Wróć do katalogu

Ten lepszy odcień szarości

Kolej ludzkiej strony.

biryta, opublikowano , 16 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Czarna noc oplatała świat, gdy musiałam zwlec się z łóżka. Nie ma co narzekać, taki fach. Kukułka z zegara oznajmiła, że wybiła 4 rano. Cały dom spał: dzieciaki wtulone w poduszki, Krzysiek wożący koks przez sen, każde w swojej krainie snów. Tylko coś mojego kocura Miszę nosiło z kąta w kąt. Torba dyndała na poręczy krzesła (znów ważyła z 10 kilogramów), tuż obok wisiał odprasowany służbowy strój. Trzeba coś wrzucić na ruszt, bo na głodniaka nie da się pracować. W lodówce jak zwykle panował sajgon, mleko z mięsem, czekolada z gołąbkami. Posiliwszy się nieco doprowadziłam się do porządku, przebrałam w mundur, podrapałam kota za uchem i raz jeszcze zajrzałam do pokoju dzieciaków. – Mamuś… – odezwał się zaspany głosik. – Co Anula? Wychodzę na służbę. – Kiedy wracasz? – Jutro rano. Śpij. – Czekaj, drzwi zamknę. – Dobrze, tylko cicho… Bezszelestnie wyszłam na klatkę schodową. O tej godzinie nie było mowy o jakimkolwiek hałasowaniu, wszak sąsiedzi jeszcze śpią. Na dworze w najlepsze hulał wiatr. Parszywa pogoda. I na co mi było wyłazić z cieplutkiego łóżeczka? Do stacji kwadrans szybkiego marszu… Brrrrr!!! Zamelinuję się w służbowym, może poczęstują herbatą. Weszłam na uśpiony peron, nawet latarnie sprawiały wrażenie, że wzdrygają się od przenikliwego chłodu. Noc ani o jotę nie straciła na swej czerni. Po niebie ganiały chmury, a księżyc na bezczelnego gapił się na moją niedolę. Zaraza jedna. Za nastawnią mignął trójkąt świateł. Jedzie. Żeby tylko kibel był nagrzany. Dobrze, że z zakamarków szafy wydobyłam podpinkę, bo po powrocie do domu poszedłby w ruch zestaw reanimacyjny pod postacią aspiryny, mleka z miodem i czosnkiem, etc. Od nadmiaru makulatury w torbie zaczęło się odzywać przeciążone ramię. Co za baran wymyślił, żeby tyle papieru człowiek musiał ze sobą nosić? W końcu przyjechał mój osobowy. – Dzieńdobrywieczór drużynie pociągowej! – jak miło zobaczyć starych kumpli. – Cześć Olka. Ty chyba nigdy, nawet podczas najgorszej nawałnicy, poczucia humoru nie tracisz. – uśmiechnął się zaspany Patryk. – Pożycz trochę energii… – mruknął zza nastawnika Kamil. – Co, przysypiamy? – Taaaa… Odjazd! – Do Wschodniej i koniec służby? – Tak. Wreszcie, bo już padam na nos. – Wysadzicie mnie na Reducie Ordona? Na Odolany muszę dojść. – Gdzie cię diabli znów nadali? – Szczecin. – Uuuu… To współczuję, ale nie tobie, tylko konduktorom. – Cóż za dowcipnisie. Ha, ha! Normalnie boki zrywać. – Nieprawda? Zagadasz ich do samiuśkiego Szczecina. – Yhym. Pozwolicie, noc dokimam. – Zgoda, tylko pamiętaj, brutalnie cię wykopsamy na Odolanach. – Dobra jest. – mruknęłam już wtulona w swoją torbę. Ot chłopaki. Wszyscy troje chodziliśmy do tej samej klasy w podstawówce. Takie fajne dzieciaki z nas były. Oczywiście śmiechu co nie miara było, gdy po raz pierwszy spotkaliśmy się na peronie – wszyscy troje w mundurach. Postanowiliśmy skorzystać z tego faktu i „zrobiliśmy nalot” naszej byłej biolog. Akurat miała klasową wigilię. Dzieciaki były zachwycone, zamiast Mikołaja, kolejarze. Jednostki kołysały się swoim rytmem, ciepło z grzejników przyjemnie rozchodziło się po kościach. Przez płytki sen słyszałam czuwak. Kamil znów był na granicy snu. Za Włochami Patryk telepnął mnie za ramię. – Olka! Obudź się, zaraz wysiadasz. – Yhymmm… Wysiadka… Co? – Wstawaj zarazo! – kolega wrzasnął mi do ucha. – Ja ci dam zarazo. Delikatniejszego budzika to już na magazynie nie było dla pana kierownika? – Zbieraj manatki. Za bardzo to ja stać nie mogę. Nie zabijesz się? – zapytał mechanik. – Spokojna głowa. A ile razy wyskakiwaliśmy na biegu? – W wakacje. Pamiętasz minę kondiego z olsztyniaka? Jakby mógł, to by nam nóżki z pupci pourywał. – zaśmiał się Patryk. – To był jeden z naszych popisowych numerów. – Dobra, my tu gadu gadu, a komu w drogę, temu kopa. – odparł kierpoć. – Ta twoja kindersztuba przyprawia mnie czasami o dreszcze. Że jeszcze żaden z pasażerów nie napisał na ciebie skargi. Zielonej! – pociąg przyhamował na tyle, że mogłam wysiąść. – Najlepszego! – odkrzyknęli chórem. – Cholera jasna! – Co się stało? – przez okno wychylił się pobladły Patryk. – Wdepnęłam w największą kałużę! Odpowiedzi nie usłyszałam, jedynie gromki śmiech. Moje szczęście, że ochlapałam jedynie buty, a nie spódnicę. Jedna rzecz chyba się nigdy nie zmieni: błoto po kostki na przejeździe koło Ochoty Postojowej. Czego to już nie robiono, po jakimkolwiek opadzie deszczu woda stoi w kałużach. Widać taka specyfika tego terenu. Po kilku minutach marszu dotarłam na Odolany. Weszłam do kanciapy konduktorskiej, gdzie czekali na mnie Kuba z Elką. Odebrałam papiery i zgarnęłam ferajnę w postojowe. Kilka słów z mechanikiem i hajda sprawdzać pociąg. Robota nie taka straszna, co dość nużąca o tak wczesnej godzinie. Następny krok, to jazda służbowym do Wschodniej. Kawał polegał na tym, że pociąg stacjonował po drugiej stronie średnicy, na Odolanach. Logika podpowiadałaby, że powinien to być Grochów, ale na kolei logika czasami nie działa. Ot taki folklor w wydaniu PKP. Szczeciniak zamarł przy peronie pierwszym. Ciemność wciąż nie chciała oddać jutrzence panowania nad światem. Pomału zaczęli schodzić się pasażerowie, a my w służbowym podzieliliśmy się na „rejony”. Dziewięć wagonów na tej trasie zazwyczaj wystarczało. W końcu ruszyliśmy w drogę. Niestety te kilka niedospanych nocy dawało o sobie znać. Wszystko wirowało mi w oczach, w głowie grała cała orkiestra symfoniczna. Gdy skończyłam robotę z biletami, dowlokłam się do służbowego, zasunęłam zasłonki (zostawiłam lufcik, gdyby ktoś na gwałt potrzebował kierpocia). Zaczęłam wypełniać papiery, jednak siły nie miałam, długopis wylatywał mi z dłoni. Odłożyłam całą makulaturę i najzwyczajniej pod słońcem wyłożyłam się na siedzeniach. Wiedziałam, że nie powinnam tego robić, ale czułam się paskudnie. W Kutnie krótka wizyta na peronie. Wiatr taki, że o mało czapki z głowy nie zerwie. Po niebie przewalały się ciężkie, deszczowo – śniegowe chmury. Na chwilę oparłam się o pudło wagonu. – Pani kierowniczko, coś się dzieje? – zapytała Ela. – Nie, nic. Przejdzie mi, nie martw się. – No! Jak coś, proszę mówić. – Dzięki za troskę. Czyli rzeczywiście nie wyglądałam najlepiej. Wiatr nie chciał dać za wygraną. Nawet podczas jazy czuło się jego siłę. Niebo nabrało szaro – bury odcień, jak nic będzie padać. W Poznaniu nie zdzierżyło, lunęło z całą mocą. Jakimś cudem manewrowi uwinęli się w ekspresowym tempie ze zmianą czoła pociągu. Deszcz zacinał w okna, a mi w głowie huczało ciężkie brutto z węglem, ból wcale nie zelżał. Po korytarzu ganiały jakieś małolaty, ich krzyki chyba było słychać aż w Warsie. Wyszłam z przedziału i stanęłam na ich drodze. Cała czereda liczyła sześć łebków, na oko trzecia klasa podstawówki. – Możecie się uspokoić? – My się tu w berka bawimy. – Widzę, ale proszę was, bądźcie trochę ciszej. Możliwe, że przeszkadzacie innym. – Dobrze pani konduktor, ale co mamy teraz robić? – A znacie „ąse-madąse”? – Nie. Nauczy nas pani? – Dobrze. Chodźcie, usiądziemy. Szkraby wparowały do służbowego. Oczy im urosły na widok różnych kolejowych akcesoriów. W mik zapomniały o zabawie. Za to posypała się lawina pytań. – Co to za gruba książka? – Po co tyle papierków? To krzyżówki? – To pani w tej torbie książki nosi? – A to co? Krótkofalówka? – jeden z chłopców złapał się za czarne pudełko z antenką. – Tego lepiej nie ruszajcie. To jest radiotelefon. Chcecie posłuchać, co to potrafi? – Tak!!! – odezwał się chórek podnieconych głosów. Akurat trwała rozmowa mechanika z nastawnią, dialog był całkiem śmieszny, dzieciaki słuchały jak zaczarowane. Następnie w ich ręce powędrował znakownik biletów, „cegła”, co ciekawsza kolejowa makulatura i…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych