TrójstopniowePalenieBoga w ogniu własnej boskości
przedstawienie życia pewnego ateisty, który pragnie udowodnić nieistnienie najwyższego.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Pierwszy upadek boskiego mitu pod siłą mojego ateizmu
– Wiem – odparłem bez zastanowienia i położyłem się na starym tapczanie. Słoneczne światło na dobre zagościło w moim pokoju. Wstałem, żeby zasłonić żaluzje. Byłem siedemnastoletnim ateistą, który nie chciał pójść na pogrzeb matki. Uznawałem cały ten obrzęd za nużący i zbędny. Każdy kiedyś umiera. Po co dodatkowo to celebrować? Wiem, że dziwne poglądy robiły ze mnie zakałę rodziny, co zresztą przed chwilą potwierdziłem ojcu, który wyszedł już pewnie z domu. Nie był dumny ze swojego jedynego potomka, ale co z tego? Miałem swoje życie i powinien to zrozumieć. Zamiast płakać za zmarłą w wypadku mamą, wolałem oddać się swojej miłości. Co w tym dziwnego? Wiadomo, że każde ciało zgnije i chyba lepiej szukać przyszłości, niż zapadać się we wspomnieniach o nieistniejącej osobie. Moja dziewczyna nazywała się Justyna i wiedziałem, że wspólnie spędzimy resztę życia. Kochałem każdy atom jej ciała i duszy. Była jedyną Boginią, którą czciłem z bezgraniczną szczerością oraz wiecznym oddaniem. To właśnie ona, a nie matka, wypełniała właśnie moje myśli. Błogosławioną ciszę przerwała nagle komórka. Nadeszło powiadomienie o nowej wiadomości. Błyskawicznie wyciągnąłem telefon z tylniej kiszeni jeansów i rozpłynąłem się w jeszcze większej radości.
„11:34 Moja Justynka:*
Czesc kochanie:*:* Mam nadzieje ze poszles do mamy na pogrzeb. Kiedy mozemy się spodkac? Buziaczki:*:*:*”
Szeroki uśmiech rozjaśnił mą przystojną twarz i błyskawicznie odpisałem, że jestem na pogrzebie, a spotkać możemy się dzisiaj o osiemnastej pod jej domem. Wczorajszej nocy obiecałem jej, że pójdę na dzisiejszą ceremonię, aby uniknąć zbędnych nieporozumień. W miłości czasem tak trzeba. Jałowa wymiana zdań zaprowadziłaby nas do nikąd, a nie chciałem marnować czasu, który mogliśmy przecież wykorzystać na pieszczoty. Często powtarzałem tej cudownie zgrabnej istocie, że jest i będzie moją jedyną Boginią. Chyba w to nie wierzyła, jednak czas na pewno potwierdzi moje słowa. Ze zniecierpliwieniem spoglądałem na ekran, który miał zaraz wyświetlić kolejnego smsa. Czasem irytowały mnie jej błędy w pisowni, lecz błyskawicznie zapominałem o tym drobiazgu, gdy przypominałem sobie o obfitych piersiach i pachnącej skórze.
„11:41 „Moja Justynka:*
Dobrze skarbie:* Ciesze sie ze mnie posluhales w sprawie pogrzebu!!:) Buziaczki i do zobaczenia! Kocham Cie:*:*”
Odpisałem jeszcze szybciej niż poprzednio i z dumą włożyłem telefon do ciasnej kieszeni jeansów. Czułem się wspaniale. Jeśli ukryję przed Justyną swoją absencję na pogrzebie, to kolejny raz udowodnię wyższość jednostki nad nieistniejącym bogiem. Zawsze używałem do osiągnięcia celu prawie wszystkich dostępnych środków. Tylko słabeusze przejmowali się kłamstwem, będącym od wieków nieodłącznym elementem sukcesu. Równie chwalebną cnotą była bez wątpienia skuteczna perswazja, łączona często z fizyczną przemocą. Oczywiście należało ograniczać swobodę w załatwianiu niektórych problemów, bo dźganie nożem denerwującego znajomego poskutkowałoby sporymi kłopotami, a tłumaczenie, że to nie ich sprawa i nie mam zamiaru respektować tego prawa nie wypali. Matka wraz z życiem dała mi szereg zobowiązań. Nie mogłem się od nich uwolnić, co stało się nieco irytujące oraz ograniczające. Dobrze, że odnalazłem spokój w osobie Justyny. Wystarczyło obdarzyć ją miłością i wykazać nieco starań, które z pewnością były opłacalne w przeciwieństwie do zasad życia w państwie. Te wszystkie podatki i inne absurdalne nakazy rodziły niemalże nerwicy w moim skromnym organizmie. Skoro żyłem w wolnym kraju, to, dlaczego zakazywano picia alkoholu na parkowej łatwe? Może nie miałem jeszcze ukończonych osiemnastu lat, ale z wyskokowymi napojami stykałem się wiele razy i znałem zarówno pozytywne jak i negatywne skutki ich spożywania. Nieco inny miałem stosunek do papierosów. Nie znosiłem śmierdzącego dymu, więc irytował mnie każdy idiota z zawiniętym w papier tytoniem. Dlaczego tę truciznę uznano za legalną, a zabraniano palenia słodkiej marihuany? Nie wiem, ale na pewno jest to chore patrząc na skutki uboczne obydwu środków. Dalsze myślenie nie miało sensu. W ogóle samo rozpoczęcie tych rozważań było wyłącznie stratą czasu. Postanowiłem ruszyć zgrabną dupę i wyjść na dwór. Szybko wstałem z łóżka, zwinnie podchodząc do stojącej w przedpokoju garderoby. Z jej dolnej szuflady wyciągnąłem nowe adidaski, a po ich założeniu, spojrzałem przyścienne lustro i uśmiechnąłem się szeroko, prezentując swemu odbiciu niemalże nieskazitelnie białe zęby. Z nieziemskim entuzjazmem opuściłem to zwane domem miejsce zameldowania. Do siedemnastej pozostało sporo czasu, który wykorzystam na spotkanie z tutejszymi blokersami. Byli czymś w rodzaju strażników porządku i osiedlowych zarządców. Zawsze szukałem znajomych z władzą oraz charyzmą, więc szybko znaleźliśmy wspólny język. Ostatnio może i stracili nieco szacunku w mieście, przegrywając jakąś ważną ustawkę, lecz ciągle rządzili na dzielni, a potrzebowałem ich tylko tutaj. Tuż po wyjściu z bloku, dojrzałem trzech kolegów, odzianych w wypłowiałe dresy. Siedzieli dumnie na oparciu obdartej z farby ławki, tuż przy niewielkim placu zabaw, gdzie huśtały się dwie góra siedmio letnie dziewczynki. Zszedłem eleganckim krokiem na niewielki trawnik otaczający ten osiedlowy raj dla dzieci. – Kogo nam tu niesie los? – Marek jak zwykle wyszczerzył żółte zęby, prezentując klimatyczną szparę po wybitym kle. – Siema – rzekłem z werwą, starając się mocno ściskać potężne dłonie znajomych. Rafał i Marcin z kamiennymi twarzami palili papierosa, nie siląc się na wypowiedzenie jakichkolwiek słów. Wszyscy mieli niezłe postury i ledwo widoczne na niemalże łysych głowach, ciemne włosy. Ich największą zaletą była psychika, wyrobiona nadmierną obecnością przemocy. Zapewne od najmłodszych lat połykali gorzkie nieszczęście, które wyleczyć mógł tylko smak siły i władzy. Nigdy nie opowiadali o problemach, lecz łatwo poskładałem całość z niewielkich fragmentów: ojciec Rafała notorycznie pił, Marcin wychowywał się bez matki, a Marek po prostu wpadł w złe towarzystwo. Nie mieli żadnych zahamowań, ani jakiegokolwiek współczucia dla swoich oponentów. Biła od nich niezwykła aura. Wzbudzali strach. Wszyscy wokoło wiedzieli, że są niebezpieczni, więc trzymali się raczej z dala i nawet najbardziej złośliwe staruszki nie wypominały głośno tym „tępym małolatom, że nie brudzi się butami miejsca, które ktoś przeznaczył do siedzenia.” – Jak tam twoja świnka – zachichotał Marek, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. – Jakoś nam się układa – odpowiedziałem z udawaną pokorą w głosie. Prawdę mówiąc niezbyt lubiłem tu przebywać, ale należało ich mieć po swojej stronie. – Podobno kazała ci zerwać z nami znajomość – włączył się Marcin. Jego lodowaty ton nie wróżył niczego dobrego. Był dosyć bystry w porównaniu do kompanów, a dodatkowy urok osobisty dawał mu łatwość w manipulowaniu kobietami. Tę nieszczęsną informację uzyskał pewnie od jakiejś koleżanki Justyny. – Po prostu się o mnie martwi i czasem przesadza– odrzekłem lekko zdenerwowanym głosem. – Anita powiedziała, że twoja suka promieniała szczęściem, kiedy zgodziłeś się na zakończenie znajomości z tymi, jak to określiła: prymitywami – tym razem ton stał się niebezpiecznie ostry, a Marcin wstał z ławki. Wiedziałem, że bolesny kontakt fizyczny jest nieunikniony, ale taka była cena, jaką musiałem zapłacić za nieudane kłamstwo. – To jakieś nieporozumienie – wyjęczałem tak nieprzekonywująco, że mój rozmówca błyskawicznie odpowiedział ciosem zaciśniętej pięści. Mocne uderzenie w twarz cofnęło mnie o krok. Poprawka z drugiej strony była na szczęście nieco słabsza. Górna warga zaczęła krwawić, ale szczęka została nieuszkodzona. – Pamiętaj, że najważniejszy jest szacunek i wierność przyjaciołom – dodał Marcin, spoglądając groźnie na mój bez wątpienia żałosny wyraz twarzy. – Przepraszam – szepnąłem płaczliwie z nutką aktorstwa. – Powiedziałem jej, że się zastanowię, a dzisiaj zamierzałem oznajmić, że przyjaźń jest dla mnie równie ważna, co miłość i nie mogę po prostu was zostawić – słowa zabrzmiały chyba wiarygodnie, chociaż w głębi duszy odczuwałem gniew. Musiałem zacząć rozglądać się za lepszymi towarzyszami; takimi, którzy skopią dupę tym patologicznym popaprańcom. – Raz możemy mu darować bez wyciągania konsekwencji – oznajmił Rafał i również podniósł się z ławki. Marek nic nie dodał, prosząc gestem o ogień. Przez kolejne kilkanaście minut przysłuchiwałem się rozmowom o ustawkach, muzyce, osiedlowych plotkach i innych mało interesujących rzeczach. Jedyną pozostałością po nieporozumieniu został ślad na wardze, więc mogłem uznać problem za rozwiązany, a jeśli chodzi o zemstę, to w spokoju poczekam na odpowiednią okazję. Miałem gdzieś ich głupie zasady. Każdy żyje dla siebie, a przyjaciele znikają, gdy przestają być potrzebni, lub przeszkadzają w drodze na szczyt. Dlaczego ci idioci nie potrafili tego zrozumieć? Nie wiem. Do domu wróciłem nieco po trzynastej, więc do spotkania zostało prawie pięć godzin. Ojciec pewnie nie zjawi się przed wieczorem, bo właściwie nie ma, do kogo wracać. Z nudów włączyłem telewizor i poszedłem do kuchni zagotować wodę na chińską zupkę. Zegar powoli przybliżał mi jej cudowne ciało, a każda odpływająca sekunda zwiększała podniecenie. Parę minut po siedemnastej wziąłem prysznic, po którym wyruszyłem w stronę znajdującego się kilka ulic dalej mieszkania ukochanej. Ulubiona ławka tych tępawych głupców stała teraz pusta. Nie miałem na razie zamiaru wtajemniczać Justyny w chwilowe problemy z zerwaniem znajomości. Rozumiałem, że wolała dobrze rokującego na przyszłość partnera, zamiast przesiąkniętego szarością kolesia, którego życie krążyło wokół osiedla. Niestety rapowane analfabetyzmy potrafiły wpajać ludziom chore wartości i mój problem był tego przykładem. Ta grupka patałachów wiedziała, że nikt normalny nie będzie potrafił z nimi dłużej wytrzymać, więc przesadnie sławili lojalność i stałość w męskich przyjaźniach. Kobiety traktowali podobnie jak butelkę wódki – za obydwie rzeczy musieli płacić lub chwilę kombinować, żeby zapomnieć na jakiś czas o psychicznych bolączkach. Trzeba jednak przyznać, że Marcinowi często udawało się wyrwać jakąś laskę, a Marek świetnie unikał kamer podczas kradzieży alkoholu. W końcu nadszedł moment przerwania głupich rozważań. Nieco niższa ode mnie dziewczyna słodko uśmiechała się z przeciwnej strony ulicy. Dzieliło nas już zaledwie kilka metrów jezdni. Przez ten czas poiłem wzrok jej cudownym widokiem. Lśniące włosy delikatnie dotykały ramion. Miała na sobie białą bluzkę na ramiączkach i krótką jeansową spódniczkę. Do zlustrowania zgrabnych nóg zabrakło mi czasu, bo właśnie skoczyła mi w ramiona. Błyskawicznie dotarłem do jej malinowych ust i złączyliśmy się na kilkadziesiąt sekund w namiętnym pocałunku. Nie sposób jakimkolwiek słowami opisać tego, co czułem podczas naszych spotkań. Ciało przechodziła w stan wiecznej euforii i wydaje mi się, że właśnie tak wymyślono boga – jakiś zakochany gej chciał uwznioślić swojego wybranka, zachowując to na piśmie. Nie pamiętałem słów, jakie wydobywały się wtedy z naszych ust. Pamiętam jak pochwaliła mój nowy perfum i spytała o lekko rozwaloną wargę( wierząc, że ją przypadkiem przygryzłem). Główny obraz tamtego dnia tworzę wyłącznie przez doznania cielesne. Mógłbym jeszcze długo i przeciągle o tym rozprawiać, lecz nie zamierzałem dawać jakiemuś napalonemu nastolatkowi podstaw do masturbacji. Wracałem rozpromieniony miłością, a księżyc z pomocą gwiazd już od dobrych dwóch godzin rozjaśniał nocne niebo. Ławka obok mojego bloku jak zwykle o tej godzinie była zajęta przez realniejszą wersję świętej trójcy, w towarzystwie paru sporadycznie dołączających osób, więc podszedłem do nich na krótką rozmowę. Bóg powinien mnie chyba teraz ukarać, ale jakoś tego nie zrobił. Miła atmosfera wróciła w nasze szeregi i z pełnym zadowoleniem wracałem do domu. Mógłbym po kolei opisywać szczęśliwe dni, ale nie czułem takiej potrzeby. Różniłem się od zakompleksionych chrześcijan, którzy mechanicznie klepali modlitwy w swych ciemnych kościołach. Oni również szukali szczęścia, ale w przeciwieństwie do mnie, nie mogli go osiągnąć, bo woleli ufać nicości niż brać się do działania.
Drugi upadek boskiego mitu pod siłą mojego ateizmu
Mało osób wróżyło mi świetlaną przyszłość. Na czele tej gromady stała rodzina pod przewodnictwem ojca. Na szczęście nie żadnego dyrektora, tylko ojca, którego plemniki najprawdopodobniej spowodowały, że piszę właśnie te słowa. Od śmierci matki minęły nieco ponad cztery lata. Muszę przyznać, że nieszczęście chwyciło mnie w końcu w swoje złośliwe szpony i stało się to oczywiście w uznawanym za święte miejsce kościele. Tym razem Justyna nie zamierzała odpuścić. Doszło do kilku poważnych kłótni, ponieważ dla niej ślub był rzeczą świętą, a dla mnie obojętną, zbędną, a nawet złą ze względu na koszty. W końcu wziąłem się w garść i wkułem mechanicznie parę regułek, które nie nauczyły mnie wiary, ale pozwoliły figurować w końcu na liście małżeństw w kościele, jeśli w ogóle coś takiego istnieje. Przekonałem nawet ojca wraz z rodziną, żeby przyszli na ślub. Zręcznie ukryłem swój ateizm, chociaż również teściowie niezbyt za mną przepadali. Justyna chciała nas do siebie zbliżyć. Zaraz po miodowym miesiącu wyjechaliśmy w czwórkę na wakacje w góry. Jej ojciec był niestety jednym z właścicieli nieźle prosperującej firmy budowlanej, więc po wielu naciskach opuściłem dotychczasowego pracodawcę, aby przedłużyć urlop. Trochę żal było przechodzić pod skrzydła teścia, lecz opłacalność tego ruchu nie pozwoliła mi podjąć innej…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil arcynik
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…