bo nasz minister przyjechał do Waszyngtonu załagodzić sprawę… - Świetnie, wysłali tego gówniarza; widać cała nadzieja w nas – mruknął pod nosem Liber i uśmiechnął się krzywo. – Lepiej bierzmy się do roboty. - Libra, ten „gówniarz” jest dwa razy starszy od ciebie, a poza tym jest bardzo sprytnym dyplomatą, ale tutaj chyba nawet on nie pomoże, najwyżej opóźni nieuniknione. W każdym razie masz rację, bierzmy się do roboty. - Ten konwój to jedyny punkt zaczepienia jaki mamy… Wiecie co w nim było naprawdę? – Spytał Bolt, a widząc, że pokręcili głowami dodał – Melo, wejdź na satelitę i pokaż zapis z ataku, może się czegoś dowiemy. Carmelo ponownie zaczął czarować przy komputerze, a Bolt poszedł do kuchni po coś do picia. Dużego wyboru nie miał, więc wrócił szybko; w międzyczasie Liber włączył ponownie telewizor. - Hmmm… to ciekawe, ale „satelita jest niedostępny z twojego położenia lub dane zostały usunięte” – Carmelo powiedział to naśladując głos robota. Zmarszczył brwi i spojrzał na nich. Również wyglądali na zaskoczonych. - No te dane zastrzec można już tylko w jednym miejscu… Spojrzeli po sobie. Dobrze rozumieli, że tak samo odczytać je można było w tylko jednym miejscu. - Chyba czas udać się do Piekła.
***
- Ale zdajesz sobie sprawę, że serwer jest prawie dokładnie pośrodku drugiego piętra najpilniej strzeżonego budynku w kraju? Liber nie wydawał się zachwycony pomysłem. Piekło było dosłownie centrum dowodzenia wszystkimi siłami w Polsce: tym miejscem, do którego najważniejsi ludzie schodzą podjąć najważniejsze decyzję już po tym, jak wyjdą z posiedzenia rządu. Na dodatek samo Piekło znajdowało się kilkanaście metrów pod ziemią, a wejść do niego dało się tylko za pomocą jednej jedynej windy w Ministerstwie Obrony Narodowej. Co ciekawe, sam ośrodek utrzymywany był w ścisłej tajemnicy. Nawet nie wszyscy pracujący w MON-ie wiedzieli, że kilka pięter niżej podejmowane są najważniejsze decyzje dotyczące obronności państwa, czy nadzorowane są akcje prowadzone na całym świecie. Ośrodek powstał niedawno, toteż jego zabezpieczenia były jednymi z najnowocześniejszych, jakie w ogóle powstały. - Dokładnie; nie panikuj, to zajmie nam tylko chwilę: musimy tylko wejść, podłączyć się do serwera i wyjść. Szybka akcja – Bolt zdawał się podchodzić do sprawy tak, jakby była to ich codzienność. I choć zasadniczo miał rację, to nigdy nie wnikali do budynków tak dobrze strzeżonych bez wsparcia całego grona ludzi, sprzętu i informacji. Liber był jednak sceptyczny. - Powiedz więc, mistrzu, jak to zrobimy? Carmelo w tym czasie robił coś na laptopie popijając energy drinka. Wyraźnie nie przeszkadzała mu zawarta w nich chemia ani rana, którą miał na boku. - Sprawa wygląda tak: najważniejszy system ochronny to tajemnica; doskonale wiemy, że nikt nie wie, gdzie Piekło się znajduje, więc żaden z nam podobnych nie spróbuje do niego wejść. My wiemy, więc połowa drogi za nami. Spora część systemów elektronicznych wyłączy się bez prądu… Łącznie z większością świateł. Zasilanie awaryjne zasili część oświetlenia i podstawowe systemy – Bolt zwrócił się do Carmelo – dasz radę wyłączyć elektrownie, która zasila ten obszar? Carmelo odchrząknął na potwierdzenie i znów łyknął kofeiny w płynie. - Działamy w mroku, więc ludzie nie będą stanowić dla nas dużego zagrożenia. Co więcej potrzeba? - To miłe, że nie wspomniałeś, że ten podstawowy system to sztuczna inteligencja, wykrywająca zmiany w temperaturze powietrza i skanująca ciepłe obiekty – Carmelo oderwał się od laptopa, spojrzał na nich i odwrócił ekran w ich stronę. – Zrobiłem makietę. Faktycznie w komputerze widniał trójwymiarowy model wszystkich korytarzy i pomieszczeń Piekła. Pamięć jego twórcy była naprawdę zdumiewająca. - Jak widzicie, serwer jest tutaj, niemal dokładnie po środku… Sięga kilkanaście metrów poniżej drugiego piętra. Liber spojrzał na nich z niedowierzaniem. - To się nie uda. - Uda się, ale będzie trudne - Ten główny komputer… co o nim w ogóle wiecie? – Liber wiedział już, że nie uda mu się odwieść kolegów od niemal szaleńczego planu, więc postanowił im pomóc. I tak nie miał wyboru, bo wiedział, że jak oni coś sobie wmówią, to wprowadzą to w życie. Sam na temat komputerów i systemów w Piekle wiedział niewiele: bywał tam rzadko, zazwyczaj tylko na odprawie przed misją, toteż wiedza ta nie była mu potrzebna. - To GERI+9, działa przy kamerach, ale niezależnie od obsługujących je ludzi. Widzi temperaturę i wyszukuje zmiany w nich. Kiedy coś wykryje, sprawdza w swojej bazie, czy to kot, człowiek, czy coś niezidentyfikowanego. Ma bardzo wiele modeli termicznych, więc to ostanie zdarza się rzadko. Jeśli już, to informuje o tym ludzi przed monitorami, a oni już sobie analizują. Jeśli wykryje człowieka, skanuje jego twarz albo oczy. Potem włącza alarm. Wszystko w czasie rzeczywistym, sam ten system zajmuje od czternastu do dwudziestu jeden procent mocy obliczeniowej głównego komputera w Piekle; duże marnotrawstwo, jeśli mnie spytać, skoro zakładamy, że ludzie się tam znajdujący mają prawo tam być i wiedzą o obiekcie, widać ktoś miał za dużo pieniędzy do wydania – powiedział Carmelo. – Myślę, że jeśli chcemy się dostać do samego środka, to od tego musimy zacząć i lepiej się przyłóżmy, bo w tym przypadku nie wystarczy wytaplać się w błocie, żeby zniknąć. Odezwał się Bolt: - Kombinezony snajperów? - Nieskuteczne w ruchu, poza tym to zbyt prymitywne dla tej technologii wykrywającej nawet komary. Zamilkli na chwilę. Zdecydowanie ich największą przewagą było to, że znali wszystkie zabezpieczenia Piekła, nawet jeśli nie potrafili jeszcze ich ominąć. - Jak byliśmy w Chinach… w zeszłym roku, pamiętacie? W Ośrodku Badań Nad Technologią Eksperymentalną… Był tam kombinezon stworzony dla polarników… Typ-22? Jakoś tak… Nie był duży, a z tego co wiem, zapewniał ciepło i nie było widać go w termowizji. - Pamiętam Libra, ale powinniśmy szukać rozwiązań bliższych niż dwadzieścia tysięcy kilometrów i prototypowe technologie – tym razem Bolt wykazał dezaprobatę. – Poza tym, widziałeś kiedyś, żeby Chińczycy dzielili się technologią? No i mamy czas do soboty… trzy dni to mniej niż więcej… Skąd mielibyśmy to wziąć? Na sobotę zaproponowano spotkanie trójstronne spotkanie w Singapurze, które negocjowano w Waszyngtonie. Carmelo uniósł rękę na wysokość oczu w ciekawy sposób układając palce i rzekł: - Właściwie, to znam człowieka, który mógłby to załatwić… Ma wtyki dosłownie wszędzie, a słyszałem, że ostatnio baluje w Warszawie. - Kto to? – zainteresował się Liber. - Nie interere, synu – zaśmiał się Carmelo. – Zresztą, pewnie i tak go poznasz… O ile już nie znasz… - Zdąży? - Kto wie… może tak, może nie, warto spróbować. Skontaktuję się z nim, tylko przyniosę sobie kompot, a wy w tym czasie określcie trasę od windy do serwera. Wstał i wyszedł z pokoju, a oni spojrzeli na komputer
***
W sali krzątało się mnóstwo ludzi. Wszyscy bardzo zdenerwowani i w stresie wymieniali się informacjami i pokazywali papiery i pisma. Do masowej prawie paniki nie dołączył jeden z obecnych – ba, wręcz zdawał się całkowicie spokojny. Siedział na krześle przed sobą mając średniej wielkości lusterko i majstrując coś przy krawacie. Wyglądało na to, że całą jego uwagę pochłaniają nieudane próby jego związania, lecz nie było to prawdą: co chwilę ktoś podchodził do niego i wypowiadał kilka słów, a ten nie odrywając oczu od swojego odbicia odpowiadał im uprzejmie, zaskakując swoim spokojem. Kolejny raz drzwi pokoju otworzyły się i niemal niezauważony w tłumie pojawił się kolejny człowiek – ubrany zupełnie elegancko w granitowy garnitur i wąski krawat. Kilka nadprogramowych kilogramów dobrze mu służyło, bowiem strój ten leżał na nim idealnie, komponując się z jego czarnymi włosami. - Panie Ministrze… Kilka osób zauważyło już kim ów człowiek był, a po chwili wszyscy w milczeniu patrzyli w jego stronę. Mężczyzna tytułowany ministrem rozejrzał zatrzymując wzrok na człowieku, który zdawał się nie zauważyć jego przybycia, wciąż będąc zajęty krawatem, który teraz próbował wiązać z rosnącym poirytowaniem. Następnie przybysz przeleciał wzrokiem po ludziach i rzucił krótkie „out” ruchem głowy nakazując im opuścić pomieszczenie. Tłum wyszedł zostawiając ich samych. - Możesz pomóc mi to zawiązać? Zaraz mnie szlag trafi… Przybysz podszedł do niego. - Może byś w końcu się nauczył? – zapytał z lekkim znudzeniem. - Próbowałem, ale też nigdy nie było potrzeby; zawsze… - zaczął podnosząc się, ale ten mu przerwał. - Tak, ale ona nie zawsze jest przy tobie. – Chwycił za dwa końce i rozpoczął procedurę wiązania krawata. – Słuchaj, wiesz że sytuacja nie jest najlepsza… - Zdaję sobie z tego sprawę, jednakowoż dziękuję za przypomnienie. Obrócił się w stronę lusterka i poprawił lekko zawiązany już krawat. - Na wszelki wypadek kazałem podnieść poziom zagrożenia… Obyś dał radę, bo wiesz, jaka jest stawka… - dodał obserwując jak wkłada koszulę do spodni. Krawaciarz ubrał ciemnoniebieską marynarkę i spojrzał na towarzysza. - Mówiłem ci, że mam wątpliwości co do tej operacji. Ryzyko było zbyt duże. – powiedział czarnowłosy Minister, lecz jego rozmówca zaraz zripostował stanowczo: - Z tego co wiem, nie istniało żadne ryzyko; może powinieneś lepiej dbać o konspirację wywiadu…? A tak w ogóle, wiadomo co z nim? - Nie mam kontaktu, ale co może być? Pewnie nie żyje. Powinniśmy już iść. Spojrzeli po sobie i ruszyli w stronę drzwi. Czarnowłosy chwycił za klamkę i jakby walcząc ze sobą powiedział jeszcze: - Słuchaj, i mówię to prywatnie: postaraj się, stawka jest wysoka, więc lepiej żeby ci się udało. - Uda mi się – rzekł zapinając guzik niebieskiej marynarki i poprawiając jeszcze raz krawat.- Inaczej nie byłbym Ministrem Spraw Zagranicznych.
***
- Więc wg was najlepszą drogą jest przejście korytarzem obok pokoju ochrony, sypialni, stołówki, pokoju planowania taktycznego i pokojem, w którym kierowali naszymi akcjami, tak? Pomimo, że sam serwer znajdował się po środku Piekła, dotrzeć do niego można było tylko jednym korytarzem. Mapa, którą stworzył Carmelo dokładnie to pokazywała, dlatego też taką trasę wstępną wyznaczyli Bolt i Liber, kiedy ten poszedł po „kompot”, którym okazało się kolejne kilka puszek napoju energetycznego. Liber spojrzał na niego z lekką irytacją. - Przypominam jedynie, że to nie Hogwart, tutaj nie ma tajnych przejść. Carmelo rzucił mu spojrzenie, w którym rozbawienie mieszało się z pogardą. - Może i przejść nie ma, ale na przykład jakoś powietrze trzeba tam dostarczyć, więc jest masa przewodów wentylacyjnych. Obrócił laptopa w swoją stronę. - Byliście kiedyś na strzelnicy? – zapytał ich i wskazał miejsce na ekranie palcem. – W tym miejscu, przy samym jej końcu jest taki przewód… Chyba jakieś janusze to robili, bo umieścili go przy samej podłodze. Nie jest długi; dość duży, żeby pomieścić czołgającego się człowieka. Dostaniemy się nim do toalet, a stamtąd bez problemu do serwera od strony północnej. - Byłem wielokrotnie na strzelnicy i nie pamiętam żadnej kratki… - To że jej nie widziałeś nie zmienia faktu, że ona tam jest – odrzekł. Bolt spojrzał na mapę. - Żeby dostać się na strzelnicę, trzeba przejść obok drugiego pokoju strażników, przez zbrojownie i pomieszczenie testowe… - mówił jadąc palcem po ekranie. – Zakładając, że personel będzie skupiony w części wschodniej i na wyższym piętrze, to może się udać… Jesteś pewien, że się zmieścimy? Carmelo spojrzał na niego jakby chciał powiedzieć „żartujesz sobie?”, a Liber jak zwykle zachował swoją kamienną twarz. - No to lecimy.
***
- Twój kupiec na pewno odbierze? Zegar wskazywał, że minęła już szesnasta minuta po godzinie drugiej - Kto wie – odrzekł nie odrywając wzroku od ekranu. – Trudno się z nim w ogóle skontaktować. Pożycz mi swój telefon.. Liber wyszedł na balkon odetchnąć nocnym powietrzem, zostawiając Bolta z czarujący m przy komputerze Carmelo. Bolt wyciągnął komórkę z kieszeni i podał mu. Carmelo podłączył ją kablem do laptopa i ponownie zaczął klikać w klawiaturę. W międzyczasie do pokoju wrócił Liber. - Powiesz nam w końcu kim jest człowiek, którego ewentualna dostawa to nasze być albo nie być? – zapytał komputerowca. Carmelo spojrzał na niego i teatralnym ruchem kliknął enter. Podniósł telefon do ucha i palec do ust nakazując milczenie. Liber prychnął, a Bolt zrobił zniecierpliwioną minę. Czekali. Jeden sygnał. Dwa. Trzy. Cztery. - Nie odbiera. Jeszcze raz. Jeden sygnał. Dwa. Trzy. - No nareszcie, myślałem, że nigdy nie odbierzesz, daj mi Czecha… Bolt otworzył szeroko oczy, a Liber lekko się uśmiechnął. Już rozumieli, czemu, czemu Carmelo tak długo zwlekał z podaniem swojego dostawcy. Człowiek o pseudonimie „Czech” był poszukiwany przez wywiady większości krajów na świecie za właściwie każde przestępstwo związane z przemytem i sprzedażą broni. Niejednokrotnie jego towarami były elementy prototypowe, dlatego też wielu krajom zależało na poznaniu jego kontaktów. Najprostsza droga do nich wiodła przez niego samego. - Dobry wieczór… Tak, wiem, że jest prawie trzecia w nocy… Wiesz jak mówią: co musisz zrobić rano zrób w nocy, a o poranku będziesz niewyspany… Tak, wiem… Yhy… Ok, to czekam… Odłożył telefon. - Powiedział, że zaraz wróci – rzucił do swoich towarzyszy. Bolt skrzyżował ręce. - Ciekawe, że masz kontakt do człowieka, którego poszukujemy od dwóch lat… - Gdybyśmy byli w stanie go schwytać, już dawno by siedział. Jego musi kryć inny wywiad, bo inaczej nie byłby w stanie operować na taką skalę i pozostać nieuchwytny – odpowiedział mu Carmelo. – Poza tym, może to i handlarz bronią, ale oni i tak by ją kupili, tylko od kogoś innego. Niech ją chociaż biorą od człowieka z zasadami. - Zasadami? - Dokładnie! Nigdy na przykład nie sprzedawał ludzi… To coś! Poza tym – chwycił znowu telefon – nigdy nie powiedziałem mu kim jestem. Przyłożył telefon do ucha. - Jesteś? Dobrze… To będzie trudne zamówienie i na teraz; masz jakiś długopis? Potrzebuję trzech kombinezonów…
***
- A poza tym komputerem, wykrywającym ciepło? Co musimy obejść? Tworzenie planu powoli dobiegało końca. Sprzęt został zamówiony, a Czech zapewniał, że dostarczy go do południa w piątek. Pozostało do omówienia tylko kilka kwestii i planowanie, choć bardzo prymitywne, zostanie zakończone. - Wzrok strażników… Światła muszą zgasnąć. - To łatwe – włączył się Carmelo. – Wyłączymy prąd uruchomi się zasilanie awaryjne, które znacznie zredukuje oświetlenie i całkowicie wyłączy wszystkie systemy oprócz GERI. - Wiesz którą elektrownie trzeba sabotować? - Tak… Zrobię to zdalnie, kiedyś już się tam włamywałem. – kontynuował haker. – Znaczy... eee… próbowałem – dodał szybko zerkając na Libera. – W każdym razie znam ten system. - Zdążysz w dzień? – zapytał Liber, a uzyskawszy odpowiedź w postaci krzywej miny Carmelo dodał – Jeszcze jedno: nasze standardowe kombinezony pochłaniają światło, ale tego materiału już na pewno Czech nie załatwi… - To nie problem – szybko włączył się Bolt. – Znam recepturę na farbę, która absorbuje światło. Nie jest tak skuteczna jak tamte materiały, ale zawsze coś. - Widzę, że z ciebie mały alchemik… - uśmiechnął się znad komputera Carmelo. - No, po prostu Joseph Curven – zaśmiał się Bolt. – Ale na serio, potrzebuję tylko aparatury i paru lekarstw z apteki i mogę zacząć działać. - Mam znajomego w sklepie, który to dystrybuuje; dostarczy je nam… - To ja lecę do apteki – Bolt wstał i skierował się do wyjścia. Zegar wskazywał 06.30
***
Cały czwartek spędzili nie wychodząc z pokoju. Carmelo siedząc przy laptopie, raz po raz wstając po kolejne energetyki, próbował przejąć kontrolę nad elektrownią. Bolt rozdrabniał tabletki na miazgę, polewał je różnymi płynami, podgrzewał, filtrował, destylował, aż nie uzyskał potrzebnego składnika, z który mieszał z kolejnymi. Na zarzut Libera, że wysadzi ich w powietrze zareagował tylko mówiąc, że w technikum uczęszczał na kółko chemiczne. Sam Liber siedział przy telewizorze i nie za bardzo mając co robić śledził bieg oficjalnych wydarzeń. Obecność na spotkaniu w Singapurze oficjalnie potwierdzili już przywódcy Rosji i USA. W sobotę rano miało okazać się, czy wojny między nimi da się uniknąć. Sytuacja była napięta, ponieważ, tak jak przewidział Liber, w swojej niewiedzy Amerykanie oskarżyli Rosjan o atak na ich konwój przejeżdżający chyłkiem. Ich minister spraw zagranicznych grał na czas i chwała mu za to. Mieli czas do soboty… Wszelkie informacje, które wydobędą z serwerów mogą się przydać w negocjacjach.
***
-Więc tutaj mieliśmy się z nim spotkać, tak? Liber i Carmelo stali pod mostem przy jakimś obskurnym magazynie na przedmieściach miasta. Tutaj właśnie Czech kazał im czekać na dostawę dokładnie o 16 w piątek. Oczekiwali go już prawie pół godziny, a handlarza jak nie było, tak nie było. Liber niecierpliwił się. Carmelo spojrzał na niego. - Spokojnie… On zawsze się wywiązuje. Mimo prób uspokojenia towarzysza sam był zdenerwowany. Mieli dość napięty harmonogram. Akcja miała odbyć się dzisiaj w nocy, a musieli jeszcze pokryć kombinezony pochłaniającą farbą. Nie było już za bardzo czasu na opóźnienia. Na szczęście już chwilę później zobaczyli małą furgonetkę podjeżdżającą do nich. Zatrzymała się i przez dłuższą chwilę nikt z niej nie wychodził. Liber chciał podejść do okna, ale Carmelo powstrzymał go ruchem ręki. Wreszcie drzwi otworzyły się i wyszło z nich dwoje ludzi: jeden cały ubrany na czarno, w okularach, o trudnym do określenia wieku, drugi około czterdziestki, w garniturze i krawacie. Uśmiechnął się i podszedł do nich. - Dobrze cię widzieć, Dante… - powiedział do Carmelo. Jego glos brzmiał całkowicie nieodmiennie od zwykłego, przy czym jego akcent na pewno nie pochodził z Czech. – A twój towarzysz to kto? - Nie mamy na to czasu – przerwał wymianę uprzejmości Carmelo. – Masz ten towar? Czech zrobił dziwną minę i pstryknął na swojego towarzysza. Ten znikł, a po chwili wrócił z dwoma torbami, które wyjął z bagażnika furgonetki. - Te kombinezony nie są proste do zdobycia… Udało mi się tylko dwa – powiedział Czech. Liber pochylił głowę i uniósł lekko brwi, Carmelo natomiast wydawał się nieporuszony. - Reszta jest w torbach? – zapytał, a handlarz odpowiedział mu skinieniem głowy. – Wiesz, znamy się dobrze i długo, więc nie zdenerwujesz się, jeśli powiem, że nie możemy ci dzisiaj zapłacić… Teraz Czech zdawał się być zdziwiony. Zmarszczył czoło i spoglądał na Carmelo dziwnym wzrokiem. Trwało to jednak tylko chwilę, bowiem powiedział zaraz: - Faktycznie, znamy się długo i choć nie wiem, co musiało się stać, żebyś nie mógł zapłacić na miejscu, to wiem, że na pewno zapłacisz, ale wiesz, że nie mogę cię puścić od tak, musisz dać coś w zastaw… Carmelo zastanawiał się chwilę i już otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Liber go ubiegł. Sięgnął do kieszeni i rzekł: - Może być Porsche? – wyciągnął kluczyki i rzucił mu. – Sporo mnie kosztowało, jako zaliczka powinno starczyć… Zerknął na towarzysza, a potem na handlarza. - Jest piękne, dosłownie jak z obrazka… - Chyba puzzli – wtrącił szeptem Carmelo z lekkim uśmieszkiem. – W każdym razie miałbym jeszcze jedną sprawę…
***
II. - Wiesz, nie wiem, czy to na pewno najlepszy sposób… - powiedział Bolt niemalże krzycząc, ale warkot silnika i tak zagłuszył każde słowo. Siedzieli w samolocie Czecha, który, za sowite wynagrodzenie zgodził się „podrzucić” ich nad MON. Carmelo trzymał na kolanach laptopa czekając na odpowiedni moment, aby wyłączyć prąd. Liber siedział z zamkniętymi oczami i wydawać by się mogło, że spał, ale po prostu koncentrował się na misji. Bolt był najmniej spokojny – przed wylotem ostrzegał, że w wyniku ataku poziom zagrożenia został podniesiony i istnieje ryzyko, że zestrzelą ich zanim w ogóle zdążą skoczyć. - Skaczecie za dwie minuty – usłyszeli przez głośnik. Luk otworzył się i hałas stał się jeszcze wyraźniejszy. Wstali i podeszli do rampy. Carmelo stuknął w klawiaturę i schował laptopa do torby. Dosłownie kilka sekund później w mieście ulica po ulicy pogasły niemal wszystkie światła (zostały tylko lampy w samochodach). Założyli noktowizory i po kolei skoczyli w ciemność. Ich celem był budynek ministerstwa – długi na około sto metrów i szeroki na piętnaście. Mały cel, zdecydowanie lądowanie na nim przy użyciu spadochronów byłoby trudne nawet przy doskonałych warunkach i widoczności i tylko dzięki swojemu przeszkoleniu wiedzieli, że im się uda. Po kilkunastu sekundach opadania otworzyli spadochrony. Pilot wg wskazówek leciał na północ tak, aby nie musieli dużo manewrować. - Oby ten twój pochłaniacz dobrze działał – powiedział Liber. Ich komunikacja odbywała się poprzez radio, toteż Bolt usłyszał, co jego kompan powiedział i odrzekł: - Zaraz się przekonamy… Jeśli nie zaczną do nas strzelać… Na dachu wg ich przewidywań znajdować się miało maksymalnie dwóch strażników. Zbliżając się do miejsca lądowania zauważyli, że ich przewidywania były słuszne: po dachu chodziło dwóch ludzi z karabinami. Wyraźnie farba, którą pokryli kombinezony działała, bowiem jeden ze strażników patrzył w ich stronę bez żadnej reakcji. Dopiero tuż przed lądowaniem zmarszczył lekko czoło i sięgnął po latarkę, ale nie zdążył jej włączyć, gdyż Carmelo, wylądowawszy tuż przy nim, szybkim ruchem pozbawił go przytomności. Chwilę później Bolt obezwładnił drugiego. Zrzucili spadochrony i przystąpili do dalszych prac. Wg planu mieli zejść po linie po wschodniej, niemalże pozbawionej okien, ścianie. Carmelo przyczepił linę do jednego z wywietrzników i rzucił ją w dół. Spojrzeli tam: pod nimi było około siedemdziesięciu metrów przestrzeni. Pierwszy poszedł Bolt – przypiął się i krok po kroku ruszył w dół. Zaraz za nim ruszył Carmelo, na końcu Liber. Panorama miasta skąpanego w mroku z tej wysokości wyglądała wspaniale i Carmelo nie mógł nie poczuć dumy: niewielu hakerów jest w stanie przejąć kontrolę nad elektrownią, a on dokonał tego w dwa dni. Uśmiechał się na myśl o tym i odetchnął chłodnawym, nocnym powietrzem. Jako jedyny z ekipy odczuwał zewnętrzną temperaturę, gdyż to właśnie jemu przypadł zwykły, nie quasi-polarny kombinezon. Kiedy wszyscy byli już na miejscu kucnęli tak, aby każdy widział każdego. - Panowie, tutaj zaczyna się nasza akcja… - zazwyczaj odprawy przed samą misją dawał Bolt i tak też było tym razem. – Sytuacja jest poważna, a stawka wysoka… Pamiętajcie, dopóki nie wiemy, czy nas nie sprzedali każdy ma być traktowany jako potencjalny przyjaciel… Bez zabijania. Kraj jest w niebezpieczeństwie, wiecie co to dla nas oznacza… podpisywaliście kontrakt. Wstali. - Od tej chwili kontakt tylko radiowo – powiedział i ubrał kominiarkę. – Lecimy! Ich plan zakładał wejście do budynków w tym miejscu, a dokładniej przez okno tuż pod nimi. Liber kucnął przy krawędzi dachu i opuścił się, trzymając krawędzi. Zaraz po nim to samo zrobił Carmelo, lecz nie chwycił się dachu, ale zwisającego towarzysza. Po chwili do tej żywej uprzęży dołączył Bolt, który, trzymany przez Carmelo jedną ręką za nogi i wisząc do góry nogami, otworzył okno. Było to dla niego rzeczą banalnie prostą, aż się trochę zdziwił. Następnie dał znak Carmelo, aby ten go puścił, i trzymając się parapetu zrobił w powietrzu gwiazdę w chwilę przemieszczając się znad okna, pod nie. Chwilę nasłuchiwał, czy ze środka korytarza nie dobiegają jakieś głosy, po czym podciągnął się i zaparł o futrynę okna jak najmocniej mógł. Wystawił rękę i czekał. Poczuł mocne szarpnięcie, ale utrzymał się na miejscu i po kilku sekundach naprzeciw niego, tak samo opierający się o okno, siedział Carmelo. Obaj wystawili ręce i dali znać Liberowi, że może skakać. Był to niezwykle ryzykowny ruch: od ziemi dzieliło ich co najmniej dziesięć metrów, a zanim złapią Libera przeleci on około dwóch i pół. Bez asekuracji jeden błąd mógł go kosztować nawet życie, a ich porażkę i niechybne więzienie (lub nawet śmierć za szpiegostwo). Na szczęście Carmelo i Bolt do słabych i niezręcznych nie należeli, toteż zaraz po puszczeniu krawędzi dachu ręce Libera zostały szczęśliwe pochwycone przez jego towarzyszy, a on sam wciągnięty do budynku. Byli w środku. Panowała tam ciemność i nie było nikogo w zasięgu wzroku, choć w oddali słyszeli głosy. Nie zastanawiając się wiele ruszyli korytarzem. Weszli właśnie tędy, gdyż pokój z windami do Piekła znajdował się tylko kilkanaście metrów od otwartego już okna, zaraz za rogiem kolejnego korytarza. Szli przy ścianie, lekko zgarbieni, cedząc każdy ruch i starając się stąpać tak cicho, jak tylko są w stanie. Po kilku sekundach doszli do drugiego korytarza. To właśnie z niego dochodziły głosy, które teraz słyszeli już znacznie wyraźniej. Liber, który prowadził, wyjrzał lekko zza winkla i dał znak, aby się zatrzymać. Na korytarzu stały dwie osoby. Rozmawiały o czymś, ale widać ich konwersacja się skończyła, bowiem jedna z nich odeszła. Druga osoba, mężczyzna, wyciągnął telefon i przez chwilę światło oświetliło jego twarz odbijając się w okularach. Przystawił telefon do ucha i ruszył w ich stronę. Liber cofnął się i dał znak, aby się nie ruszać. Woleli nie ryzykować, bowiem ostatecznie nie wiedzieli jak dobrze działa farba, którą Bolt przygotował. W takiej sytuacji woleli udawać czarną dziurę w czarnej ciemności pozbawionego światła…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Artorias
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…