Wróć do katalogu

The Rat

O sile przysięgi i o tym, że i bez skakanki można zostać Szczurem.

Jalu M., opublikowano , 18 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

THE RAT SZCZUR

Powietrze zafalowało i na polanie wylądował mężczyzna. Potoczył rozgorączkowanym wzrokiem po otaczającej go ścianie drzew i upadł na kolana. Kątem oka dostrzegł, że zza jednego z nich wyłania się jakąś postać. Z trudem sięgnął do przymocowanego do pasa noża, wyszarpnął go zza paska i cisnął niemal na oślep. Wiedział, kim ona jest. Rozległ się krzyk i poniósł daleko, docierając aż poza granice lasu. Po chwili dołączył do niego kolejny, wydobywający się z piersi mężczyzny, który poczuł, jak zimno przenika jego duszę.

* * *

Wszystko zaczęło się wkrótce po przeprowadzce. Przeprowadzce, co do której sam nie był pewny, czy jest wyrazem rozsądku , czy głupoty. Z jednej strony pragnął uciec od litujących się nad nim ludzi i ich ust, stale szepczących najgorsze słowa pod adresem jego żony, gdy wydawało im się, że nie słyszy. Z drugiej, miał bliżej nieokreślone wyrzuty sumienia, które chciały zmusić go, aby został tam, gdzie jest i czekał na nią, nie ruszał się na krok. - Do zobaczenia kochanie – tak właśnie powiedziała przed wyjazdem i przymrużywszy oczy bacznie się mu przyjrzała, jakby, co uświadomił sobie dopiero znacznie później, chciała na zawsze zapamiętać rysy jego twarzy. Czy coś przeczuwała? A może już wiedziała, że oto widzą się ostatni raz? Czuł strach, paniczny strach, który potem przerodził się w rozpacz i frustrację. Gdy pewnego dnia na progu mieszkania znalazł ulotkę zachęcającą do kupna domu położonego w „malowniczej okolicy, tuż obok lasu” wahał się tylko przez moment. - Pakujcie się – polecił dzieciom. Kilkanaście dni później stali przed niebieskimi drzwiami prowadzącymi wprost do ich nowego domu. Fakt, że budynek jawi mu się jako niewykończony, dziecięcy rysunek, który wyblakł, gdyż zbyt długo wisiał przyczepiony magnesem na lodówce, zrzucił na karb zmęczenia. Najpierw zaczął znikać pieprz w postaci niezmielonej. W pierwszej chwili wytłumaczył sobie, że to dzieci dla zabawy podbierają czarne kulki i chowają je w tylko sobie znanym miejscu. Ale gdy w pewnym momencie zmuszony był dosypywać go nawet dwa razy dziennie stwierdził, że miarka się przebrała i wezwał potomstwo na rozmowę. - Wzięłyście pieprz z pieprzniczki? – zapytał. - Nie tatusiu – zgodnie odpowiedziały mu dzieci. A że wierzył, że razem z żoną zdołali wpoić im nawyk mówienia prawdy, nie śmiał więcej pytać. Następnie zaczęły przepalać się żarówki. Początkowo wziął winę na siebie i przyrzekł siebie, że to był ostatni raz, gdy kupił cokolwiek z promocji. Zaopatrzył się w nowe, energooszczędne gratulując sobie w duchu pomysłowości. Zmienił zdanie, gdy wszystkie one zgasły w chwilę po tym, jak własnoręcznie umiejscowił je we wszystkich lampach w domu. Ten wieczór, ku radości dzieci, spędzili przy zapalonych świecach, grając w karcianą wojnę i zajadając się rodzynkami.

Pewnego dnia przygotowując śniadanie stwierdził, że coś złego musiało stać się z jego wzrokiem. Trzymany w ręku nóż miał dwa ostrza wychodzące z jednego trzonka, obraz wiszący na ścianie będący pamiątką po poprzednich właścicielach stracił na ostrości, a drewniany masywny stół, cóż wydawał się być zaledwie cieniem dawnego mebla. Co gorsze, nawet roześmiane buzie dzieci wydawały mu się jakby nierzeczywiste, a w dodatku kształtem przypominały figury geometryczne. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że są one zaledwie postaciami z płócien Makowskiego… Nie zwlekając, zaraz po tym, jak odwiózł młode pokolenie do szkoły, udał się do pobliskiej przychodni i poprosił o wizytę u okulisty. Uśmiechnięta pani doktor poinformowała go, że z jego wzrokiem wszystko jest w najlepszym porządku, a rozmazujące się obrazy są zapewne skutkiem długotrwałego stresu i przemęczenia. Nieusatysfakcjonowany takim wyjaśnieniem, wrócił do domu i rozpoczął przetrząsanie książki telefonicznej w poszukiwaniu numeru do agenta nieruchomości, niskiego mężczyzny w nienagannie odprasowanym garniturze, z którym uzgadniał szczegóły dotyczące kupna tego domu. - Takie nazwisko nie figuruje w naszym rejestrze – oschle oznajmiła pani z infolinii, a na pytanie, jak to możliwe skoro nie dalej jak miesiąc temu osobiście ustalał z nim warunki umowy kupno – sprzedaż, którą, rzecz jasna, ma teraz przed sobą i widnieje na niej zamaszysty podpis agenta… Tu przerwał wywód, nerwowo zamrugał i z przerażeniem stwierdził, że zamaszysty podpis właśnie spełza z kartki. Dosłownie. Zupełnie nie dbając o bębenki osoby siedzącej po drugiej stronie linii zaczął nieuprzejmie krzyczeć.

Po chwili zastanowienia zreflektował się, że źródło hałasu stanowią jego własne usta i czym prędzej je zamknął. Słuchawka telefonu oraz dokument leżały na podłodze. Musiał je upuścić zaraz po tym, jak litery zaczęły uciekać z powierzchni, do której powinny być na stałe przytwierdzone. Nie miał odwagi sięgnąć po kartkę żeby sprawdzić, czy aby nie uległ jakiemuś dziwnemu złudzeniu. Zresztą nie dane mu było długo rozmyślać nad owym niezwykłym zjawiskiem, bowiem poczuł podmuch ciepłego powietrza na plecach i odruchowo spojrzał w kierunku okna. I o ile ono samo znajdowało się we właściwym miejscu i formie to krajobraz, który znajdował się za nim już niekoniecznie. Roztaczał się przed nim bowiem widok jak następuje: wysoka jabłoń, krzew róży, nieschowana do garażu taczka, a nawet chmury i błękitne niebo falowały i mieniły się kolorami na podobieństwo kałuży benzyny. Co więcej, ich kontury stawały się coraz bardziej niewyraźne, a kolory stopniowo płowiały ulatniając się w postaci smużek dymu. Do środka promieniował niewiadomego pochodzenia żar, jedynie częściowo zatrzymywany przez ściany domu. Nie spuszczając oczu ze znikającego krajobrazu i nie zważając na zwiększającą się z każdy krokiem temperaturę podszedł do okna. Zimnymi ze strachu dłońmi kurczowo złapał się parapetu, jakby tym chwytem chciał zatrzymać liście drzewa, które właśnie zaczęły jeden po drugim odrywać się od gałęzi i nabierając prędkości wystrzeliwać w niebo. Minutę później po ogrodzie pozostała biała plama. Pierwszy raz w życiu zemdlał.

Ocknął się w chwilę potem, zdeterminowany aby położyć kres koszmarnym wizjom. Pamiętał, że jeszcze na studiach podczas zajęć z filozofii profesor opowiadał im o freudowskiej hipotezie zakładającej istnienie Id, Podświadomości, w której mieszczą się wszystkie żądze, marzenia, lęki i niedopuszczone przez Świadomość instynkty. Dedukował, że być może trauma po zniknięciu żony musiała znaleźć ujście i stało się to właśnie w ten sposób. Uspokoił oddech i pełen nadziei otworzył oczy. Wnętrze wyglądało stosunkowo normalnie. Żadnych pełzających liter, kołyszących się przedmiotów, ba! nawet pojedynczego fosforyzującego pyłku. Ostrożnie podniósł się i wyprostował. W myślach cieszył się, że akurat tego dnia dzieci były w szkole. Byłyby nieźle przestraszone widząc swojego ojca pogrążonego w niewyjaśnionym narkotycznym transie. Pokrzepiony obserwacjami podźwignął się na kolana i w tym momencie poczuł uderzenie fali gorąca, które sprawiło, że z powrotem upadł na podłogę. Na podłogę, której już nie było. Ściany, krzesła, stół, szafki, obrazy, wszystko to, co składało się na jego dom w zawrotnym tempie zaczęło rozkładać się na części pierwsze. Jeszcze przez chwilę z niedowierzaniem obserwował szkielet budynku, dokładnie w takim kształcie i postaci, w jakich musiał znajdować się na projekcie wykreślonym przez architekta, po czym dom i jego samego pochłonęła znajoma biała plama.

Pierwszym skojarzeniem, które przyszło mu do głowy był pokój bez klamek w domu wariatów, gdzie wszystkie ściany, łącznie z podłogą i sufitem są pobielone tak, że ma się wrażenie zamknięcia w próżniowym sześcianie. Nieco później przyszła refleksja i pomysł, że równie dobrze może to być przedsionek Nieba. Niby ciągle miał ciało (nie omieszkał porządnie uszczypnąć się w rękę) i myślał, a więc ufając tezom starego dobrego Kartezjusza wciąż żył, ale w końcu nikt nigdy z tamtej strony nie wrócił więc każdej hipotezie wypadało dać szansę. Nie wiało już gorącym powietrzem, nie było też zimno, mokro ani sucho. Było nijako i biało. Spróbował krzyknąć, jednak z jego ust nie wydobył się żaden dźwięk. Wysunął zatem hipotezę numer 3: dźwiękoszczelna, nowoczesna kabina prysznicowa zapewniająca nie tylko wodne rozkosze, ale i całkowite, przenośne i dosłowne, wyciszenie. Tylko jakoś wody ani widu, ani słychu…

Brzdęk, brzdęk, brzdęk – rozległo się gdzieś na prawo. Mężczyzna momentalnie wyrwał się z letargu, w którym pogrążył się zniechęcony bezowocnymi próbami wydostania się z białej pułapki. Po długotrwałej ciszy odgłosy zabrzmiały jak salwa honorowa. Poderwawszy się na nogi podbiegł do czegoś, co właśnie spadło z…, no cóż, SKĄDŚ. „Ki diabeł…?”, pomyślał, gdy ujrzał przed sobą czarne kule wielkości dłoni, które niepokojąco przypominały pewna przyprawę, która ostatnimi czasy znikała z jego kuchni.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych