Wróć do katalogu

Twórca

Historia o tym, czy nasz świat jest na prawdę tak prawdziwy jak nam się wydaje.

Falcor, opublikowano , 53 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Twórca

Szum setek wiatraków dochodził zewsząd. Ledwo słyszalny, wręcz uspokajający. Dobiegał z korytarzy i pomieszczeń obok. Był także w pokoju w którym pracował John. Szum niedostrzegalny tak od razu, ale jednak niemalże namacalny. Wystarczyło wyłączyć na chwilę komputery żeby odczuć, jak bardzo jest obecny. Pojawiająca się wtedy cisza wydawała się prawdziwą, cichą ciszą oraz swego rodzaju odkryciem mówiącym, że pomimo pozornego spokoju cały czas wszystko wokół pracowało. Ostatnio nie wyłączano komputerów prawie w ogóle. Pracowały bez przerwy, starając się stworzyć coś o czym dotychczas nie miały pojęcia. Dla Johna także było to coś nowego. Siedział w swoim fotelu, skoncentrowany na monitorze przed sobą i wpisywał pośpiesznie kolejne komendy z klawiatury. Stanowił w tym momencie dziwną mieszankę człowieka tak spokojnego i oddalonego od otaczającej go rzeczywistości, iż na zadane mu pytanie zapewne by nie odpowiedział, a jednocześnie jego umysł zawzięcie pracował starając się rozwiązać kolejne problemy wyskakujące na ekranie. Zewnętrzną oznaką tej wytężonej pracy stanowiły bezwiednie podskakujące nogi Johna, które zdawały się wybijać szybki, wyznaczony rytm – w górę i w dół. Na biurku stała zimna herbata. Jedyna jaką dziś zrobił – raczej z przyzwyczajenia niż realnej potrzeby. Jednak dziś nawet jej nie ruszył. Tak samo jak wczoraj i przedwczoraj. Tak samo jak przez ostatnich kilka tygodni. Nie miał na to czasu, był coraz bliżej celu i czuł to. Widział go już wyraźnie i starał się jak najszybciej dogonić, zupełnie jak myśliwy, który po długim tropieniu dostaje zastrzyk adrenaliny, gdy wreszcie dostrzega swoją ofiarę. Rytmiczne stukanie klawiatury przerwał łagodny dzwonek. John oderwał głowę od ekranu, jakby coś wyrwało go ze snu. Przez moment nie był do końca pewien co się stało. Dzwonek rozległ się ponownie. Dochodził z kieszeni w koszuli. Teraz dopiero otrzeźwiał na dobre. Sięgnął do kieszeni i wydobył z niej niewielką komórkę. Na ekranie migotał napis: „21:00 – Kolacja”. Rzut oka na zegarek wystarczył, aby zorientować się, że nie ma co liczyć aby zdążyć na czas. Był to już bowiem drugi alarm, automatycznie włączający się 10 minut przed ustawionym czasem. John przypomniał sobie, że jakieś pół godziny temu komórka odezwała się po raz pierwszy, ostrzegając go o zbliżającym się spotkaniu. Miał tylko dokończyć pare procedur, które właśnie migocząc zakomunikowały, iż mają pewne problemy z funkcjonowaniem, a zaraz potem chciał szybko nałożyć płaszcz i wyjść. Teraz sprawa wyglądała podobnie. Różnorakie komunikaty migotały na kilku, stojących obok siebie monitorach, stwarzając kolejną przeszkodę, którą tak bardzo chciało się natychmiast pokonać. Jeszcze tylko chwilka i... - Dosyć! – powiedział sobie ostro. Wstał raptownie, choć z pewnym trudem, jakby nie mogąc przekonać samego siebie, że musi już wychodzić. Ubrał się jednak pośpiesznie i podszedł do drzwi. - Komputer! – powiedział wyraźnie. – Wykonać procedury zapisu i wylogowania użytkownika John Grishan. Przystąpić do wewnętrznej analizy projektów JG3a i JG4e. – Po czym wyszedł zanim komputer zdążył potwierdzić wykonanie poleceń. Na dworze było mroźno, co niemal zaskoczyło Johna. W pewien sposób zaskakiwało go to codziennie, gdy po wielu godzinach spędzonych w ciepłym biurze, powracał wreszcie do rzeczywistości przekraczając drzwi instytutu. - „Ahh, miałem jeszcze porozmawiać z Makiem?” – przypomniał sobie nagle raptownie się zatrzymując. Chwilę analizował sytuację po czym ruszył przed siebie. – „Trudno, omówię to z nim jutro”. Spieszył się. Już dawno obiecał Megi, że w końcu spędzą jakiś wieczór razem. Co prawda zawsze ciężko pracował i jego żona nauczyła się radzić sobie z jego rzadką obecnością w domu, ale odkąd kilka miesięcy temu odkrył, jak może dokonać przełomu w swych badaniach, praktycznie go w nim nie było. Czasami wracał o trzeciej nad ranem, aby przed siódmą znów szybko wrócić do badań. Teraz liczne śnieżne zaspy oraz ostry, sypiący śniegiem w twarz wicher mocno go spowalniał. Momentami wydawało mu się, że im bardziej się wysila, tym mocniej ślizga się tylko po nieubitym śniegu, nie posuwając się prawie w ogóle. Do domu, mieszczącym się na terenie Instytutu, miał około piętnastu minut drogi, nie brał więc auta zwłaszcza, że zwykle lubił rozmyślać podczas spaceru nad różnymi aspektami swej pracy. Obecnie myślał jednak tylko o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się z powrotem w ciepłym, bezwietrznym pomieszczeniu. Zresztą ostatnimi czasy myśli na temat pracy wcale nie były przyjemne. Było to o tyle dziwne, że niedługo miały się spełnić jego marzenia jeszcze z czasów dzieciństwa, a tymczasem coś budziło jego niepokój. Nie było to nic konkretnie oczywistego. Obiektywnie rzecz biorąc wszystko wskazywało na to, że osiągnie pełen sukces, ale jednak nie czuł się szczęśliwy. Był w tym wszystkim jakiś haczyk. Jednak pomimo tego, że John był jednym z najzdolniejszych naukowców w dziedzinie badań nad sztuczną inteligencją, nie potrafił ani odrobinę odgadnąć co go tak niepokoi. Zresztą zwykle nie uznawał czegoś takiego jak „przeczucie”. John Grishan był bardzo logicznie myślącym człowiekiem, któremu jednak w wolnych od problematyki naukowej chwilach, nie brakowało wewnętrznego ciepła. Przypuszczał zresztą, że to właśnie w sporej mierze dzięki dobrym kontaktom z innymi ludźmi tak szybko zrobił profesurę. Miał dopiero 34 lata, a już sięgnął po najwyższy stopień naukowy. Zrobił go zresztą niejako przy okazji, gdyż nie tyle chciał być profesorem, który musi się wykazać jakimiś dokonaniami, co naukowcem który chciał skupić się na pracy, a dodatkowo dostał szansę na podniesienie swojej rangi uczelnianej, poprzez dodanie przydomka „prof.” przed nazwiskiem. Z czasem zaczęło mu to nawet nieco ciążyć, gdyż jako nieznany doktorant miał więcej czasu na własne badania, niż gdy stał się poważanym kolegą profesorem, który nie mógł wykręcić się od prelekcji, czy prowadzenia wykładów. Pomimo tych trudności zdecydowanie brnął w kierunku realizacji swych celów. Sztuczna inteligencja. Marzył aby ją stworzyć odkąd dostał swój pierwszy komputer i szybko przekonał się, że nie da się z nim rozmawiać tak, jak ma to miejsce w większości filmów science-fiction. Przeżył wtedy wielkie rozczarowanie realnymi możliwościami ówczesnych maszyn, które były właśnie tylko tym – maszynami. Większość ludzi w takim przypadku zwyczajnie godzi się z faktami, ale dla małego Johna stanowiło to wyzwanie. Wyzwanie które utkwiło w nim już na zawsze. Postanowił sobie, że kiedyś razem ze swoim komputerem porozmawiają o filmach i fajnych grach. Dzisiaj tak dziecinne myśli dawno już go nie zaprzątały, ale cel pozostał.

Gdy wszedł do domu od razu uderzył go brak jakiegokolwiek ruchu. Nie to żeby zwykle było tu sporo ludzi, ale jak większość domów, tak i ten żył swoim wewnętrznym życiem, które pulsowało w nim na co dzień. Obecna cisza mogła oznaczać jedynie kłopoty. - Kochanie..? – niepewnie zaryzykował John. – Kochanie, jesteś? Oczywiście, mijając zaparkowany przed domem samochód, zdawał sobie sprawę, że Megi jest w domu i oczywiście domyślał się także, że brak odpowiedzi oznacza czyjś bardzo zły humor. Niezwłocznie zaczął przeszukiwać kolejne pomieszczenia. W końcu znalazł ją w sypialni. Światło było tu przyciemnione. Siedziała, pochylona nad książką, w wielkim beżowym fotelu, ubrana w elegancką, czarną suknię. Po jej długich, rudych włosach widać było, że niedawno musiały być starannie upięte. Teraz jednak rozchodziły się bezładnie we wszystkich kierunkach, jakby jakaś siła wyrwała je z uwięzi. John wszedł do pokoju i pokornym głosem spróbował: - Kochanie przepraszam. Wiesz ja... – uświadomił sobie nagle, że nie posiada żadnego dobrego wytłumaczenia swojego spóźnienia - nie wiem. Po prostu przepraszam. Megi milczała. Zdawała się w ogóle nie dostrzegać wejścia swojego męża. On starał się natomiast znaleźć jakieś wyjście z sytuacji. Wiedział, że powinien zrobić coś co sprawi, że w końcu pójdą do tej restauracji. Dobrze znał swoją żonę – nigdy tak szybko nie rezygnowała z tego co sobie zaplanowała. Zresztą oboje posiadali tę cechę i między innymi właśnie ona, jakiś czas temu, ich do siebie zbliżyła. W głowie Johna panowała jednak pustka. - „Nie możemy tak milczeć w nieskończoność. Trzeba działać.” – Dedukował w myślach. – „Co mogłoby sprawić aby się odezwała? Potem będzie już prościej.” Wpadł w końcu na pomysł, że zada jej jakieś typowo praktyczne pytanie, którego nie będzie mogła zignorować. - Nie wydaje ci się, że gdzieś tu ulatnia się gaz? – ledwo wypowiedział te słowa, a dotarło do niego jak idiotycznie zabrzmiały. Odniósł jednak sukces, choć nie dzięki swej pomysłowości. Megi najpierw powoli podniosła głowę znad książki. Jej oczy z początku wyglądały tak gniewnie, iż ciężko było w nie spoglądać. Po chwili jednak gniew zaczął znikać, a na jego miejscu zaczęły pojawiać się iskierki radości. Z twarzą działo się coś podobnego, ale tutaj lekkie oznaki zaczynającego się w kącikach ust uśmiechu, były wyraźnie powstrzymywane. Po chwili Megi znów spojrzała na książkę, gdyż inaczej nie byłaby w stanie zapanować nad nadchodzącym śmiechem. Coś ją jednak kusiło, aby jeszcze tylko raz zerknąć na Joha. Tylko na momencik, chwilkę... nie wytrzymała i roześmiała się na cały pokój. Patrzyła się na swojego męża, który aktualnie nie miał zbyt mądrej miny i po każdej, krótkiej przerwie znowu wybuchała śmiechem. Jonh był zakłopotany. Nie rozumiał, czy powiedział coś faktycznie śmiesznego, czy może całe to siedzenie w fotelu z książką to tylko kawał, na który dał się nabrać. W każdym razie pokój zdawał się być teraz dużo bardziej promienny i skłaniający do rozmowy. - Nie bardzo rozumiem...? – zaczął niepewnie, ale widząc na twarzy swej żony pierwsze łzy śmiechu, dokończył już bardziej zdecydowanie. – O co ci chodzi? Na odpowiedź przyszło mu jednak nieco poczekać, gdyż słowa nie mogły przecisnąć się przez usta Megi, a jej gestykulacja była dość niezrozumiała. Dodatkowo zakłopotanie Joha jeszcze potęgowało zabawność całej sceny. W końcu jednak zdołała, przerywając, powiedzieć: - Spójrz... spójrz na siebie. – I znowu zaczęła się śmiać. - „Na siebie? A co jest nie tak?” – chciał już zapytać John, ale zdał sobie sprawę, że szybciej uzyska odpowiedź zwracając się w kierunku lustra zawieszonego na ścianie za nim. Odwrócił się i ujrzał siebie. Był cały w śniegu. Jego czarne buty były białe - zupełnie nie widoczne spod warstwy śniegu. To samo tyczyło się spodni. Nieco lepiej sprawa miała się z płaszczem, którego czarne zakamarki tu i ówdzie wyglądały spoza śniegu. Gdy jednak popatrzył na swoją twarz ujrzał... coś na kształt Dziadka Mroza, połączonego z bałwanem. Jego nieogolony od kilkunastu dni zarost zapewniał śniegowi doskonałe przyleganie, co sprawiało, iż poza ustami, nosem i bystro spoglądającymi oczami niewiele było widać. Faktycznie wyglądał komicznie, jak człowiek śniegu, czy zwyczajny bałwan. Za plecami usłyszał rozkazujący, ale już udobruchany głos żony: - Gdzie mi z tymi butami do sypialni wlazłeś?! Zobacz jakie ślady zostawiłeś. – Faktycznie śladów było sporo. – Natychmiast ściągnij te buty i przebierz się. Tylko szybko. Stolik nie będzie na nas wiecznie czekał. Nie było tutaj co dyskutować. Po pierwsze John nadal nie wiedział co by tu powiedzieć, po drugie Megi, przynajmniej częściowo, wrócił humor, a po trzecie wszystko zaczęło się układać według pierwotnych założeń. Wyjdą dzisiaj na elegancką kolację i spędzą miło czas. Pokrzepiony wybrnięciem z konfliktu popędził na dół do szafki z butami.

- „Tak naprawdę wcale go tu nie ma.” – myślała ze smutkiem Megi, spoglądając na Johna. Jego wzrok był zupełnie nieobecny. Siedzieli oboje w wykwintnej restauracji „Panta Rei”, która znajdowała się w średniej wielkości miasteczku, oddalonym od Instytutu o dwadzieścia minut jazdy samochodem. Nie była utrzymana w jakimś konkretnym, niepowtarzalnym stylu – ot kilka kosztownych obrazów, nieco ciemnego drewna, czy drogich mebli obszytych purpurowym suknem. Kolor ten zresztą dominował w całym lokalu. Gustownie ubrany kelner, jakiś czas temu, przyjął od nich zamówienie. Z początku rozmawiali ze sobą przez chwilę. Potem Megi zorientowała się, że to głównie ona mówi, a gdy John zaczął już tylko przytakiwać przerwała rozmowę. Nawet tego nie zauważył. Siedział wpatrzony przed siebie i widać było, że setki myśli przelatują przez jego głowę. Czasami zastukał nerwowo palcami w stół co oznaczało, że spotkał jakiś spory problem w swej myślowej gmatwaninie. - Zdradzam cię z naszym sąsiadem. – Oznajmiła nagle Megi. - Dobrze, dobrze... – John odparł machinalnie, nie zwracając na tę wypowiedź większej uwagi. Część słów Megi jednak w nim krążyła i wreszcie do niego dotarła. – Z kim? – zapytał jak wyrwany ze snu. – Przecież naszą sąsiadką jest Doris? Po kpiarskiej minie swojej żony poznał, że to miał być swego rodzaju test. Patrzyła na niego ze smutkiem i jakimś żalem, a potem łagodnie powiedziała: - John, pobądź ze mną przez chwilę. Oboje wiedzieli, że to nie jest takie proste. Jemu zrobiło się przykro. Już raz ją dzisiaj przepraszał, ale nie mógł jej obiecać, że znowu nie wpadnie w ten swój niemalże hipnotyczny stan. Ona natomiast wiedziała, iż dopóki nie skończy prac nad swoim projektem to nie jest w stanie zmusić go, aby przestał o nim myśleć. Być może ta chwila, kiedy oboje spoglądali na siebie odgadując swoje myśli, była najlepszą tego dnia. Nie zauważyli kiedy zjawił się kelner z zamówionymi przez nich daniami. Obsłużył ich, życzył smacznego i odszedł. Intrygujące jak bardzo widok i zapach swych ulubionych potraw może poprawić ludziom humor. Oboje najpierw nieznacznie uśmiechnęli się, a następnie przystąpili do konsumpcji. Z początku z ich ust padały jedynie słowa typu: - Bardzo dobre to bolognese. Chcesz spróbować? - Nie dziękuję. Może ty chcesz sałatki? Potem jednak zaczęli rozmawiać o tym, jak ładnie jest urządzony lokal, co zamówili gdy byli tu poprzednim razem. Ten ostatni temat zaczepił o wspomnienia z wcześniejszych lat, kiedy to dopiero się tu sprowadzali. Wspominali jak trafili do tej restauracji zaraz po przyjeździe, chcąc uczcić nową posadę Johna. Wspominając ją zaczęli wspominać poprzednie jego zajęcia, a później to jak Megi zdobyła swoją pracę – tłumaczyła książki z języka francuskiego. Gdy doszli już do butelki wina przypomnieli sobie ten dzień, kiedy się spotkali. Okoliczności były niezwykłe. Według Johna rachunek prawdopodobieństwa wręcz wykluczał zajście tego spotkania. Doszło do niego na najprawdziwszej pustyni. Dookoła tylko piach i jedna, dawno nie uczęszczana droga. Oboje nigdy nie potrafili wyjaśnić, jak mogli się tak bardzo pomylić skręcając z autostrady w niewłaściwym kierunku. Pierwszy zjechał John. Był właśnie w drodze na jeden z uniwersytetów, gdzie niespodziewanie wezwał go jego ówczesny promotor i mógł przysiąc, że drogowskaz wskazywał właśnie ten zjazd z autostrady. Zjazd prowadził jednak donikąd. Oczywiście pytania pojawiły się w jego głowie już wtedy, gdy wjeżdżał na pustynną drogę, ale elektroniczna mapa wyraźnie potwierdzała wówczas słuszność tego wyboru. Kiedy jednak silnik w jego samochodzie przegrzał się i odmówił dalszej jazdy na środku pustkowia, zaczął poważnie zastanawiać się nad niezawodnością technologii satelitarnego namierzania. Zadzwonił po pomoc drogową, ale nie potrafił im powiedzieć gdzie jest. Mapa pokazywała, że znajduje się półtora kilometra od celu, jednak jakoś trudno było w to uwierzyć. Stał właśnie nad starą, zwykłą, papierową mapą, którą znalazł głęboko w schowku i starał się określić swoje położenie, kiedy to niespodziewanie nadjechał drugi samochód i wysiadła z niego Megi. O dziwo miała dokładnie takie same kłopoty jak on z tym, że jej samochód był nadal sprawny. Dalej wszystko potoczyło się tak, jak należało tego oczekiwać. Megi zawróciła i pomogła Johnowi zabierając go ze sobą. Jak się później okazało drogowskaz wcale nie wskazywał kierunku, w którym oboje zjechali, a awaria nawigacji spowodowana była przez zakłócenia wywołane mocnymi wybuchami słonecznymi, o czym informowano w wieczornych wiadomościach. Droga, którą oboje pojechali, prowadziła do odległej, wyeksploatowanej kopalni i obecnie nikt już jej nie używał. Trzeba przyznać, że mieli sporo szczęścia w tym nieszczęściu zwłaszcza, że znaleźli siebie. A teraz, po tych wszystkich latach siedzieli naprzeciwko siebie, popijając wino i uśmiechając się do siebie. Od pustyni po wykwintną restaurację – historia nie mniej nieprawdopodobna niż biblijne cuda. Wspomnienia na chwilę przycichły i oboje rozsiedli się wygodniej na krzesłach, chcąc odpocząć po posiłku. Do głowy Johna znowu zaczęły napływać myśli związane z badaniami. Wiedział, że nie będzie potrafił im się długo opierać. - „Skoro tak, to chyba lepiej już się nimi podzielić” – pomyślał, po czym zwrócił się do Megi. – To te badania, wiesz. – Zaczął spokojnie, ale ona już zauważyła powrót tego typu niepokoju, jaki nie pojawiał się u niego prawie nigdy. Swego rodzaju irracjonalnego lęku przed własnymi myślami. – Jesteśmy już bardzo blisko...i tego się właśnie boję. – Spojrzał na nią. Widział, że stara się go zrozumieć. – Nie wiem dlaczego. To nie to, że takie odkrycie może być groźne. To głupota. Ale... – starał się przywołać na myśl jakieś skojarzenie, wreszcie poddał się odwracając głowę i nerwowo rozglądając się po sali. – Nie ważne. Niedługo będzie po wszystkim. – Jego wzrok zatrzymał się na pewnym mężczyźnie ze stolika znajdującego się nieco w głębi lokalu. Nieznajomy wyraźnie mu się przyglądał. Takie zdarzenia mają miejsce codziennie, ale tym razem... to samo uczucie jak z projektem... i to deja vu, jakby znał tą postać. John miał fotograficzną pamięć i wiedział, że nigdy przedtem nie spotkał tego człowieka. Wyglądał na kogoś zakłopotanego, a jednocześnie niezwykle pewnego siebie. Kogoś kto ma myśli podobne do tych, które ostatnio męczyły i jego. - ...przeczucie. – Dosłyszał tylko ostatnie słowo swojej żony, - Słucham? – raptownie zwrócił się do niej odrywając wzrok od nieznajomego. - Powiedziałam, że gdybym cię nie znała to pomyślałabym, że masz jakieś niepokojące przeczucie. - Tak, to może być coś takiego. – Powiedział z niewielką dozą zainteresowania w głosie. Znowu odwrócił się w kierunku oddalonego stolika. Nieznajomego już tam nie było. - „Wyszedł tak szybko?” – pomyślał z niedowierzaniem. Płytko westchnął, po czym spojrzał z lekko wysilonym uśmiechem na Megi. – Tak, to chyba przeczucie.

Kiedy rankiem John szedł do pracy wszystko wyglądało o wiele porządniej niż dnia poprzedniego. Wiatru nie było, za to pojawiło się słońce, które oślepiało odbijając swe promienie od śniegu. Chodnik został odśnieżony, a na jego powierzchni mieniły się kryształki dopiero co posypanej soli. O wczorajszej pogodzie przypominały, schowane pod gęstą warstwą śnieżnego puchu, drzewa, dachy domów oraz niektóre samochody. Wszystko wyglądało tak świeżo, jakby dopiero co stworzone. Uroki tego widoku docenił nawet umysł Johna, nie zawracając mu głowy problemami związanymi z pracą. Niestety po dotarciu do instytutu uczucie błogości minęło. John najpierw zaszedł do swojego pokoju, wznowił pracę komputera dokładnie tam gdzie wczoraj skończył i odruchowo zaparzył kawę. Zanim jednak zabrał się do pracy postanowił skontaktować się z Makiem. Sprawdził jeszcze przez sieć, czy jest on już w swoim biurze i udał się na spotkanie. Mak pracował w drugim skrzydle budynku. Zajmował się on hardwarową stroną projektu, czyli projektował i zmuszał do działania różnego rodzaju procesory, karty pamięci czy superszybkie magistrale transmisji danych. Oczywiście nie robił tego sam, a razem z zespołem kilku osób, które to osoby także miały pod sobą kolejne zespoły. Gdy John przyłożył już kartę identyfikacyjna do czytnika otwierającego drzwi sekcji hardwerowej, dogonił go jego imiennik i pomocnik zarazem – John Kapatepobals. Jego nazwisko niezwykle intrygowało naszego Johna. Postanowił, że kiedyś go zapyta o jego pochodzenie. Miał to zrobić już wielokrotnie, ale zawsze pojawiały się ważne sprawy dotyczące pracy co sprawiało, iż bardziej błahe tematy schodziły na dalszy plan. - Panie profesorze – zaczął, nieco dysząc John. – Myślę, że razem z Bernardem znaleźliśmy rozwiązanie problemu postrzegania abstrakcji. Profesor Grishan był nieco zaskoczony. Spodziewał się oczywiście znalezienia rozwiązania tego problemu, ale nastąpiło ono szybciej niż przypuszczał. - „Nieźle, naprawdę nieźle.” – Pomyślał i utkwił pytający wzrok w Kapatepobalsie. - Rozwiązanie wydaje się banalne – kontynuował ów widząc, że oczekuje się od niego wyjaśnień. – Można by stworzyć dwa oddzielne jądra, których część poznawcza jest zupełnie różna, choć prawdziwa. Mogłyby się wymieniać informacjami na ten temat i same wyciągałby wnioski dzięki wspólnej matrycy. Same nauczyłyby się tego co my próbujemy im zaimplementować. – Był wyraźnie podekscytowany własnymi słowami. – A nawet jeśli nie – zaczął po przerwie - to taki eksperyment może nas znacząco przybliżyć do prawidłowych rozwiązań. John patrzył z uwagą na swego pomocnika i ostrożnie ważył jego słowa. Starał się nie popadać za łatwo w zachwyt nad nie do końca uzasadnionymi tezami. - Pan proponuje abyśmy stworzyli schizofrenika. – Odparł po chwili. Zapał na twarzy młodego doktoranta nieco przyblakł. - Istotnie istnieje takie ryzyko, ale nawet jeśli faktycznie coś takiego zajdzie, to możemy powtórzyć doświadczenie po naniesieniu poprawek. Sądzę, że za którymś razem powinniśmy osiągnąć pożądane efekty. Grishan pokiwał głową, po czym nacisnął klamkę drzwi przez które wcześniej zamierzał wejść. - Teraz mam spotkanie z profesorem Carlsonem, ale potem możemy omówić to bliżej. To ciekawa koncepcja, niech pan jeszcze nad nią popracuje. – Dodał znikając za drzwiami. Był niemal pewien, że taki model postępowania sprawi, że ich sztuczna inteligencja będzie cierpieć na coś w rodzaju komputerowej choroby umysłowej. - „Jak zareagują na to obwody mentalne?” – głównie to szedł właśnie omówić. Podszedł do ciemnobrązowych, drewnianych drzwi gabinetu Maka, gdy zauważył, że ten dyskutuje o czymś w jednej z przeszklonych sal projektowych. Udał się tam niezwłocznie. - ... zmiany prostowników – dokończył profesor Carlson gdy John wszedł do sali. – Oho, przybył pan profesor Grishan. – Żartobliwym tonem przywitał przyjaciela. - Cześć Mak. Ja właśnie w sprawie napięcia. Przywitał się z pozostałymi dwoma doktorami, którzy siedzieli wpatrzeni w holograficzny obraz jakiegoś skomplikowanego układu obwodów. - Tak przypuszczałem. – Powiedział profesor i podrapał się po gęstej, białej brodzie. Jego twarz spoważniała. – Nie mam dla ciebie dobrych wieści. Twoja aplikacja wymusza zbyt wiele przepływów na Klastrze. Jeśli ją do niego wprowadzimy może tego nie wytrzymać. - A automatyczne wyłączanie i procedury ograniczające? - W tym właśnie problem, że nie wiemy jak nałożyć takie ograniczenia, które będą się włączały w momencie przeciążeń, a nie będą reagować podczas normalnej pracy. Jak określić co jest silnym „odczuciem”, a co niszczycielskim zawałem? Obaj pokiwali głowami. Zdawali sobie sprawę, że jeśli chcą osiągnąć pełen sukces nie mogą ograniczyć inteligencji maszyny tylko do czystej inteligencji. Aby być naprawdę kreatywną musiała czuć. Rozróżniać dobro od zła, zadawać pytania które logicznie rzecz biorąc wydają się niepraktyczne, czy też pozbawione sensu. - Myślę, że Klaster to wytrzyma. Przeprowadziłem symulację... - John, nie dam ci tego zrobić w takiej formie – przerwał mu Carlson. Jego czoło sposępniało podwajając i tak już sporą liczbę zmarszczek. Taki wyraz twarzy zawsze dodawał mu sporo powagi, a nawet grozy. – Jeśli Klasterowi coś się stanie, to Barbready mnie powiesi. Wiesz jaki z niego księgowy. Jak niby miałbym wytłumaczyć się ze spalenia urządzenia wartego dziesiątki milionów dolarów? – ponownie podrapał się po brodzie. – Zresztą co potem? Poprosimy o kolejną dotację na nowy sprzęt i znowu przetestujemy go w taki sposób? Nie John. – Mak był stanowczy. – Musisz poprawić te procedury obejść napięciowych i przeciążeniowych. Ja z moimi chłopcami zobaczymy co da się zrobić, aby to draństwo było bardziej odporne na spalenie i nie mniej podatne na bodźce. Większości pracowników Instytutu te słowa wystarczyłyby za całą odpowiedź, ale John był zbyt bliski celu, aby tak łatwo się poddać. - Porozmawiam z Barbreadym, może pozwoli mi to zrobić mimo ryzyka. Wierzę, że moje symulacje były prawidłowe. - Jak chcesz. – Mak machnął ręką, jakby od niechcenia przekazywał kompetencjie. – Jesteś jednym z jego pupilków, wiec może się i zgodzi na takie ryzyko. – Powiedział z niedowierzaniem. Nie było nad czym się dłużej rozwodzić. John chciał jak najszybciej powrócić do zadań czekających na niego w pokoju, a musiał jeszcze porozmawiać z grupą Kapatepobalsa. Pożegnał się z Carlsonem oraz jego współpracownikami i ruszył w kierunku drzwi. - Powiedz mu, że jak się zgodzi to możemy być pierwsi na świecie, a nasz Instytut okryje się wieczną chwałą. – Rzucił mu na pożegnanie Mak, uśmiechając się nieco ironicznie.

- „To będzie prawdziwie zaganiany dzień.” – myślał John idąc przyspieszonym krokiem w kierunku pracowni grupy Kapatepobalsa. Mylił się. Ta ganianina miała zakończyć się równie szybko jak się rozpoczęła. Już w drodze do pracowni wyczuł to dziwne napięcie które powoduje czasami odruchowe, nerwowe drżenie rąk. Miał wrażenie jakby przez jego klatkę piersiową, szczególnie w okolicach serca, przepływał prąd o niewielkim napięciu. Nieswoje uczucie. Rozmowa Johna z Johnem nie wniosła wiele nowego. Aby wyciągnąć jakieś wnioski trzeba było przeprowadzić eksperyment. I znowu to niepokojące przeczucie, jakby robiło się coś niewłaściwego. To wszystko było dla niego takie... nowe. Nigdy nie poddawał się tego typu instynktom. Teraz jednak było to na tyle silne, że postanowił poczekać z decyzją o rozpoczęciu tego testu. - „Co ja właściwie robię? Przecież zależy mi na czasie.” – Tego typu myśli zaczęły go bardziej męczyć niż sprawy techniczne. Po chwili zupełnie już nie zajmował się technicznym aspektem projektu, wpadając w jakąś niezwykłą mantrę niepokoju. – „To pewnie dlatego, że mój cel jest tak blisko.” – Starał się siebie uspokoić. Gabinet Barbreadego, kolejnego celu jego dzisiejszej instytutowej wędrówki, znajdował się w budynku położonym kilkaset metrów dalej, wzdłuż…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych