Ujebany gównem
Dres, pies i stres. Studium wypadku. Nowoczesna tragedia osiedlowa.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
"Wdepnięcie w gówno przynosi szczęście" - ludzie wdeptujący w gówno
"W kał wdepnięcie Toż to szczęście" - fikcyjne przysłowie ludowe
„Ujebany gównem”
Choć szyi nie miał, Miron był gość. Na dzielni nie było takiego drugiego. Dres miał ze sklepu a nie z bazaru, co świadczyło o jego klasie. Trzy paski biegły wzdłuż wielkiego napisu i sporego liścia. Wszystkie dresiarze podziwiały Mirona za jego uliczny szyk. Do czasu aż nie wdepnął w gówno i nie przybrudził sobie oldskulowo rozpinanej nogawki dresu. Pech chciał, że przydarzyło mu się to w drodze na dicho, zanim odebrał Mirandę z jej dziupli. Rzecz jasna wiele czynników złożyło się na owe feralne stąpnięcie. Niełatwo było bowiem uśpić czujność Mirona. Każdy krok jego szyty był na miarę, z odpowiednim zarzuceniem bara i naprężeniem poślada. Łeb wraz z tułowiem kiwały mu się przy tym na boki, jak drzwi na zawiasach. Biel obuwia jego i dresu zobowiązywała. Stopy unosił wysoko, posuwając się krokiem sprężystym. Tu jednakowoż zadziałała matka natura. Już od dziecka Miron koślawe miał stopy; chodził jak klaun, stawiając je na zewnątrz. Z wiekiem mu się pogarszało - im bardziej się wiózł, tym krzywiej lazł. Toteż w gówno wdepnął prostopadle, bok nogawki tym samym ujebując. Wówczas masa kałowa dostała się między szpary wypasionej podeszwy jego zoomair’ów. Rzecz jasna w gówno nie wdepnął na trawniku, bo po trawnikach z racji na szacunek do marek, w których chadzał, nie chadzał. Feralne nieczystości czyhały na niego na trotuarze wężującym się między blokami z wielkiej płyty. Miranda wyglądała Mirona ze swojego m2, jak księżniczka z wieży wyglądała rycerzy. Jak na debila przystało, paladyn jej swą 318 zastawił pół chodnika, a muzą napierdalał tak, że tubylcy zamykali okna, lękliwie zza firan wyglądając. Miron zatrąbił i odczekał, lecz Miranda nie wyszła. Zatrąbił po raz wtóry, lecz i to nic nie dało. Zapuścił jej bzyka z cegły, ale usłyszał z obca brzmiące słowa kobiety. W końcu podkręcił basy i wylazł z auta. Plastiki zapiszczały, matrioszki zatrzeszczały w oknach. Paru lichych bysiorów zza firan wyglądających obezwładniło go w myślach. Nie wiedział sam, że bierze udział w podstępnej grze Mirandy. Nieświadom wylazł z bolidu i grubym głosem w chamskim tonie zareklamował znany pomarańczowy napój gazowany. Blok płonął zazdrością i zawiścią, gdy stał na chodniku w całej okazałości, niczym posąg starożytnego mutanta. Czego wiedzieć nie mógł, stał już wówczas prawym butem w gównie. Kiedy wsiedli do bumy, Miranda pociągała wielgachnym nochalem aż tynk sypał się z jej lica. Wyjęła tani perfum i kropiła się pod pachami, na rękach, nogach, szyi i łonie. - Co się tak pachnisz? – zapytał kierowca, którego gramy amfetaminy niegdyś pozbawiły węchu. Nic, nic, ale w końcu nie wytrzymała: -Jebiesz Miron. -Jaaaaadę. -Jebiesz, nie jedziesz. -Milcz suko. -Ale Ty naprawdę jebiesz. Kałem. -Sorry kotek, ale zatkaj japę. – syknął, „wyłączył” martwą, zagrzybioną klimę, spuścił szybę i depnął do dechy. Minęła dłuższa chwila, zanim presupozycja ekspresywnego aktu mowy zaszłego pomiędzy nim a wybranką jego przyrodzenia wdarła mu się w psychikę. Innymi słowy, niespełna dwie minuty upłynąć musiały, aby zaczął zastanawiać się nad przyczyną zarzutów Mirandy. „Wdepłem, bo chyba się nie zesrałem?” – pomyślał z opóźnionym zapłonem. Kwadrans, który trwała podróż, w umyśle Mirona rozciągał się do wieczności. Choć grzał na pełnej kurwie, jego umysł zaprzątnięty natrętną myślą spowolnił percepcję. Wydawało mu się, że w zwolnionym tempie wymusza pierwszeństwo, wyprzedza na ciągłej i wygraża się pozostałym uczestnikom ruchu drogowego. „Wde-płem?”. W żółwim tempie parkuje przed remizą. „Wde-płem?”. Ociężale ściąga nogę z gazu. „Wde-płem?”. Ślamazarnie gramoli się z auta na płytę parkingu. „Wde-płem? Wde-płem? Wde-płem?”. Wdepnąłeś – światło ulicznej latarni udzieliło odpowiedzi na nurtujące go pytanie. Masa kałowa wyzierająca spomiędzy stalagnatów zaawansowanej technologicznie podeszwy przyprawiła go o dreszcze mocniejsze niż kreska amfetaminy. Smugą brązu w twarz dostał, jak wtedy, gdy w narkotykowym amoku rzucił się na listonosza z brązowym pasem w karate. Bądź co bądź, owo iście gówniane uderzenie wróciło jego czasoprzestrzeń w normalne ramy pełnej kurwy. Ciągnął Mirandę ku remizie tak, że stukała szpilkami niczym wkurwiony telegrafista. Sam próbował stawiać stopy do wewnątrz, jednakże nie wychodziło. Lazł jak zawsze, eksponując jak najwięcej buta nadchodzącym z przeciwka. Na masce buraczył się tak, że nad białym dresem jego łysa głowa wyglądała jak wisienka na torcie. Tuż za progiem zostawił swoją lejdi i poleciał do kibla. Tam ręcznikami z mydłem tarł umazaną gównem nogawę. - Nie zdążyłeś? – zagaił przypadkowy sikacz. - Na co? – zapytał dresiarz, odrywając się od zajęcia. - Na kibel. Miron wybałuszył oczy, zapuścił piąchę i rozkwasił mu nozdrza. Otumaniony gość zjechał plecami po zimnych kaflach ściany. Po wyjściu z szaletu Miron zeskanował tłum w poszukiwaniu Mirandy. Gdy ich wzrok skrzyżował się, blachara przestała szczebiotać, co pytlowała, do tego, do kogo trajlowała. Powstrzymując śmiech, jej rozmówca wsiąknął w tłum. - Co to za śmiechy? I chichy? Posrało cię? - Chyba ciebie. Miron zatrząsł się z wkurwienia i uniósł nad nią dłoń, bynajmniej nie żeby jej powachlować. Wówczas schwycono go pod bary. - Do domu wracasz sama! – darł się odciągany przez ochraniarzy. - Wrócę PKS-em! Tam tak nie jebie! – pyskowała Miranda. Bramkarze wypchnęły awanturnika z lokalu. Wyleciał przez drzwi, potknął się o krawężnik i padł plerami na trawnik. Wstał, otrzepał się, napompował i ruszył na ochronę, ostudziło go jednak ujadanie ich American Staffordshire Pitbullteriera. Złowrogo spojrzał psu w pysk, obrócił się i ruszył do auta. Śmiech dobiegał go zza pleców. Gdy zapakował się do bolidu, z nienawiścią spojrzał we wsteczne lusterko, w którym odbijała się remiza. Reputacja jego na łeb na szyję spadała po schodach ciasnego umysłu. Wrzało w nim od kurwicy, jak ciecz wrze w chłodnicy. Taka plama na najlepszej dyskotece w okolicy. Plama z gówna. Gdy w końcu dojechał pod blok swój, zajechany był już że ho ho. Wówczas, na domiar złego, zauważył umazany fotel swojej bumy. Niełatwo przyszło mu połączenie faktów, ale w końcu przyszło - całe plecy uwalił sobie kałem na parkingu przed remizą. By skonfrontować się ze swoim lękiem, kilkakrotnie próbował przekręcić szyję i podciągnąć dres, od dawna nie miał on jednak szyi, kręcił więc głową wraz z całym tułowiem. Po chwili wpadł już w amok, szarpał się z bluzą, a kiedy w końcu udało mu się wyswobodzić, w niebieskim świetle halogenów ujrzał brązową smugę ciągnącą się po śnieżnobiałym materiale. Odchylił głowę wraz tułowiem do tyłu, oczy wywrócił białkami do gwiazd, a z ust jego posypały się między bloki wiązanki tak mięsne, że wszystkie okoliczne psy głodnie rozszczekały się chórem. Tego wieczoru, w zwichniętej psychice Mirona, fecesami przelała się czara goryczy. Aby tylko nie myśleć o dyshonorze, jaki go spotkał, próbował zająć się robotą. Wpierw uprał dres i wygrzebał kał spod podeszwy. Pod osłoną mroku wyszorował siedzenie i dywanik auta, spać nie mógł, kładł się i zrywał, zachodził do łazienki, macał mokry dres, przemierzał mieszkanie od okna do okna. Brązowa zasłona, która przysłaniała mu umysł, odchylała się tylko by odsłonić Mirandę kłapiącą dziobem w świetle stroboskopu: - Gównem ujebany, wielki Miron obesrany – na dźwięk tych wyimaginowanych słów zlewał go pot zimny, jak zimne są raszki w lodówce. Mieszanka ekscytacji, lęku i kurwicy nakręcała go lepiej niż niejeden drops. Dres ociekał nieśpiesznie, a sen nie nadchodził, Miron postanowił więc wywietrzyć bumę. Markowe klapki kłapały po płytach chodnika, serce zaś kołatało mu nierytmicznie. Świeże powietrze ziębiło przez podkoszulek i gacie mokre od potu. Wtem rzucił mu się w oczy widok, na jaki do tej pory nie zwracał uwagi. Za parkingiem i drewniakiem, piaskownicą i trzepakiem, dziadek z psem kupkowali na trawniku. Dres po raz pierwszy w swym dorosłym życiu skręcił z płyt na trawę. Jego mięśnie drżały, a oczy przymykały się, gdy zbliżał się do dziadka. Wszechotaczający kał rzucał mu się w oczy. - Co ten trawnik taki obsrany? – gówno dwoiło, troiło i kręciło mu się w głowie, lawirował między nim mentalnie i trawnikowo. Upadł. Miranda zapuściła mu ślimaka, a potem oddała na niego mocz i wówczas przez psa oszczany, gównem ujebany, na twarzy z bokserzymi glutami, obudził się na chodniku w pełnym słońcu poranka za sprawą swojego przyjaciela Paco, który właśnie z obrzydzeniem to trącał go butem, to tupał na narwanego psa, który pałętał się w pobliżu. W końcu boksera udało się odgonić, Mirona zaś dobudzić, podnieść i na kwadrat zaprowadzić. Wzrok wbiwszy w ścianę, w brudnej bieliźnie na kanapie posadzony, raz na jakiś czas wzdrygał się koksiarz z osłupienia. Choć Paco pytał, nie uzyskał odpowiedzi ani na troskliwe „Co jest kurwa?”, ani na „Kurwa co jest?”, ani nawet na ”Kurwa co jest kurwa?”. Gdy Miron w końcu poddał się zmęczeniu i przysnął w fotelu, Paco przykrył go kocem i usiadł na krześle obok. Dzienny koszmar jakiś targał blisko stukilowym cielskiem: „Kał” – wołał Miron przez sen, pociągał nosem i wykręcał twarz w grymasie. Paco obserwował go lękliwie, wkrótce jednak alarm w komórce nakazał mu wracać do domu na obiad. Po przebudzeniu Miron poczuł się nieswojo. Choć nie czuł z racji na uszkodzony węch, widział i wiedział, że cuchnie psią szczyną i sryną. Choć uważał to za szczyt pedalstwa, dobył cegły i wskazującym palcem wyklepał: „Przyidz Kurwa”. – To pedał – powiedział do siebie Paco, kiedy sprawdził na ekranie nadawcę wiadomości. – To pedał – powtórzył, gdy z mozołem rozszyfrował jej treść. Miron tymczasem zdarł z siebie brudną bieliznę, zawinął ją w brudny koc i położył koło drzwi wyjściowych. Nagi wszedł pod prysznic, wywalił na twardą gąbkę pół opakowania żelu, po czym szorował napompowane ciało pod gorącym strumieniem tak długo i zapamiętale, aż nie obalił się czerwony na boczną ścianę kabiny. Jak burak obrany leżał na potrzaskanym plastiku, a ukrop lał się ze słuchawki na niego i gumolit łazienki. Obudził się po parunastu minutach sam z siebie, wstał ociężale, zakręcił wodę i wówczas usłyszał cichutkie pukanie do drzwi. Wyjrzawszy przez wizjer, zauważył sąsiadów z dołu; kobieta wypychała swego męża do przodu. Miron otworzył drzwi na oścież i stanął w nich, jak go białko w proszku i sterydy stworzyły. Chudzielec z wąsikiem patrzył sobie na buty i dukał łamiącym się głosem: - Zalewa nas pan – wyraźnie ruszał nozdrzami – dlatego martwiliśmy się, czy aby nic się panu nie stało? Żona ukradkiem łypała mężowi przez ramię, także niuchając zauważalnie. Miron spuścił głowę i zauważył, co im waliło. Pod nogami leżał pled zwinięty, okrutnie jebiący. Na domiar złego, maleńki, zaczerwieniony siusiak wyraźnie wskazywał na obesrane zawiniątko. Choć nie było tego widać, koks zlał się rumieńcem. Niewiele myśląc chwycił koc i zakrył nim gonady. - Widzę, że wszystko w porządku, więc przepraszam za zawracanie głowy – bojaźliwie skłamał sąsiad, po czym, nie czekając odpowiedzi, ruszył po schodach na dół, a żona za nim. Miron ukrył się w mieszkaniu, oparł plecy o drzwi i oddychał ciężko. Kiedy po chwili przypomniał sobie o swym prowizorycznym odzieniu i odkrył brązowe pisanki oraz przydymioną kiełbasę, padł nietomny na podłogę. Gdy wieczór się zbliżał, Paco znowu trącał go butem: - Co jest kurwa? Znowu się wyjebałeś? – podniósł śmierdzącego Mirona z mokrego chodnika i zaprowadził do łazienki. Nadmiar wody w większości ściekł już do sąsiadów z dołu. Posadziwszy golasa w brodziku, namydlić mu się kazał, a potem spłukał go wodą. Ręcznik mu podał, a sam poszedł do gablotki w dużym pokoju, w której gospodarz trzymał wyjściowe gacie Rebook’a i złotą biżuterię. Następnie pomógł przyjacielowi odziać się w suchy już dres oraz czyste obuwie i zaprowadził go przed lustro na korytarzu. Ujrzawszy swe odbicie w złocie i bieli, Miron wstrząsnął się, po czym uniósł ramiona i zakołysał barami. Energicznym krokiem ruszył do kuchni i wstawił wodę na herbatę. Po szklance lepszego earl grey’a przebrali się w stare dresy i razem zabrali się do sprzątania łazienki. - Na dyskotece… - Miron postanowił otworzyć się na klęczkach. – Przed dyskoteką… - Wiem co przed, na, pod i po dyskotece – powiedział Paco, kładąc rękę na umięśnionym ramieniu przyjaciela. - To kurwa! – skwitował Miron. - Jak chuj! – dodał Paco. Obecność pocieszyciela dodała Mironowi animuszu. Próbując wieźć się normalnie, odprowadził kolegę na skraj parkingu, tam po męsku nie podali sobie dłoni i każdy poszedł w swoją stronę, tzn. na kolację do domu. Po drodze Miron wstąpił do drewniaka i zakupił cztery choinki zapachowe do auta, a gdy przy kasie stał zdawało mu się, że ludzie w kolejce za nim szepczą i pociągają nosem. Uszy jego zajarzyły się i czuł, że rura mięknie mu bez kompana u boku. Przemógł się jednak i obrócił tułów, spoglądając na baby i dziadów z pośpiesznie zaciśniętymi ustami. Z choinkami pod pazuchą pośpieszył do domu. Noc przyszła ciemna. Miron do auta postanowił zajść, wcześniej jednak profilaktycznie w oknie stanął, by sprawdzić przedblocze. Sąsiedzi dawno już drzemali przed odbiornikami, wyszedł więc dres spokojnie do bumy. Gdy zawieszał ostatnią zawieszkę, w oddali zaszczekał pies. Nie był to co prawda rasowy szczek, raczej jazgot cienki, tak czy srak, Miron przeląkł się i uderzył nieźle oguzowaną już głową w sufit…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil zlykly
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…