Wróć do katalogu

Teatr Wyobraźni

Gary lubi być nikim. Lubi ich obserwować. Lecz kiedy zdaje sobie sprawę, że sam jest przez kogoś obserwowany, postanawia zmierzyć się z tym koszmarem raz na zawsze.

Methrylis, opublikowano , 30 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Zaciemnioną, zmoczoną anonimowością ulicą szedł człowiek pozbawiony wyobraźni. Noc nadeszła niespodziewanie, podpisawszy wcześniej tajemniczy pakt. Pakt polegający na związaniu się z ciężkimi, granatowo-szarymi chmurami, zalewając świat przedwczesną ciemnością, wdzierając się nawet w najmniejsze dziury i najjaśniejsze pokoje. Rozlały się więc gwiazdy, niedane jednak było ujrzeć ich migoczący blask, albowiem otulone zostały gładkim, delikatnym całunem. A potem runęła kurtyna. Prosto z samej góry; mokra, zimna, opadająca z cichym, kojącym pluśnięciem na dachy, chodniki i ludzi, którzy pod tą kurtyną, stawali się nikim. Deszcz ofiarowywał nadzwyczajny komfort. Komfort anonimowości. Kim bowiem są ci wszyscy ludzie pospiesznie przemykający chodnikami, by jak najszybciej uchronić się przed ulewą w cichych i ciepłych czterech ścianach? Ot, jedynie nic nieznaczącymi szarymi, lekko rozmazanymi sylwetkami. Każdy wyglądał tak samo, tak samo biegał, tak samo był ubrany, tak samo mokry, tak samo zwyczajny. Ze wszystkich jednakowo deszcz zmywał ich jestestwo, ukazując tę brzydką wewnętrzną powłokę: trupiobladą, cienką, brudną. Wszyscy jednakowo stawali się nikim. Ot, taka wygoda zniknięcia na chwilę z tego świata pełnego konkretów i dosłowności. Tak więc dzień został zalany przez noc tańczącą w strugach deszczu. Przez te niekończące się strumienie, smagające boleśnie w policzki, przedzierał się jeszcze jeden nikt. Było ich kilku w pobliżu, ale ten jeden nigdzie się nie spieszył. Nie umykał nerwowo i lękliwie przed deszczem, nie narzekał, nie wyklinał na pogodę. Po prostu szedł. I napawał się spokojem dawanym przez płaszczyk deszczu oraz brak wyobraźni. Po co myśleć w nadmiarze? Po co cokolwiek sobie wyobrażać? Łatwo jest oderwać się od ziemi i odlecieć, ale znacznie trudniej jest wrócić. A kim jest nikt oderwany od rzeczywistości? Ktoś taki wtedy staje się kimś i to wydawałoby się dobre, gdyby nie to, że ludzie nie lubią odskoków od normy. A ktoś w tłumie pełnym nikogo jest wyrzutkiem, odmieńcem. Najprościej być nikim. Wystarczy iść tą samą udeptaną ścieżką co inni i pozwolić być niezauważalnym wśród milionów gapiów. Większość twierdzi, że to złe, że trzeba się wyróżniać i sprawić, by świat nie zapomniał naszego imienia. Ale człowiek bez wyobraźni był zupełnie innego zdania. Lubił być nikim. A kimś stawał się dopiero wtedy, kiedy ciemność i niepewność otoczenia chroniła go przed nicością świata. Zamykał się w swoich czterech ścianach i wtedy stawał się kimś. I właśnie dlatego ten człowiek ukrywał swoje nadzwyczajne i w pełni świadome „ja” — bo tłum nikogo mógłby nie przyjąć go dobrze. Choć lejący deszcz był kojący i Gary zawsze lubił przechadzać się w jego strugach, tak mimowolnie poczuł ulgę, kiedy znalazł się w wilgotnym, cuchnącym dymem i zepsutym mięsem korytarzyku. Potrząsnął gwałtownie głową, by strzepać z włosów zbyt nachalne krople deszczu, odwiesił też swój przemoczony płaszcz, ściągnął buty i z leniwym spokojem ruszył ku pogrążonemu w mroku salonowi. Nie było potrzeby zapalać światła, rozpraszało go. Poza tym światło było jedną z ulubionych „rzeczy” nikogo: całe hordy szarych, obdartych z fałszywego jestestwa ludzi kąpało się w łagodnym, ciepłym blasku. I widziało. I patrzyło. A światło im w tym pomagało. Tego właśnie Gary bardzo by nie chciał, dlatego tak ukochał sobie mrok. Bał się, że ktoś mógłby dostrzec, iż nagle stał się kimś. On, człowiek pozbawiony wyobraźni. Szaro-granatowy pył nocy rozsypał się po całym salonie, otulając swoim delikatnym puchem ściany, sufit, lampy, meble. Gary widział, jak ta rozproszona ciemność tańczy w smudze światła latarni wpadającego przez okno. Gdy tylko Gary wszedł do pokoju, natychmiast poczuł się otulony tym chłodnym pyłkiem. Pragnął się nim rozkoszować, nawdychać, naćpać się tą ciemnością, lecz nie mógł. Do tego potrzebował spokoju, którego najwyraźniej niedane było mu zaznać. Zaskoczyła go. Zawsze go zaskakiwała, mimo że widywał ją stosunkowo często. A jednak zdziwił się szczerze na jej widok, a następnie zezłościł. Nic jednak nie mógł zrobić: ani postraszyć, ani uderzyć. Nawet prośby i błagania nic nie dawały. Gary próbował tego miliony razy, a jednak wciąż ją widywał. Tak jak tamtego dnia. — Odejdź stąd — powiedział twardo, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że to nic nie da. Miał rację. Kobieta nawet nie drgnęła. Wyglądała tak, jak zawsze: ot, rzeźba wykonana z wosku; zimna, martwa, choć nienaturalnie wręcz podobna do pierwowzoru. I tym w istocie była jego towarzyszka. Tak się też zachowywała: nawet nie drgnęła na prośbę Gary’ego. Nie mrugnęła, nie westchnęła, nie skrzywiła się nawet. Wciąż się zaś uśmiechała. Delikatnie. Radośnie. Dręcząco. I jedynie przechyliła lekko głowę, kiedy Gary minął ją bez słowa i stanął przy oknie, wpatrując się w połacie ciemności przecinanej okrutnie przez żółtawe pasy świateł. — Nie chcę cię tutaj. — Nie spodziewał się, że jego słowa cokolwiek dadzą, lecz Gary poczuł nagłą potrzebę mówienia. Nawet jeśli miałby to być monolog, a tak właśnie zazwyczaj bywało. Ta dama zawsze była oszczędna w słowach. — Nic nie osiągniesz, przychodząc tu każdej nocy. Nic ci już nie pomoże. Na pewno nie ja. Ten przeklęty, makabryczny uśmiech! Taki łagodny! Taki słodki! Bezczelnie wykrzykujący wszystko to, co dobre. Wszystko to, o czym Gary nie chciał słyszeć. I choć nienawidził jej z całej siły, nie potrafił się powstrzymać, by się nie odwrócić. Po chwili więc opierał się o parapet zabrudzony dziesiątkami petów i przyglądał się tej, która wtargnęła do jego domu, tym samym spełniając cząstkę najgorszego koszmaru. Oglądał ją dziesiątki razy, znał każdy szczegół jej twarzy, każde choćby najmniejsze zgniecenie na jasnoniebieskiej, długiej, prostej sukni. Wydawało mu się nawet, że dostrzegał każdy włos osobno i wzdrygał się, kiedy kilka brązowych kosmyków sterczało w różne strony, zupełnie jakby kobieta dopiero podniosła głowę z poduszki po nieprzespanej nocy. Ale oczy i uśmiech cały czas pozostawały te same. Pogodne. Łagodne. Pełne wybaczenia. Tego właśnie Gary nienawidził w niej najbardziej. A jednak coś musiało się zmienić, Gary dopiero po dłuższej chwili to zauważył. Zadrżał silniej, kiedy zaczął zdawać sobie sprawę ze zmiany, jaka zaszła w jego nachalnej towarzyszce. — Widzę, że czujesz się lepiej. — Ten beznamiętny ton miał ciąć jak najostrzejsza żyletka. A jednak to Gary’ego pocięto gniewem, jaki w nim kipiał na widok tego uśmiechu. I tych oczu. Zielono-szaro-niebeskich. Nienaturalnie małych. Błyszczących, okolonych długimi czarnymi rzęsami. Doskonale pamiętał, że ostatnimi czasy N. wyglądała dość… niewyraźnie. Blada, wręcz szarawa skóra ledwie na niej wisiała, a i oczy nie błyszczały tak jak jeszcze kilka tygodni temu. Tylko uśmiech pozostawał ten sam. Ale on był woskowy. Wtopiony w tę nieskazitelną twarz, by nigdy miał z niej nie zejść i by dręczył Gary’ego aż do ostatku dni. Więc czy to możliwe, by kobieta zbierała się po swojej cudownej chorobie? Gary poczuł ukłucie lęku, a i niewiele brakowało, by ogarnęła go panika. Mimo to zdołał jakoś opanować drżenie rąk, więc podniósł głowę i objął N. stalowym wzrokiem, starając się dostrzec wszystkie różnice. Coś jednak przeszkadzało mu w skupieniu, przez co jakimś cudem nie potrafił ogarnąć wszystkich zmian, jakie w niej zaszły; jedno spostrzeżenie natychmiast wypierało drugie, nie dając się połączyć w całość. Niemniej jednak wniosek był jeden: ta kobieta, jego największa udręka, wyglądała… coraz piękniej. Gary nigdy nie umiał zakochiwać się w cudzym pięknie, tym razem wprost nie mógł tego zignorować. Nigdy wcześniej tego nie zauważył, ponieważ trawiąca ją choroba sprytnie to maskowała. A teraz… teraz… Teraz była pełna życia. Gary nie potrafił tego inaczej określić, choć zdawał sobie sprawę, jak absurdalnie to brzmiało. Wampirzyca. Piękna, zdrowa. Silna. Wiecznie uśmiechnięta. Wiecznie, to dobre słowo. Czyż bowiem wampiry nie są nieśmiertelne? Gary’ego zaś jego śmiertelność zżerała niczym robaki zaschłe truchło. Tak jakby choroba tej kobiety przeszła na niego. Wampirzyca. Ta, która wysysa z niego duszę. Energię. Zmysły. Życie.

Gary był psychologiem, a miano to napawało go niewymowną dumą. Wprawdzie nie posiadał odpowiednich papierów i nie skończył właściwych studiów, ba!, nawet szkołę rzucił w wieku kilkunastu lat, nigdy później jej nie skończywszy. A jednak rzeczywiście był psychologiem i nie dało się temu zaprzeczyć. Bo któż to taki? Nikt inny, jak lekarz. I może Gary nie znał się na śledzionach, aortach i innych tego typu medycznych bzdurach, a jednak uleczał. Uleczał zatrute chorobą dusze i mógł się pochwalić stuprocentową uleczalnością. Mógł, ale nigdy tego nie robił. Domyślał się, co by ludzie o nim powiedzieli. Zwymyślaliby go, a może nawet oskarżyli, przez co już nigdy więcej nie mógłby nikomu pomóc. A tymczasem trzymał się swojego bezpiecznego pobocza, dzięki czemu trafiali do niego tylko ci, którzy desperacko potrzebowali pomocy. A on im jej udzielał. Nie był jednak Bogiem ani cudotwórcą i nie potrafił uleczyć każdego przypadku. Dlatego właśnie przed laty zdecydował, że najlepiej wybrać sobie konkretną profesję. To zaś było bardzo proste, od zawsze bowiem gardził samobójcami. A może nie nimi samymi, ale tym, jak odrzucali od siebie życie. Tym, jak na siłę wywlekali swoje rzekomo wielkie i przygniatające problemy. Tym, jak opowiadali, że ich miłość ich zostawiła, że zbankrutowali, że się zhańbili. Gary z trudem się powstrzymywał przed tym, by ich nie wyśmiać i nie wykrzyczeć, że teraz te „problemy”, które ich niemal nie zabiły, za dwadzieścia lat będą uznawali za błahostki. Na szczęście tego nie robił, tak bowiem mógłby bowiem postąpić zwykły śmiertelnik. A on nim nie był. On był psychologiem. Zaskakująco łatwo szło mu udawanie empatycznego i spokojnego przyjaciela, którego odnajdowały w nim pacjentki (w dwunastu przypadkach na trzynaście pacjentami były kobiety). Początkowo obawiał się, że być może nie podoła i ktoś zarzuci mu, że jego współczucie jest sztuczne, a rady nieszczere. Nic takiego się jednak nie działo, a Gary z każdą kolejną sesją stawał się coraz pewniejszy siebie. Cały czas za to stawiał na terapie praktyczne. Rozmowy nigdy nie przychodziły mu łatwo, dlatego starał się jak mógł unikać dłuższych przemów. Najczęściej to one mówiły, on zaś słuchał i dawał znać, że doskonale je rozumie. Potem zapraszał na terapie. Praktyczne, czyli takie, które miały doprowadzić do ostatecznego uleczenia. A czymże ono było? Przywróceniem pragnienia życia. Na szczęście Gary postawił na właściwą kartę, bo jego nowatorska terapia działała w calutkich stu procentach. W każdej z osób, które miały myśli samobójcze, zakwitła gwałtowna, niemal rozpaczliwa chęć życia i korzystania z tego daru tak, jak nigdy wcześniej. Tak, działało zawsze: u Betty, Eileen, Mary, Nancy, Octavii, Kreyi, Mirabell i kilku innych. Co się działo potem? Gary już nigdy ich nie widział. Ale cóż, wcale tego nie oczekiwał; jego zadanie zostało wykonane i tylko to się liczyło. Gary już nigdy ich nie widział. Z prawie wszystkimi nie miał już później żadnego kontaktu. Prawie. Ale ona musiała być inna. Szlag by to trafił: ilekroć Gary wspominał dzień, w którym pierwszy raz ją ujrzał, pragnął jedynie cofnąć się w czasie i zatrzasnąć jej drzwi przed nosem, by nigdy nie wpuścić ani do domu, ani tym bardziej do swojego życia. Byłby spokojniejszy. I nic złego by się nie stało: on dalej prowadziłby swoje sekretne praktyki i dalej uleczałby swoje niedoszłe samobójczynie. Taki porządek świata był idealny, lecz został zburzony w dniu, kiedy do Gary’ego zgłosiła się Nancy Houghton. Nie było w niej nic interesującego, absolutnie nic. Średniego wzrostu szatynka o szaro-niebiesko-zielonych oczach, nienaturalnie małych, przez co z daleka wyglądała jak kosmitka. Przyszła razem z koleżanką: jakże by inaczej. W końcu który szanujący się przyszły samobójca przyszedłby na terapię z własnej woli? Nancy jednak było wszystko jedno, dlatego się zgodziła. Gary’emu także było wszystko jednego, więc postanowił ją przyjąć. Och, jakże tego teraz żałował. Na początku nic nie wskazywało na to, że Nancy sprawi mu tyle problemów. Jako pacjentka była bowiem… nudna. Nudna, nijaka, niewyróżniająca się absolutnie niczym. Także powód jej myśli samobójczych nie zwalał z nóg swoją oryginalnością. Wszystko bowiem zaczęło się siedem lat temu, kiedy ojciec zaczął ją gwałcić. Wylali go z roboty, więc musiał się na kimś wyżyć. Padło na małą Nancy, a matka patrzyła na wszystko przez palce, co bolało dziewczynę jeszcze bardziej niż sam gwałt. Gary perfekcyjnie przyszył sobie maskę kamiennej twarzy, dlatego udawał skupionego, w rzeczywistości gardząc tym tak zwyczajnym powodem. Poza tym wydawało mu się, że jakaś jeszcze pacjentka przyszła do niego z tym samym powodem. Gary ledwie się powstrzymywał od zapytania, czy to naprawdę aż tak straszne i godne samej śmierci, ale wiedział, że tak wielką nieostrożnością mógłby się bardzo narazić. Słuchał więc tej nudnej, zranionej Nancy, by następnie obdarować ją tak samo nudnymi radami. A potem była terapia, na którą dziewczyna zgodziła się zaskakująco szybko. Cóż, nadal było jej wszystko jedno, ale najwyraźniej Gary ze swoim ciepłym, opanowanym głosem i mądrymi, delikatnymi radami wszczepił w nią zalążek nadziei. Zalążek myśli, że może jednak nie była bezwartościowa. Ale była. Z tym że tego Gary powiedzieć nie mógł. Najważniejsza jednak była druga część terapii. Gary nigdy nie radził sobie dobrze z dłuższymi przemowami; był człowiekiem czynu. Wobec tego leczenie przez odpowiednie praktyki sprawdzało się najlepiej. Cóż, sam przed sobą mógł przyznać, że jego sposoby były bardzo… kontrowersyjne. Ale działały. I każda pacjentka została wyleczona. I żadnej potem nie widział. Tylko ta jedna została. Tylko Nancy postanowiła do niego wrócić. Po co? Nie wiedział. Bał się dowiedzieć.

Zaskoczyła go. Zawsze go zaskakiwała, mimo że widywał ją stosunkowo często. A jednak zdziwił się szczerze na jej widok, a następnie zezłościł. Nic jednak nie mógł zrobić: ani postraszyć, ani uderzyć. Nawet prośby i błagania nic nie dawały. Gary próbował tego miliony razy, a jednak wciąż ją widywał. Czasami sobie nawet myślał, że co z niego za psycholog, skoro nie potrafił się pozbyć jednej natrętnej kobiety? Gdyby to była jakakolwiek inna, pewnie by siłą wypchnął ją za drzwi. Może by nawet uderzył; mimo swojej samozwańczej profesji zawsze miał problemy z zapanowaniem nad agresją. Nancy jednak była inna. Gary starał się przypomnieć, kiedy tak bardzo się zmieniła. Po terapii, to zrozumiałe, ale… jak to możliwe, że wracała? Tego za nic nie potrafił zrozumieć. I właśnie dlatego musiał się z nią męczyć, nie mogąc tknąć jej nawet palcem. Musiał ją znosić. I panikować, że z każdym dniem wyglądała coraz zdrowiej. Kiedy następnego dnia podniósł się z niewygodnej kanapy po niezbyt przyjemnej drzemce, przeraził się, kiedy znowu ją zobaczył. Stała w rogu, w tej samej błękitnej…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych