Tam dopiero będzie zabawa
Trochę alegoryczne, trochę religijne, ale na pewno fantastyczne.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Radosław Tomala
Tam dopiero będzie zabawa
Właściwie wszystko zaczęło się, gdy od starej cyganki zakupiłem talię kart. Handlarka nie chciała za nią wiele; dokładnie już teraz nie pamiętam, ale było to chyba jakieś pięć, może sześć złotych. Niewiele, jak na pełną, składającą się z pięćdziesięciu dwóch plastykowanych kart do gry, talię, którą dla pewności obejrzałem dokładnie w poszukiwaniu słynnej frazy made in China. Jednakże żadnej informacji świadczącej, że produkt pochodzi właśnie z tego kraju nie znalazłem. W ogóle na opakowaniu nic nie pisało. Żadnej wiadomości o producencie, żadnego logo i, co najdziwniejsze, nie było napisane nawet, że są to karty do gry! Nie wiem, może powinienem wtedy uciec jak najdalej od stoiska, zostawić tę przeklętą cygankę, by szukała innego jelenia, ale jakoś nie mogłem. To znaczy nie chciałem tych kart, tylko one same pchały mi się do rąk. O Boże, przecież ja nawet nie wiedziałem, jak się w to gra. Z tego, co pamiętam, ostatni raz hazardowaliśmy z bratem w pokera o cukierki przed blisko dwudziestoma laty. Wpatrywałem się dobre pięć minut w obraz kłusującej na centaurze nagiej wojowniczki, który umieszczony był z obu stron pudełka, nim powiedziałem, że kupuję karty. Byłem zauroczony tym widokiem do tego stopnia, że już sam nie wiedziałem, ile zapłaciłem cygance. Na pewno nie pięć ani sześć złotych. W każdym bądź razie do domu wróciłem z mętlikiem w głowie i pustym portfelem. Miałem za to talię pięćdziesięciu dwóch pięknie zdobionych kart. Okazało się jednak, że takie cudowne były tylko z pozoru. W starej kamienicy, która ostała się niejednym pożarom i zniszczeniom, mieszkałem z dwoma kotami i szczurem Syriuszem. Jak zwykle po przyjściu z pracy kotom nalałem mleka, a do klatki szczura wrzuciłem kilka kawałków marketowej wędliny. Sam zaś przemyłem twarz w zlewie zimną, wręcz lodowatą wodą i wypiłem setkę żubrówki. Potem rozebrałem się do pasa i poszedłem się położyć. Leżąc na łóżku dokładnie opatuliłem się w wełniany koc. Pora była już późno jesienna, z każdym dniem robiło się coraz chłodniej i wietrzniej. Zimne powietrze wciskało się przez szpary w oknach, dosyć mocno obniżając panującą w kamienicy temperaturę. Naprawdę nie znosiłem takiej pogody, ale jednocześnie starałem się jak najbardziej oszczędzać na węglu. Zawód kotłowego w jednej z po peerelowskich fabryk nie przynosił dużego dochodu, a węgiel z roku na rok był coraz droższy. Tej zimy zacznę chyba palić dopiero, gdy temperatura w domu spadnie do kilku stopni powyżej zera. Zatarłem ręce i z sekretarzyka wyciągnąłem stalowy scyzoryk, którym zerwałem folię powlekającą pudełko kart. Teraz obraz wywarł na mnie jeszcze większe wrażenie: kolory były żywsze, a sama postać wojowniczki zrobiła się tak realna, że przez chwilę myślałem, że wpadnie do pokoju na swoim centaurze i przekuje mnie swoją długą włócznią. - Głupek – pohamowałem szybko moją bujną wyobraźnię i wysunąłem z pudełka plik pięćdziesięciu dwu kart. Obracałem je w dłoniach uważnie oglądając. Każda z nich była niezwykle ilustrowana, zarówno pod względem szczegółowości jak i pełnego fantasmagorii wizerunku. I tak walet ubrany był w barwny strój przypominający ten z komedii dell'arte; nosił na głowie przyozdabiany świecidełkami beret, a twarz zakrytą miał czarną maską z dwoma wyciętymi otworami na oczy. Dama z kolei była uzbrojoną we włócznię, nieustraszoną wojowniczką, tą samą, która widniała na pudełku. Schowałem kartę szybko na spód talii i aż jęknąłem, gdy zobaczyłem króla. Nie był to typowy, siedzący na tronie władca przybrany w drogi płaszcz i złotą koronę. Obraz przedstawiał zwłoki zarośniętego księdza, którego martwe ciało sznurem przywiązane było do drewnianej belki. Mężczyzna miał przekrwione oczy i wywalony na wierzch język, o zgniłozielonym kolorze. Zakryłem raptownie usta dłonią, ale na szczęście nie zwymiotowałem. Poczułem za to mocny zawrót głowy; karty wypadły mi z rąk i poleciały gdzieś pod łóżko. Nim mnie zamroczyło, zobaczyłem, jak po podłodze potoczyła się metalicznie srebrna figura asa z namalowanym na środku białym znakiem zapytania.
***
Obudziły mnie ciepłe krople wody, uderzające w moje czoło. Podrapałem się paznokciami po karku, gdzie wyskoczyła świerzbiąca krosta i otworzyłem oczy. Pierwsze, co zobaczyłem, to siedzącego mi na ręku komara. Wymierzyłem mocnego chlasta i zmiażdżyłem owada do małej plamki krwi. Dopiero wtedy doszło do mnie, gdzie się naprawdę znajduję. Leżałem na małej leśnej polanie, rozebrany do pasa, bez butów, tylko w grubych wełnianych skarpetach. Zdjąłem je szybko, bo było naprawdę gorąco. Ale zaraz. Przecież jest już prawie zima, powinno być nie więcej niż dziesięć stopni, a tymczasem… - Gdzie ja w ogóle jestem? – zadałem sobie pytanie. Na niebie przetaczała się nawisła chmura, z której przed chwilą spadło na mnie kilka ciepłych, jakby majowych kropel deszczu. Nad lasem rozciągały się wesołe trele skowronka. A więc jest wiosna lub lato – oceniłem. Energicznie przeskoczyłem przez zarośla, oczywiście zapominając, że mam bose stopy. Cicho jęknąłem i złapałem się ręką za nogę. Po pięcie spłynęła strużka krwi i zaczęła skapywać na ściółkę. Na palcach poszedłem dalej, przez gęste i niekończące się chaszcze w poszukiwaniu drogi czy jakichkolwiek śladów cywilizacji. W pewnych momencie usłyszałem dochodzący z niedaleka szum. Czym prędzej pobiegłem w stronę, z której dochodził, nie zważając wcale na nie zagojoną ranę. Kiedy wyszedłem zza listowia ujrzałem szemrzący strumień i stojącą na jego brzegu nagą kobietę. Jak oceniłem, miała nie więcej niż dwadzieścia lat, ponętne ciało i rozwiane włosy, w które wetknięte były polne kwiaty. Zauroczony wpatrywałem się w nią tak długo, aż sama odwróciła się w moją stronę. Nie wyglądała jednak na zaskoczoną. - Kim jesteś? – zapytała pokazując mi siebie w całej okazałości. Język zaczął mi się plątać i nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. W ogóle w głowie miałem taki galimatias, że chyba na dobre straciłem umiejętność logicznego myślenia. - Eee… obudziłem się na polanie… tu niedaleko… i… eee… - Ech, mężczyzna – powiedziała łagodnie i trąciła mnie w brodę. – Chodź, pokażę ci coś. Pobłądziliśmy przez las. Chciałem nawiązać jakąś rozmowę, ale nawet, gdy emocje trochę opadły, nadal brakowało mi elokwentności. Z pomocą przyszła jednak moja towarzyszka, która nagle oznajmiła: - Jesteśmy na miejscu. Było to o tyle dziwne, że wśród nas nadal nie znajdowało się absolutnie nic innego, jak tylko gęsto rosnące drzewa, niczym niewyróżniające się spośród innych. - Przecież tu nic nie ma – zauważyłem. - Czyżby? Rozejrzałem się raz jeszcze, dookoła. - Na pewno – potwierdziłem. Moja towarzyszka schyliła się i tuż przy moich stopach…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Radek123
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…