Wróć do katalogu

Tenebrarum

„Co narodziło się z ciała jest ciałem, a co narodziło się z ducha jest duchem „(J 3,6) Krótkie opowiadanie o polskiej dziewczynie w Irlandii. Raczej poetyckie niż realistyczne.

maurycy witkowiak, opublikowano , 23 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

TENEBRARUM

„Co narodziło się z ciała jest ciałem, a co narodziło się z ducha jest duchem „

(J 3,6)

Lądowanie. Jak dobrze. Helenie huczało w głowie, czuła się jakby wypiła co najmniej dwa kieliszki wina. Powoli ogarnęła wzrokiem swoje ciało, poczynając od stóp, przyjrzała się łydkom, udom. Wysiadła. Pierwsze co poczuła, to uderzenie letniego powietrza, krzyk i gwar, miała wrażenie że ludzie którzy ją otaczają wcale nie zauważają jej istnienia, jak gdyby w ogóle nie było jej na świecie, ani tym bardziej tutaj – w Transgression City. Zajęci własnymi sprawami pozwalali jej poczuć się listkiem, cieniem, ziarnkiem piasku, okruszkiem.

Jak daleko teraz byli wszyscy ludzie, niegdyś ważni dla Heleny. W jakże innej galaktyce znajdowali się oni. Jacy byli śmieszni, jak bardzo razili swoją niemożnością dotarcia do niej, pokazania się! Kilka godzin później, siedząc w kawiarni w centrum miasta Helena zrozumiała, że tamtego świata już nie ma i patrząc z dzisiejszej perspektywy to (za cholerę) nie wiadomo czy ona sama kiedykolwiek do niego wróci. To oddalenie podobało się jej, inspirowało. Nikt już nie będzie poniżał, ani śmiał się. Tutaj zaczyna od nowa. Jej życie jest jak piękna księga, w której tańczą małe koboldy z irlandzkich legend, trzeba to wszystko zapisać. Z jednej strony to cudowne móc wreszcie kierować pojazdem swojego życia. Sam decydujesz dokąd idziesz, z kim się spotykasz, o czym myślisz. Z drugiej obraz jest rozmyty a niewiele rzeczy wygląda zachwycająco. Przyjechała do obcego miejsca, słabo zna język, jeszcze mniej tutejsze zwyczaje, skąd ma wiedzieć, czy się tu odnajdzie?. Nie należy się jednak tym przejmować. Może nie jest w innym państwie tylko w zupełnie innym świecie? A czym jest świat!?

Tam - w Małdytach wszystko było nieśmiałe i rozmyte. Helena mogła w tej chwili zamknąć oczy i przypomnieć sobie wszystkie te kolory, do których przez tyle lat przyzwyczaiły się jej oczy - szary, beżowy, brązowy, rudy. To wszystko. Jedzenie?- ziemniaki, kapusta, chleb, pomidory tak wodniste i jałowe, że niemalże nie nadające się do spożycia. A tutaj samych rodzajów groszku było tyle, że aż ćmiło się w głowie, desery z kremem orzechowym, z kawałkami czekolady truskawkowej, koktajl bananowy z liśćmi mięty, jagnięcina w szafranowym sosie! Helena jest tutaj a chciałaby być w tylu miejscach naraz! Bombaj walczy o lepsze z Krasnojarskiem, Sewilla z Budapesztem, Colorado z Abdis Abebą, Dubrownik z Auckland. Wszystko trzeba przejść, przeżyć i spróbować. Są smaki i zapachy są przeżycia ludzie serca głowy myśli idee znaki na niebie i ziemi zwierzęta rośliny są różne zapachy tego samego piasku jest sowa przyczajona we wnętrzu kaktusa syrop sezamowy (uwielbiała!) wódka cytrynowa i świątynia Bodhgaja obmywana zewsząd brudnymi, burymi wodami. To dopiero początek, przygotowanie. Pojedzie jeszcze do Indii, na Kiribati i Nauru, do Stanów i Australii. Marzenia.

Z Morosą miała się spotkać wieczorem, w małej knajpie na obrzeżach miasta. Powoli wchłaniała w siebie charakterystyczny, śmietankowy zapach Transgression. Gdzieś z tyłu głowy odzywał się tępy ból spowodowany ostatnią nieprzespaną nocą. To nic. I tak jest odważna i wytrzymała, i tak z impetem zaczyna ten nowy rozdział książki zwanej życiem, którą dopiero teraz pisze tak spazmatycznie, jakby niewiele już czasu jej pozostało.

Mały autobus zatrzymał się i Helena niepewnym krokiem wysiadła z niego, ściskając w ręku bagaże. Nie było tego wiele - kilka sukienek, para spodni, bielizna, kosmetyki, dokumenty i trochę jedzenia. Nie od razu poznała Morosę, która wyszła jej naprzeciw i powitała ją głosem tak zmienionym, że Helena stanęła jak wryta: - Moja droga. Hello. Nareszcie. At least. Hopuję, że podróż upłynęła Ci w przyjemnej atmosferze, akomodejszon jest już załatwione- mówiła pośpiesznie, lustrując ją wzrokiem.

Morosa chyba zmieniła się (tak, zmieniła) – nie była już tą dziewczyną, z którą Helena spacerowała nad jeziorem Sambród, albo zbierała kasztany po okolicznych parkach. Cholera. Oto miała przed sobą kobietę pozbawioną złudzeń, o czym mogły świadczyć lekko rozchylone wargi Morosy, zastygłe w jakimś ironicznym grymasie. Teraz dopiero, w łagodnym świetle zmierzchu spostrzegła, że jej przyjaciółka zaczęła się malować. Na ustach błyszczyk, rzęsy, cień do powiek, na twarzy podkład. W ręce torebka, na palcach pierścionki. Zapach papierosów. Rozbiegane spojrzenie, w którym niewiele pozostało z tej ciepłej łagodności, w blasku której Helena ogrzewała się tyle razy.

Trudno było nawiązać rozmowę. Szły powoli, mijając małe domki w różnych kolorach, stojące po obu stronach ulicy. Wiele z nich sprawiało wrażenie jakby wymarłych. Uwagę Heleny zwróciła czystość i schludność, do której wciąż nie mogły przyzwyczaić się jej oczy, przyzwyczajone do nieporządku. Wtem stanęły przed budynkiem z czerwonej cegły. - Oto i nasz menszon.- powiedziała Morosa, szukając kluczy w torebce.

Helena wahała się, czy ma przestąpić próg, przez moment wszystko zakotłowało jej się w głowie (To ze zmęczenia- pomyślała). Podniosła już stopę po czym cofnęła ją jakby znad skraju przepaści. Pobladła i wyciągnęła przed siebie ręce. - Damn it. Co Ty robisz? – wykrzyknęła Morosa, odsunęła ją na bok i sama weszła do środka, krzątając się i zapalając światło. Helena obejrzała się za siebie. Na niebie pojawiły się chmury a słońce pełzło coraz to niżej. Weszła do środka, odgarniając włosy z czoła.

Do pracy idziemy jutro na siódmą pi em – powiedziała Morosa, zaparzając herbatę. Ubierz coś casual bo łatwo można się pobrudzić. Musimy wysprzątać to cholerne mieszkanie, wytrzepać dywany, umyć podłogi i okna. To dziesięć minut drogi stąd, na Barrel Street. Aha, gdy będziesz rozmawiać z właścicielką nie patrz jej w oczy, ona tego nie lubi.- dodawała, wykładając kubki na stół. Wredna lady Decayer... Czy to moja wina, że jest starą panną? Babsko jest zdrowo jebnięte, a fucked scatter brain to keep...

Teraz dopiero Helena rozejrzała się po pomieszczeniu. Drewno ładnie komponowało się z oliwkowym kolorem roślin. Przez brudne szyby leniwie przeświecało słońce, załamując się na meblach, kotarach i krzesłach. Na wszystkim było mnóstwo kurzu, co potęgowało poczucie starości, antyczności tego domu. To wszystko spodobało się Helenie, tak iż na chwilę zapomniała, że przyjechała tutaj do pracy, a nie dla podglądania malarskich ujęć, jakkolwiek byłyby piękne.

Tej nocy nie mogła zasnąć, jako że księżyc był w pełni i świecił zuchwale, a ponadto nie potrafiła się przyzwyczaić do pościeli, która pachniała niczym mokre drewno. Wyślizgnęła się z łóżka i wyjrzała za okno. Wśród porozrzucanych liści spacerowała samotna, przygarbiona postać. To nie jest Polak – westchnęła w myślach.

Gdy wreszcie znużona zamknęła oczy, miała dziwny sen. Szła przez las, wśród ciemnej nocy, trzymając w rękach małego szpaka. Była w białej, długiej sukni, a wzroku nie spuszczała z malutkiej kuleczki, którą ściskała w dłoniach, które zdawały się jakby nie jej, bardziej dziecięce, delikatniejsze i mniej rozwinięte. Ani przez moment (we śnie) nie schodziła z drogi , która wiodła między rzędami drobnych drzew, chyba brzóz. Miała wrażenie, że za nimi toczy się jakieś życie, do którego nie miała dostępu, nie wiedziała już czy patrzeć ma na szpaka, czy też na to, co dzieje się za drzewami. Usłyszała jakoby odgłos tłuczonego szkła, dźwięk instrumentu (nie potrafiła rozpoznać jakiego), obejrzała się i gdy miała spojrzeć na szpaka ponownie, zobaczyła, że jej ręce są puste. Jeszcze czuła na palcach ciepło ptaszyny i bicie jej małego serduszka, ale jej dłonie były już próżne i mniej dziecięce niż przedtem, większe, palce dłuższe i dziwnie napuchnięte.

Przebudzenie było dość smutne – wyjący budzik, ciemności za oknem, kwaśny posmak w ustach, zniecierpliwiony głos Morosy. Helena z trudem powracała w realny świat, wciąż będąc rozgrzaną od snu. Czuła o wiele wyraźniej zapach swojego ciała, woń pościeli, która pachniała jak świeżo zebrane grzyby, tak ochoczo wymiętoszona, uroczo porozrzucana. Nie, nie wolno (Helena uchwyciła karcące spojrzenie Morosy). Nie można poddawać się obrazom i tym iskierkom namiętności, które drgają pod skórą i rozchyloną koszulką nocną. Boże, już wpół do siódmej! Podkład kładło się trudniej niż zwykle, w sumie robiła to od niedawna, to znaczy niedawno zaczęła zwracać baczniejszą uwagę na makijaż. Lubiła ciemne szminki, w których jej usta były jeszcze pełniejsze. Do dziś pamięta smak tej szminki w swoich ustach, gdy całowała się z Arkiem, jego palce przebiegające po jej skórze niczym po klawiaturze fortepianu, bezkompromisowość jego męskiego ciała, trzymającego ją w uścisku nad samym brzegiem głębokiego jeziora. Nie stało się. I dobrze. Helena nie lubiła pogrążać się, tonąć do samego końca wśród swych gestów pełnych rezygnacji. Małdyty nie potrafiły jej dotknąć, wziąć jak kobiety, chwycić i rozkrzyżować na tafli dni, ogarnąć i posiąść. Rozsypać jak talię kart na stole letnich nocy. Ci idioci w skórzanych kurtkach i wyżelowanych łbach nie zasługiwali na nią, nie rozumieli jej obrazów i rysunków, myśli i uczuć. Olsztyn był daleko – nie dwadzieścia kilometrów, ale całe lata świetlne. Zresztą nigdy jej tam nie ciągnęło. Teraz jest tu- w Transgression City – i tylko to się liczy.

Pani Decayer przywitała je zmrużonymi i zapuchniętymi oczyma. Paliła i kaszlała na przemian, spacerując powoli i z godnością w rozdeptanych kapciach. Jej rude włosy wystawały spod dziwnego nakrycia głowy, a cienkie kosteczki prześwitywały spod jej skóry, stwarzając iście upiorne wrażenie.

Po uzyskaniu wszystkich niezbędnych informacji, Helena zabrała się do czyszczenia dywanu , tłumacząc sobie po cichu, że to przecież pierwszy krok jest najtrudniejszy, że z każdą kolejną chwilą będzie łatwiej. Spuściła oczy i odruchowo odgarnęła włosy z czoła. - Brush the kitchen! – wykrzyknęła nagle postać, która stanęła za jej plecami Helena zgłupiała, pospiesznie przypominała sobie wszystkie angielskie słówka na literę „b” (bring, build, bin, boring, busy, bitch, barrell...), ale tego cholernego „brush” nie znalazła. Chwyciła za ścierkę. - Brush the kitchen, stupid girl! – wykrzyknęła pani Decayer, zaciskając pięści i w ohydny sposób pochylając głowę, w czym przypominała sępa lub inne drapieżne ptaszysko.

„Nie, to nie był sen”- pomyślała Helena gdy obudziła się następnego dnia. Światło słońca powoli sączyło się przez przymknięte żaluzje. Chwilę później piła już herbatę z małej wiśniowej filiżanki. Herbata... Tutaj była zupełnie inna. Syczała mocnym i bezwstydnym aromatem, wyższością, siłą. Pachniała. Była nie tylko herbatą, ale jakimś eliksirem, napojem jeśli nie bogów to herosów, smakiem jakoby jej zwycięstwa nad „tamtym” światem.

Za miastem rozciągał się parów nazywany tutaj dingle, w jego łożysku spokojnie spoczywało miasteczko z jeszcze bardziej kolorowymi domkami niż w Transgression i pomnikiem delfina na malutkim rynku. Helena patrzyła właśnie przez brudne okno a widok zadziwiał ją coraz bardziej. Praca przewierciła ją na wylot, uszczypnęła i dała pstryczka w nos.

Pani Decayer wciąż była tak samo marudna, zazdrościła jej i Morosie młodości. Skutek był taki, iż Helena wreszcie ten stan doceniła, że patrzyła inaczej na swoje piegi, na policzek, na twarz, na głowę, ręce, uda i stopy ubrane w czarne japonki. Teraz czyści i sprząta, potem chce mieć i przeżyć. Już niedługo zdarzy się

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych