Wróć do katalogu

Szczęśliwa wyspa

Pomysł, o którym wspomniałam wziął się z miłości do Greka Zorby, ciepłego morza i słońca.

jolsokolowska079sok, opublikowano , 15 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Nie wiedziałam, jak skończy się moja książka, ale wiedziałam, że na greckiej wyspie, na której zatrzymał się czas. To głupie myślenie, bo czas nie zatrzymuje się nigdzie. Myśl cicho się odkładała od roku, bezsennymi nocami szalała wyobraźnia. Wymyśliłam ludzi i wydarzenia, reszta musiała być prawdziwa jak w reportażach gonzo.

Pomysł, o którym wspomniałam, wziął się z miłości do Greka Zorby, ciepłego morza i słońca. Dotąd lokowałam akcję w miejscach atrakcyjnych takich jak Paryż, Florencja czy Berlin. Miałam dosyć kulenia się w fałdkach tłuszczu Europy Zachodniej, zaczął mnie trafiać szlag. Podjęłam postanowienie, że następne rozdziały rozegrają się, tam gdzie jest ciepło, tanio, koniecznie nad wodą. Chciałam trafić do miejsca, o którym zapomniał Bóg i udało się je znaleźć, lepiej, niż na to liczyłam. Szukając, zawsze coś się znajdzie. Wyspa nazywa się Salamina i leży niedaleko Pireusu. Naszła mnie myśl, że ta wyspa jest szczęśliwa, wierzyłam w to święcie. Wiem, jak to zabrzmiało, pominę uśmiechy milczeniem. Oto piękno literackiego poszukiwania przygód. Nie przypuszczałam, że wyjazd nastąpi to tak prędko. Przez pół nocy, poprzedzającej wylot z Gdańska ze wzruszenia tłukłam się po mieszkaniu, ale nic nie mówiłam, zwyczajnie było mi wstyd. Bo, która dziewczyna przy zdrowych zmysłach, goniąc marzenia, włóczy się po obcym kraju, o którym tak niewiele wie. Trudno zrozumieć kobiety, komentował mój chłopak. To było pełne zaskoczenie — zamiast udzielić błogosławieństwa puka się wymownie w czoło? Na plecach czułam ciężar jego spojrzenia. Cóż, nawet w przypływie szaleństwa trzeba się trzymać prosto do końca. Wsunęłam bilet do kieszeni kurtki, zakupiłam w strefie bezcłowej butelkę ulubionej whisky, zapomniałam o życiu, w którym drą się pończochy i ruszyłam w drogę. Whisky jest dobra na chwile, gdy okulary zsuwają się na czubek mokrego nosa. W samolocie ogarnęło mnie podniecenie, za oknem świat obiecująco falował, na twarzy lśnił beztroski uśmiech. Zostałam uleczona z wątpliwości. Cokolwiek bym nie mówiła i tak nie zmienicie zdania.

Łódka, która płynęła na wyspę wyglądała, jakby miała się rozpaść tylko od wrzasku mew, a w zaimprowizowanym porcie nikt nie mówił po angielsku. Dobrze, że nie obca mi greka, przemknęło. Na brzegu witała grupka nieletnich gapiów. Szyld hotelu namalowano niebieską plakatówką. Litery ścieśniały się w drugiej jego części, niby pasażerowie czekający na szalupę ratunkową. W pokoju nad wielkim małżeńskim łożem wisiała goła żarówka, a wystrój łączył w sobie wszystko, czego właściciele nie chcieli mieć we własnym domu. Hotel pełnił funkcję restauracji i jedynego sklepu w okolicy, gdzie opaleni chłopcy kupowali prezerwatywy na sztuki. Moja obecność już pierwszego wieczoru przestała robić wrażenia, mówili o mnie cudzoziemka. Przez dwa dni nie działo się nic, czas przepływał spokojnie jak piasek w klepsydrze. Zza okien słychać było gdakanie kur, skrzypienie kół wozów, wbijania gwoździ i pokrzykiwania ludzi, rzadko dochodził dziecięcy szczebiot. Staruszkowie zgromadzeni przy barze z palców twardych jak skorupy krabów nie wypuszczali papierosów. Palili bez przerwy, z nudów zdarzało się im zagadać. Ich delikatnie uśmiechnięte twarze jawiły się płaskie jak na posągach Buddy, przenikliwe spojrzenia przenikały duszę. Patrzyli litościwie. Co było powodem? Miałam spore pole do interpretacji. Nie dopatrując się niczego, sączyłam czarną jak smoła kawę, popijając chłodną wodą, aż bulgotało w gardle. Nocą leżąc w ciemności z zamkniętymi oczami, słuchałam głosu ptaków, czasem modliłam się. To Jemu od dzieciństwa powierzałam myśli i marzenia. Mój niepokój i trwoga szybko znikały bez śladu, wydały się bardzo odległymi dziejami. Odzyskiwałam równowagę, nadzieję, pierwotny zapał, niczym się nie martwiłam.To było uczucie, jakby obmyto mi serce. Notes powoli zapełniał się wspomnieniami.

Trzeciego dnia po raz pierwszy, odkąd moja stopa stanęła na Salaminie, wybrałam się nad morze. Prowadziła ścieżka wśród suchych traw, tu i ówdzie brzęczały zmęczone upałem owady. Słoneczny blask kłuł w oczy. Otoczona przez wzgórza kamienista plaża otwierała się na turkusową, bezkresną przestrzeń wody. Na horyzoncie majaczyły burty statków i mocne ramiona dźwigów. Leżałam, pływałam, pokaźna kolekcja muszli cieszyła oko. I rozkoszowałabym się tym rajem dłużej, gdybym podczas radosnej kąpieli nie usiadła na jeżowcu. Popołudniami preferowałam krótkie podróże. Od bandy dzieciaków, zarządzających plażą, nie bez długich negocjacji, dostawałam upragniony dostęp do kajaka. Mieniące się wszystkimi kolorami skały kusiły, by porobić zdjęcia. Szczęście trwało krótko, gdyż szybko okazało się, że mój telefon nie jest wodoodporny. Włóczyłam się po gajach oliwnych, wdychając ich upojny zapach. W jednym nie było śladu oliwek, za to radośnie kicał zając wielki jak buldog, zastrzygł uszami na mój widok i czmychnął w krzaki. Dopiero zorientowałam się, że jestem w tutejszym lesie, stamtąd było tylko kilkaset kroków do centrum wsi. Z upływem dni wypuszczałam się coraz dalej. W głębi duszy nosiłam przekonanie, że kto, jak kto, ale ja wymknę się każdemu niebezpieczeństwu, chociaż czasem nie było mi wcale do śmiechu. Pojawiła się niepewność, gdy na horyzoncie pojawiły się dwie sylwetki mężczyzn. Zbliżali się szybko. To było dojmujące uczucie. Ku mojemu zadowoleniu zniknęli w pobliskim wąwozie. Z daleka mogłam wyglądać na chłopaka, mój biust jest raczej skromnych rozmiarów, a Greczynki na Salaminie nie chodzą w krótkich spodniach i nie noszą słomkowych kapeluszy.

Pogodne dni nagle skończyły się, chmury zasnuły niebo, zaczęło padać. Czarna rozpacz, ktoś powie. Nie traciłam ducha, spałam, czytałam w kółko tą samą książkę lub rozpamiętywałam głębię swojej samotności. Z pokoju wypędzał mnie głód, kolacji z zasady nie jadłam, a za wannę służyła umywalka.

Trzydniowy deszcz wreszcie ustał. Przez brudne okno wcisnął się jasny promień słońca. A gdyby tak pójść na skaliste wzgórza? Zapraszały od dawna: podejdź bliżej, dotknij. Nie zastanawiając się dłużej, pchnęłam mokre drzwi hotelu. Z pobliskiego gaju dobiegał ogłuszający śpiew ptaków. Przez strzępy wilgotnej mgły prześwitywało błękitne niebo i morze. Chyba przesadzam z tym strachem, wystarczy się wspiąć, pomyślałam. Wybierałam drogę, tak by nie tracić z oczu morza i wybrzeża. Pragnieniem było, żeby dogonić człowieka, ale nie znajdowałam śladów. W białych kościółkach położonych na szczytach skał tylko tłoczyły się białe świece i ikony. Między skałami rosły drzewa i krzewy pokryte białym kwieciem. Ślizgając się po zboczu, dotarłam do najbardziej wysuniętego w morze. Wokół panowała cisza. Nie odbiłam się od klasztornych drzwi, odwrotnie zakonnica potraktowała mnie jak niewidomą na przejściu dla pieszych i pozwoliła odpocząć. Słuchałam jej powitalnych słów nieco oszołomiona. Bądź wola, Twoja Panie, wyszeptała. Czemu chodzisz sama? Pytając, uśmiechnęła się serdecznie. Była to pierwsza piękna rzecz, jakiej dane było mi doświadczyć tego dnia. Trafiłam do miejsca, którego nikt nie odwiedza, gdzie wskazówki zastygły w oczekiwaniu na coś, czego do końca nie pojmowałam. Nie wiem, czemu zakonnice skojarzyły mi się z krukami, przecież doświadczyłam od nich wielu dowodów życzliwości i gościnności. Biła od nich jakaś boskość. Usiadłyśmy na płaskiej skale nad samą wodą, chłodne wino z wodą gasiło pragnienie. Smak suszonych ryb i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych