The Tree Days' Tale
Opowieść o pewnych warsztatowych zdarzeniach widzianych z lotu istoty przyodzianej w brązową sukienkę i zielony, sięgający za kolana płaszcz.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
The Tree Days’ Tale
Day No.1
Zimne podmuchy wiatru unosiły końce niebieskiego szalika okręconego wokół szyi dziewczyny. W jednej ręce niosła czarną torbę podróżną i jednocześnie podtrzymywała ześlizgujące się z ramienia ucho drugiej. Miarowy stukot obcasów o zniszczony betonowy chodnik odmierzał jej kolejne kroki. Cisza. Skrzypnięcie drzwi. Dziewczyna weszła do przestronnego, zaniedbanego holu dworca kolejowego. Wślizgnęłam się za nią i obserwowałam, jak rozgląda się w poszukiwaniu okienka informacji, które wyznaczono na miejsce spotkania grupy. Przeczesała włosy palcami i po chwili wahania skierowała się schodami na piętro. Ruszyłam jej śladem. Ciekawe, co powiedziałaby na to, że podąża za nią niewidzialna istota ubrana w brązową sukienkę i zielony, sięgający za kolana płaszcz…? Podczas gdy ja rozważałam możliwe scenariusze, dziewczyna dostrzegła kilkunastoosobowe zgromadzenie koło filara i energicznym krokiem podeszła do kobiety, która trzymała w ręku listę. - Hej, ty na warsztaty? – dobiegło mnie pytanie skierowane do Śledzonej i zaraz potem następne, dotyczące jej nazwiska. – Jestem Roksana. – przedstawiła się ta z długopisem odhaczając dziewczynę na liście obecnych. - Cześć, Wanda, hej, miło mi. – powtarzała Śledzona witając się z kolejnymi osobami stojącymi wokół Opiekunki. Spojrzałam na nią i wyostrzyłam zmysły. Właśnie myślała o tym, że, jak na razie, przeważają osoby płci żeńskiej i że, oczywiście, nie zdołała zapamiętać ani jednego z wymienionych jej imion. Starała się uspokoić bijące serce i nie dać po sobie poznać, że jest zdenerwowana. I podekscytowana. Niemal słyszałam rytmiczne pulsowanie krwi krążącej w jej żyłach i szmer chłodnego powietrza wypełniającego płuca w regularnych odstępach czasu. Zacisnęłam wargi. Kiedyś poczułabym zazdrość. Teraz było to jedynie delikatne ukłucie w nieistniejącym sercu przypominające o tym, że kiedyś ów opiewany przez poetów narząd znajdował się na swoim miejscu. Podskoczyłam i usiadłam na daszku kiosku stojącego nieopodal. Wanda przypatrywała się kolejnym osobom próbując przypisać im jakieś cechy charakteru. Dziewczęta wyglądały dość niepozornie - takie „szare myszki” i w dodatku zdecydowanie młodsze. Wyczułam, że nieco ją to ucieszyło. „Mniejsza konkurencja” - błysnęła myśl, nie do końca uświadomiona i nie do końca prawdziwa. Na dłużej zatrzymała wzrok na chłopaku z blond włosami związanymi w niedbały kucyk i plecakiem - kostką z naszywkami zarzuconym na ramię. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jej typ.
Koła turkotały i pociąg stopniowo toczył się do przodu. Wanda siedziała naprzeciwko dwóch dziewczyn – brunetki i blondynki i prowadziła uprzejmą rozmowę. Pogodnym wyrazem twarzy starała ukryć się zniecierpliwienie i zażenowanie faktem, że współtowarzyszki najwyraźniej chciały jej zaimponować i dlatego nie przestawały opowiadać o miejscach, w których były i ludziach, których poznały… nie omieszkując wspomnieć języków, którymi władają bądź których się uczą. Sama mówiła niewiele, przytakiwała i od czasu do czasu wtrącała komentarze. Czas płynął. Z nudów wsłuchałam się w myśli Śledzonej. Najwyraźniej żałowała, że nie udało jej się usiąść z męską częścią grupy. „Przynajmniej nie musiałabym gadać o bzdurach”, przymknęło jej przez myśl i skupiła swoją uwagę na łące, którą właśnie mijaliśmy. Przypomniała jej się droga powrotna z wycieczki w góry kilka lat temu. W oddali majaczyły wierzchołki gór, a ją przepełniało upajające poczucie tryumfu. Była zmęczona, głodna i o wątpliwych walorach estetycznych, ale czuła się wolna i odważna. Ludzie są tacy sentymentalni… Wygodniej usadowiłam się na półce na bagaże.
Wysiadka, kilka minut spędzonych na peronie, boląca od dźwigania torby ręka i znowu pociąg, ale tym razem w innym towarzystwie. Wanda rozluźniła się i swobodnie rozmawiała z jakąś dziewczyną o niedługich, pofalowanych włosach i błyszczących oczach. Poznałam ją. Kiedy moja Śledzona odebrała e-maila z listą osób jadących pociągiem z Piotrkowa, próbowała wyszukać je na Naszej Klasie. Jedną z nich była siedząca naprzeciwko Śledzonej brunetka, Lena. Pamiętam, że oglądając jej profil i widząc zdjęcia z różnych wymian i akcji Wanda odniosła wrażenie, że nie dość, że dziewczyna miała swój styl to jeszcze wyglądała na obytą w świecie. Obok nich siedział chłopak o poważnym wyrazie twarzy, a po prawej stronie dodatkowa dwójka. Okazało się, że ci ostatni mają po czternaście lat i udowodnienie swojej dorosłości obrali za punkt honoru. Tylko że coś im to nie wychodziło. Bez bliżej określonej przyczyny biegali tam i z powrotem po wagonach i głośno zastanawiali się nad zadziwiającym zjawiskiem pustki w większości z nich. Wydawali się być rozczarowani faktem, że reszta nie podzielała ich płomiennego zainteresowania tym niezwykłym fenomenem. Oprócz nich w przedziale znajdowała się jeszcze tylko jedna osoba, która najwyraźniej zaintrygowała Wandę – chłopak z burzą kręconych włosów zebranych w kucyk czytający „Politykę”. Mijały minuty, rozmowa zeszła na temat warsztatów. Ciepło panujące w wagonie i jednostajny odgłos sunącego po szynach pociągu sprawił, że zrobiłam się senna. Zdążyłam jeszcze zauważyć, że Wanda dokądś wychodzi i szarpie zacinające się drzwi. Pomaga jej chłopak z kucykiem, a ona dziękuje mu zakłopotanym uśmiechem. Zasypiam.
Korytarz niepokojąco przypomniał szpitalny. Halogenowe oświetlenie i seledynowe ściany sprawiały, że człowiek czuł się jakby zanurzony w mętnej wodzie i niepotrafiący wydostać się na powierzchnię. Przynajmniej stolik znajdował się w strategicznym miejscu. Siedząc na nim w samym końcu korytarza mogłam z łatwością obserwować ponure wnętrze. Poprawiłam kołnierz płaszcza i wyprostowałam przekrzywioną fałdę sukienki. Czekałam. Po mojej lewej stronie znajdował się pokój 311, po prawej – 312, a za plecami słyszałam nerwowe szczekanie psów i jeszcze bardziej nerwowy głos weterynarza. Ze zdziwieniem uniosłam brwi. Gabinet zwierzologa w hotelu? Czemu nie. Tymczasem z pobliskiego holu zaczęły dobiegać obiecujące odgłosy. Obserwowałam ludzi wbiegających i zbiegających ze schodów, witających się uśmiechami i skinieniami głowy, czasem także uściskiem dłoni. Interesujące. Zachowywali się jakby znali się od dawna. Moje medytacje przerwała Wanda, która właśnie pojawiła się w korytarzu. Nawet z takiej odległości czułam, że jest nieco oszołomiona i nie do końca przekonana o realności otaczających ją ścian. No ładnie, jeszcze mi tutaj fikołka wywinie i trzeba będzie mobilizować weterynarza. Szczęśliwie udało jej się dobrnąć do pokoju 311 i w chwilę potem z niewyraźną miną lustrowała pomieszczenie. Dwa łóżka. Gołe ściany. Balkon („dobra nasza”, pomyślała). Otworzyła drzwi prowadzące do łazienki i ze strachem w oczach zajrzała do środka. Po chwili odetchnęła jednak z ulgą i pokiwała głową: „Luksusów nie ma, ale tragedii też nie”.
A oto przede mną roztaczał się osobliwy widok: gromada ludzi podążała korytarzem od pokoju do pokoju i wyciągała z nich kolejne osoby, które następnie dołączały do orszaku. Mieszały się twarze, narodowości i języki. Już kilka klamek temu zgubiłam się, kto jest Polakiem, a kto pochodzi z Czech i Słowacji. I chyba nie byłam jedyna. Wanda z promiennym uśmiechem na twarzy poznawała się z kolejnymi osobami. Ekspedycja Exploring trwała w najlepsze. Wreszcie ktoś przypomniał sobie o kolacji i jak jednogłowy chiński smok wszyscy ruszyli na stołówkę…
Trzy godziny później zakończyła się pierwsza tura warsztatów w grupach, które odbywały się w salce, której znalezienie wymagało nie lada zdolności. Szpiegowsko – harcerskich zdolności ze wskazaniem na umiejętność poruszania się w terenie korytarzowym, dla uściślenia. Wanda wydawała się być nieco zmęczona, ale przede wszystkim podekscytowana perspektywą spędzenia wieczoru z dopiero co poznanymi ludźmi. Świadomość, że jest z daleka od domu, pośród osób, które wiedzą o niej tylko to, co zechciała im ujawnić działała na nią mobilizująco. Wanda wpadła do pokoju, zamieniła kilka słów ze współlokatorką, Słowaczką o imieniu Bianka i wypadła z płaszczem narzuconym na ramiona i torbą zawierającą we wnętrzu aparat fotograficzny. Teraz rozpocznie się City Exploring. Jeszcze kilka chaotycznym pytań: kto jest, kogo nie ma, na kogo my właściwie czekamy…?! I poszli.
Przystanek Żabka. Wanda dostrzegła blondyna z kucykiem, tego od kostki z dwoma innymi wchodzących do całodobowego sklepu. Który, nawiasem mówiąc, kojarzył jej się z dwutygodniowym pobytem w Zakopanem i sprzedawcą obawiającym się dziennikarskiej inwigilacji. Jak również z osobnikiem, z którym pewnego wieczoru włóczyła się po zakopiańskich szlakach… Ku jej niezadowoleniu, dopiero co spotkani nie wyrazili chęci dołączenia się do zdominowanej przez płeć piękną grupki i poszli w inna stronę. Śledzona szybko pozbyła się natrętnego uczucia zniechęcenia i wyjęła z torby aparat. A że właśnie przechodzili koło stacji benzynowej, a konkretniej: góry brudnego śniegu przed... Jasne, czemu by nie porobić tam zdjęć?! Z niedowierzaniem patrzyłam, jak kilka osób wspina się na zaspę i pozuje. Kilkoro przechodniów śmieje się i pokazuje ich sobie palcami. „No pięknie!”, myśli Wanda i wyzwala spust migawki. Do budynku wrócili legalnie – bo punktualnie, ale z już mniej legalną 0,7 w torbie…
Wanda? zamknęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. Umówiły się z Bianką, że zostawi go w recepcji, tak na wypadek gdyby nie mogły się znaleźć. Z sokiem w ręce energicznym krokiem przemierzyła korytarz i niemal wpadła na grupę chłopaków, którzy wchodzili po schodach niosąc jakieś pakunki. Ośmielona nadzieją na bliższe poznanie blondyna z kucykiem, który miał zjawić się na wieczornej imprezie w pokoju 505, uśmiechnęła się i zapytała: - Heej, a gdzie się koledzy wybierają? – znacząco spojrzała na coś co wyglądało jak przenośne stereo i dwa głośniki. - Wymieniamy się pokojami. A tak generalnie to zamierzamy za chwilę zorganizować jakąś integrację z kumplami. – odpowiedział za wszystkich blondyn i zlustrował Wandę wzrokiem. Ta, niespeszona, kontynuowała: - No to zapraszam do pokoju 505 – kolejno popatrzyła na przedstawicieli płci męskiej i dopiero teraz zauważyła, że jednym z nich jest chłopak, który pomógł jej z drzwiami w pociągu. - Powinno zebrać się tam trochę ludzi. - A, a… – tu blondyn uczynił wymowny gest symbolizujący wysokoprocentowe trunki. – Będą? - Będą - Wanda zaprezentowała minę z rodzaju flirtująco-zaczepnych. - Przyjdźcie. Blondyn posłał w jej kierunku szelmowski uśmiech i stwierdził: - W takim razie zaraz jesteśmy – podjął wędrówkę w górę schodów w ślad za pozostałą dwójką. – A tak w ogóle to jak masz na imię? - Wanda. – odpowiedziała i z zaciekawieniem uniosła brwi. Nieczęsto zdarzało się jej zapomnieć o kurtuazyjnej wymianie grzeczności. – A ty? - Adam. Wanda kiwnęła głową na znak, że przyjęła tę informację do wiadomości i ruszyła w głąb korytarza torując sobie drogę między zgromadzonymi tam Słowakami.
W pokoju było już sporo ludzi. Oprócz Leny była jeszcze Natalia, Zuzia, Natka, Patryk, Tomek, Sonia i kilka innych osób. Część dziewczyn stwierdziło, że zrobią sobie pidżama party i po chwili pojawiły się odpowiednich kreacjach. Pstry, pstryk, kliiiiik – wydawał dźwięki Wandowy aparat uwieczniając koleżanki skaczące po jednym z łóżek. Po kilkunastu ujęciach lustrzanka powędrowała w ręce Natki, która wypadła na korytarz i zaczęła fotografować Bogu ducha winnych Słowaków. Z kolei Wanda zsunęła buty i usiadła na oparciu kanapy robiąc miejsce dla nowoprzybyłych: chłopaka od „Polityki” i oczekiwanego blondyna, z którym od momentu przyjazdu do Olszynki wymieniała wymowne spojrzenia – Kamila posiadającego, jak się okazało nie tylko kucyk, ale i uśmiech od którego Wanda poczuła ciepło rozchodzące się po całym ciele. Zaczęło robić się tłoczno, a pojemność pokoju została wystawiona na ostateczną próbę w momencie, gdy drzwi uchyliły się po raz kolejny i wszedł Adam z kolegą o pokaźnych gabarytach. Wanda była w swoim żywiole. Przefrunęłam na parapet i obserwowałam, jak Śledzona z oparcia kanapy rzuca to tu, to tam kilka słów i raz po raz się przy tym rumieni. Nie mogłam nie zauważyć, że kilku obecnych tu chłopaków z zainteresowaniem się jej przygląda. Wanda dobrze zdawała sobie z tego sprawę i wyraźnie dodawało jej to animuszu. „Proponuje wznieść jakiś toast”, znacząco spojrzała na siedzącego przy stole Adama. Ten, posłuszny jej sugestii zabrał się za otwieranie butelki o wiadomej zawartości. Okazało się, że panowie zadbali nawet o plastikowe kubeczki, co, oczywiście, wzbudziło powszechną aprobatę wśród zgromadzonych. Wanda odzyskawszy aparat powróciła do pierwotnie podjętej czynności i skierowała obiektyw na wszystkich obecnych, a potem uwieczniła na portretach Lenkę i Adama. Ktoś rzucił hasło, żeby przenieść się do szóstki. Chwyciło i pokój… opustoszał.
- Nie zamulaj, ładnie wyglądasz jak się uśmiechasz – usłyszała Wanda opierając się o ścianę i czekając na jakąś konstruktywną decyzję dotyczącą ostatecznej lokalizacji imprezy. Wiosna ludów doprowadziła ich do szóstki, jednak wkrótce stało się jasne, że miejsca wcale nie jest więcej. Zaskoczona podniosła głowę i zobaczyła, że słowa wypowiedział Adam. W odpowiedzi z niedowierzaniem pokręciła głową i roześmiała się. Chyba jeszcze nie przypuszczała, że trzy tygodnie później będzie z sentymentem wspominać ten moment.
Czas płynął. W miarę opróżniania butelek atmosfera stawała się coraz bardziej swobodna, a umysły zasnuwała przyjemna mgiełka niepamięci. Zgromadzeni wokół stołu pogrążeni byli w luźnej rozmowie, a grupka dziewczyn siedzących na łóżku snuła opowieści ze szkolnej ławy. Wandę opuściło całodniowe napięcie, a w jego miejsce wkradło się znużenie i senność. Zrobiło jej się zimno, więc skoczyła do pokoju po sweter i narzuciła go na czarną bluzkę. Bianka już spała. Gdy wróciła okazało się, że jej krzesło przywłaszczyła sobie Zuzia. Machnięciem ręki pokazała jej, że nie ma sprawy i ulokowała się na łóżku pomiędzy Adamem a dziewczyną o wyglądzie matalówy. Nie wiem, na ile była to świadoma decyzja, a ile było w tym podszeptu intuicji i przeczucia. Wkrótce okazało się, że cicho wypowiedziane przez Adama słowa „no to dobrze, nawet bardzo” na jej stwierdzenie, że kim jak kim, ale lesbijką to nie jest, były prorocze. Tymczasem chłopak usiadł bliżej Wandy. Zaczęli rozmawiać.
Nagle poczułam, że przestrzeń wokół mnie zmienia się. Już nie znajdowałam się w pokoju wypełnionym ludźmi – ci stali się odlegli, a ich rozmowy – wyciszone, ale w dźwiękoszczelnym akwarium. Wandę ogarnęło nieznośne uczucie wytłumienia wszelkich odgłosów poza tymi, jakie w postaci słów wydobywały się ust jej i Adama. Wrażenie było tak intensywne, że, oszołomiona, przez chwilę nie wiedziałam, gdzie się znajduję i w jakim celu. Na szczęście niewidzialna wytłumiająca odgłosy bańka pękła, gdy Adam zaczął gładzić dłoń Wandy, aby po chwili zamknąć ją w swojej. Śledzona biernie poddała się temu gestowi, ale jednocześnie jakby uleciała jej pewność siebie. Z niedowierzaniem spostrzegłam, że natura energicznej dziewczyny przygasa i ukrywa się w dalekim zakamarku umysłu. Sztucznie swobodnym ruchem, jakby przebudzona z głębokiego snu, uniosła głowę i potoczyła zawstydzonym wzrokiem po znajomych twarzach. Wszyscy pogrążeni byli w rozmowie, której sens umykał jej raz za razem. Zastanawiała się, ile czasu upłynęło odkąd odłączyła się od świata i przestała nadążać za tematem dyskusji. Minuta? Dwie? Pięć…? Wanda odwróciła głowę w stronę okna i napotkała oczy Kamila. Przez moment wydawało jej się, że widzi w nich zaskoczenie pomieszane z nieufnością. Zanim zdołała otrząsnąć się z uczucia odrealnienia, poczuła na sobie jeszcze jedno spojrzenie. Kierowana instynktem odwróciła się w kierunku chłopaka od „Polityki”. Przyglądał się jej – im – z jawną dezaprobatą. Wanda wyobraziła sobie, że jego usta wykrzywiają się w wyrazie pogardy. Nie wiedziała natomiast, dlaczego miałoby tak być. „O co mu chodzi?”, pomyślała i w tej sekundzie dotarło do niej, że oto ten chłopak o kobiecej urodzie duchem należy do innej, lepszej epoki. W której niedopuszczalne byłoby trzymanie dłoni kobiety poznanej kilka godzin wcześniej. Emanowało z niego jeszcze jedno uczcie – rozczarowanie. Wandzie wydawało się, że słyszy jego oskarżycielskie myśli: „Kolejna naiwna.” Zmieszała się. Z wysokości półki na której siedziałam mogłam dostrzec, że wzdryga się i zaczyna drżeć. Chwilę potem puszcza ciepłą dłoń Adama i wymyka się do toalety.
Dziewczyna słyszy jak ktoś wchodzi za nią do łazienki. Rozlega się pukanie do drzwi kabiny. „Zajęte”, mówi. Chwila ciszy. Drzwi zostają otwarte po raz kolejny. Słyszy głos Adama mówiącego coś do, jak się okazuje, Kamila. Teraz drży już na całym ciele – nie wie, czy ze strachu, emocji, zmęczenia czy wskutek wypitego alkoholu. A może wszystko jednocześnie. Stara się możliwie jak najciszej załatwić swoje potrzeby i wychodzi już opanowana, z uśmiechem na twarzy i żartuje ze swojej świty. Kamil znika za drzwiami toalety. Dziewczyna myje ręce i odwracając się napotyka dłonie i usta Adama. Oddaje mu szybki, ulotny pocałunek i jak gdyby nigdy nic wraca do pokoju.
Wanda i Adam skręcili w korytarz prowadzący do pokoju 311. Niespodziewanie drzwi na lewo od nich otworzyły się i wyszedł z nich Michał, koordynator. Chociaż zdawał się w ogóle nie zwracać na nich uwagi, Wanda odruchowo puściła dłoń Adama i niemal od razu pożałowała tego gwałtownego ruchu. „Weź się w garść, jesteś dorosła!” – krzyczała w duchu na samą siebie. Zmarszczyłam brwi. Zachowywała się jak trzynastolatka przyłapana na paleniu trawki. Weszli do ciemnego pokoju i Wanda poczuła, jak chłopak obejmuje ją w talii i jednocześnie pospiesznie szuka jej ust. Jego ręce błądziły po jej ciele, a w jej świadomości głos rozsądku rozbudzony przez wspomnienie współlokatorki śpiącej tuż obok, za załomem ściany walczył z pragnieniem pozwolenia Adamowi zostania na noc. Odchyliła głowę i zamknęła oczy gdy wargi chłopaka przesuwały się po jej szyi. Niespodziewanie przypomniał jej się Wilk… „Lubisz być całowana w szyję?” – pytanie pojawiło się na niebieskim tle komunikatora. „Nie wiem, nigdy nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Jalu M.
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…