Wróć do katalogu

Trzy Wenery - Intymność

Trzy kobiety, trzy portrety, na początek portret egzystencjalny

tomarz, opublikowano , 1 godz. 16 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Intymność, czyli coś z Sartre’a

Smutek, zmysły, chłód, bezradność Ogarnięty smutkiem, siedzę. Zmysły moje otumanione. Chłód w żyłach czuję i bezradność wielką. Co zrobić siedząc pogrążony w smutku. Czy melancholii zmysły moje już nie odczuwają, tylko stopnia wyższego poszukują. Wiem, one już przeszły chłodem i wszelkim zniechęceniem. Siedzieć będę bezradny, spoglądając w szkła. Smutek szkli się w ekranach, gdzie tylko rozpacz i trwoga. Zmysły gubią się, słuch zanika w czeluści ciszy. Okna są szczelne, a czuję chłód wiosną, chłód szalony. Zrzucić wszystko na pogodę, bezradną marną naturę za oknem? Aby ją tylko zasmucić, banalnym stwierdzenie: „Twoja wina.” Odrzucić od siebie wszelkie wyrzuty sumienia. Tak jak odszedł ode mnie zmysł węchu. Nie czuję wiosennej woni kwitnących drzew. One już też są pogrążone przez chłód, przez marny, chłodny deszcz. Co mogą zrobić wobec tej straszliwej natury, które chce je najszybciej zabić. Są bezradne. Smutek przyniosłaś mi, smutek mojej własnej dumy, zamkniętej w kryształowym sarkofagu własnych kłamstw. Ale ja już utraciłem wszelkie możliwości mego zmysłu mowy. Chyba ten chłód zabił wszystkie połączenia nerwowe, zamroził. Co może teraz mój język, oschły, skalany przez twoje przekleństwa, zanurzony w bezdennej potrzebie ruchu, cierpi bezradność. Skoczę ze smutku w rozpacz, powrócę za chwilę, i tak nikt na mnie nie czeka. Może wtedy mój zmysł dotyku wyczuje jakąś przyjemność w wysiadywaniu w tym fotelu, odnajdzie rozkosz miękkości i zapadania się w puch. Ale jeśli poczuje i chłód, który zza deszczowej, wiosennej szyby wypłynie, powodzią odczuć i zagrożeń. Może i będzie koniec ze mną, który w tym małym skoku poszukuje ucieczki od bezradności. Nic nie ma przede mną, za mną, na kartce papieru, na którą chciałem wylać cały ten smutek. Może i mój zmysł smaku już zanikł. Nie czuję głodu, pragnienia, sytości. Jest tylko wielki chłodny dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa wciśniętego między mą skórę a obicie fotela. Bezradne chwytanie pióra w dłoń, która straciło nadzieję na możliwość zmian. To koniec? Spoglądałem przez okno, na zewnątrz, gdzie smutny czarny kundel tarzał się w błocie spragniony i nienasycony swych zwierzęcych żądz. Jego zmysł węchu tumanił zapach błocka. Tak do jego nozdrzy dostawał się chłód wiosenny, marny, zatracony. Bezradny kundel o czarnej, szorstkiej sierści wył z rozpaczy, z upragnionej zwierzęcości, sam, we własnym błotnym barłogu. Niech już te krople nie spadają na szyby, grając marsz smutku i żalu, bo czego mi żałować. Zmysły nie mogą setki razy sycić tego samego. Gdy odeszło inne ciało, trzeba snuć tylko domysły. W chłodnej sali pozostaje tylko proces o zatracenie człowieczeństwa. Jeśli w ogóle człowieczeństwo istnieje, w tak bezradnej powłoce jaką sam dla siebie stanowię. Nie rysował się na jej twarzy smutek. Zmysły tumanił sam mój głos, a chłód przemieniał się w płomień dzikości. Bezradnie opadała na moje ramiona. A teraz... nic. Na tym zdjęciu, jeśli go gdzieś znajdę, jest jakaś rozpromieniona, lecz te oczy, kryją jakiś smutek. Wszelki jej dotyk coś krył, mącił w głowie, zasłaniał się sztuczną potęgą zmysłów. Wszelkie muśnięcie jej warg kończyło się chłodnym uczuciem pustki. Bezradność, to jedyne określenie jej stosunku do człowieka. My targani żądzą posiadania, posiedliśmy i siebie. Razem w stęchłym pokoju, pod osłoną zasłon, w dzień, bo szkoda było dnia na smutki. Razem sycąc własną zmysłowość, w kątach własnej osobowości, odkrywaliśmy przed sobą wszystkie karty. Od chłodu bronieni przez własne ciała, pełniące rolę koców, okryci tak spleceni własnymi członkami zapadaliśmy się w sen wykończenia, lecz każdy uciekał w inną senną krainę. Bezradni w takim uścisku leżeliśmy tak do nocy, aż złodziej światła, księżyc, wtargnie na nieboskłon i nas, ludzi nocy, obudzi ze strasznego snu. Czy się teraz smuci, ta kobieta. Nie wiem, i się nie dowiem. Albo i lepiej, co mi po niej. Ciała, żądzy poskromienia, zmysłów ostudzenia zapragnę i dostanę. Sam sobie wleję chłód do wnętrza i zmieszam go z mą krwią, by więcej nie płonęła, nie drżała na widok ciał. Niech czuje bezradność moja osoba, niechęć i obrazę, dla tych podniet. Dla jej włosów, co lekko spływają na ramiona, oczu mrożących uczucia, piersi, kształtnie zarysowanych w staniku, ust, co już nic mi nie wypowiedzą. We mnie jest już tylko smutek, przygnębiony brakiem zmysłów, zatracony w chłodzie krwi i bezradności sumienia. Tylko w tym jest moje człowieczeństwo. Przede mną leży butelka smutku, a nią wierzę. Teraz zapadając się w fotelu pragnę by choć mój zmysł smaku powrócił na swoje odwieczne miejsce, by mógł poczuć smak tego wszystkiego, co kryje ta butelka. Może i chłód odejdzie w siną dal, za to okno, które wciąż okrywa deszczowa koronka kropel. Bezradny zaraz rzucę to wszystko w kąt, ją, mnie, puste karty papieru. Co ze mnie za człowiek, czytam i widzę tylko pogrążone w smutku słowa, tworzące moją głupią charakterystykę, taką ekspresję, martwotę i dziwność. Może to wszystko przez zmysł wzroku, który wciąż chce uciec do jej oblicza, a go już przecież nie ma, nie było, nie będzie! Nerwy puszczają ze schłodzonych więzów, szaleją. Biedna moja ręka, która bezradnie trzyma pióro, coś próbuje nakreślić, ale to wszystko bzdury. Opłaca się popadać w smutek, za te parę monet, groszy, opłaca się cierpieć. Tak wiem, że będę żył krócej. Poeci żyją krócej bo cierpią za miliony. Ja głupi cierpię za jedną, zmysłów moich morderczynią. Głupota razem z chłodem zdołała się przedrzeć, bo już nawet natura choroby dostała, ta przez którą popada się w bezradność siedząc samotnie w fotelu, przy butelce. Może wreszcie pryśnie ta głupia samotność, gdy otworzę flaszkę. Butelka jest pełna, czysta, dopiero co zakupiona w sklepie. Patrzą trochę z boku na człowieka, który sam ja wypije do szyby przysłoniętej deszczem. Oni też potracili w tym chłodzie swoje zmysły i rozum swój. Bezradnie stali jak manekiny, a ja roztrzaskałbym je wszystkie na ulicy. Łaziłyby manekiny bez głów, rąk, jednej nogi. Tacy są w głębi duszy. Tak samo samotni jak ja teraz. Tylko się kryją pod własną zmysłowością dotyku innej osoby w kolejce, mali zboczeńcy, pochowani po kątach. Tylko chłodzą się deszczem, niczym więcej. Tylko bezradnie leżą obok siebie od tysiąca dni, zniewoleni czymś idiotycznym, małżeństwem, miłością. Ja jestem wolny. Wolny w samotności. Nie zabieram wolności nikomu, lecz ktoś ukradł ją mnie. Szlak trafił wszelką zmysłowość, uczucie, pożądanie, wszystko zmieniło się w zniewolenie. Ale gdy tego zniewolenia brak mam się czuć wolnym, w ten chłodny wieczór. Jaka ze mnie emanuje wolność, bezradnego w fotelu przed oknem. Przelałem czerwony płyn smutku do kieliszka, by zachować człowieczeństwo w zapiciu własnej mordy. Trzeba się sprawdzać, wytwarzać jakieś normy w tym świecie, gdzie i tak nie wiem co wreszcie można robić. Picie z kieliszka jest bardziej cywilizowane niż z butelki. Powoli budził się mój zmysł węchu, chłonąc woń wina, bo wino umacnia nas w człowieczeństwie, a wódka w zwierzęcości. Jak wypiję łyk to chłód trochę zniknie, zmaleje, zalany czerwienią. A bezradność, ona rozpłynie się w błogiej nieświadomości, i po prostu niczego nie będę chciał, zamiast chcieć a nie móc zrobić. Usta moje samotnie spijają nektary, wiedz to, że nie twoje. Teraz tylko dla siebie upajam się, siedząc w fotelu, nie patrząc na to twoje zdjęcie. Me zmysły krążą po pokoju poznając go na nowo, odszukując zmian, już tu cię oczy nie ujrzą, dłonie nie dotkną, uszy nie usłyszą, nozdrza nie poczują. Nie ma cię, wiecznie, nareszcie. Chłód już uciekł za szybę spływającą wściekłymi wiosennymi kroplami. Ponoć po burzy przychodzi spokój. Spokój w zapiciu własnej świadomości w słodkim uczuciu błogości. Już nie bezradnie trzymam się w fotelu, lecz miękko zapadam się w jego puchu, tuląc się coraz bardziej jak do anielskich skrzydeł. Mam chęć wyrzec się ciebie, robię to, wyrzekam się smutku. Łapię kartkę, palę ją nad popielniczką, czuję zapach spalenizny, moje zmysły wróciły. Chłód mnie już nie ogarnie, nie twój. A bezradność, ta też płonie razem z czystym skrawkiem papieru. Więc jestem? Stałem się nareszcie, to Smutek, zmysły, chłód, bezradność.  Czerwień, wiatr, sen, pióro. Czerwień uniesienia, wiatr co przewiewa przez szpary, sen, który odejść nie chce, drżące w dłoni nieme pióro. Wstałem, by choć przez chwilę spojrzeć na czerwoną wschodzącą tarczę słońca, tą targaną porannym wiatrem. Choć senny jeszcze oparłem swą głowę na dłoniach i patrzyłem, rysując piórem wyobraźni jakąś groteskę rzeczywistości. Nic więcej nie było, tylko czerwona poświata, rozchodząca się w chmurach. Wiatr co szturmował me okna nie rezygnował. Tak samo jak sen, trzymający się uporczywie moich zmysłów. Wszystko się tak rozmywało, jawa, ze snem, me pióro z rzeczywistością. Jeśli to wina czerwonego trunku, to przeklęta niech będzie natura. Może to jednak wina tego wiatru, który nie odpuszcza. Wszystko przez marność sennej, nieprzespanej nocy. Nocy trzymania pióra w pogotowiu, bo nikt nie wie, kiedy przyjdzie ten upragniony ideał. Czy sens był w tym jakiś, czerwonym atramentem napisać dzieło życia? Nie, tylko banały, banały przyniesione przez wiatr. Fantasmagorie i pornograficzne żądze zrodzone ze snu. Pióro milczało, mistrz nic nie odpowiedział. Więc piłem, drżącymi wargami obejmując kieliszek, z którego sączył się czerwony płyn. A teraz, nastał już poranek. Poranek chwytany w kleszcze wiatru i roztrzaskany o moje okno blaskiem słońca. Sen będzie musiał się bronić przed płomieniem dnia, wytoczyć największe swe działa, wysłać do boju setki wojowników, na marne. Już tylko pióro obok czystej kartki będzie mi przypominało o wczorajszej bezowocnej nocy, aż w końcu i ono zaniknie. Spoglądam na zewnątrz, przez ciemnoczerwoną poświatę słońca, popijając odrobinę kawy na rozbudzenie zmysłów. Może ten wiatr wywieje z domu mego sen, opary wina, bezradności i palonych kartek. Może coś jednak przyniesie ze sobą wciąż dogorywające marzenie senne, miotające się między słodyczą poranka a lubieżnym uściskiem nocy. Lekko oczyszczam stalówkę mego bezużytecznego pióra, zakładam złotą zatyczkę i odkładam na półkę, na stojak, nagrodę za głupstwa wcześniejszego życia. Życia, kiedy czerwienią błyszczała moja dusza, rozpromieniona muzą, kobietą, która nie istnieje. Wywietrzał już mój umysł z beznadziejnych marzeń, zostały tylko przeraźliwe, niekończące się senne marzenia. Pióra szkoda by je opisywać, jedna wielka pogarda dla człowieka. Spoglądam przez okno na tłum ludzi, ledwo co powstałych z własnych łóżek. Już wypłynęli na ulice targani porannym wiatrem, stali się jedna wielką lawiną czerwieni, błękitu, bieli, lecz głównie szarości. Cóż tam ciekawego w szarym jak sen świecie, gdzie wszystko sączy się marnym ciurkiem ku nieznanemu, acz oczywistemu. Ktoś kiedyś weźmie ostre pióro i przetnie ten strumyk i skończy się tak samo łatwo, jak się zaczęło, lecz jeszcze narodzi się wielu takich i wielu zginie. Czy na moim grobie zapalą czerwone, czy zielone znicze. Dziwnie się nad czymś takim zastanawiać żyjąc i pragnąc. Teraz, jeszcze oplata mnie szal wiatru. Jeszcze nie chcę śnić wiecznie, ale to tylko taka ludzka głupota i tak umrzeć trzeba skończyć wszystko jednym ostatnim ruchem pióra. Z tłumu rozszalałych nudziarzy mogłem tylko wyłapać czerwone wstążki dziewczynki biegającej we wszystkich kierunkach. Tylko ona nie szukała ucieczki przed wiatrem, lecz szalała z nim razem w dziwnym, infantylnym tańcu. Tylko ona mogła uwierzyć, że sen staje się jawą, a jawa snem, wciąż miała nadzieję. Podmuchując na białe pióro, patrzyła jak unosi się ono i lekko opada, tak bez żadnych zakazów, więzów, czy uprzedzeń, tak to pióro było wolne, jak i szalona dziewczynka. Lecz! Szok. Uderzyła mnie czerwień jakaś. Wiatr zawiał. Sen prysnął. A pióro w dłoni zadrżało. Chwyciła dłoń dziewczynki, szepnęła tylko coś do ucha, a ja obserwowałem ruch jej jasnoczerwonych warg. Pociecha pobiegła do domu pchana wiatrem. Pragnęła snu, zabawy, marzenia, które mogłoby się zaraz spełnić, tak jak każda jej zabawa. Białe pióro chwyciła do rączki i znikła w bramie. Została ona. Widziałem czerwień jej bluzki, lekko opadającej na ciało, lecz ukazującej wszelkie walory kształtów i kobiecości. Wiatr rozwiewał jej kręcone, jasne włosy, odsłaniając bladą twarz i ciemne plamy jej oczu. Sen mój stawał się realny. A pióro kreśliło jakby dalszy portret jej twarzy, okrągłej, rumianej o małych ustach, jeszcze niemych. Tylko te włosy były niczym potok zboża, opadały nagle na skroń, na czoło, na ramiona. Szła sama, zaczerwieniłem się, sycąc jej ruchy. Wiatr lekko obejmował ją, tulił do siebie biodra, kładł niewidzialną dłoń na dekolcie, a ja tylko czułem jakąś inność, odmianę. Senność przelewała się do pustej już filiżanki z kawą. Nie mogłem tracić zmysłów, wszystko to było prawdą, te nagie uda. Kreśliłem szybko piórem jakiś słowny portret, lecz pojąłem, że bez niej nic nie napiszę, bo znów coś mną szarpało. Jedno wielkie czerwone pożądanie ciała kobiecego, wtulenia się w te puszyste, kręcone włosy, w tą łabędzią, bladą szyję. Zazdrościłem wiatrowi, które jak wielki lubieżnik podkradał się pod jej czarna spódniczkę i tulił się do czystego łona. Nienawidziłem wiatru. Sen – kobieta, której wolność rysuje swą skargę na twarzy. Ona zatracona, poszukuje wolności prawdziwej, nie u boku męża, lecz z rzeczywistego pragnienia ciała. Nie spogląda na mnie, tego który jedwabistą bladą skórę pieści miękkim łagodnym piórem. Chłonę ją całą. Czerwonymi od emocji dłońmi, obejmuję uda, całuję łydki, pieszcząc niebiańsko. Nie widzi mnie, tego, który jak wiatr-złodziej kradnie jej niewinność, tuląc dwoje piersi do swego ciała. Sennie splatałem jakby dłonie na jej tali, przyciskając ją do siebie, całując jej dekolt. Pieszcząc marzeniami, sypałem słowa na papier, pióro w dłoni drżało, a ja wreszcie na tę chwilę czekałem. Ona będzie moja. Mimo dziecka, męża, mimo wszelkich barier, nie spocznę bez niej, nie zasnę. Nasycę się tylko czerwienią jej ust. Na wietrze rozpuszczę jej włosy. Sen nas mógłby tylko rozdzielić, albo bezwzględne pióro absurdu. Razem będziemy uwolnieni, od czerwieni wschodzącego nadaremno słońca, od powiewu wiosennego wiatru, od snu, który chciałby rozkosz naszą skończyć. Wolni od wszelkich wielce wolnych piór, co na wietrze wędrują po świecie. Tak będziemy nadzy. Czerwień, wiatr, sen, pióro.

Intymność, kara, pragnienie, syn Można zabrać komuś intymność. Kary się jednak nie uniknie. Lecz pozostaje pragnienie. Syn pragnął i ojciec pragnie. Pisałem, nareszcie, w oparach nocy intymnie. Sypałem na papier tysiącami słów o karze i winie, o ludziach i psach. Pragnąłem, by choć raz ktoś mógł tego doświadczyć, potęgi słów. Była nadzieja jeszcze w syna nowego wieku, może oni. Skojarzą kiedyś tą intymność z całą sytuacją, bzdurną chęcią. Oni, nowi, nie będą chyba chcieli mnie karać za szczerość. Za potęgę niezrozumiałych pragnień, które duszę, miotają się we wnętrzu i wyczekują na odpowiedni moment. Synowie mnie zrozumieją, gdy przeczytają za jakieś czternaście i pół roku. Być może to wszystko będzie już bez sensu, intymność zaniknie, sztuki nie będzie – tej która próbuje opisać tego czego nie ma. Czy czeka mnie kara, że staram się znaleźć sens w życiu, która trwa wyłącznie dla marnej egzystencji. Me życie szuka sensu w pragnieniu, one są stałe, wieczne, bo biologicznie zaszczepione w organizmie. Syn też je kiedyś poczuje, jeśli się kiedyś narodzi, ze mnie, z mojej głupoty. Po co mam dawać komuś kruche życie, bez perspektyw na wieczność, życie samotne, intymne, zamknięte w niekończącym się monologu z samym sobą. Życie polegające na ciągłym karaniu swego ja podjętymi decyzjami. A jednak to życia, rodzi się, z pragnienia. Może za bardzo pragnę syna, za wcześnie, nie teraz, nie będę zniewalał kogoś wyłącznie dla swojej chęci przekazania genów. Cicho, bo łamię wtedy intymność. Powinienem podlegać karze, za spoglądanie na obcą kobietę. Jednak czy kara powinna obejmować ludzkie pragnienia tak pragnę jej, tylko po to aby móc pisać. Robię z niej przedmiot mój nie narodzony synu. Wiec to, że w jej intymnym łonie się nie narodzisz, tam nie zakwitniesz. Prędzej mnie skarzą za gwałt, niż za nadopiekuńczość. Pragnienie. Ale czego, czy tej nieznanej mi twarzy, czarnych paciorków, co grają rolę oczu, długich, kręconych jasnych włosów, nieznanych w swym dotyku rąk, drżących ud, czego pragnę. Może tylko szeptu, nie znam go, może tylko obcowania z kimś, mam tylu ludzi na ulicy, może po prostu w celu zaspokojenia szału, nie lepiej zapłacić kobiecie na rogu. Czego pragnę tak czekając na zbawienie, na rozwiązanie. Natchnienia? Szansy na to, że sycąc jej cielesność coś napiszę. Ale czy aż tak jestem zniewolony, że muszę poszukiwać muzy, której sens i tak nie istnieje. Może tylko nie umiem robić sztuki dla sztuki. Szukam na siłę odbiorcy, przeznaczenia, aby zacząć tomik słowami: „Dla mego nienarodzonego syna i jego fikcyjnej matki AM” Nawet nie wiem, czy te inicjały są prawdziwe, również mogłem napisać MA, ale zlewałoby się za bardzo ze słowem matka. Porusza się, widzę. Próbuje za wszelką cenę ocalić swoją intymność pod przykryciem zasłon i firanek, lecz mi wystarczy jej ruch, widok oczu między firanami. Kradnę jej intymność po trochu, po kawałku. Kiedy trafi mnie karząca ręka sprawiedliwości, ta niewidzialna i wszechwiedząca. Czekam na ciebie, chodź do mnie. Nie przyjdziesz. Widać żadne moje pragnienie nie jest na miarę świata, albo jest tak marne, ze nikogo nie obchodzi. Pragnienie to wyraz mego człowieczeństwa. Pragnę, więc czuję, więc jestem. Ale po co jestem, po co pragnę, po co się zrodziłem. Ja syn zwykłych rodziców, w normalnym świecie, obok czasu, który nie zważa, kto i kiedy umiera. Tylko pragnienia czasu są w pełni wysłuchiwane. Intymność, cóż to jest. Skrywanie się w ciemności, chowanie swej cielesności. Intymność to woalka zasłaniająca piersi, łono. Jest to dom, azyl naszej osobowości. A może intymność to wymiar wyłącznie duchowy. Zapis myśli, własnych, niczym nie kierowanych. Intymność jest zapisem naszego człowieczeństwa. Jeśli tak, to czy można pozbawić kogoś intymności? Jeśli sytuacja intymna, to akt seksualny, kreacja nowego człowieka. Jeśli sytuacja intymna to dokonywanie czynności fizjologicznych Czy więc w intymności kryje się istota ludzka. Pozbawię ja intymności, więc uczynię ją zwierzęciem, czyś dążącym wyłącznie do prokreacji. Bez intymności nie ma uczucia. Czy zwierze kocha wybierając partnera, czy tylko dąży do stworzenia idealnego potomka? Jednak ja patrzę na nią jak na człowieka, jak na ludzkie zjawisko. Łamię jej intymność? Krępuję jej prywatność. Nie nachodzę jej, nie mogę podlegać żadnej karze. Jaka jednak może być kara, za pozbawienie kogoś jego człowieczeństwa, ile jest ono warte, ja wiem. Tylko ile bierze ta prostytutka na rogu ulicy. Czyni z siebie zwierzę, bez żadnej intymności, dla samej potrzeby zaspokojenia pragnień, dla przyjemności. Jak można spłodzić syna bez intymności, to jak zrodzić dziecko z gwałtu, ze zwierzęcego popędu. Nie chcę tobie zabrać intymności, tym moim marnym, rozmarzonym wspomnieniem. To właśnie twoja tajemniczość powoduje to, że potrafię marzyć, pisać, śnić. Nie chodzi mi o penetrację twojej prywatności, lecz o obraz, święty obraz twojej postaci. Ukarałabyś mnie za to, że spoglądam jak miękko stąpasz po ziemi, jak krążysz wokół świata, tumaniąc go ruchem bioder, kształtnością nóg. Tak tylko sycę ten obraz. Ale wciąż jest we mnie coś, co pragnie więcej, nie tylko widoku, ale i dotyku, sprawdzenia czy te włosy są rzeczywiście miękkie, czy te dłonie są zimne, usta słodkie. To pragnienie każe mi dążyć w głębsze przestrzenie mojej świadomości, gdzie nie ma tylko ciała, jest nasycenie. Ja syn marnotrawny, przetrwonię wszystko, by dotknąć twoich ramion, zauważyć te rozpalone węgle twoich oczu, które z daleka spływają się w jedną ciemną plamę. Chcę ciebie. Jednak boję się pozbawienia człowieczeństwa. Zróbmy to intymnie, nie jak prostytutka. Poczujmy do siebie coś, aby nasz związek, nie tylko naszą stosunek pozostawić w intymności uczuć. Nie chcę byś mnie kochała, bo ja ciebie i tak nie kocham. Nie chcę byś mnie nienawidziła, a tym bardziej była obojętna, jak ulicznica. Chcę tylko abyśmy oboje pragnęli tego samego. Tym uczuciem, bez miłości, się połączyli i zachowali swoje człowieczeństwo. Nikt nas nie może ukarać za to, że staraliśmy się zachować intymność, ludzkość zachowań. Mogą nas karać za zwierzęce odruchy, ale nie za zwierzęce sumienia. Chodzi tylko by móc być człowiekiem, zachowując swe pragnienia. Chodzi tylko, by dowieść tego, że się jest człowiekiem, zachowując intymność. Chodzi oto by pozostać synem, nie potomstwem zwierzęcia, lecz dzieckiem matki, o ludzkim obliczu, o ludzkich odruchach. Intymna. Spoglądasz czasami przez okno. Ciekawe czy mnie ukarzesz, za mój czyn. Czy umiesz odczytać moje pragnienia. Synu mój nienarodzony, nie spłodzi cię związek z tą nieznaną kobietą. Nie umiem ci nic więcej powiedzieć, ważne byś tylko powiedział „rozumiem.” Intymność, kara, pragnienie, syn

Szyba, dźwięk, szept, gniew Stała obok szyby. Ostry dźwięk. Szept leczący i nieokiełznany gniew. Samotnie spoglądałem to na dno filiżanki po kawie, to w szybę kawiarni. Jakaś kakofonia dobiegała z zewnątrz, jakieś idiotyczne dźwięki, ale cóż mnie to obchodziło, i tak nie usłyszałby nawet szeptu. Zawsze eliminowałem całe otoczenie, pozostawiając sam w kawiarni, przed szybą. I dziś żaden dźwięk nie mógł mnie wyprowadzić z równowagi. Szeptałem coś do siebie, jak zwykle. Ludzie z tej kawiarni byli do tego przyzwyczajeni, nikt nie interweniował, tylko jeden młody kelner miał na początku problemy, ale jak każdy szybko się przyzwyczaił, bo wystarczało zostawić mnie w spokoju i co chwilę przynosić kolejne filiżanki kawy, nie zmieniać serwetek na których zawsze było coś nagryzmolone. Gdy ktoś złamał te zasady, wtedy rodził się gniew, mój wielki gniew. Dlatego raczej zostawali mnie w spokoju, choć na pewno mną nie gardzili. Nie znałem osoby która gardziła by znajomością z kimś znanym, a w świecie dobrze się chwalić swymi znajomościami. Pozostawałem na „dzień dobry wszystkim”. Tak i było wtedy, gdy za szybą palące słońce prażyło przechodniów. Choć może przesadziłem, lecz to wszystko przez moje wrażliwe oczy. Słyszałem tylko dźwięki stukotu filiżanek o spodki i setki szeptów, nikt nie chciał publicznie wygłaszać swoich racji. To ich wybór. Zaraz wypowiedź by kogoś oburzyła, ktoś by wstał i rzucił filiżanką o podłogę. Atmosfera by prysła, w gniewie. Spoglądałem przez szybę na świat. Wtem nagle, przed moimi oczami rozegrała się scena teatralna, filmowa. Dźwięki nie dochodziły, zagłuszane przez pędzące samochody. Szept, może tylko z ruchu warg mogłem coś odczytać, ale byłem słaby w takie zabawy. Usta otwierały się tylko by coś wykrzyknąć. Dłonie wirowały wokół głowy. Oczy były przepełnione gniewem, a twarze czerwieniły się. Wszystko rozgrywało się przed moimi oczami. O co się kłócili. Nie wiem. Szyba jest niema. Szarpała nim, dźwięczał nieraz jego krzyk. Szeptałem coś do siebie, nikt nie podszedł do mnie, tylko wszyscy się patrzyli z miłą miną. U nas sielanka, a za oknem gniew. Kobieta płakała, lub wrzeszczała. Mężczyzna zachowywał zimna krew, lecz jego ręce drżały. Nie wiem, może z nieopanowania, a może ze strachu. Prędzej ona by go spoliczkowała, niż stałoby się to odwrotnie. Była między nimi, jakby szyba, bo oboje nie słuchali siebie nawzajem, lecz krzyczeli, zagłuszali. Dochodził do mych uszu monotonny dźwięk wrzasku. Jakże wtedy zamarzyłem o spokojnym, ciepłym szepcie matki, każda wymarzona kobieta będzie miała w mej pamięci jej szept, ten na dobranoc, wyłącznie do mojego ucha. Nigdy nie usłyszałem z jest ust wyrazu gniewu. Rozpieściła mnie, zaraziła bezradnością, poczuciem nienasycenia pieszczotami. Tymczasem szyba odsłoniła kolejny akt dramatu. Pierścionki lśniły na ich palcach, lecz ona zaczęła go zsuwać, nerwowo, boleśnie, twarz jej zawierała objawy lęku i bólu. On patrzył roztrzęsiony. Uciekała mu. Już żaden dźwięk znajomej melodii nie mógł pchnąć ją w jego ramiona. Nawet namiętny szept tracił wszelkie szanse bytu. Pozostawała tylko prośba, ba błaganie o to, by jej gniew zelżał, by się zastanowiła, by zrozumiała. Co miała rozumieć. Kim była? Nagle zbliżyli się do szyby, a ona zgarnęła włosy ze swej twarzy. Wtedy poznałem ją. Zacząłem nerwowo wyłapywać dźwięk jej głosu z ulicznej kakofonii. Poszukiwać odpowiedzi na największe pytania z ruchu jej warg. Nie szeptała, darła się, lecz ja byłem jak głuchy, za tą barierą. Widziałem jej jasne włosy rozrzucone w powietrzu, te zimne dłoni rozgrzane przez gniew i przepełnione nim szare oczy. Nie czarne, palące węgle, lecz szare, tak samo chłodne i blade jak cera Ale to była ona, tak samo piękna, tak samo intymna w szaleńczym, niepohamowanym gniewie. Już nie czytałem z ruchu jej warg, lecz patrzyłem na jej twarz oczami grafika, szukając załamań światła, wyrazów wściekłości w zmarszczkach pod powiekami, szkicowałem w myślach kształt nosa, uszu, czoła. Wszystko to przykrywałem jasnymi, kręconymi włosami i zasłaniałem się złudną, czystą szybą. Wszyscy w kawiarni spoglądali teraz na spektakl dźwięków i gestów. Szepty nagle ucichły, a wszyscy oczekiwali tylko aż ona uderzy zaskoczonego męża. Byli młodzi a przemawiał przez nich gniew tak straszliwy, że wydawałoby się, że przeżyli ze sobą wieki tortur. Nie było czułości, była tylko wielka namiętność. Pragnienie wyładowania emocji. Może i budziła się w niej świadomość. Może pragnął niezależności a ona go omotała. Może oboje za dużo liczyli na siebie. Czy on zabiera jej wolność, zamyka w domu z córką, w świecie marnych kolorowych pism, a ona marzy. On się boi o nią, lub zazdrości. Może martwi się o swój skarb, tak wtedy trząsł się ze strachu przed jej ostatnim słowem. Szyba prysnąć powinna gdy ona z całych sił wcisnęła mu do ściśniętej pięści swoją ślubną obrączkę. Co się stało? Czy nie słyszała głosu swojej córki. Może przed oczami nie miała innego obrazu, prócz własnego buntu. Nie chciała już szeptać kołysanek swojej blondyneczce, na dobranoc, do poduszki, by rozpieścić ją, na wieczne czasy. Nie. W tych szarych oczach rodził się gniew, a ust jakby wypełzały węże, a dłonie kreśliły wyroki w powietrzu. Taka rozpalona, żywa, rozpalała jeszcze większe pragnienie, które próbowało przebić jej intymność, moje człowieczeństwo, uczynić z niej przedmiot pożądania, zwierze. Nie chciałem tego! Odszedł. Nagle postawił się. Wyciągnął pierś, podniósł brodę, spojrzał głęboko w niebo. Odwrócił się na pięcie i odszedł. Tak po prostu zostawił ją samą przed kawiarnianą szybą. Nie wydobyła żadnego dźwięku, stała na środku chodnika. Spuściła głowę, schowała swe spojrzenie pod długie, kręcone włosy i milczała. Szepty w kawiarni zaczęły powoli narastać, skończył się spektakl, teraz trzeba go było skomentować, na bieżąco, póki jeszcze wszystko jasno w głowie się układa. Powoli wzrok odchodził od kobiety stojącej na zewnątrz, która otuliła się czarną, skórzaną kurtką i tak skulona tłumiła do końca swój gniew. Co jej zostało, chyba nic. Szyba pękła, uciekła gdzieś powierzchowność uczuć. Ucichło pragnienie. Była nie związana, lecz samotna. Dręczył mnie dźwięk kawiarnianej atmosfery, tylko te stare, marne odgłosy, zakodowane w pamięci. Chciałem usłyszeć jej szept. To wszystko, co teraz skulona mówi do siebie. Rozgląda się. Poprawia włosy. Podnosi głowę. Może doceniła swoją wolność. Spogląda przez szybę, nie wiem czy mnie wówczas zauważyła. Zebrała się w sobie i weszła do kawiarni. Dźwięk dzwonek obudził klientów, lecz gdy poznali kto wszedł, od razu odwrócili od niej wzrok i zaczęli znów szeptać. Każdemu stukotowi jej obcasów towarzyszył czyjś szept. Tu szeptali mężczyźni oglądając się za nią, gwałcąc jej intymność swoimi spojrzeniami. Jej czarna, krótka, karbowana spódnica falowała wokół bioder i przyciągała spojrzenia. Szeptały również kobiety, pełne gniewu i zazdrości. Pełne pogardy dla niej, dla jej zachowania. Mieszczanki oburzały się, młoda kołtuneria chichotała skrycie. A ona, dumna, choć zagubiona pod osłoną własnych włosów, szukała swego miejsca w tej przestrzeni. Spojrzała na mnie. Czy poznała? Nie wiem. Uśmiechem i skinieniem ręki zaprosiłem ją na wolne miejsce. Ta również dopowiedziała mi uśmiechem, lecz nagle rozglądnęła się. Spojrzała tam, gdzie odszedł jej mąż, pan, lub niewolni. Zagarnęła dłonią włosy i jeszcze raz lustrując dokładnie salę i oblicza zaciekawionych, choć ukrywających to klientów, usiadła przy moim stoliku pod szybą. Od razu w moim umyśle znikła kakofonia dźwięków, pojawił się miły szept. Jej słowa, które przebijały jeszcze roztrzęsiony i niepewny oddech, w pełni wykończony przez niepohamowany gniew. Powoli z jej twarzy opadało napięcie, znów stawała się blada, a szare oczy zapadały się w dal, lecz w tej chwili była piękna. Tak nie ma innego słowa na ten obraz. Na początku nie zwracałem w ogóle uwagi na jej słowa, gdzieś unikały, odbijały się od szyby i lądowały w głębi sali. Pragnąłem tylko, by coś wyszeptała, tylko do mnie, po cichu, spokojnie i miło. Ale przecież w tej minucie, po godzinie gniewu nic o mnie nie wiedziała. Z jej bladej twarzy nie schodził uśmiech, piła małymi łyczkami i wpatrywała się w kąt sali. Od czasu do czasu spojrzała za szybę na to miejsce, gdzie przed chwilą zmieniła całe swoje życie. Dźwięczała mi w głowie myśl, że wiążę się w jakiś głupi melodramat, w idiotyzm operetki, ale ja pragnąłem tylko jej szeptu, wypływającego z bladych, sinych ust. Przemawiał przez nią stłumiony gniew. Nie poznała mnie, nawet jak się przedstawiłem, i chwała, że była prostą kobietą, całą w swojej kobiecości, bez zbędnych upiększeń. Mogłem chłonąć ją na nowo, a ona nie znała żadnego z moich utworów, cząstki mojego zakłamanego ja. Jednak w tej prostej, bladej postaci, było coś tak wielkiego, że nie mogłem oderwać od niej wzroku. Był w niej człowiek. Chciałem sprawdzić, czy we mnie też drzemie człowieczeństwo. Chciałem odbić je w jej szarych oczach, jak w nieprzezroczystej szybie. Słyszałem dźwięczność jej mowy. Wpierw była nieśmiała. Jakoś rozmowa krążyła ospale, wokół pogody, lecz im częściej spoglądała na ulicę, w dal, gdzie zniknął jej mąż, zaczęła przemawiać do mnie szeptem, znów z opuszczonym wzrokiem, w ciszy. Wtedy budził się w niej stary gniew, odwieczny bunt człowieka przeciw zniewoleniu. Jak mówił filozof: „Kochać, to uczynić kogoś swoim niewolnikiem” Ona chciała uciec od swego pana, ale czy go znała, czy przypadkiem ona nie była panem? Mówiła do mnie o wolności i niezawisłości kobiety, jakbym w ogóle ją rozumiał. Nie miałem pojęcia, co może ona czuć. Widziałem tylko jak na jej twarzy rysowała się przekora. W głosie drżała niepewność, ale ściśnięte dłonie zapewniały o jednoznacznym rozwiązaniu. Nie chciała widocznie szukać innej dla siebie drogi. Ponoć jej mąż był strasznie zazdrosny, o każde spojrzenie, słowo, szept. Szyba nawet nie mogła odgradzać jej od niego. Pragnął, a ona. Młoda jeszcze chciała odrobinę inności. Jej szare oczy nabrały szklistego rozmarzonego koloru. Z ust posypały się ciepłe dźwięki, lecz przerywane wspomnieniami, szeptem pełnym gniewu. Powoli otwierała dłoń, opierając długie palce na blacie stolika. Na serdecznym palcu, lewej dłoni pozostał ślad po obrączce, kryła się z nim. Uciekała od niego w uśmiech i wyzywające spojrzenia, lecz im dłużej ze mną rozmawiała, tym bardziej zapadała się w swój gniew. Skarżyła się mi, jak musi cały dzień spędzać wyłącznie z dzieckiem. Myślałem, że kobiecy instynkt macierzyński jest najsilniejszą siłą. Okazało się, że i ona ustępuje ogromnemu pragnieniu bycia wolnym, również od odpowiedzialności. Ale czy można od odpowiedzialności uciec. Gdzie? Coraz szarzej robiło się za oknem. Spoglądałem raz na ulicę, na nią, w puste dno filiżanki. Przez mój umysł przepływały coraz to nowsze dźwięki, informacje o niej, o mężu, życiu. Gdzieś w jej wymawianych szeptem słowach unikała wspominania o swojej córeczce, może za mocno o niej myślała, albo się wstydziła, przecież wciąż oczy spuszczała w dół. Wstydziła się, że targana niepohamowanym gniewem zapomniała o małej swojej pociesze. Dała się ponieść emocją, które tumanią kobiecy instynkt matki. Matka jest zrodzona dla swojej córki, ale w głębi duszy pragnie, żąda i potrzebuje czegoś innego, uwolnienia od wszystkich, od zwyczajności. Zbliżał się wieczór. Za szybą pojawiało się więcej ludzi, spragnionych przedwieczornych spacerów, a kawiarnia pustoszała, opuszczali ją stali bywalcy, przenosili się do innej, lub wreszcie oddawali się pracy, lub rodzinie. Dźwięk ulicy zaczął dominować, coraz więcej było stukotów podeszew o trotuary, odgłosów rowerowych dzwonków. W kawiarni szept zanikał, przeradzał się w głośne wołanie kelnera, proszenie o rachunek. Niekiedy nawet w gniew, gdy niezdarny chłopak zbije filiżankę, lub obleje resztką kawy jakiegoś klienta. Stoi ze spuszczoną głową, w pełni odpowiedzialny za swoje czyny, czekający na karę. Nagle otulając się czarną, skórzaną kurtką, zapytała, czy nie odprowadziłbym jej do domu. Spojrzała za okno, męża nie było, z kwiatami, z przeprosinami. W jej oczach znów zbudziło się zdecydowanie i jeszcze ta kobieca przekorność, chęć wymierzenia największej mu kary, pokazania się z nieznajomym. Zgodziłem się. Wstaliśmy razem od stolika, stojącego pod kawiarnianą szybą. Nie chwyciłem ja za rękę. Ona też nadal spoglądała niepewnie na mnie i na całe towarzystwo. Nie słyszałem innego dźwięku niż stukot jej obcasów. Weszła pierwsza, ja przytrzymałem jej drzwi i zdążyłem jeszcze wychwycić wśród resztek gości jakieś szepty, w których przeplatała się ta cała idiotyczna historia, w której padało moje nazwisko. Nic mnie to nie obchodziło, niech drażni to mieszczan, niech gniewają starzy czytelnicy, irytują recenzenci. Ja wyszedłem z nią z lokalu. Idąc przez ulice, mijając kolejne szyby wystawowe, i przechodniów, ona stawała się coraz bardziej zdenerwowana. Rozglądała się, szukała kogoś, czegoś. Szliśmy głównym bulwarem, wprost do jej domu, ale ona liczyła na coś więcej. Prawdopodobnie chciała, by ktoś ją zauważył jak chodzi wieczorem z innym, obcym mężczyzną. Szliśmy w ciszy- nie wydobywając żadnego dźwięku. Nawet szept nie wypłynął z jej mocno ściśniętych, bladych ust. Nie mogłem na nią spojrzeć, nawet nie miałem pojęcia, gdzie ja odprowadzam, lecz wydawało mi się, że im byliśmy bliżej miejsca przeznaczenia, tym bardziej wzbierał się w niej gniew. Nikt jej nie widział, nikt nie zwracał na nią uwagi. Była tak samo samotna, jak wcześniej. Takim zachowaniem mogła wzbudzić tylko politowanie a nie ukarać swego męża, za to wszystko. Jego nigdzie nie było, mogła czuć się wolna, ale nie umiała. Pragnęła zemsty za wszystko, lecz nikt jej nie widział. Nasze oblicza odbijały się w szybach wieżowców. Wędrówki nastawał chyba kres. Co ja mogłem zrobić? Nie mogłem przecież jej zdobyć jak zwierzę, bez żadnego wspólnego uczucia. Zniszczyłbym jej intymność, człowieczeństwo, gdyby mi się teraz oddała, to niczym by się to nie różniło od wizyty u prostytutki. To nie byłby dowód na nasze człowieczeństwo, zachowane w ludzkich odruchach. Dźwięk mojej myśli rozbrzmiewał i tumanił. Co mogłoby nas połączyć, utrzymać we własnej intymności. Na pewno nie miłość. Nie mogłem kochać osoby, którą znam od paru dni. Wpierw rodzi się pożądanie, później gdy się ono wypali może pozostać miłość, ale czy ja chcę być przez kogoś kochany. Chodzi tylko o związek dwóch wolnych osób, których jednak coś łączy, coś co zachowa w nich człowieczeństwo. Szepnęła do mnie, ścisnęła mą dłoń, swoją drżącą. Chciała znaleźć niezależność, swoje „ja”. Szeptem błagała mnie, bym jej nie odprowadzał, by mogła pójść ze mną, do domu, do nowego miejsca, może i życia. To te pragnienie, które pokonało gniew, tak mnie zaszokowało. Żądała od życia tylko jakiejś próby, kolejnej drogi, chciała tworzyć siebie na nowo, przy mnie. Oboje szukaliśmy w sobie człowieczeństwa, intymności. Objąłem ją, nikt nie widział, i prowadząc przed sobą doszliśmy do mnie. Szyba, dźwięk, szept, gniew

Ja, usta, słowa, cisza Ja, kiedy piję. Usta moczę. Słowa klecę do ucha. Aż w końcu przestaję i zostaje cisza. Ja pijąc to wino nawet nie zauważyłem, ze byliśmy jeszcze w płaszczach. Usta moje sączyły tym razem w towarzystwie czerwień trunku. Brakowało tylko słowa poety, a byłoby jak w romansie wszechczasów, nierealnie. Spoglądała na mnie, w ciszy, a jej oczy zaczęły tracić szary odcień i zaczęły błyszczeć tysiącami kolorów. Oparłem swoje dłonie na jej ramionach, zaczesała swe długie włosy za uszy. Spojrzałem na nią. Jej usta zawierały jeszcze kropelki wina, miękko spoczywały one na jej wargach, klejąc się do nich, drżąc od powietrza. Jednak te blade usta nie wypowiedziały w tej chwili żadnego słowa. Staliśmy tak, jeszcze w pół dystansie w nieogarniętej ciszy. Wszystko można było usłyszeć. Szelest powiek, szept na ulicy. Byłem otumaniony. Przycisnąłem jej ciało do mnie, poczułem jej woń, kobiecy zapach perfum, przytłumiony w kawiarni. Zrzuciła kurtkę na podłogę, usta swoje zwilżyła i spoglądając swymi rozpalonymi, choć niepewnymi, zlęknionymi oczami, zatopiła się w moje wargi. Otarłem się o jej skórę, była miękka, choć blada to jednak rozpalona. Włosy jej, kręcone opadały mi na oczy, spływały na połączone nasze usta. Tak spleceni nic nie mogliśmy powiedzieć. Żadne słowo nie wypłynęło z naszych ust. Byliśmy cisi, intymni w swoim uścisku, szeleście ciał, ubrań. Wtedy pojąłem że jej nie kocham, że nic prócz pragnienia wolności mnie z nią nie łączy, nawet ten długi pocałunek, bo nadal nie wiedziałem, czy ona całuje mnie, czy całuje męża, na przeprosiny. Jednak im głębiej się w ten pocałunek zagłębiałem, ja człowiek, czułem, że tu już nie chodzi o przepraszam, czy proszę, chodzi o głębię, o pragnienie. Pożądanie tych jasnych, bladych ust, teraz tak rozgrzanych moimi wargami. Lśniących zębów, giętkiego języka taniec

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych