SZPITALNE ZBORDNIE- Rozdział 1
19-letnia Amelia w ramach prac społecznych, które dostaje za niewielkie wykroczenie drogowe, musi pracować w szpitalu w którym dochodzi do pewnego wypadku:)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
A wszystko układało się tak idealnie. Po prostu perfekcyjnie. Zdałam rozszerzoną maturę z polskiego, historii i angielskiego. Jakimś cudem przebrnęłam nawet przez biologie. I kiedy już stwierdziłam, że mam niesamowitego farta okazało się, że jest on jeszcze większy niż myślałam, bo dostałam się na wydział psychologii na moim ukochanym, wymarzonym Uniwersytecie Jagiellońskim. Dzień po tym jak się o tym dowiedziałam nie mogłam ruszyć się z łóżka na krok, ponieważ leczyłam naprawdę ogromnego megakaca.. Ale mimo tego, że moja głowa pękała za każdym razem, kiedy nią ruszyłam a żołądek wywijał jedno salto za drugim to czułam się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ale w końcu, kto by się nie czuł? Moje życie zostało zaplanowane i ułożone na najbliższe pięć lat, co oznaczało definitywny koniec martwienia się o swoją przyszłość. Zero niepotrzebnych stresów, które wprowadziły mnie w ten uporczywy nałóg pochłaniania niezliczonych ilości czekolady. Po prostu spokój na żołądku, sercu i wątrobie. Ale najlepsze z tego wszystkiego było to, że kiedy się o tym wszystkim dowiedziałam był koniec lipca, co oznaczało, że czeka mnie dwa miesiące totalnego luzu i słodkiego lenistwa. I właśnie te dwa miesiące zaplanowałam sobie bardzo dokładnie. Za dnia miałam zamiar oglądać telewizor ze skrzynką malinowego freeqa przy łóżku a wieczorem wychodzić gdzieś z przyjaciółmi, wracać o czwartej nad ranem, a potem wylegiwać się w chłodnej pierzynce do drugiej popołudniu. Chyba właśnie w takich chwilach dochodzi się do wniosku, że zwrot niebo na ziemi nie jest tak naprawdę totalnym idiotyzmem. Ani propagandowym hasłem optymistów, którzy zapewniają, że całodobowe uśmiechanie się zapewni nam właśnie rzeczone niebo na ziemi. Ale teraz dochodzę do wniosku, że w świeci musi panować jakaś równowaga. No wiecie. Każdy musi mieć i wady i zalety. Na świcie istnieją ludzie mieszkający w kartonach i ci, którzy używają pieniędzy do podsycania ognia w swoim złotym, ozdobionym dziesięciokaratowymi diamentami kominku. Dlatego skoro przytrafiło mi się nagle tyle szczęścia powinno być dla mnie oczywiste to, że wkrótce przydarzą mi się rzeczy mniej przyjemne. Długo czekać nie musiałam. Nie zdążyłam się nawet nacieszyć moją nieograniczoną wolnością. No, więc pewnego dnia, kiedy jechałam dwupasmówką do Gniezna do mojej koleżanki przypomniałam sobie, że nie wyłączyłam żelazka w domu a moi rodzice mieli wrócić dopiero za parę godzin. Przed oczami natychmiast stanął mi obraz mojego kochanego domu w płomieniach i kiedy jeszcze wyobraziłam sobie jak ogromne języki ognia trawią mój śliczny ogródek wpadłam w panikę. Chyba każdy by wpadła prawda? Zwłaszcza, że byłam już wtedy dobre 15 kilometrów od domu i definitywnie nie miałam czasu zastanawiać się nad znakami. Wykonałam, więc bardzo szybki manewr obrócenia samochodu o 180 stopni. Ale nie zrobiłam tego bezmyślnie. Poważnie. Rozejrzałam się najpierw czy nie ma w około żadnych samochodów, bo było to raczej niebezpieczne posunięcie, jako, że jechałam około 100 kilometrów na godzinę. Ale ja naprawdę potrafię robić takie rzeczy. Prawo jazdy, co prawda zrobiłam dopiero rok temu, ale od dziesiątego roku życia mój własny dziadek sadzał mnie za kierownicą i jeździł ze mną po polach. Przed to parę lat musiałam się naprawdę dużo nauczyć w tym wielu takich zgrabnych trików jak obrót samochodu o 180 stopni na pełnym gazie. I nawiasem mówiąc wychodzą mi one bardzo zgrabnie. Ale policjantom się chyba nie podobają... Przynajmniej ci, którzy akurat stali na poboczu byli lekko wkurzeni. No może lekko to eufemizm, ponieważ jeden z policjantów( a było ich dwóch) podszedł do mnie, gdy już się zatrzymałam wyraźnie na ich rozkaz i spytał: - Ile ty masz do cholery lat? Na co dość uprzejmie odpowiedziałam: - Dziewiętnaście Ale i tak już wiedziałam, że mam delikatnie mówiąc przechlapane. I tym bardziej upewniłam się w tym, kiedy rzeczony policjant wrzasnął: - Dokumenty, poproszę! To poproszę zdecydowanie tam nie pasowało. Ale najzabawniejsze było to, że kiedy spisywał wszystkie moje dane cały czas mruczał pod nosem jakieś przekleństwa i zdanka w stylu: dziewczyna i taka głupia. Co jest jawnym seksizmem, bo kto do choinki powiedział, że dziewczyna musi być rozsądna? Ale wiecie, wolałam się już nie odzywać. Nie, kiedy moje prawo jazdy wisiało na włosku. - Czy ty wiesz- odezwał się po chwili policjant już trochę spokojniej-, że mógłbym ci wlepić mandat na sumę, której nie potrafisz sobie nawet wyobrazić? Nic nie odpowiedziałam tylko z trudem przełknęłam ślinę. - I oczywiście w tempie natychmiastowym pozbawić cię możliwości prowadzenia jakiegokolwiek wozu na dłużej nie określony czas? Na to też nie byłam w stanie odpowiedzieć. - Co ty sobie do diaska myślałaś? No to mu wytłumaczyłam, że przypomniało mi się o żelazku w domu. Jakoś jednak nie sądzę żeby to do niego przemówiło. A powinno. Po jakimś starym zgredzie nie specjalnie spodziewałabym się zrozumienia, ale po facecie koło trzydziestki jak najbardziej. Chociaż właściwie, co za różnica? No może taka, że jest jakaś szansa, że na trzydziestolatka zadziała trzepotanie rzęsami i smutne oczka, co oczywiście natychmiastowo zastosowałam. Szczerze jednak wątpię czy to mój urok osobisty wywołał późniejszą reakcje policjanta, który cały zadowolony z siebie powiedział: - Wiem. Nie wypisze ci mandatu i nie wezmę prawo jazdy, ale odkupisz swoją winę w pracach społecznych. I tak o to wylądowałam tu: W niedawno wybudowanym szpitalu na ulicy Królowej Jadwigi koło AWF-u., Ale wcale nie zamiatam korytarza jak pewnie sobie myślicie. Nie pracuję też w recepcji. O nie, co to, to nie. Zostałam wykorzystana do prowadzenia karetki. I to wcale nie jest zabawne, ponieważ nie mam ustalonych godzin pracy i z mojego domu na drugim końcu Poznania, który nawiasem mówiąc się nie spalił musiałam się wyprowadzić do niewielkiego pokoiku z łazienką, który znajduje się w najwyższej części szpitala. I tak o to zamiast wakacji mam zapewniony miesiąc pracy, za którą nie dostanę ani złotówki. Życie jest piękne prawda? Swoją drogą nie wiem, dlaczego wspominam to wszystko teraz, kiedy pani doktor Ignatiewna została postrzelona przez jakiegoś bandytę. Stało się to jakieś dziesięć minut temu, kiedy to usłyszałam krzyk wyraźnie dochodzący z sali 306. Kiedy byłam w połowie drogi usłyszałam strzał i huk, z jakim ciało upada na podłogę. Wbiegłam do pokoju a jakiś zamaskowany człowiek właśnie wyskakiwał przez okno. Zaraz za mną do pokoju wparował cały tłum lekarzy, pielęgniarek i pacjentów, którzy akurat przechadzali się obok. I mówię wam, że sprawa wygląda nieciekawie. Stoję i patrzę jak lekarze zajmują się naszą bardzo miłą panią doktor, która z pochodzenia jest Rosjanką i dochodzę do wniosku, że ten bandzior wiedział gdzie celować, ponieważ cała podłoga sali 306 jest już w tym momencie zalana krwią pani doktor. Dziwicie się, dlaczego nie mdleję krzyczę czy panikuję? No cóż pracuję już tu dwa tygodnie i przez te 14 dni zdążyłam zobaczyć nie jedno. I wierzcie mi kałuże krwi na 12 metrów kwadratowych to zdaje się w zawodzie lekarza ratunkowego normalka. Jestem totalnie uodporniona na widok krwi, chociaż jeszcze dwa tygodnie temu, kiedy szłam do pobrania krwi zaciskałam mocno oczy by nie widzieć tego, czym zajmuje się pielęgniarka. To się chyba nazywa terapia wstrząsowa. - Zabieramy ją stąd!- wrzeszczy jakiś lekarz, którego w ogóle nie kojarzę - Czy ktoś, do kurwy nędzy wezwał policje?- również nieznany mi sanitariusz krzyczy w stronę tłumu gapiów składającego się z pacjentów, którzy raczej nie posiadają komórek, i mnie. Prędko, więc wyciągam swoją i dzwonie pod 997: - Halo? Policja? Chciałabym zgłosić napad z bronią w ręku na lekarkę na terenie szpitala tego koło AWF-u. - Na terenie szpitala?- Słyszę dość niemiły głos kobiety, która odebrała telefon - Dokładnie tak. - A jakim cudem człowiek z bronią znalazł się na terenie szpitala?- piszczy kobieta, która najwyraźniej ma problemy z głosem - Wszedł drzwiami?- odpowiadam nieco skonsternowana no, bo o to prawie u moich stóp wykrwawia się kobieta, która jeszcze 3 dni temu uczyła mnie jak opanowywać stres w sytuacjach kryzysowych. Myślę, że to jest zdecydowanie sytuacja kryzysowa. - Posłuchaj ty przemądrzała pannico, lepiej się ze mnie nie naśmiewaj, bo pożałujesz.- kobieta piszczy nie zbyt miło najwyraźniej mi grożąc jednak ja nie zwracam na to najmniejszej uwagi - Może przysłać tu pani funkcjonariuszy policyjnych by zbadali okoliczności zbrodni? - To się zobaczy!- słyszę trzask słuchawki i po chwili zamiast kobiety odzywa się głuchy sygnał. Lekarza wnoszą panią doktor na nosze i wyjeżdżają z sali w tempie ekspresowym. Za nimi rusza cała ekipa innych lekarzy i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil luminka
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…