Wróć do katalogu

Urugwaj, Paragwaj, Brazylia - zapiski z 2025 r.

Zapiski z kilkutygodniowej tułaczki po kilku krajach Ameryki Południowej

Artur Dubisopublikowano 5 lipca 20265 godz. 59 min czytania 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ŁADNA WERSJA PDF ZE ZDJĘCIAMI I PRZYJEMNĄ CZCIONKĄ TUTAJ:

https://drive.google.com/file/d/1fuwB1kdh2cBnT95ascrMv1DzJESHtZdX/view?usp=drive_link

Urugwaj, Paragwaj, Brazylia zapiski Artur Dubis

Kraje takie jak Urugwaj czy Paragwaj, gdzie udało mi się dotrzeć i skąd zdołałem udokumentować każdy mój dzień pobytu, nie są jakoś dobrze znane w Europie (i nie tylko), a bardzo często są nawet ze sobą mylone. Dla przeciętnego Polaka, to jedno i to samo – leżą gdzieś daleko, pewnie obok siebie, nic tam nie ma, może za wyjątkiem biedy i Indian. Bardzo nie lubię takich stereotypów wynikających z ignorancji i czasem, jakby na przekór, udaję się w takie miejsca by na własnej skórze doświadczyć (czasem dosłownie!), że powszechna opinia większości to zbiorowy mit, by nie rzec, że bzdura! Moja dość spokojna podróż dużo mnie nauczyła, sporo mi pokazała, była dla mnie przyjemnym, duchowym przeżyciem. Udało mi się też zahaczyć o Brazylię, aczkolwiek na ten kraj tak naprawdę przyjdzie czas (mam nadzieję!) kiedy indziej. Zachęcam do poczytania! 😊

15 lipca 2025

Właśnie ma miejsce prawdziwa gonitwa z czasem! Jestem w małym, ciasnym busie (coś jakby dostawczak Mercedesa z wrzuconymi do środka fotelami – za klimatyzację służy uchylone okno dachowe, śmierdzi zagrzybiałym nawiewem i nieświeżymi perfumami, które nałożyły na siebie jadące ze mną kobiety), pędzącym dosyć szybko Zakopianką do Krakowa. Stamtąd mam autobus (Flixbus) na lotnisko w Katowicach, zaraz po przyjeździe samolot do Madrytu (znanym z opóźnień Wizzaira), a tam… Odebranie bagażu, jazda do Terminala nr 4, nadanie bagażu, kontrola, ale już dostałem informację, że kolejka do kontroli to jakieś 40 minut. Więc znowu wszystko niemalże na styk! No, jest trochę nerwówki, będzie jej pewnie jeszcze trochę więcej. Nie było czasu na jakieś dokładne pakowanie się – wczoraj wieczorem wróciłem z Warszawy, gdzie po koncercie nadal grających niesamowicie rockowo Guns n’Roses (yay!) zostałem nieco dłużej, co by nadrobić towarzyskie zaległości ze znajomymi ze stolicy. No i oto jadę. W słuchawkach niedoceniany Kingdom Come! Ku przygodzie!

16 lipca, 00:02

Udało się, jestem już w samolocie. Do Urugwaju! Lotnisko w Madrycie to prawdziwy gigant, jest przeogromne! Na szczęście wszystko na nim w miarę sprawnie działa. Z Terminala 1 wychodzi się prosto na przystanek, na który podjeżdża autobus krążący po terminalach. Dojeżdża on w końcu do Terminala 4s, tam jest jeszcze dość sporo chodzenia, przejażdżka pociągiem, znowu chodzenie, kontrole, ale jakoś w końcu się dociera do bramek. Udało mi się dotrzeć 1,5 godziny przed odlotem! Ale nerwówka była. W samolocie zamieniłem się miejscami z jednym chłopaczkiem, członkiem jakiejś szkolnej grupy wracającej do Urugwaju z Londynu (mieli na sobie pamiątkowe koszulki, stąd też to wiem) – chciał siedzieć koło kolegi, a że miał miejsce w przejściu, jak ja, to nie robiłem problemu. Będzie miał z kim pogadać, w końcu to kilkanaście godzin lotu (dokładnie to 13 godzin)! A do mnie może dobry uczynek w jakiś sposób wróci. Jestem śpiący. Wyszedłem z domu o 9.00 rano, jest już 00:07. Może uda się trochę przespać?

16 lipca, 10:06 czasu polskiego

Nadal jesteśmy w powietrzu. Udało się co prawda trochę przespać, ale w samolocie to dość lekki, przerywany sen urozmaicany jakimiś głupimi, lekkimi wizjami. Na szczęście w nocy raczej nikt nie chodził po pokładzie, więc mogłem spać z nogami w przejściu (urok fotelików przy przejściu!). Na pokładzie mamy dwójkę małych dzieci (takich jeszcze niemówiących), ale płakały tylko na początku lotu. Oby tak pozostało! Na zamontowanym w zagłówku fotela przede mną obejrzałem film ‘Konklawe’. Niby pokazuje brudy Kościoła, ale jakoś tak, by mu czasem nie zaszkodzić, a na koniec jeszcze wybielić. Strata czasu. Posiłek był jeden, serwowany może 45 minut po starcie. Kurczak, jakaś kasza, bułeczka i dziwne kwaśnawe masło, które mogło – z racji swoje lekkiego rozwodnienia – być i dippem, w którym można było sobie moczyć bułeczkę. Raczej niedobre, raczej biednie. Mają nam coś jeszcze zaserwować przed lądowaniem, ale podobno coś lekkiego. Iberia – w odróżnieniu od KLM czy Lufthansy – raczej nie rozpieszcza, a liczy sobie za bilet sporo więcej, cóż… Teraz jesteśmy na wysokości ponad 12 kilometrów, lecimy prawie 800 km/h, jesteśmy w pobliży brazylijskiego Sao Paulo. Na pokładzie trochę zimno – chłodzą specjalnie, by ludzie nie mieli problemów z ciśnieniem i nie mdleli. Ale mamy kocyki – czerwone, w barwach przewoźnika (może lepiej byłoby użyć słowa ‘przelotnika’?). No nic, za 2 godziny i 9 minut lądowanie. Trzeba będzie ogarnąć kartę SIM, wymienić trochę dolarów (nie za dużo, bo na lotniskach zdzierają), jakoś dostać się do centrum. Lądowanie o 5:50 rano, odbiór mieszkania około 15.00. Będę włóczył się po stolicy Urugwaju z dużym, i malutkim plecakiem. Dam radę! Może ogarnę jeszcze dworzec i sprawdzę, dokąd odjeżdżają autobusy, co by kiedyś gdzieś pojechać w innej rejony kraju.

16 lipca, 7:43, czas urugwajski

Kolejka do kontroli paszportów. Lądowanie odbywało się przy pięknej, płonącej poświacie słońca, wyłaniającej się zza horyzontu. Gdy samolot dotknął ziemi, rozległo się klaskanie i głośne gwizdy radości. Kontestujący wszystko Polacy żachnęliby się – ‘obciach’. Ale – choć sam nie klaszczę – lubię posłuchać. W końcu to ponad 200 ton (Airbus A330-200) leciało aż 13 godzin bez jakiejkolwiek przerwy nad wodą, gdzie w razie awarii nie można nigdzie wylądować. Nawet drobna usterka może się równać śmierci prawie 280 ludzi. Więc porównywanie takie lotu do jazdy autobusem jest raczej niezbyt trafne. No nic, krok po kroczku zbliżamy się do stanowisk kontrolnych.

16 lipca, 10:58, Montevideo

Leje jak z cebra. Mocno przemokłem. Siedzę na Av.Gral Rivera, w małej knajpce (5 stolików w środku), zjadłem dwie empanady (takie pierożki), zamówiłem piwo. Mieli tylko litrowe, Patricię, ale jak się nie ma tego, co się lubi, to się lubi to, co się ma. Wziąłem. Czekam na mieszkanie, muszę też troszkę przeschnąć.

Na lotnisku wszystko poszło gładko. Pani z informacji dała mi darmową kartę SIM, pomogła mi ją zarejestrować, pokazała, gdzie ją doładować. W kantorze wymieniłem 30 dolarów, poszedłem na autobus. Z pomocą jakiejś Urugwajki wsiadłem do właściwego i po pewnym czasie byłem już w okolicy mieszkania (znajduje się ono na ulicy Chana). Poszedłem na główny dworzec autobusowy, Dworzec Tres Cruzes (Trzech Krzyży) – dowiedziałem się, dokąd jeżdżą stamtąd autobusy, a także odwiedziłem w znajdującym się wyżej centrum handlowym operatora sieci komórkowej, którego kartę kupiłem na lotnisku. Nie działał internet. Wyjaśniłem co i jak, pokazałem paragon, dałem pani telefon ze zmienionym dla niej menu po hiszpańsku. Coś poklikała i po chwili już działało!

No i siedzę teraz w tej bieda-knajpce. Niby tu wszystko wygląda podobnie jak u nas, ale jednak jakoś inaczej. Jakby w jakimś krzywym zwierciadle. Niby są stoliki, ale już widać na nich ślad czasu. Kontuar lady, jego zewnętrzna strona, jest uszkodzony – brakuje jednej płytki ceramicznej, ale nikt nie pokusił się, by ją dokleić. Na suficie widać ślady grzyba, kraty za oknami są zardzewiałe. Takich szczegółów świadczącym o zaniedbaniu mógłbym wymieniać jeszcze sporo. Oczywiście w Montevideo są lepsze knajpki, mijałem ich sporo, ale takich małych, tańszych przybytków jest tu zatrzęsienie. To cecha Ameryki Łacińskiej, choć nie lubię generalizować. Na małe niedoróbki po prostu przymyka się oko, oszczędza się też na remontach. Nikomu to nie przeszkadza, mnie też nie. Ważne by było tanio i nie padało na głowę. Dodam, że tu ceny są wysokie. Wcześniej wszedłem do kilku knajpek i musiałem po prostu wyjść. Tutaj też zamówiłem tylko dwa pierożki – inne dania są bardzo, bardzo drogie!

16:26

Mieszkanie udało odebrać się wcześniej, bo już po 12.00. Jest niewielkie, ale przytulne, w kamienicy, na cichej ulicy Chana. Jest telewizor z Netflixem, aneks kuchenny, duże łóżko, ciepła woda. Super warunki za niewielkie pieniądze. Do mieszkania wpuścił mnie Santiago – pokazał szybko co i jak i po chwili już go nie było. Ja również nie chciałem siedzieć tak bezczynnie w mieszkaniu, więc poszedłem do niskometrażowego supermarketu na tej samej ulicy. Bogowie, jakie ceny! Piwo 3, a nawet 4 razy droższe niż w Polsce. Chleb droższy 2-3 razy! Ser dwa razy. To samo było w kolejnym małym supermarkecie w okolicy. Szynki i sera postanowiłem nie kupować. Znalazłem zupki instant na przecenie – dwa razy tańsze niż w Polsce, ale po zjedzeniu z przykrością stwierdzam, że tak bezsmakowej, nijakiej, beznadziejnej zupki nigdy jeszcze nie jadłem! Makaron po zalaniu stał się rozciapaną mąką! Parę sztuk tej zupki jeszcze mam, jakoś będę musiał jej konsumpcję przecierpieć. Co się okazuje, tańszy jest tu tuńczyk, i warzywa też są w normalnej cenie. No i urugwajskie wino, choć spodziewałem się, że z racji tego, że jest produkowane tutaj, będzie ciut tańsze.

Po zakupach, w deszczu, poszedłem do Museo Nacional de Artes Visuales. Główną salę zajmowały obrazy mające i po 150 lat. Nie jestem znawcą sztuki, wykształconym kulturoznawcą, jakimś wybitnym koneserem czy zawodowym krytykiem sztuki. By coś mi się podobało, musi to do mnie w pewien sposób przemówić. Lubię arystotelesowkie podejście do sztuki mówiące, że sztuka powinna być odzwierciedleniem natury (a nawet jej uzupełnieniem). Kilka chaotycznych plam czy kresek nie budzi we mnie żadnych wzruszeń. W tym muzeum jednak znalazły się obrazy, które do mnie przemówiły. Urzekł mnie na przykład przepiękny obraz, z około 1875 roku, Juana Manuela Blanesa przedstawiający ofiarę żółtej febry w Buenos Aires (obraz nazywa się „Episodio de la Fiebre Amarilla”). Na podłodze, na plecach, leży martwa, młoda kobieta. Jest namalowana tak realnie, tak bardzo rzeczywiście, iż odnosi się wrażenie, że patrzy się na zdjęcie, a nie na obraz. W tej rzeczywistej scenie jest jednak coś nierzeczywistego. Jakaś cisza, spokój, jakby jeszcze nie do wszystkich na obrazie dotarło, że kobieta naprawdę nie żyje. Siedzące obok niej, na podłodze, małe dziecko nie płacze. Potrząsa nią jakby w zdziwieniu. Dwójka mężczyzn wchodzących do domu patrzy beznamiętnie na kobietę i dziecko. Ot, kolejna ofiara. Widzieli już takich wiele. W tle leży martwy mężczyzna, ledwo go widać. Całą uwagę przyciąga kobieta. Jej dziwne… piękno. Coś jak ‘Ofelia’ Millaisa, leżąca martwa w wodzie. Ale co z dzieckiem? Zostało samo. Gdzie trafi? Kto je zabierze? Jak potoczą się jego dalsze losy? Owszem, to tylko obraz, ale zapewne takich sytuacji dawniej było wiele. Wiele było takich rodzin oraz takich osieroconych dzieci. Deszczowa pogoda i ten obraz dobrze się uzupełniały. Napełniły mnie jakąś dziwną melancholią i spokojnym – jak śmierć – smutkiem.

Miałem kolejne obrazy do momenty, gdy znowu jeden z nich zmusił mnie do przystanięcia. Jose Cuneo i obraz nazywający się "Ranchos del Barranco". Krążące wściekle wokół ogromnego księżyca czarne chmury i ktoś w panice, z latarenką, uciekający w dół wąwozu. Gra mrocznych świateł, ten zaklęty w obrazie ruch, potęga czegoś nieokreślonego, zbliżającego się czegoś złego! Ten obraz wyzwalał jakąś trwogę!

Zaciekawił mnie jeszcze 'Amanecer' Jorge Damianiego z 1966. Coś jak płótno na płótnie, z czaszkami, namalowanymi fraktalnymi pomarszczeniami, jakby żyłkami roślin lub pomarszczoną skórą. Nieokreślone, oniryczne kształty…. Gdyby ten obraz wisiał gdzieś w Polsce, postawiłbym rękę na to, że autorem tego wspaniałego dzieła jest wielki Zbigniew Beksiński.

Również dzieła Jose Felipe Parry przypadły mi do gustu. Zazwyczaj malarze malowali martwą naturę próbując odwzorować pięknie błyszczące zdrowe owoce, a Parra namalował, na przykład, psujące się banany! Nie takie ładne, jakościowe, zgodne z surowymi wymaganiami unijnymi, ale takie po całym gorącym dniu leżenia na straganie targowym. Z plamkami, ciapkami, niedoskonałe. Prawdziwe! Trzeba mieć talent, by tak doskonale namalować niedoskonałość! Albo wiszące na sznurku ryby. Umęczone, jakby jeszcze żywe, szukające w dole, pod ogonem, jakiegoś oparcia. Podciągnięte głowy odsłaniają ich wnętrza. Wygląda to dosyć turpistycznie. Ale tak przecież właśnie wyglądają zawieszone na sznurku ryby! Jeśli chodzi o odwzorowywanie brzydoty Parra zrobił to świetnie!

Były jeszcze wystawy plakatów filmowych i wydarzeniowych, okładek płyt, a także okładek książek. To też sztuka, w dodatku ciekawa! My w Polsce, tak chlubiącej się wybitną szkołą plakatu (tą legendarną, przynajmniej dla nas, Sztuką Polskiego Plakatu), niejako rozumiemy to chyba od momentu narodzin. Choć szkoda, że tak właściwie obecnie plakaty to nie są już malowane interpretacje malującego, ale cyfrowe, czasem bezduszne kadry z filmu.

Spodobał mi się jeden plakat, z okazji setnej rocznicy urodzin Lenina. W zasadzie to nie wiem, dlaczego tak mi wpadł mi w oko. Może dlatego, gdyż Lenin wyglądał na nim tak… normalnie. Jak jakiś biznesmen. Nie miał tych swoich złowrogich, błyskających, skośnych oczek (o których tak często wspominał przeczytany niedawno przeze mnie Ossendowski w swojej fabularyzowanej biografii Władimira Iljicza Uljanowa). Ot, taki korpo-gość w garniaku, pod krawatem. Sztuczna inteligencja ma teraz możliwość generowania realistycznych filmów, więc tak sobie – patrząc na ten plakat – pomyślałem, że fajnie byłoby stworzyć taki film, gdzie jakiegoś kasjera grałby Hitler, kierowcę taksówki młody Stalin, a Lenin na przykład mógłby być zapijającym smutki, całkiem sympatycznym, grafomańskim poetą, który mówi czasem do kwitnących kwiatów i wącha z zachwytem wiosenne pąki drzew. Można by tam wcisnąć gdzieś Goebbelsa śpiewającego antysystemowe teksty w punkowej kapeli. Można by pokazać, że oni mogliby być każdym, tylko nie tyranami odpowiedzialnymi swoimi decyzjami miliony ludzi. I pokazać też, że każdy mógłby/może być nimi. Malarze (Hitler), studenci seminariów (Stalin), hodowcy kur (Himmler), bibliotekarze (Mao Zedong), nauczyciele (Pol Pot), studenci prawa (Saddam Husajn). Choć w zasadzie Lenin to chyba zawsze, we wszystkich konfiguracjach wszechświata, byłby Leninem, heh. Choć kto wie?, może byłby kim innym, gdyby nie śmierć starszego brata straconego za spiskowanie przeciw carowi. A Dzierżyński? Może gdyby inne zbiegi okoliczności, mógłby sobie być szlachcicem, a w takim moim filmie zrobionym przez AI zagrałby dobrego, uczciwego, i moralnie silnego policjanta (tak dla odmiany, bo wiadomo kim był i co stworzył). Bo co sprawia, że czasem człowiek może przeżyć swoje życie jakoś tak normalnie, niezauważony, a czasem wkracza na drogę perwersyjnej dyktatury i masowych mordów? Nie myślę tu o przypadku czy historycznych niuansach tworzących okazje dla zwykłych ludzi by wspiąć się na sam szczyt, myślę tu raczej o mentalnych procesach wewnętrznych ludzi, którym na ten szczyt właśnie udało się wspiąć (lub zostali nań wyniesieni). Bo przecież można spróbować rządzić mądrze, spokojnie, w sposób nawet nudny, jak nasz Bronisław Komorowski (określany nawet, z tego tytułu, mianem ‘strażnika żyrandola’), czy mająca więcej władzy kanclerz Niemiec Angela Merkel, lub mogący naprawdę wiele, acz niewiele się wyróżniający, amerykański prezydent Joe Biden. Czemu więc są też i tacy, co to koniecznie muszą wycinać wrogów, krzywdzić niewinnych, gnębić własnych rodaków, formować zbrodnicze instytucje, więzić, torturować, uśmiercać? Do tego najeżdżać sąsiadów, mordować cywilów i w ogóle wszędzie siać destrukcyjny ogień i pożogę? Na szczęście ja jestem tylko zwykłym człowiekiem, który od polityki trzyma się z daleka (choć oczywiście głosuję!), więc mnie ta problematyka osobiście dotyczyć nie będzie. Trzeba też zauważyć, że większa część polityków rządzi spokojnie – na pewno dużo kłamią, trochę kradną i ciągle toczą wojenki partyjne, ale nie są mordercami czy tyranami. Części z nich na pewno też zależy na dobrobycie współobywateli i na tym, by ich kraje jak najlepiej prosperowały. Ale wiadomo, zapamiętuje się raczej tych krwawych władców, niż spokojnych prezydentów czy premierów…

Dzisiaj miło spędziłem czas, mimo deszczu i lekkiego chłodu. Dobrze czasem się zachwycić sztuką. Lecą sobie „Cztery Pory Roku” Vivaldiego (coś niesamowitego!), czas kończyć notkę i porządnie się wyspać!

17 lipca

Kilka dni temu na jednej z urugwajskich grup na Facebooku napisałem, że chętnie z kimś bym się spotkał, aby porozmawiać o Urugwaju. Chciałem poznać ten kraj również z pierwszej ręki, tj. z opowieści kogoś, kto tu żyje i zna tutejsze realia. W taki oto sposób poznałem Laurę. Umówiłem się z nią na dzisiaj, na godzinę 12.00.

Wstałem jednak dużo wcześniej, miałem sporo czasu do dyspozycji, poszedłem więc sobie na położony niedaleko stadion Centenario, gdzie reprezentacja Urugwaju rozgrywa swoje mecze. Również drużyny z Montevideo rozgrywają spotkania na tym stadionie, gdy przychodzi im grać mecze w rozgrywkach kontynentalnych.

Rozpocząłem od zwiedzania stadionowego muzeum, w którym fani piłki nożnej znaleźć prawdziwe perełki. Jest tu na przykład oryginalny puchar świata z 1930 roku (choć lepiej go nazwać statuetką), który zdobyła drużyna Urugwaju. Jest też oryginalna koszulka Maradony oraz oryginalna koszulka Pelego! Są także koszulki i korki urugwajskich piłkarzy, niektóre sprzed prawie stu lat! Jest też dużo pucharów, na przykład Copa Libertadores. Gdzieś tam dostrzegłem koszulkę NRD i koszulkę Polski, bez orzełka. NRD już nie ma, a ta koszulka pewnie nadal o tym nie wie. Dumnie prezentuje herb nieistniejącego już socjalistycznego kraju zwiedzającym. Tej Polski (Ludowej), którą pamięta wspomniana przeze mnie polska koszulka, też już dawno nie ma. Pewnie odlatywała z szarego Okęcia, jakieś 50 lat temu, z tej smutnej, szarej Warszawy, w której nie było jeszcze żadnego wieżowca. Polską rządził Związek Radziecki, kraj był zamknięty, ludzie chlali dużo wódy i kochali Jana Pawła II. Były dwa kanały telewizji, mało kto miał samochód. Mało kto miał w mieszkaniu telefon. Mało kto miał zresztą cokolwiek, co na zachodzie było od dawna normą. Ta koszulka jest dzieckiem innej epoki niż ja. Niby pochodzimy z tego samego miejsca na mapie, ale jesteśmy jednak z dwóch, jakże odmiennych, światów (a nawet galaktyk!).

Takie myśli w takim miejscu… Dziwne…

Potem wejście na trybuny. W oczy rzucał się nieporządek – leżące pod krzesełkami pety, smutne resztki przebitych baloników, zmięte paczki po papierosach. Brudne, jasnoniebieskie krzesełka nosiły na sobie mocno widoczne ślady czasu. Stadion – którego pojemność (60 235) jest o 1600 miejsc większa niż Stadionu Narodowego w Warszawie– nie był kryty, co w Europie od dawna jest już standardem. Murawa była doskonale widoczna z każdego miejsca. Za trybuną Olimpica, po wschodniej stronie stadionu, znajduje się betonowa Wieża Hołdu (Torre de los Homenajes), wysoka na sto metrów. Podstawa wieży nawiązuje do skrzydeł samolotu (lub dziobu statku). Można na nią wjechać windą, co też uczyniłem! Stadion z góry wydawał się mały, co zresztą nie powinno dziwić. Z punktu widokowego widać panoramę Montevideo. W ten pochmurny i lekko mglisty dzień nie robiła jednak jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Smutne, betonowe bloki i wieżowce ginęły w oddali w oparach zimowej mgły. Stolica Urugwaju wydawała się senna, a nad nią, na niebie, wisiała jakby szara, stara gąbka, którą zaraz ktoś wyciśnie i spowoduje, że woda, którą była nasączona, wyleje się na miasto. Stadion Centenario, w każdym razie, otrzymał od FIFA tytuł Historycznego Pomnika Światowego Futbolu. Nic dziwnego, stadion istnieje już 95 lat i to tu rozgrywano pierwsze w historii Mistrzostwa Świata w piłce nożnej (które zdobył, jak wspomniałem, Urugwaj). I na koniec taka ciekawostka: nazwa stadionu, Centenario, czyli Stulecie, upamiętnia setną rocznicę wyzwolenia się Urugwaju spod dominacji hiszpańskiej (uchwalenie pierwszej konstytucji w 1830 roku). Stadion został zainaugurowany dokładnie 18 lipca 1930 roku, w setną rocznicę tego wydarzenia.

Po wizycie na stadionie, podskoczyłem na mieszkanie coś zjeść (w knajpach się tu raczej, z powodu cen, żywił nie będę), po czym na pustej, cichej ulicy czekałem sobie na Laurę. Wreszcie wyszła zza rogu! Jasne, lekko kręcone włosy, skromne, ale eleganckie ubranie. Objęliśmy się na przywitanie i udaliśmy się do jej zaparkowanego nieopodal małego, białego Peugeota 207 w wersji Compact. - Ciężko tu zaparkować – rzekła, jakby przepraszająco. Istotnie, ulice, tuż przy chodnikach, pełne były zaparkowanych samochodów. Gdy już jechaliśmy jej niewielkim samochodem w stronę centrum, zgrywaliśmy się (tzn. docieraliśmy się) lingwistycznie. Okazało się, że jej angielski, choć dawno nie używany, jest lepszy niż mój hiszpański, toteż przeszliśmy na język Shakespeara. Patrząc z perspektywy całego, zakończonego już dnia, to z początku musiałem mówić powoli i używać raczej prostych fraz, Laura czasem nie mogła przypomnieć sobie angielskich słów, ale w takich chwilach wstawiała hiszpański zamiennik, który z reguły rozumiałem (np. obra de arte, czyli dzieło sztuki). Czasem nie rozumiała angielskiego słowa wymawianego przeze mnie, ale wtedy to ja wstawiałem hiszpański zamiennik. Zdarzało się, że musieliśmy użyć słownika w telefonie (Google Translator), ale to dosłownie kilka razy, bo z czasem Laura się fajnie rozkręciła i mówiła po angielsku coraz płynniej, a i mnie rozumiała coraz lepiej (dlatego zawsze powtarzam – neutralny angielski, bez brytyjskiego podkręcania intonacji, jest zawsze i wszędzie po prostu najlepszy, choć zdarza mi się nie mówić ‘r’ przed spółgłoskami i na końcu wyrazów; pewnej brytyjskiej maniery chyba się już nie oduczę, acz ona sama w sobie, w dość niewielkiej ilości, nie przeszkadza w rozumieniu tego, co mówię). Uważnie, w czasie całego dnia, obserwowałem, jak Laura poczyna sobie z przypominaniem sobie angielskiego, i gdy widziałem postępy, z czasem zwiększałem szybkość mojego mówienia. Po pewnym czasie mówiliśmy ze sobą już płynnie po angielsku, choć Laura oczywiście troszkę wolniej, a ja też – mimo wszystko – uważałem, by nie używać nie wiadomo jak literackiego lub – by nie popaść w przeciwne ekstremum - jakiegoś slangowego słownictwa.

Po dość długim szukania miejsca do zaparkowania w centrum, w końcu nam (a raczej jej) się udało gdzieś wcisnąć między jakieś stojące wzdłuż ulicy samochody. Laura zaprowadziła mnie do samego serca Montevideo (i Urugwaju), na Plac Niepodległości (Plaza Independencia). Dziwny to plac, nie ma się na nim wrażenia przestrzenności. Raz, że nie jest jakiś duży, a dwa, to fakt, że z trzech stron otoczony jest wysokimi budynkami. Od strony zachodniej to dość, jak na mój gust, nieładny biurowiec z 1963 roku, z podwójnym, termoizolacyjnym szkłem z laminowanym wnętrzem na całej przedniej powierzchni, nadającym całemu frontowi niebieskawy odcień. Cała ta niejednorodnie niebieskawa tafla, przypominająca trochę mozaikową układankę, upstrzona jest pudełkami klimatyzacji (tzw. jednostki zewnętrzne), które kojarzą się z jakimiś wypryskami na twarzy. Naprzeciwko, niejako dla kontrastu, stoi przepiękny Palacio Salvo, ikoniczny budynek Montevideo, architektoniczny symbol Urugwaju. - Jak zobaczysz w telewizji jakieś zdjęcia Urugwaju, to na pewno zobaczysz też ten budynek – mówiła Laura. Wysoki na 105 metrów, oddany do użytku w 1928 roku, należy do tak zwanego eklektycznego stylu. Eklektycznego, czyli mającego wszystkiego po trochu. Można tu dojrzeć trochę renesansu, trochę gotyku, trochę neoklasycyzmu. Okrągłe kształty tchną secesją. Z jednego z narożników budynku wyrasta dziwna, pełna okien – przypominająca trochę jakąś purchawkę - wieża. Zresztą sam budynek jest dziwny. Podobno wielu ludzi go nie lubi, ale w tej jego nietypowości rysuje się jakieś pociągające piękno. Wschodnia strona placu wydaje się dość otwarta, a to za sprawą niskiego, jedynie ośmiometrowego, budynku Palacio Estevez (1873), który przez ponad sto lat był siedzibą prezydentów Urugwaju (dzisiaj wykorzystywany jest do państwowych ceremonii). Został zbudowany w stylu neoklasycystycznym, choć zawiera również elementy neorenesansowe. Ogólnie plac jest otoczony ewidentnie starszymi budynkami, które przeplatają się z nowoczesnymi, bezgustownymi prostokątno-kwadratowymi klockami. Na jego środku znajduje się – oczywiście! – jeździec na koniu. Piszę oczywiście, bo od dawna zwracam uwagę na to, że place główne w miastach Ameryki Łacińskiej mają tego typu pomniki, różniące się od siebie właściwie tylko rozmiarem i plakietką. Plakietka pod pomnikiem w sercu Montevideo opiewa generała José Gervasio Artigasa, urugwajskiego bohatera narodowego. Najpierw, w latach 1808-1811 był przywódcą powstania antyhiszpańskiego, potem brał udział w walkach z Argentyną i Brazylią o niepodległość Urugwaju. Laura trochę mi o nim poopowiadała i widać było, że wypowiada się o nim z estymą i pewnego rodzaju… romantyczną, platoniczną miłością. Oczywiście mnie, jako gościa w tym kraju, jej uczucie nie mogło się udzielić. Artigas pozostanie dla mnie chyba kolejną postacią z niezliczonych już wojen i wojenek, jakie przetaczały się przez ten kontynent. Zresztą, nigdy chyba nie byłem podatny na magię tak zwanych autorytetów – może to przez moją polskość i doświadczenia z autorytetami polskimi, z których chyba każdy miał coś na sumieniu. Dobrym, uczciwym trzeba starać się być – tu chyba wcale przecież nie potrzeba żadnych, jak się często okazuje, szemranych wzorów do naśladowania.

Laura poprowadziła mnie dalej. Najpierw zeszliśmy na ulicę Avenida 18 Julio, tam weszliśmy do księgarni Puro Verso. Znajdująca się w 19-wiecznej kamieniczce w stylu art deco księgarnia ma ciekawe wnętrze i klimat. Idąc przez stoliki z książkami dociera się do rozgałęziających się w dwie strony schodów – na środku tego rozgałęzienia, na ścianie, znajduje się witraż ze znajdującym się pod nim napisem „Veritas filial mendacii est”, czyli „Prawda jest córką ciszy”. Schody prowadziły na górę – tam znajdowała się antresola biegnąca wzdłuż bocznych ścian budynku. Antresolę zajmowały regały gęsto zapełnione książkami. Idąc jej lewą lub prawą stroną, spoglądając w dół na parter księgarni, można było dojść do małej kawiarenki przylegającej do frontowej ściany. Można było zamówić sobie kawę, patrzeć sobie z góry na spokojną ulicę i poczytać dopiero co zakupioną książkę. Można jedynie mieć zastrzeżenia co do cen – za książkę trzeba, przynajmniej dzisiaj, zapłacić tu dwa lub nawet trzy razy więcej niż w Polsce!

Laura była bardzo dobrą przewodniczką. Oprowadzała mnie po okolicy, tłumacząc pewne obserwowane przez nas rzeczy. Doszliśmy do katedry. „Przed katedrą czasem odbywa się coś w rodzaju pchlego targu – ludzie tu rozkładają proste straganiki i sprzedają różne rzeczy. Dzisiaj zbiera się na deszcz, więc jest pustawo”. Plac przed niepozorną katedrą rzeczywiście był pusty. Stojące na nim ogołocone z liści drzewa wyglądały dość smutno, by nie rzec, że posępnie. Weszliśmy do środka cichej katedry. Nie jest zbyt obszerna – chyba większość kościołów w Polsce jest większych rozmiarów niż najważniejsza świątynia w Urugwaju. Nie ocieka ona złotem czy nawet zdobieniami – ot, dość skromna świątynia. Podaruję sobie opis raczej średniociekawego wnętrza, choć ta prostota formy i wystroju nawet mi się spodobała. Nie jestem zwolennikiem bizantyńskich przepychów w miejscach, które służyć powinny wyciszeniu i modlitwie.

Laura posiada kilka mieszkań, jedno z nich znajduje się w centrum i je wynajmuje. Minęliśmy je, popatrzyliśmy na starą kamienicę. Minęliśmy też jakiś niewielki, stary dworek. Kiedyś, gdy centrum miasta było o wiele, wiele mniejsze, był to jeden z wyróżniających się budynków. „Należał do właścicieli ziemskich, bogatej rodziny”.

Tak sobie chodząc i gawędząc dotarliśmy do Mercado del Puerto, czyli Rynku Portowego. Jest to miejsce, gdzie – pod dachem – rozlokowała się ogromna ilość knajpek i restauracji serwujących tradycyjne urugwajskie dania. Kiedyś był to oczywiście tradycyjny rynek, gdzie po prostu mieszkańcom sprzedawano ryby i owoce morza, ale obecnie jest to bardzo elegancki, tzw. food court (strefa gastronomiczna). Ceny tu trochę zwalały z nóg, 20-25 dolarów za danie, i Laura chyba zobaczyła małą konsternację w moich oczach, bo zaproponowała, że ona stawia! Oczywiście zacząłem odmawiać, i to dość usilnie, ale nie dała się przekonać. Zamówiłem Asado de Tira, czyli grubo krojony kawałki żeber wołowych. Podane były w formie pokrojonych pasków, a pozostałości kości wyglądały trochę jak jakieś wypustki na mackach ośmiornicy. Coś podobnego podają w Argentynie, ale w Urugwaju również jest to uważane za tradycyjne, tutejsze danie. Do tego dostaliśmy starter, w postaci smażonych krążków kiełbasy i chleba z dodatkiem sosów. Jeżeli chodzi o napoje, ja zamówiłem piwo, Laura wzięła sobie wodę. Jedliśmy niespiesznie, powoli, rozmawiając. Laura pracuje w szpitalu, jest radiolożką. Właściwie to pracuje w kilku szpitalach. W publicznym, gdzie robi prześwietlenia zwykłym obywatelom, na przykład ofiarom wypadków. „Nie ma dnia by nie przywieźli mi jakiegoś motocyklisty ze złamanym kręgosłupem” - mówiła. Pracuje też w szpitalu dla służb mundurowych. „Tak, zdarzają się policjanci z postrzałami”. Pełni też coś w rodzaju nocnych dyżurów domowych, tj. musi być pod telefonem. Nieraz się więc zdarza, że o drugiej w nocy dostaje telefon i musi szybko przyjechać do szpitala by zająć się jednym pacjentem. Pracuje dużo, ma problemy ze snem, jest trochę przemęczona. Podejrzewam, że to pewnie przez te nocne niepewności, tj. wieczne ‘zadzwonią? nie zadzwonią?’, które podświadomie musi być bardzo irytujące. Nie wiem czy bym tak spokojnie zasnął mając świadomość, że w każdej chwili ktoś może mnie wyrwać ze snu (a nie daj Thorze z fazy REM). Życie lekarza też nie jest łatwe!

Jedzenie było naprawdę świetne! Wołowina z tego regionu świata jest naprawdę wyśmienita! Pamiętam objadanie się nią dwa lata temu w Argentynie – tam też była wybitna! Ale tam była dwa razy tańsza! Choć podobno teraz Argentyna robi się dość droga. Ot, charakterystyka krajów Ameryki Łacińskiej – kraj dzisiaj tani, jutro staje się drogi, i odwrotnie. Polityka i ekonomia są tu bardzo niestabilne. W każdym razie, tu w Urugwaju chyba przerzucę się na tańsze jedzenie! (nawet nie chyba, a na pewno!)

Gdy wyszliśmy z Mercado del Puerto zaczęło padać. Na szczęście w małym plecaczku miałem mały parasol. Przyrząd ten na dwie osoby z czasem okazywał się jednak być nieco niewystarczający. Po drodze akurat mijaliśmy Muzeum Karnawału. „Wejdźmy” – zaproponowała Laura, raczej, aby uciec na chwilę przed deszczem, niż żeby rzeczywiście coś popodziwiać. Normalnie zapewne bym zaoponował, twierdząc, że nie jestem fanem zabaw karnawałowych, ale padało, w dodatku było chłodno, toteż dałem się zaciągnąć. I nie żałuję!

Karnawał jest ważnym elementem kulturalnym Urugwaju. Ten w Montevideo – jak się dowiedziałem - jest częścią ogólnokrajowego karnawału, który rozpoczyna się pod koniec stycznia i trwa nawet do połowy marca. Ważnym elementem są ‘tablados, czy sceniczne platformy, parady uliczne i konkursy grup karnawałowych. Uczestnicy, będący również artystami prezentującymi swoją muzykę lub sztuki teatralne, przygotowują specjalne kostiumy, które wykorzystują tylko raz, w tym konkretnym roku. I Muzeum Karnawału, oprócz informacji i zdjęć, pełne było właśnie niesamowitych kostiumów. Piszę ‘niesamowitych’, bo każdy kostium, to prawdziwe dzieło sztuki! Szczególnie podobały mi się kostiumy podobne do ubrań kojarzących się z wczesnokolanialnym Nowym Orleanem. Lniana koszula, czasem z żabotem, do tego kamizelka i podwijane spodnie, w bardziej wykwintnej wersji zaś zamiast koszuli i kamizelki jest bogato haftowana marynarka z ozdobnymi przeszyciami, lamówkami, zdobnymi perłami i guzikami z błyszczącymi aplikacjami. Do tego równie piękne, zdobione haftem kapelusze z kolorowymi piórami. Bardzo kreolskie motywy, w przypadku wielu strojów noszonych w czasie festiwalu widać dawne wpływy czarnoskórych mieszkańców. Stroje kobiece, jakie można obejrzeć w muzeum, są równie piękne. Długie, falbaniaste suknie, gdzie nie ma centymetra, który nie byłby w jakiś sposób przyozdobiony – czy to eleganckim haftem, czy cekinem, ewentualnie wstążką. Zaprojektowanie i wykonanie tak złożonej odzieży niewątpliwie wymaga wysoce artystycznego zacięcia i jak dla mnie jest to po prostu sztuka przez duże, duże ‘S’. Co ciekawe, w muzeum można było spotkać wyżej opisane stroje stylizowane na przykład na styl japoński. Ale mnie urzekły mroczne, ciemne srebrne, a również i po prostu czarne, stroje kojarzące się ewidentnie z mroczną religią voodoo. Niejeden z nich mógłby nosić na przykład duch śmierci, Baron Samedi, czy Baron La Croix.

Na koniec Laura zaprosiła mnie na niewielki placyk należący do muzeum. Jedna ze ścian i jedna ławeczka pokryte były mozaiką z błyszczących płytek ceramicznych. ‘To też jest coś, co lubimy w Urugwaju. Ja ostatnio też zapisałam się na zajęcia z robienia takiej mozaiki.’ Ciekawa sprawa!

Gdy opuściliśmy muzeum, przestało już padać. Byłem zdumiony moimi odczuciami, które jeszcze jakiś towarzyszyły mi, gdy szliśmy wąskim uliczkami starego miasta. Nigdy nie sądziłem, że patrzenie na odzież wywoła u mnie odczucia podobne do oglądania dzieł malarskich czy słuchania dobrej muzyki. U mnie przypomina to rodzaj jakiegoś… uduchowienia, oderwania się od materialnej rzeczywistości, wejścia w stan jakby półsnu. Tak, te stroje mnie zauroczyły!

Laura zaprowadziła mnie do Café Brasilero, podobno najstarszej kawiarni w Montevideo (założonej w 1877 roku). „Galleano tam zwykł pijać kawę, znasz go?”. Pytanie! Oczywiście, że znam! Jego książka, „Otwarte żyły Ameryki Łacińskiej” zrobiła na mnie ogromne wrażenie! Nie sposób próbować zrozumieć tego regionu bez zapoznania się z tą lekturą opisującą ucisk i wykorzystywanie tutejszych ludzi oraz państw na przestrzeni historii. Galleano odwiedzał tę kawiarnię co środę, przez 20 lat. Ma ona kształt prostokąta i trzy rzędy drewnianych stolików – dwa pod ścianami i jeden pośrodku. Galleano siadywał przy oknie ściany frontowej, ale akurat ten stolik był zajęty. Usiedliśmy z Laurą mniej więcej po środku, po lewej stronie od drzwi wejściowych. Zza kontuaru podeszła do nas jakaś pani, która ewidentnie nie była kelnerką. Elegancko ubrana, pewna siebie – kierowniczka albo właścicielka. Serdecznie objęła się z Laurą, po czym – gdy zostałem przedstawiony jako jej gość z Polski – również ze mną. Tym razem ja, głosem nieznoszącym sprzeciwu, powiedziałem, że stawiam. Laura wzięła jakąś kawę, ja piwo, i przeszliśmy do punktu, którego celem się umówiliśmy. Rozmowa o Urugwaju! Wolała mówić po hiszpańsku – wyjąłem telefon, włączyłem Google Transladora i zaczęliśmy. Było trochę problemów, bo aplikacja tłumacząca kończyła tłumaczyć co kilka sekund, ilekroć Laura robiła sekundową pauzę na zaczerpnięcie powietrza albo na zastanowienie się. Jednak jakoś daliśmy radę. Oto zapis rozmowy.

Co to znaczy być Urugwajczykiem?

Jak już ci dzisiaj mówiłem, ludzie tu mają korzenie w wielu krajach – nasi przodkowie żyli w wielu różnych miejscach. Dlatego też jesteśmy dość otwarci i tolerancyjni.

Teraz mamy pewne problemy, bo od czasu drugiej wojny światowej nie mieliśmy tu jakichś wielkich fal emigrantów, jak na przykład w XIX wieku. Z tego powodu od dawna nie mamy zbyt wiele styczności z ludźmi spoza Urugwaju. Nawet turystów tu zbyt wielu nie ma. Dopiero teraz przybywają do nas imigranci z Kuby, Dominikany i Wenezueli. Pojawia się też trochę innych mniejszości. Wielu ludzi ich tu nie chce, bo – jak mówią – zabierają miejsca pracy Urugwajczykom. Ale większość z nas przyjmuje ich z otwartością, bo przecież sami jesteśmy przodkami imigrantów. Kraj został stworzony przez imigrantów, toteż wielu z nas mówi, że imigracja jest w porządku. Nas samych by tutaj przecież nie było, gdyby nie przyjęto naszych przybywających tutaj kiedyś przodków.

Jesteśmy też otwarci na inne kultury, jako że panuje u nas wolność religijna. Można należeć do dowolnego kościoła, albo wierzyć w duchu w co się chce. Jest tu też wielu ludzi, którzy nie wyznają żadnej religii. Stąd też nie ma jakiejś jednej religii, która wymuszałaby na nas jakieś ograniczenia. Mamy więc legalną aborcję, zalegalizowane małżeństwa par homoseksualnych. Wszystko to dlatego, bo Kościół – będąc odseparowanym od spraw państwa już od stu lat - nie ma tu nic do powiedzenia. Obecnie dyskutuje się sprawę eutanazji. Jeśli nie ma religii, która mówi ci, co masz myśleć, jak żyć i co robić, pozwala ci to swobodnie myśleć, zmieniać pewne rzeczy, które nie są ustanowione już na zawsze, i myślę, że stąd te rzeczy tutaj, których wiele innych krajów u siebie nie wprowadza. Możemy swobodniej kwestionować pewne rzeczy i swobodniej dążyć do zmian.

Edukacja jest świecka, obowiązkowa i darmowa. Myślę, że te trzy rzeczy – nasze pochodzenie, rozdział państwa od Kościoła oraz edukacja – czynią nas tak otwartymi i tolerancyjnymi. To pozwala nam poszerzać horyzonty.

Urugwaj postrzegany jest jako najbardziej demokratyczny i najmniej skorumpowany, przynajmniej w Ameryce Łacińskiej.

Co nie podoba ci się w Urugwaju?

Zdarzają się czasem rzeczy, które nie powinny mieć miejsca. Czasem w rządzie dochodzi do korupcji, nie zawsze jasne jest zatrudnianie przez polityków ludzi na pewnych pozycjach – np. swoich krewnych czy ludzi związanych z ich partią, którzy nie mają pojęcia na temat pracy jaką powinni wykonywać. Inna rzecz, która mnie denerwuje, to, że wielu Urugwajczyków mówi, że jesteśmy skromni, a po chwili mówią, że Urugwaj to najlepszy kraj do życia na świecie. Więc gdzie tu skromność?

Obecnie zwiększają się też zagrożenia, których do niedawna tu nie było. Zwiększa się przemyt narkotyków i napływ ludzi, którzy nie przyjeżdżają tu pracować, a popełniać przestępstwa (stąd rozumiem głosy potępiające imigrację). Wielu z nich żyje na ulicy, czasem o pewnych porach strach jest wychodzić do pewnych miejsc. Do niedawna tak nie było.

Jak postrzegacie swoich sąsiadów? Co sądzicie o Argentynie?

Relacja między nami jest silna, ale też trudna. Jesteśmy do siebie bardzo podobni. Choćby z tego względu, że mamy wspólną przeszłość, stąd też mamy te same zwyczaje czy jedzenie. Podobnie kształtowała się w naszych krajach kwestia migracji. Ale jest też historyczna rywalizacja, co widać na przykładzie sportu, która sprawia, że nasza relacja kształtuje się na zasadzie „kocham i nienawidzę”. Argentyńczycy uważają nas za swojego młodszego brata i czasem czujemy, że jest to umniejszanie naszemu krajowi. Mówiąc o relacji ‘kocham-nienawidzę’ z Argentyńczykami, mamy na myśli ‘porteños’ – tak nazywa się ludzi mieszkających w Buenos Aires. Mają wspólną przeszłość z nami i Brazylijczykami z południa. Argentyna jest ogromna i zamieszkuje ją dużo ludzi. Ludzie z południowej Argentyny lub północnej Argentyny położonej przy granicy z Boliwią są całkiem różni niż ludzie z Buenos Aires. Nawet w Argentynie znajdziesz ludzi, którzy nie lubią za bardzo ludzi z Buenos Aires. Trochę z tych samych powodów, co my, z racji tego ich uważania się za lepszych. W każdym razie, gdy Urugwajczycy mówią o Argentyńczykach, mają na myśli głównie ludzi z Buenos Aires. Jeśli chodzi o ludzi z pozostałych części Argentyny, nasze relacje są bliższe i mniej napięte. Jest w nich więcej pozytywnych uczuć, i nie ma tego elementu nienawiści, który czasem obecny jest w naszych relacjach z ludźmi z Buenos Aires. Urugwaj leży między dwoma ekonomicznymi gigantami – Brazylią i Argentyną właśnie, i jest to dla nas trudne. Jesteśmy krajem, który ma bardzo mało własnych zasobów naturalnych, w porównaniu do tych dwóch krajów, które mają wszystko. Z Brazylią łączy nas większa przyjaźń. Lepiej się z nim dogadujemy, w odróżnieniu od Argentyńczyków, którzy uważani są za nieco aroganckich w stosunku do nas. Zawsze chcą pokazać, że są od nas lepsi. Brazylijczycy są zabawniejsi, niektórzy mówią, że jest w nich więcej hipokryzji, ale nasza relacja z nimi jest bardziej płynna, mniej konfliktowa, dogadujemy się z nimi lepiej niż z Argentyńczykami.

A Paragwaj?

Nie mamy za dużo relacji z Paragwajem. Ale gdziekolwiek bym nie pojechała i mówiła, że pochodzę z Urugwaju, ludzie zadają pytanie „Z Paragwaju?”. Nie wiem, czy Paragwaj jest lepiej znany niż Urugwaj? (śmiech) Zwłaszcza poza Ameryką mylą nas z Paragwajem, z którym nie mamy zbyt wiele wspólnego. Kiedy tutaj mówimy o Paragwaju, wielu ludzi od razu myśli o przemycie samochodów przez granice. Ale nie mamy z nimi problemów w relacjach, nie mamy z nimi też dużej wymiany handlowej. Nie mamy z nimi takiej bliskości, jak z Argentyną czy Brazylią.

Jaki był najważniejszy, historyczny moment dla Urugwaju?

Myślę, że to był koniec 12-letniej dyktatury wojskowej w 1985 roku. Wtedy wróciła demokracja, którą od zawsze ceniliśmy, od czasów uzyskania przez Urugwaj niepodległości, a nawet od wcześniejszych czasów. Zawsze wysoko ceniliśmy sobie demokrację, wolność tajnego głosowania, wolność wyboru. Dyktatura była potężnym ciosem, który zmienił wszystko. Na szczęście pełna demokracja powróciła w 1985 roku, a wraz z nią prawo do głosowania. Odbywa się ono w sposób uczciwy, ludzie mają zaufanie do procedur i samego systemu demokratycznych wyborów. Oczywiście zdarzają się politycy, którzy robią rzeczy, jakich robić nie powinni, ale jest powszechne zaufanie do systemu politycznego, do prawa i konstytucji.

Polityka jest ważna w życiu Urugwajczyków?

Tak, jest bardzo ważna. Mamy tu bardzo długą, bardzo ważną i silną tradycję opartą na dwóch politycznych partiach. Jedna teraz straciła wielu zwolenników na rzecz tej drugiej, nowolewicowej partii, która powstała na przełomie lat 60-tych i 70-tych. W Urugwaju głosowanie jest obowiązkowe. Mamy więc świadomość obywatelską. Mamy prawo, ale też i obowiązek.

Jak społeczeństwo zapatruje się na wojnę Rosji z Ukrainą?

Obecnie nie mówi się o tym tak bardzo, jak na początku wojny. Generalnie większość ludzi popiera Ukrainę, ale nie jest to jakieś 100% poparcie. Ludzie niezbyt wierzą w to, co widzą w telewizji, gdyż sądzą, że wiadomości różnią się w zależności od tego, kto je pokazuje. I uważam, że świadomość tego jest rzeczą dobrą. Ale ludzie w większości wiedzą co się dzieje – nie negują faktu, że w Ukrainie bombardowane są szpitale. Nie wiemy jednak wszystkiego – pamiętam dyskusję o prezydencie Ukrainy, który musi radzić sobie również z wewnętrznymi problemami, na przykład opozycją w niektórych regionach swojego kraju.

A co się w Urugwaju sądzi na temat działań Izraela w Palestynie?

Opinie są dość podzielone, a to z tego względu, że społeczność żydowska jest tu dosyć ważna. Uważam jednak, że większość ludzi w Urugwaju stoi po stronie Palestyńczyków. Są osoby, które mówią, że jeśli nie popiera się działań Izraela, popiera się terrorystów, ale większość mówi jasno, że nie można winić i mścić się na niewinnych palestyńskich cywilach. Jak wspomniałam, mamy tu społeczną żydowską, która odgrywa w Urugwaju ważną rolę, rząd wydawał jakieś oficjalne stanowiska w tej sprawie, były deklaracje wspierające jednych, deklaracje wspierające drugich, a wtedy skargi z jednej strony, skargi z drugiej, konflikty tu, konflikty tam. Ludzie jednak w większości wspierają Palestynę.

Pracujesz w służbie zdrowia. Jak wygląda ona w Urugwaju?

Ludzie płacą obowiązkowe składki na służbę zdrowia, ale mogą w związku z tym korzystać również z prywatnej opieki zdrowotnej, które nazywa się sanatoriami. Jest to takie połączenie publicznych składek z prywatnymi świadczeniami. Wcześniej, była różnica między publiczną, a prywatną opieką zdrowotną – ta prywatna działała szybciej, można było się na przykład szybciej dostać do lekarza, specjalistów, na operacje, ale teraz do prywatnej służby zdrowia dopłaca również państwo i w związku z tym zwiększyła się liczba korzystającej z niej ludzi, toteż na operacje czy konsultacje medyczne w takich prywatnych placówkach też czeka się dłużej. Jest jednak wielu ludzi, których stać na całkiem dodatkowe dopłacanie i korzystanie ze szpitali prywatnych na już naprawdę wysokim poziomie, gdzie wszystko załatwia się właściwie od razu. Lecz aby sobie na to pozwolić, trzeba wykupić osobne, prywatne ubezpieczenie.

Później zeszliśmy na bardziej prywatne tematy. Okazało się, że oprócz mieszkania do wynajęcia, które pokazała mi wcześniej, ma jeszcze mieszkanie, które za darmo udostępnia podróżującym kobietom. Obecnie mieszkają w nim trzy kobiety: jedna kobieta z USA, jedna z Irlandii i jedna Włoszka. Laura pochodzi z polsko-żydowskiej i włoskiej rodziny. Dziadek był z Polski i babcia z Włoch - przybyli do Urugwaju w latach trzydziestych. Był to główny powód, dla którego zdecydowała się ze mną spotkać – byłem Polakiem! Rozmawiało się miło, ale czas płynął nieubłaganie na przód. Musieliśmy się zbierać (tzn. Laura, która niedługo zaczynała dyżur w jednym ze szpitali).

Gdyby tak policzyć czas od momentu, gdy spotkaliśmy się na ulicy Chaná, do momentu gdy odwiozła mnie pod mieszkanie, było to aż 7 godzin! Zleciały szybko!

Laura jest bardzo miłą, pomocną kobietą. Cieszę się, że są tacy ludzie, którzy bezinteresownie wykazują się gościnnością i poświęcą tyle czasu przybyszowi z dalekich stron! Umówiłem się z nią jeszcze na jutro, powiedziała, że mi coś pokaże!

Super!

18 lipca

Rano, najpierw udałem się na dworzec celem zakupienia biletu na jutro do innej miejscowości. Poszukałem też jakiegoś noclegu, zarezerwowałem jeden, ale trzeba jeszcze czekać na potwierdzenie. Najwyżej poszukam czegoś na miejscu, na pewno coś znajdę!

Później udałem się pieszo na plażę Los Pocitos. Spacer przez Montevideo zajął mi trochę czasu, a mianowicie aż 1,5 godziny! Ale nie spieszyłem się zbytnio – dzień robił się naprawdę piękny, wyszło słońce, było jasno, a do tego dosyć ciepło! Mogłem też się przejść ulicami miasta i wczuć się w rytm jego tętnic. Montevideo jest dosyć czyste, w gęstwinach uliczek nie ma zbytnich korków, czułem się bardzo bezpiecznie. Nie ma tego polskiego pośpiechu, ale to też nie jest tak, że ludzie tutaj snują się powoli w myśl filozofii ‘mañana, mañana’, czyli jutro, jutro. Flow miasta jest taki dosyć wyważony.

Wreszcie dotarłem do uroczej Playa Los Pocitos! Jest to dosyć ciekawa miejscówka, bo zaraz jak kończy się piasek, zaczyna się mała skarpa z deptakiem (z niego właśnie schodzi się na plażę). Przy deptaku jest dość ruchliwa ulica, za którą pną się w niebo białe, dziesięciopiętrowe budynki. Ot, jest więc to taka plaża miejska w kształcie półksiężyca. Na cudownie jasnoniebieskim horyzoncie majaczyły, jak bielusieńkie łabędzie, niewielkie jachty i żaglówki. Ludzi było niewielu, a ci, co byli, wykorzystywali plażę jako miejsce spacerowe dla siebie i swoich piesków. Z pieskami jest o tyle ciekawa sprawa, że rozstawione tu i tam znaki kategorycznie zabraniały wprowadzania czworonogów na plażę, ale ludzie najwidoczniej – zupełnie jak Polacy – w nosie mieli jakieś obostrzenia. Na plaży było sporo muszelek, ale co ciekawe, walało się na niej także dużo miękkich, jakby gumowych kulek, przypominających tzw. kangurki. W środku wypełnione były wodą, ale niektóre z nich były puste – posiadały niewielką dziurkę, przez która wyciekła woda. Tak jakby coś się z nich wydostało! Niektóre jajka miały dziurkę, ale pomimo tego faktu, było w nich jeszcze sporo wody. Po naciśnięciu jajka działały jak te małe, plastikowe sikawki, które można kupić z okazji Śmigusa Dyngusa. Zapytałem jakieś dwie przechodzące (oczywiście z pieskiem!) dziewczyny, co to może być. Popatrzyły na pokazywaną im przeze mnie kuleczkę, na mnie, potem na siebie. „Nie wiemy!” – usłyszałem. Jak to? To to nieco dziwne! Przecież pewnie od lat je tu widzą i nigdy się nimi nie zainteresowały?! Trzeba to sprawdzić! [PISANE POTEM: Okazje się, że to jajo ślimaka morskiego, zwanego Pachycymbiola brasiliana! Cytując internet: „Samica tego gatunku składa jajowatą torebkę (jajo) o średnicy od 4 do 8 cm. Torebka jest półprzezroczysta i żółta, mieści w sobie od 9 do 33 zarodków. Zarodki te wylęgają się w małe ślimaki o długości około jednego centymetra, odżywiające się płynem. Torebki te nie są przyczepione do podłoża; mogą być przenoszone przez prądy wodne, dlatego można się ich spodziewać na piaszczystych plażach wzdłuż wybrzeży Brazylii, Urugwaju i Argentyny [1]”] Skupiska tych jajek wyglądają dość abstrakcyjnie, a dla kogoś, kto oglądał ‘Aliena’ Ridleya Scotta za młodu, może i momentami dość niepokojąco! Niemniej jednak na pewno ciekawie! Spacerowałem sobie leniwie po raczej pustej, mimo pogody, plaży. Czasem ktoś przeszedł z psem, ktoś przebiegł w ramach joggingu, niekiedy mijałem kogoś, kto po prostu siedział sobie w kurtce (napominam o odzieży wierzchniej by podkreślić, że ciepła temperatura dla Polaka to jednak jest nadal za niska dla Urugwajczyka), patrząc po prostu w ocean. Czego tak wypatrują? O czym myślą? A może nie myślą o niczym? Po prostu zapadają w coś w rodzaju półsnu? Hmm…

Nieopodal znajdował się lokal Hard Rock Cafe. Zawsze do nich wpadam – wypijam piwko, kupuję koszulkę, i wychodzę. No, może w trochę innej kolejności, ale z grubsza tak samo było i w Montevideo. Zawsze proszę o szklaneczkę z logiem HRC i napisem informującym o miejscowości, w której się znajduję, bo to ładnie wygląda na zdjęciu. Ale tutaj… Kelnerki odmówiły, a sporych rozmiarów młody kierownik też dość obcesowo powiedział, że nic z tego! Pierwszy raz mi się to zdarzyło! No cóż, kultury nie nauczy. Dostałem zwykłą szklankę. Szybko wypiłem z niej piwo i wyszedłem bez żalu. Ale za to koszulka jest całkiem ładna!

Kawa w knajpach była trochę drogawa, zakupiłem więc jedną na wynos w MacDonaldzie. Zawsze się śmieję, że to – wbrew wyobrażaniu Polaków widzących w niej kawałek mitycznych Stanów Zjednoczonych – po prostu knajpa dla biedaków. Bo tak w sumie jest, że w USA, czyli miejsca skąd zainfekowała świat, w Macu żywią się ludzie przede wszystkim z niskim budżetem, często będący gdzieś na marginesie społecznym, nie mogąc pozwolić sobie na normalną restaurację. W Polsce nadal jeszcze kojarzy się ona z amerykańskim snem, dobrobytem i tym podobnymi bzdurami, które dawno już w USA wymarły (śmiem twierdzić, że zwykłemu obywatelowi RP żyje się obecnie dużo lepiej niż zwykłemu obywatelowi USA). Ale to temat na rozważania z innej tematyki, podaruję je więc zarówno przyszłemu sobie, jak i jakiemuś potencjalnemu czytelnikowi. Siedząc sobie z tanią kawą w plastikowym kubku na niskim, chodnikowym murku, nagle zostałem przez kogoś dotknięty w ramię. Laura!

No tak, dałem jej namiary, gdzie jestem, ale nie spodziewałem się, że zjawi się tu tak rychło. Zaczęła się śmiać, widząc mnie siedzącego w podkoszulku na ramiączkach, tzw. żonobijce. Było bardzo ciepło! „Może dla ciebie” – śmiała się, stojąc w kurtce naprzeciwko mnie. Poszliśmy do jej małego autka. „Wsiadaj, coś ci pokażę”. Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, które pełne było bardzo ładnych, miejskich plaż! Jechaliśmy na wschód, od czasu do czasu stojąc w korkach spowodowanych remontami dróg. To była dobra okazja by sobie pogadać. Powiedziałem jej, że byłem w Hard Rock Cafe. „Nawet nie wiedziałam, że są w Montevideo!” – śmiała się. Opowiedziała, że była w tej restauracji tylko raz, w Miami. I tak przeszliśmy do rozmowy o podróżach. Okazuje się, że Laura podróżuje całkiem sporo. W Miami wsiadała na statek udający się w rejs po Karaibach – z przyjaciółkami wykupiły sobie coś takiego na 50-te urodziny. Bywała w krajach Ameryki Południowej, w południowej i zachodniej Europie (Włochy, Hiszpania), a nawet w czasie COVIDu zahaczyła o Słowenię („Bo akurat tylko tam można było z Włoch wjechać”)! Była też w Maroku. Lubię słuchać ludzi, którzy opowiadają o swoich podróżniczych przygodach. Tak było też w tym przypadku. Po godzince Laura zaparkowała przy jednej z plaż, ale nie udaliśmy się nad ocean [piszę o oceanie, aczkolwiek równie dobrze mógłbym napisać o rzece – gdyż Montevideo leży nad niesamowicie szerokim ujściem rzeki Rio de la Plata do oceanu. Trudno tak właściwie ocenić, przynajmniej laikowi, na oko, tak całkiem nie technicznie, gdzie kończy się rzeka, a już zaczyna ocean] tylko przeszliśmy przez ulicę w głąb lądu by stanąć zaraz naprzeciw hotelo-kasyna Sofitel. To bardzo, bardzo elegancki i duży budynek, którego budowę ukończono w latach 20-tych XX wieku. Był synonimem i symbolem luksusu – wewnątrz znajdowały się wielkie sale balowe, eleganckie pokoje, przybywali znamienici goście (podobno był tu nawet Albert Einstein). Hotel można było śmiało nazwać okolicznym pałacem. Pod koniec XX wieku popadł jednak w ruinę, ale na szczęście znaleźli się inwestorzy, którzy po kilkunastu latach przywrócili świetność temu miejscu. Dzisiaj jest to symbol epoki rozwoju nie tylko okolicy, ale i Montevideo.

Okolica, gdzie dotarliśmy, nosi nazwę Carrasco. Dawniej była to osobna zwykła wioska, a właściwie przysiółek otoczony wydmami i bagnami, który trochę ponad sto lat temu zaczął przemieniać się w miejscowość w rodzaju letniego kurortu, gdzie co bardziej majętni mieszkańcy stolicy uciekali w lecie by sobie tu odpocząć. Z czasem jednak została wchłonięta przez rozrastające się Montevideo. Dzisiaj mają tu domy majętni ludzie, są tu, wyglądające dość kameralnie, ale elegancko, siedziby przedsiębiorstw bankowo-finansowych. Niby nadal jest to Montevideo, ale człowiek ma wrażenie, jakby dotarł do zupełnie innej miejscowości, do jakiejś specjalnej, nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej. Na wrażenie to składały się eleganckie domki, pałacyki, ładnie ubrani ludzie, niesamowicie czyste ulice i prościutkie chodniki. Gdzieniegdzie w oko rzucały się korty tenisowe oraz stylowe kawiarenki z nakrywanymi przez kelnerów stolikami. Zero zgiełku, spokojna atmosfera, eleganckie samochody. „Popatrz, tu jest szkoła, do której chodzili pasażerowie samolotu, który rozbił się nad Andami”. (Tak, kojarzę, oglądałem film! Który? Ten starszy. Są dwa starsze? Chyba ten amerykański, z 1993. Ten nowszy jest na Netflixie, tak, wiem, wiem, jeszcze nie oglądałem. Nadrobię, no te precocupes!) Historia ta jest znana na całym świecie, ale ludzie po obejrzeniu filmów czy po przeczytaniu o niej (np. w „Historii Kanibalizmu” Nathana Constantine’a, co mi się niegdyś, dawno temu zdarzyło – tak, człowiek czasem czyta dziwne tytuły) dość szybko zapominają, że dotyczyła Urugwajczyków. W skrócie – samolot z urugwajskimi uczniami szkoły średniej (i członkami ich rodzin) rozbił się w Andach w 1972 roku. Część lecących osób zginęła od razu, na miejscu, a część później stopniowo umierała z powodu odniesionych ran i ekstremalnego chłodu. Racje żywnościowe szybko się skończyły, ocalali więc zmuszeni byli dokonywać aktów kanibalizmu na zwłokach zmarłych towarzyszy. Po ponad dwóch miesiącach dwójka zdesperowanych śmiałków wyruszyła przez Andy w poszukiwaniu pomocy. Udało im się to! Uratowali siebie i 16 czekających przy wraku kolegów. 27 osób niestety nie przeżyło. Gdyby był to tylko film, byłaby to niewątpliwie piękna, dramatyczna historia o determinacji, męstwie i odwadze. Jednak patrząc na tę historię jak na po prostu to, czym była (i jest), czyli jak na… historię, trudno tu ujrzeć jakiekolwiek piękno. Mróz, głód, kanibalizm, śmierć, mordercza wyprawa przez stanowiące śmiertelne zagrożenie Andy… To dramat, thriller i horror w jednym. Jakże mocno surowe warunki tego tragicznego wydarzenia kontrastowały ze spokojnym, czyściutkim i zapraszającym w swe mury budynkiem szkoły skąpanym w przyjaznym słońcu!

Laura czasem pokazywała mi jakiś budynek, jakieś miejsce – mówiła, że robiła im zdjęcia na jakiś konkurs, który wygrała. W którymś momencie zapytała, czy znam Ladislao Mazurkiewicza. To nazwisko, oprócz tego, że brzmiało wybitnie polsko, nic mi nie mówiło. „To był bramkarz Urugwaju, syn Polaka” – poinformowała mnie Laura. Okazało się, że trochę interesuje się piłką. Sprawdziłem – Mazurkiewicz grał pond 30 razy jako bramkarz reprezentacji Urugwaju. Zagrał 13 meczy na trzech mundialach – w 1966, 1970 i 1974 roku. Dziwne, że nigdy wcześniej o nim nie słyszałem! Ale od dzisiaj będę już mądrzejszy o tę (nieco bezużyteczną co prawda, ale jednak jakąś) wiedzę.

- Usiądźmy gdzieś – zaproponowała Laura. Wskazała na lodziarnię. Sąsiadowała z siecią gastronomiczną La Pasiva. Hmm… Nie miałem ochoty na lody. - Ty weźmiesz loda, ja zamówię piwo, spotkamy się przy którymś stoliku pod parasolką w La Pasivie, co? – zaproponowałem. Zgodziła się na takie rozwiązanie. Po chwili siedzieliśmy pod parasolką. - Śmiesznie wyglądasz w tej podkoszulce – powiedziała Laura. - Czemu? – zapytałem. - Bo tu mamy zimę. Jesteś jedyny tak ubrany – śmiała się sympatycznie, patrząc na ludzi wokół nas. - Nic nie poradzę. Mi tu jest dzisiaj gorąco – odrzekłem. Zaiste, pogoda była rewelacyjna!

Laura opowiedziała mi o tej sieci La Pasiva. To taki trochę fast-food, gdzie można kupić panchos (tutejsze hot-dogi), pizzę i chivitę. Ciekawa jest ta chivita – to kanapka z grillowanym stekiem wołowym. Jest tam też szynka, bekon, jajko i warzywa! Bardzo bogata kanapka, ale trochę droga! – około 9 dolarów. Może się kiedyś szarpnę :)

W pewnym momencie Laura powiedziała, że coś mi pokaże. Sięgnęła do torebki i wyjęła… oryginalny paszport dziadka sprzed 94 lat! Wydany w 1931 roku na nazwisko Haim – Mendel Rowiński (co ciekawe, podpisał się trochę niezdarnie jako Chaim Mendel, przez ‘ch’ i bez myślnika), z dopiskiem poczynionym małymi literami „Syn Jeka i Sary”. Zamieszkały w Warszawie, urodzony 1914 roku. Na zdjęciu młody chłopak, w czarnej marynarce, koszuli, wzorkowanym krawacie. Twarz owalna, lekki uśmiech. Dwie czerwone pieczątki z orłem w koronie – Rzeczpospolita Polska, Starostwo Grodzkie, Warszawa – Praga. Kraje, na które niniejszy paszport jest ważny: Argentyna, pod spodem Urugwaj. Argentyna skreślona na czerwono, podwójną linią. Czyżby zmienił zdanie, co do kraju docelowego? Stronę dalej dopisek Starosty Grodzkiego M. Ciechorskiego, że „Ten paszport jest ważny na wjazd do Urugwaju.”. I pieczątka „Paszport ważny na jednorazowy wyjazd za granicę”. Wszystkie rubryki w dwóch językach – polskim i francuskim (dzisiaj paszporty mają rubryki w języku polskim i angielskim), dane wypełniane ręcznie, piórem atramentowym (dzisiaj w formie wydruku). Okładka raczej twarda, ciemna, wręcz czarna, ze złotym napisem (Paszport, Rzeczpospolita Polska) i złotym orłem. Przy krawędziach złota ramka. Oczywiście kolor przez te prawie sto lat wyblakł, ale zarówno okładka, jak i paszport, zachowały się świetnym stanie!

Zalała mnie fala emocji! Przede wszystkim z powodu paszportu jako takiego, samego w sobie. Wystawiony w kraju, który powoli stawał na nogi, odbudowywał się, miał przed sobą dobrą przyszłość. W pamięci miałem wszystkie te opisy Bernarda Newmana z książki „Rowerem przez drugą RP” (gdy, z zachwytem, opisywał Stare Miasto i okolice, ale też żydowską dzielnicę, która już tak ciekawa nie była) a przede wszystkim wspomnienia Dorothy Adams („Amerykaska Polka”) i Virgilii Sapiehy („Amerykańska księżna”). O ile ta druga z pań, wżeniona (wmężona?) w rodzinę Sapiehów, samej Warszawie nie poświęcała zbyt wiele miejsca (ale pamiętam na przykład, że pisząc o polskich filharmoniach, pisała, że większość muzyków i widowni stanowią Żydzi – wbrew powszechnemu, dzięki renomie Chopina i Paderewskiego, mniemaniu, że Polacy są jacyś wielce muzykalni), o tyle Dorothy Adams, również zaślubiona z Polakiem, Warszawie poświęciła więcej miejsca. Mimo, że nie pamiętam jej opisów słowo w słowo, to pamiętam doskonale ten klimat rozwijającego się miasta bijący z opisy pani Adams. Po powrocie z chęcią ją zacytuję, co by przedstawić to, co miałem przed oczyma trzymając niemal stuletni paszport człowieka, który w owej Warszawie przecież żył i przez tą wzrastającą i promieniującą coraz większą dumą Warszawę niósł ten paszport.

[PO POWROCIE:

Dorothy Adams, ‘Amerykańska Polka, Z miłości do mężczyzny i jego kraju”, 1944, wyd. Karta, 2021, Tłum. Ewa Horodyska

„W owym czasie pół miliona ludzi zamieszkiwało nowe budynki. Większość z nich budowały na obrzeżach miasta spółdzielnie robotnicze. Osiedla stawiano z rozmachem, na dużym obszarze – w niektórych mieszkało nawet kilka tysięcy osób. W pierwszą wolną niedzielę po przyjeździe Michał zabrał nas, aby pokazać największe przedsięwzięcie mieszkaniowe w dzielnicy Żoliborz. Zaprojektowano je jako małe miasteczko, z pralnią, szkołami, żłobkiem i sklepami z zaopatrzeniem. Miało nawet własną linię autobusową połączoną z centrum Warszawy. (…) Były to najnowocześniejsze budynki ze stali, szkła i cegły, ustawione pod odpowiednim kątem, aby dopuszczać słońce i przełamywać monotonię. Otaczały je ogrody. (…) Ogromnie cieszyła nas przestronnie i nowocześnie pomyślana architektura nowych rejonów Warszawy. W piękne popołudnie przechadzaliśmy się którąś z głównych ulic, gdzie budowano nowe szpitale i szkoły techniczne (…) Budynki obsadzano pięknymi drzewami i otaczano zadbanymi trawnikami, przyciętymi żywopłotami, grządkami róż i krzewami bzu. Przy bocznych uliczkach znajdowały się niskie domy i ogrody zaprojektowane przez stowarzyszenia artystów. (…) Kiedy zajmowaliśmy się budową, wokół nas powstała setka innych apartamentów przeznaczonych do wynajmu, jeden bardziej nowoczesny od drugiego, całkowicie ognioodporne, dwu- i trzypokojowe, z niskim czynszem i myślą o klasie średniej, urzędnikach państwowych, młodych prawnikach i lekarzach, przedstawicielach nowej demokracji. Większość frontowych drzwi z kutego brązu była dziełem młodych rzeźbiarzy. Żaden z owych domów nie został zbudowany ze staromodnej otynkowanej cegły, lecz ze sprowadzonego z Kielc ciosanego kamienia. Ta niezwykła aktywność budowlana trwała nieprzerwanie aż do wybuchu wojny.”

Co się rzuca w oczy to rozmach, tempo i przymiotnik nowy. Aż przykro jest gdybać, jak pięknie dzisiaj wyglądałaby Warszawa z budynkami z tamtych czasów, gdyby jakiś bity przez ojca w dzieciństwie niespełniony malarzyna nie postanowił podburzyć swoich rodaków do wypowiedzenia wojny całemu światu. W słowach pani Adams, niemal przez cała książkę, dało się też wyczuć ducha gwałtownego, coraz szybszego rozwoju, nie tylko stolicy, ale i całego kraju.]

Kwitnący rozwój Warszawy najpierw powtrzymała wojna, a potem samą Warszawę z tak mozolnie, acz entuzjastycznie, budowanymi budynkami, infrastrukturą i ogrodami, zmiotły w pył hitlerowskie bomby. I o ile później podziw mogła później budzić odbudowa Warszawy dokonywana przez Naród Polski, o tyle już co do jakości estetycznej – wyrażanej w duchu socrealizmu - można mieć już poważne zastrzeżenia.

Ten paszport był jak wehikuł czasu, jak coś zabranego z tamtej patrzącej odważnie w przyszłość Warszawy. Był jak skarb ocalony przez historyczne zawirowania przed miotaczami ognia oddziałów Jurgena Stroopa, a później siejącymi ogromną pożogę bombami Luftwaffe. Ten paszport był jak pamiątka tej (a właściwie już ‘tamtej’) mitycznej, otaczanej przez wielu czcią II Rzeczpospolitej. Dotykałem go delikatnie opuszkami palców, jakby z jakąś nabożnością. Ostrożnie, nie tylko by go nie uszkodzić, ale też by oddać przez niego hołd tamtej pogrzebanej w gruzach Warszawie. W owej chwili, przy kawiarnianym stoliku, tak daleko od Polski, od Warszawy, paszport ten był dla mnie symbolem tak brutalnie zniszczonych aspiracji, ambicji i nadziei mojego kraju i narodu. Przypominał o tragedii wojny, przerwanym rozwoju Polski, i niejako był namacalną materializacją tej tragicznej historii.

A dziadek Laury? Dlaczego wyjechał tak daleko? Dlaczego opuszczał miasto, które tak prężnie się rozwijało? Co czuł, gdy wsiadał na statek? Co czuł, gdy go opuszczał jako młody, siedemnastoletni chłopak. Ta wyprawa prawdopodobnie uratowała mu życie, wiadomo, co potem działo się z Żydami w Polsce. Ten paszport otwierał mu wrota na świat, ten paszport – jak się miało okazać – ocalił go od strasznej śmierci.

Tłumaczyłem Laurze rubryki w paszporcie. Na YouTubie znalazłem jej kolorowe filmy z Warszawy z lat 30-tych, chwilę je oglądaliśmy. - To była Warszawa twojego dziadka – powiedziałem. Wzruszyła się.

Powiedziała mi, że stara się o polskie obywatelstwo. Komuś z jej rodziny mieszkającej w Urugwaju już się to udało, ale jest sporo papierologii i komplikacji (jakieś problemy przy akcie urodzenia, przekręcone nazwisko, czy coś takiego). Laura co jakiś czas udaje się do położonego niedaleko przecież argentyńskiego Buenos Aires, bo tam biuro ma mężczyzna, który zajmuje się pomocą przy uzyskiwaniu polskiego obywatelstwa (o nazwisku Brudziński). Poza tym w Urugwaju Polska nie ma obecnie żadnej placówki dyplomatycznej – ani ambasady, ani konsulatu, nada!

Wracaliśmy ok. 17.30, gdy zaczynało się powoli ściemniać. Ulica prowadząca wzdłuż wybrzeża znowu była zakorkowana. Rozmawialiśmy o muzyce poważnej (Laura lubi włoską operę, była kiedyś w La Scali - ja wolę niemiecką, choć Toscę darzę sympatią), o literaturze nauczanej w Urugwaju. Ciekawe, że czytają tu Don Kichota! Pamiętam, ile śmiechu miałem czytając o przygodach tego błędnego rycerza! Jest też literatura gauczowska, pisana wierszem, o wolnych, ale samotnych i buntowniczych gauchach. O ile oczywiście kim są gaucho (coś w rodzaju cowboya, choć gaucho żyją raczej samotnie lub w małych grupach – jeżdżą konno, pracują lassem, zajmują się hodowlą i wypasem bydła i koni, żyją w rozległych rejonach pampy), o tyle nie wiedziałem, że istnieje coś takiego, jak gauczowska literatura. Muszę zgłębić temat w wolnym czasie!

Niedaleko starego miasta, w pobliżu costańery (bulwaru nad wodą), Laura zatrzymała swojego Peugeota. - Choć, pokażę ci coś jeszcze – rzekła. Weszliśmy do szeregowej kamienicy, przypominającej trochę angielskie domki z brązowo-czerwonej cegły. Schodkami na trzecie piętro, pod drzwi znajdujące się za kratą. Laura otwarła kratę, otwarła drzwi i weszliśmy do średniej wielkości, piętrowego mieszkania. - Artur, mam tu mieszkanie. Jest trochę bałaganu, bo niedawno wyprowadzili się z niego najemcy i zamierzam go odremontować i tu po prostu czasem pomieszkiwać, co by między dyżurami w szpitalach nie jeździć do domu poza Montevideo. Pod koniec twojego pobytu w Urugwaju, chcę byś się tu zatrzymał, za darmo! Dam ci klucze i będziesz sobie siedział, ile będziesz chciał – zaproponowała.

Wow!

- Ciekawa propozycja. A za ile? – zapytałem. - Jak za ile? Za darmo! – odrzekła.

WOW!

- Ale jak to? – nie mogłem uwierzyć, węsząc gdzieś jakiś haczyk. - Mieszkanie i tak jest puste, po co ma się marnować? Poza tym jak można dla kogoś zrobić coś dobrego, to czemu tego nie zrobić?

No tak, ale aż taka bezinteresowna propozycja? Przypomniało mi się, jak mówiła, że wynajmuje jakieś inne mieszkanko, za darmo, trzem kobietom. Kurczę, są na świecie dobrzy ludzie!

- Okay, dziękuję! – rzekłem – Dogadamy się co i jak!

Oprowadziła mnie po mieszkaniu. Na dole był duży, nawet bardzo duży, salon. Pusty, z jakimiś szafkami i listwami położonymi pod ścianą. Wiaderka i wykładziny na środku pomieszczenia.

- Muszę ogarnąć kiedyś ekipę, co by mi to wszystko zmontowała – mówiła Laura – Do czasu jak przyjedziesz, zrobię tu trochę porządku, nic się nie martw.

Była też i kuchnia, w pełni wyposażona, i nie zagracona. Po wyjściu schodkami na górę dochodziło się do trzech pokoi i łazienki. Laura wprowadziła mnie do jednego z owych pokoików. - Tu jest łóżko, jest na nim trochę gratów, ale przygotuję ci tu pokój, będzie ładnie – powiedziała. Super!

Darowanemu koniowi w zęby się nie patrzy, będzie fajnie, o ile Laura się nie rozmyśli! Ale nie wydaje się być kobietą, która łamie obietnice. Jednak jeszcze pobujam się tu i tam jakiś miesiąc, więc zakładanie z góry, że ten pomysł na pewno wypali, byłoby niezbyt rozsądne. Będę miał jej propozycję z tyłu głowy – jak wypali to fajnie, jak nie, to też okay. Zobaczy się!

Wyszliśmy z mieszkania. Kilka minut połaziliśmy po oświetlonej ulicznymi latarniami okolicy. Laura pokazywała mi, gdzie jest supermarket, a także drogę na cmentarz, który podobno warto sobie zwiedzić. Po czym wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy na ulicę, gdzie wynajmuję mieszkanko.

Prześlę jej jeszcze jakieś filmy związane z Polską i pójdę spać. Dzień był bardzo udany, cieszę się, że poznałem Laurę i miło spędziłem z nią czas.

PS: Po pożegnaniu z Laura poszedłem do małego sklepiku nieopodal i kupiłem cebulę. Nie wiem czemu, ale cały dzień coś we mnie krzyczało, bym kupił to warzywo. Chyba organizmowi brakuje czegoś, co w cebuli można znaleźć. Pisząc tę notatkę zajadam co jakiś czas jej plasterki, z ust pewnie wali mi niemiłosiernie! No ale jest pyszna! W ogóle to tu w mieszkaniu jem chleb z rybami w puszki, które są tanie (w odróżnieniu od chleba!), kładę na nie ogórka i pomidora. Kupiłem też sporo tanich zupek instant. Ser i szynka (i chleb!), powalają cenami. Cóż, drogi ten Urugwaju, ale ja na szczęście lubię takie podłe żarcie. Mniam!

Karaluchy pod poduchy!

19 lipca, Colonia del Sacramento

Godzina 9:30

W autobusie do Colonii. Colonia... Rymuje się z Polonia!

Bilet kosztował jakieś 15 dolarów, 3 godziny jazdy. Wygodny autobus. Trochę szkoda wyjeżdżać z Montevideo. Polubiłem to miasto, jest cudowne, zwłaszcza, jak jest ciepło i słonecznie! I Laura, bardzo dobra dusza! I to moje małe mieszkanko, bardzo przytulne, ciepłe, przyjazne... No cóż. Droga wzywa! Czuję ekscytację! Yay!

Godzina 11:20

Za oknem puste pola zielonych traw. Choć to zieleń nieco wyblakła. Są i pola, puste, leżące odłogiem, na których nic nie rośnie. Czasem trafia się krzaczki, czasem gołe drzewa. Urugwajska zima. Ale na bezchmurnym niebie pięknie wisi rażące w oczy słońce. Jeszcze jakaś godzina jazdy!

Godzina 14:28, knajpka w Colonii

Przyszły dwie nastolatki, usiadły przy stoliku na zewnątrz, obok mnie, zapytały obsługującego je kelnera, czy mogą zapalić. Kelner pyta - a co? Marihuanę. Jasne – mówi kelner. Teraz siedzą i palą. Kaszlą przy tym jak stare żulice. Ach, przypomina się Amsterdam, gdzie też tak sobie można siedzieć w ogródkach restauracyjnych i palić sobie zioło… A, no tak, nie napisałem jeszcze o tym – marihuana w Urugwaju jest legalna.

Wieczorem

Trasa Montevideo do Colonii del Sacramento wynosi 180 kilometrów. Niby sporo, ale autobus pokonuje ją dość szybko i bezproblemowo – na drogach nie ma korków; nie są to może jakieś super autostrady, ale są dobrze utrzymane. Przyjemnie się po nich płynie.

W Colonii wysiadłem na niewielkim, ale czystym i przyjemnym dworcu. Idąc przed siebie mijałem jakiś mały festyn. Na małych straganikach sprzedawano kubki do yerby mate, ubrania (kapelusze, papcie, bluzy, apaszki), zabawki, koszulki piłkarskie (były i hiszpańskiej FC Barcelony, ale na plecach już nie znajduje się nazwiska Lewandowski, ale młodego Yamala, z którym dzieciaki prędzej mogą się identyfikować), jedzenie z czegoś w rodzaju foodtrucków i lokalne piwa. Przeszedłem, popatrzyłem, nic nie zakupiłem, udałem się dalej.

Dotarłem do obszaru, dla którego miasto to jest dosyć popularne, zwłaszcza dla Argentyńczyków. W sumie nie ma się co dziwić, bo z Buenos Aires jest tylko… godzina drogi promem. Jednakże docierają tu nie tylko mieszkańcy argentyńskiej stolicy czy Argentyńczycy ją wizytujący, ale również turyści z zagranicy, którzy zwiedzają BA.

Jeszcze nadmienię, że ja do Colonii przyjechałem głównie dlatego, bo chciałem (i nadal chcę) dostać się na wyspę Isla Martin Garcia, opisywaną w przewodniku jako miejsce, gdzie można zobaczyć piękną bioróżnorodność. Jest ona rezerwatem przyrody zamieszkanym przez żółwie, jaszczury i 250 gatunków ptaków. Przewodnik podaje, że w Colonii można sobie wykupić zwiedzanie wyspy. Pierwsze mijane przeze mnie biuro informacji turystycznej, choć było otwarte, było… puste. Nikogo! Krzyczałem, czekałem, nic. Plusem był fakt, że była otwarta toaleta dla petentów, z której skwapliwie skorzystałem.

Dotarłem do drugiego biura informacji turystycznej, w obszarze, gdzie przewijało się sporo zwiedzających, a tam powiedziano mi, że wycieczek na wyspę się stąd nie oferuje, bo o tę wyspę jest jakiś zatarg terytorialny między Argentyną, a Urugwajem. Mogę popytać w Argentynie, w Buenos Aires. Ale tam się nie wybierałem… Mój papierowy przewodnik podaje, że wycieczki są też organizowane z Carmelo, położonego nieco dalej na zachód, spróbuję więc się tam dostać. Ale póki jestem w Colonii, to warto się po niej nieco pobłąkać, tym bardziej, że przyciąga wielu ludzi, których w pobliżu drugiej informacji turystycznej mogłem już zauważyć.

Biuro informacji turystycznej znajdowało się nieopodal ważnego punktu w Colonii, to jest zabytkowej latarni. Jest to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli miasta. Powstała w 1857 roku, czyli – na dzień obecny (2025 rok) – 173 lata temu. Zbudowano ją na ruinach dawnego klasztoru z XVII wieku (spłonął w pożarze), którego pozostałości murów wokół niej można jeszcze zobaczyć. Latarnia ma 26 metrów wysokości. Można się było na nią wspiąć od godziny 13.00 – miałem więc jeszcze trochę czasu.

Do zameldowania w znalezionym po drodze naprędce hostelu miałem jeszcze trochę czasu, więc pochodziłem po okolicy. Część Colonii w okolicach latarni jest bardzo urokliwa. Są tu zachowane, kolonialne brukowane uliczki (w których pięknie odbija się słońce!) oraz stojące do dzisiaj kolonialne domy, będące mieszkanką wpływów hiszpańskich i portugalskich. Okolica jest doskonała dla relaksacyjnych spacerów, robienia zdjęć czy po prostu siedzenia sobie przy zewnętrznych, kawiarnianych stolikach przy pięknej – jak dzisiaj – pogodzie.

Przy jednym z takich stolików sobie usiadłem. Zamówiłem litrowe piwo Patricia Dunkel (ciemne), kelner przyniósł mi do niego cztery (darmowe) kawałki ciasta. Siedziałem sobie leniwie patrząc sobie na rzekę la Plata (jej estuarium) oraz ludzi, którzy niespiesznie sobie spacerowali. Znowu zapewne wyglądałem dziwnie, bo byłem w samym podkoszulku, ludzie natomiast w kurtkach i zimowych czapkach. Chyba nigdy nie przestanie mnie to bawić!

Wtedy to właśnie przysiadły się do stolika obok dwie nastolatki opisane przeze mnie (w notatce ‘na bieżąco’) wcześniej. Paliły sobie jointa i niewiele ze sobą rozmawiały. Marihuana je raczej wyłączyła i wyciszyła, niż pobudziła. Troszkę, tak siedząc obok, siłą rzeczy sobie powdychałem, ale gdy już kończyłem piwo dostałem wiadomość z hostelu, że mogę przybyć troszkę wcześniej, bo już przygotowano dla mnie pokój.

Wróciłem pod latarnię, którą już otwarto, ale jak ujrzałem gigantyczną kolejkę turystów poruszającą się w zawrotnym tempie jednej osoby na 10 minut, stwierdziłem, że nie warto chyba życia na to tracić… Nie byłem w nastroju czekać tak długo, ot, po prostu. Może przez piwo, które trochę mnie rozleniwiło? (Tak sobie myślę, że dziewczyny nie rozleniwiła trawa, a mnie nie rozleniwiło piwo, ale to chyba wpływ spokoju tego miejsca i dzisiejszej, słonecznej pogody…)

Miałem problem ze znalezieniem czegoś normalnego, w normalnej cenie, toteż zdecydowałem się na najtańszy hostel, który oferował prywatny pokój. Cena jednak i tak zwalała z nóg – prywatne mieszkanie w Montevideo było dużo tańsze!

Idąc do hostelu opuściłem zabytkową, starą część miasta, i szedłem już bardziej nowoczesną ulicą. Pośrodku leżała asfaltowa droga, po jej obu stronach zwykłe chodniki i niskie, co najwyżej jednopiętrowe kamieniczki, których parter zajmowały sklepy i restauracje. Boczne uliczki jednak miały już swój urok, bo były brukowane kostką, a wzdłuż nich ciągnęły się szpalery wysokich, gołych drzew z końcówką liści w okolicach wierzchołków.

Dotarłem do hostelu. Do wszystkich pokoi, na dwóch piętrach (i parterze), wchodzi się z dziedzińca w stylu kolonialnym. Powitała mnie ciemnoskóra Andrea, kobieta pod 50-tkę, w krótkich włosach, dość dobrze zbudowana (ale nie mająca nadwagi), taka trochę chłopczyca. Niesamowicie uśmiechnięta, serdeczna, pełniąca funkcję opiekunki tego przybytku (ale nie jest właścicielką). Mój pokój jest skromny – choć jest dość sporych rozmiarów, jest w nim tylko łóżko, jeden stary, drewniany stolik i również stare, drewniane krzesło. Mam też mały grzejnik, który raczej nie sprawi, że w pokoju będzie jakoś wybitnie ciepło. Na szczęście na łóżku mam trzy koce. Skromna łazienka i ubikacja znajdują się na otwartym balkonie, na tak zwanej galerii. Andrea zdziwiła się na moją prośbę o kluczyk do drzwi pokoju. ‘Ja tu wszystko widzę, wszystkiego pilnuję’. No tak, jasne, ale jednak poproszę. Zawsze to będę się czuł pewniej, jak jednak sobie zamknę pokój, gdy wyjdę na miasteczko. Trochę zaskoczona, trochę jakby obrażona, że jej nie ufam, wyjęła pęk kluczy i z kółeczka zsunęła jeden, do mojego pokoju. Podziękowałem. Zrzuciłem z siebie rzeczy, i choć nie lubię wspólnych łazienek, to wziąłem szybki, raczej chłodny prysznic i z jeszcze mokrymi włosami znowu poszedłem na miasto.

Wróciłem w region latarni, ale udałem się w kierunku czegoś w rodzaju betonowego mola, wzdłuż którego, z jednej strony, cumowały małe żaglówki i motorówki. Przeszedłem się na jego koniec – nic spektakularnego. Nie jest ani duże, ani jakieś zapewniające nie wiadomo jakie widoki i doznania – ot, pełni raczej funkcję praktyczną; mogą przy nim zacumować wspomniane wyżej rodzaje łodzie. Ale jeden widok mnie rozczulił – para nastolatków, chłopak i dziewczyna, na oko piętnastolatków, siedziała poniżej mola, na kamieniach chroniących je przez falami, i łowiła ryby. Widać było, że dziewczyna nie była jeszcze wprawiona w skomplikowane arkana łowienia na wędkę, bo chłopak pokazywał jej ruchy, co chwila jej coś tłumaczył, a ona przytakiwała głową. Fajnie, że zdarzają się dzieciaki, które lubią robić takie rzeczy!

Wróciłem na początek mola, gdzie znajdował się taras eleganckiej restauracji. Nie byłem głodny, zamówiłem tylko piwo, Schneider Rubia (rubia – blond), i usiadłem na ławeczce z miękkim poddupkiem. Grzałem się w słońcu i powoli biorąc małe łyki browarka patrzyłem sobie na estuarium rzeki La Plata oraz małe żaglówki i jachty zacumowane do okrągłych boi. Przez wifi połączyłem się z przyjaciółką z Warszawy i trochę sobie pogadaliśmy. Obecnie jest we Francji, jeździ sobie po mało popularnych miastach i miasteczkach i cieszy się prawdziwą Francją. Dzieli nas jakieś 11 tysięcy w linii prostej. Fajnie!

Wróciłem do hostelu. W kuchni porozmawiałem z Andreą i dwudziestoletnią dziewczyną z Brazylii. Mieszka tu kilka miesięcy, pracuje zdalnie. Bardzo miło się rozmawiało. Hostele są czasem bardzo sympatyczne. Tutaj na przykład, w małej ubikacji, przy zlewie, jakiś młody chłopak golił sobie twarz słuchając z przenośnego głośnika reaggaetonu na cały regulator. Puścił mnie do kibelka, samemu czekając przed drzwiami. „Dziękuję” – „Nie ma za co”, uprzejmość, pozytywne viby, przyjazny uśmiech. Nawet dosyć tu fajnie mimo spartańskich warunków i ascetycznej, jakby mnisiej celi.

20 lipca

Nocleg był, alas!, dosyć uciążliwy. Najpierw musiałem ubić dwa komary, które latały na uchem. Podejrzewam jednak, że w łóżku są jakieś pluskwy! Mam małe ugryzienia, które nie wyglądają na użądlenia komarów. Jakoś przeżyłem, zostanę tu jeszcze jedną noc i jadę dalej!

Rano w kuchni, robiąc sobie kawę, spotkałem Andreę. Dała mi coś w rodzaju chleba z mięsnym farszem, powiedziała mi, że w miejscowości Colonia Suiza (skąd pochodzi), jest dzisiaj festiwal czekolady i koniecznie muszę tam pojechać. Nie miałem jakichś większych planów na dzisiaj, a skoro lokalsi coś polecają, to warto to zapewne sprawdzić.

Na dworcu kupiłem bilet, poczekałem jakieś 45 minut i po godzince jazdy dotarłem do Colonia Suiza (Kolonia Szwajcarska). Właściwie to na mapie nie odnajdzie się czegoś takiego, jak Colonia Suiza, ale określenie to funkcjonuje w języku mówionym (podejrzewam, że to stara nazwa na tę okolicę). Tak po prawdzie dotarłem do Colonia Valdense (Kolonia Waldensów). Kierowca wysadził mnie przy stacji benzynowej i powiedział, że to tutaj. Zapytałem pracownika stojącego przy dystrybutorze, gdzie tu jest festiwal czekolady. - Nueva Helvecia, 7 kilometrów stąd – odparł i wskazał ręką drogę, którą miałem pójść. O w mordę! Aż tyle kilometrów?! Z początku trochę przeraziła mnie ta myśl, ale stopniowo zacząłem myśleć coraz bardziej analitycznie, a(le) przy okazji, optymistycznie. To razem, w dwie strony, 14 kilometrów, a tyle przecież w ciągu całego dnia przecież można chyba jakoś zrobić. Powolutku, powolutku, może się uda. Ruszyłem więc w drogę.

Szedłem i szedłem, mijałem pastwiska i puste, zielone, płaskie pola, i zastanawiałem się w sumie po co ja właściwie tam idę, skoro ja raczej nie lubię czekolady. Popatrzeć! Nie muszę jej przecież jeść. Lokalny obyczaj, folklor… Ufff, już mi gorąco, pocę się, zdejmuję wiatrówkę, robi się coraz goręcej. A ja nie mam nawet butelki wody. Cholera, może zawrócić? Hmm, nie, jest lepszy sposób!

Zacząłem łapać co jakiś czas przejeżdżające samochody. Kilka pierwszych się nie zatrzymało, ale niezrażony tymi porażkami łapałem dalej. W końcu ktoś się zlitował! Kilkanaście metrów przede mnął zatrzymał się stary, fioletowy Fiat Duna! W Europie takich nigdy nie widziałem. Ale czad! Ten pojazd, jak oznajmił mi sympatyczny, lekko łysiejący pięćdziesięciolatek, pochodził z 1988 roku. Bardzo się zdziwił, ale też ucieszył, że wiezie Polaka. Nigdy wcześniej żadnego nie spotkał. Pogadaliśmy troszkę o festiwalu i jakichś banałach – było bardzo sympatycznie! Wysadził mnie właściwie w centrum miasteczka zwanego Nueva Helvecia (Nowa Helwecja).

Tam, zamknięte dla samochodów ulice i uliczki pełne już były ludzi. Kierowca, który mnie podrzucił, mówił, że to w Urugwaju bardzo popularny festiwal, wielu ludzi przyjeżdża sobie tu na kilka godzin, kupuje różne produkty, dobrze się bawi i wraca do domu. Są też autobusy dowożące Urugwajczyków z różnych części kraju na ten festiwal. Im bliżej głównego placu, Plaza de los Fundadores (Plac Założycieli), tym gęściej pojawiały się straganiki z kilkoma szczególnie wyróżniającymi się, powtarzalnymi produktami. Pierwszy to sery. Miałem wrażenie, że oferuje się ich więcej, niż czekolady, której to miał być festiwal. Sery były małe, duże, okrągłe, kwadratowe i trójkątne. Z dziurami, i bez ani jednej dziury też. Tańsze i droższe. W woreczkach, już gotowe i zważone, i krojone na życzenie klienta. Były też sery… na patyczkach! (jak lody!) Camemberty, Parmezano, Sbrinz (jeden z najstarszych, szwajcarskich serów), Parrilero (do grillowania), Pepato (półtwardy ser owczy z dodatkiem ziaren pieprzu). Wszystko to queso artesanal – ser rzemieślniczy, tudzież – rzeklibyśmy może – kraftowy. Lokalny, produkowany w małych zakładzikach w okolicy. Często na etykietce nie było nawet adresu, tylko nazwa zakładu i numer telefonu (a raczej whatsappa). Serów, w każdym razie, zatrzęsienie! Może ten festiwal powinien nazywać się raczej Festiwal Sera? Albo przynajmniej Czekolady i Sera? Jeśli mysie niebo istnieje, to zapewne wygląda podobnie jak ten festiwal!

Ale czekolada też była! Jak również i babeczki, oczywiście w polewie czekoladowej. Były i gofry oblewane czekoladą z głębokich chochel. Znaleźć można było ciasta, i to nie tylko serniki! Pogoda była ładna, słoneczna, ale większość ludzi chodziła w kurtkach (i sporo w czapkach). Na placu głównym rozstawiono niewielką scenę i ławeczki, wokół placu na niewielkich taborecikach, ławeczkach i kocach również siedziało wielu ludzi. Setki pozostałych po prostu stały i słuchały występów wokalistów solowych, jak również orkiestry dętej grającej mi.ędzy innymi szlagiery muzyki popularnej. W pewnej odległości od placu głównego stały mniejsze namiociki, gdzie także grała muzyka – pod scenami były wydzielone specjalne place do tańczenia. Starsze małżeństwa tańczyły w parach do urugwajskich klasyków ze swojej młodości.

Ludzi setki, może i kilka tysięcy. Wszyscy spokojni, uśmiechnięci, grzecznie czekający w kolejkach do produktów. Mnie zaciekawił jeden – piwo z czekoladą i prażonym kokosem. Zakupiłem półlitrową puszkę – cała srebrna, z naklejoną, niewielką etykietką. Weidmann, Cerveza Artesanal de Colonia Suiza (Kraftowe Piwo z Kolonii Szwajcarskiej). Dostałem plastikowy kufel, usiadłem obok jakichś starszych pań na ławeczce. Otwarłem puszkę, nalałem z pietyzmem do kufla, delikatnie, po ściance. Czaaaarne! I w smaku całkiem przyjemne. Trochę jakby kawowe, ale przyznam, że dokończyć już – ze względu na ten specyficzny smak – było trochę ciężko. Dwóch bym chyba (a raczej na pewno) nie dał rady wypić.

Po jakichś dwóch godzinach zacząłem zbierać się w stronę wyjścia z miasteczka. Ale idąc tak i idąc, natknąłem się na zakład wodociągowy z 35 metrową wieżą, przypominającą trochę to latarnię morska, a trochę będącą podobną do średniowiecznych, europejskich baszt. Wieża była otwarta dla zwiedzających! Wszystko, co trzeba było zrobić by się na nią dostać, to wpisać się na listę gości do znajdującego się na parterze zeszytu. Ze mną chciało wejść jeszcze kilka osób. Popatrzyłem na listę wchodzących na szczyt przede mną – Uruguwaj, Urugwaj, Brazylia, Brazylia, Urugwaj, Urugwaj. Starsza pani pilnująca zeszytu zrobiła coś w rodzaju ‘wow’, gdy zobaczyła, że wpisałem Polonia. Wręczała ludziom małe książeczki wydawane przez OSE (Obras Sanitarias de Estado – czyli Państwowe Zakłady Wodociągowe). Dowiedziałem się, że ten zbornik – otwarty w 1948 roku - zaopatruje Nueva Helvecię i Colonię Valdense i mieści w sobie 650 tysięcy litrów wody. Informacja z natury tych, które szybko ulecą z mojej głowy. Właściwie uleciały już, kiedy wstawiłem kropkę na końcu poprzedniego zdania! Wracając do eksploracji wieży… Szybko dotarłem na jej szczyt, a stamtąd mogłem sobie popatrzeć na Nueva Helvecię i okolicę. Raczej niewielkie ulice przecinały osiedla parterowych domków o płaskich dachach. Gdzieniegdzie wyskakiwała szpiczasta wieża małego kościoła, a za miastem ciągnęły się raczej płaskie, zielone pola. Niebo było przyjemnego koloru lekkiego błękitu, zupełnie takiego jak na urugwajskiej fladze. Ot, taki przerywnik na koniec wycieczki na Festiwal Czekolady (i sera!).

Gdy opuszczałem Nueva Helvecię zauważyłem, że zjeżdża się do niej coraz więcej i więcej samochodów. Przy granicy miasteczka zauważyłem sporo stojących na poboczu autobusów. Rzeczywiście, wydarzenie to przyciągało wielu przyjezdnych!

W siedmiokilometrową podróż wyruszyłem z pozytywnym nastawieniem i optymistycznym założeniem, że może znowu uda złapać się stopa. Ale w miarę jak szedłem i szedłem, mój optymizm słabł i gasnął. Aut jadących w kierunku Colonia Valdense było wyjątkowo mało, a te, które próbowałem zatrzymać nie zwracały na mnie najmniejszej uwagi. Może dlatego, bo szedłem już w żonobijce z dużą czachą na klacie. Wyglądałem pewnie, jak wariat, no ale było przecież słonecznie, a temperatura wynosiła 19 stopni! Cóż, szedłem więc i szedłem, aż w końcu dotarłem na miejsce, gdzie wysiadłem z autobusu kilka godzin wcześniej. Zmęczony, z obolałymi nogami. Teraz musiałem czekać na autobus przy stacji benzynowej. Czekało ze mną kilka osób i dzięki nim upewniłem się, że coś na pewno tu podjedzie i nas zabierze. Koniec języka za przewodnika!

Usiadłem na murku i czekałem. I rzeczywiście, jakiś czas minął i podjechał autobus. Około 16.30 wjeżdżaliśmy do Colonii del Sacramento. Laura, z którą jestem w kontakcie, wspominała coś o ‘bullringu’, czyli arenie służącej walkom z bykami. Sprawdziłem mapkę, godzina drogi pieszo. 5 kilometrów! Może dojdę! To mój ostatni dzień tutaj, szkoda by było nie zobaczyć czegoś takiego. Kierowca, jadąc przez Colonię, zatrzymywał się co jakiś czas, więc i ja poprosiłem go by mnie wypuścił. Nie oponował, wysiadłem i ruszyłem w drogę.

Szedłem ulicą wzdłuż nabrzeża, podziwiając ciągnące się nieco niżej plaże. Na jedną (El Alamo) sobie nawet zszedłem i jakiś czas sobie nią niespiesznie podążałem. Plaże były puste, tuż pod niewysoką, zieloną skarpą, na której znajdował się chodnik i ulica, rosły nagie, niezbyt wysokie drzewa. Niby miasto, a miało się wrażenie, że plaże należą do tych z kategorii dzikich. Im więcej czasu mijało, tym więcej ludzi pojawiało się na chodnikach i małych zagajnikach, w których darły się w niebogłosy mieszkające na drzewach zielone papugi. Zaparkowane samochody ciągnęły się wzdłuż ulicy – wychodzili z nich ludzie. Na chodnikach rozkładali krzesełka, koce, leżaki. Siadali na nich zwróceni w kierunku estuarium Rio de la Plata i patrząc tak sobie na nie w czasie czekania na zachód słońca, prowadzili ze sobą spokojne rozmowy. Do tego, oczywiście, sączyli yerbę matę z niewielkich kubeczków. Na podłożu, spoczywały termosy z lekko gorącą wodą, którą co jakiś czas dolewali sobie do kubków pełnych zielonej mączki roślinnej. Yerba jest w Urugwaju równie popularna, jak w Argentynie, co jest kolejnym podobieństwem między tymi dwoma krajami. Ja osobiście yerbę sobie wypiję, w niedzielę, raz na kilka tygodni, ale raczej dla smaku, niż na jakieś pobudzenie. Jako nałogowy kawożłop potrzebuję do życia i bezstresowej egzystencji kofeiny – yerba jest dla mnie napojem znacznie słabszym. ‘Czym skorupka za młodu…’.

Mijałem plażę Oreja de Negro, na której rosły gołe o tej porze roku drzewa. Czuć było zapach marihuany. W tle, na srebrzystym niebie majaczyły niewielkie wysepki San Gabriel, Lopez i Lopez del Oeste.

W końcu, około 17.20, dotarłem! Plaza de toros Real de San Carlos, Arena Byków! Już z daleka widać wpływy arabskie na architekturę konstrukcji, konkretnie to rzuca się w oczy styl nazywany fachowo mudejar. Elewacja posiada moty łuków podkowiastych i geometryczne wzory charakterystycznych dla architektury islamskiej. Wysokość murów zewnętrznych sięga około 18 metrów, a ich rytm tworzą wieżyczki, łuki i dekoracyjne otwory. Wejściem jest ogromna brama w kształcie, jak ja to nazywam, dziurki od klucza. Takie wejścia do budynków można znaleźć w praktycznie każdym kraju arabskim. Budynek ma kształt okręgu, w środku, wokół areny, ciągną się wysokie korytarze, do których wpada mnóstwo światła przez bardzo duże okna w kształcie… dziurek od kluczy. Są tam jakieś małe sklepiki i kawiarenki, o tej porze już zamknięte.

Sama okrągła arena, choć mogła pomieścić 10 tysięcy ludzi, nie wydaje się jakaś wielka. Z każdego miejsca bardzo, bardzo dobrze widać miejsce, gdzie odbywały się walki z bykami. Matador musiał czuć się nieco klaustrofobicznie, otoczony tyloma tysiącami tak blisko siedzących ludzi. Zresztą sam ring był też bardzo niewielki, 50 metrów średnicy. Stać na tak małej przestrzeni oko w oko z rozwścieczonym, żądnym mordu na człowieku bykiem… No, trzeba mieć cojones, o wiele większe niż ten byk! Obecnie miejsce to służy do koncertów, choć dzisiaj na środku areny stały trzy oszklone budynki, coś jakby szklarnie, w których znajdowały się stoliki restauracyjne. Zapewne można sobie to miejsce wynająć na jakieś mniejsze uroczystości. Miejsca dla publiczności dawniej nie miały krzesełek, po prostu betonowe stopnie ciągnące się przez cały okrąg – 2/3 z nich zostało, część z nich się zapadła pozostawiając za sobą nieciekawie wyglądające dziury. 1/3 z trybun została wyłożona jasnoniebieskimi krzesełkami bez oparcia, z których w czasach dzisiejszych można oglądać sobie występy muzyczne i inne eventy kulturalno-artystyczne. Nad trybunami rozłożono metalowe konstrukcje podtrzymujące reflektory. Za nimi, zamykając okrąg, roztaczają się ściany z arabskimi okiennicami. Miałem to szczęście, że gdy tak wędrowałem sobie po arenie, akurat przybyła mała grupka turystów z przewodnikiem. Stanąłem niepozornie (jak Jaś Fasola!) obok, udając, że patrzę gdzie indziej i nie słucham. Ale słuchałem uważnie i coś tam nawet rozumiałem! Cały ten budynek zbudowano w 1910, ale walki byków (właściwie to walki z bykami) zakazane zostały już w 1912, więc pełnił on swoją właściwą funkcję bardzo krótko. Z bykami było tak, że jak już raz walczył, to nie mógł już nigdy wyjść na arenę po raz drugi. W dodatku go kastrowano. Powodem był fakt, że wówczas panowało przekonanie, iż byk raz wystąpiwszy na arenie nabiera złych manier, które może później przekazać potomstwu. Gdyby zaś go wypuścić ponownie na arenę, mógłby stanowić jeszcze większe niebezpieczeństwo dla torreadora. Co do samych walk byków w samym Urugwaju, pierwsza walka odbyła się w 1761 w Montevideo. W XIX wieku była to najpopularniejsza forma rozrywki w stolicy. Więc, jak widać, przez 150 lat na terenie obecnego Urugwaju nie było problemu z taką formą rozrywki, a gdy zbudowano opisywany Plaza de toros Real de San Carlos, ta świetna konstrukcja miała tego pecha, że po dwóch latach od jej otwarcia akurat walk z bykami zakazano. Nie wiem, kto wyłożył pieniądze na budowę, ale na pewno wyłożono ich nie mało i okazały się one pieniędzmi wyrzuconymi w błoto (albo piach, konkretnie to piach tej areny). W każdym razie konstrukcja ciekawa – i historycznie, i współcześnie również. A także kulturowo!

Wracałem ramblą, wzdłuż wybrzeża (w Urugwaju ramblą nazywa się nadmorską promenadę), patrzyłem jak niebo powoli zlewało się z linią wody. Chwilami niebo i woda tworzyły ciekawy miraż – miało się wrażenie, jakby niebo zaczynało się tuż przy plaży. Nieliczne chmurki na niebie nabierały powoli, niemal niezauważalnie dla oka pastelowych, budyniowych kolorów. Słońce, gdy zaszło za horyzont, zabarwiło niebo na różowo-złocisty kolor. Piękny widok! Ale jeszcze piękniej było potem – niebo zdawało się płonąć! Emanowało czerwieniącym się, pomarańczowym kolorem. Zupełnie jakby gdzieś daleko, na horyzoncie, otworzyły się bramy piekieł! Aż powoli, powoli wszystko pociemniało…

Wracałem powoli, właściwie wlokąc się i żywiąc błagalną nadzieję, aby wszystkie ścięgna i mięśnie wytrzymały. „Żeby nic nie strzeliło, żeby nic nie strzeliło” – powtarzałem sobie co kilka metrów. Nie czułem pachwin. Bogowie, nabiłem dzisiaj tak wiele długich kilometrów!

Jakoś jednak dotarłem do hostelu. Wręczyłem niewielkie, czekoladowe ciasteczko Andrei, kobiecie ogarniającej ten przybytek, która rano powiedziała mi o Festiwalu Czekolady. Strasznie się ucieszyła z tej drobnostki. Przytuliła mnie bardzo, bardzo mocno! (a ja tak bardzo nie lubię się tulić, no ale – na szczęście - przeżyłem).

Wszystko mnie w tym łóżku swędzi. Mam małe ugryzienia – ręce, szyja, czoło! Pluskwy, jak nic!

21 lipca

Rano, na dworcu w Colonia del Sacramento

Swędzę. Cały Mam małe, twarde opuchlizny na różnych miejscach ciała. Tak to bywa w hostelach, jasna cholera! Ten hostel ma jeszcze kilka innych wad – w łazience brak gorącej wody, zaledwie lekko ciepła, i to nie od razu, a po kilku minutach, Jest jeszcze nienormalny pies, amstaf, który na mnie szczeka, warczy i ogólnie nie pozwala mi się przemieszczać. Luna – tak ma na imię (dość ładnie, trzeba przyznać). Andrea mówi, że to taki fajny, słodki piesek, że sama się dziwi, czemu tak na mnie szczeka. Do amstafów to ja zaufania nie mam – widziałem, w Polsce, jak kiedyś zagryzł innego psa. Lunę ostatecznie gdzieś zamknięto, w jakimś osobnym pokoju. Ale Andrea nadrabia te niedogodności swoją gościnnością i pogodą ducha. Złapaliśmy bardzo pozytywny kontakt. To ona poleciła mi Festiwal Czekolady w jej rodzinnym miasteczku, dawała mi też jakieś lokalne owoce do spróbowania, chlebek z mięsem, a dzisiaj rano poczęstowała mnie upieczonym przez siebie ciastem. W czasie takiego śniadania pogadaliśmy o hayauasce. To taki szamański wywar, który zmienia stan świadomości, powoduje halucynacje, i wielu Europejczyków przylatuje do Ameryki Południowej tylko po to, aby go spróbować. Okazało się, jak mówiła Andrea, że jest tu niedaleko taki ‘obóz’, gdzie można tego skosztować. Coś podobnego kilka lat temu oferowano mi w Peru (taksówkarz skontaktował mnie z kimś z takiego miejsca), tutaj cena takiego doświadczenia jest identyczna. Myślę, że tym razem mógłbym nawet się na to finansowo szarpnąć, tym bardziej, że noclegi są w cenie. 2 noce kosztują 200 dolarów, 3 noce to koszt rzędu 300 dolarów. Ale! Andrea powiedziała mi, że to oczyszcza umysł, ducha, czakry i zmienia pojmowanie świata. To by się zgadzało z tym, co spotkało moją koleżankę z pracy. We wspomnianym Peru, w czasie urlopu, skosztowała ayahuasci, po czym po powrocie od razu… złożyła wymówienie. Zaczęła pracę zdalną, dorywczą, poszła w jakąś yogę. A ja chyba lubię swoją pracę (jeszcze!) i chyb podoba mi się mój styl i tryb życia. Odnalazłem się jakoś w świecie, czuję się w nim bezpiecznie, lubię moje wypady na koncerty, spędzanie grzesznych weekendów w Krakowie czy Warszawie, wieczorne oglądanie DVD z koncertów rockowo-metalowych ze szklaneczką Becherovki, i choć może za dużo czasem pracuję, i choć może nie zarabiam tylu pieniędzy co prawniczy czy informatycy, ale nie mam jakichś wielkich potrzeb i w zasadzie na życie, i na okazyjne podróże, mnie stać. Więc ta ayahuasca… Jeśli to człowieka rzeczywiście może zmienić, a ja chyba nie potrzebuję zmian… to po co właściwie się w to bawić? Podjąłem decyzję, że kończę nawet z rozważaniem spróbunku tego czegoś.

W każdym razie hostel, mimo przemiłej Andrei, hostel nie jest wart 50 dolarów za noc, ale nic innego tu nie znalazłem. Nie napiszę im złej opinii, ze względu właśnie na Andreę.

Zauważyłem coś dziwnego. Okazuje się, że ja, jako płacący kartą obcokrajowiec, płacę w restauracjach mniej o jakieś 7,30%. Po opuszczeniu hostelu, w drodze na dworzec, wszedłem do małej kawiarenki by trochę zabić czas, a przy okazji jeszcze się wzmocnić, zamówiłem kawę, zapłaciłem 150 peso, a z konta ściągnięto mi tylko 138.93 peso. Natychmiast przeszukałem przepastne czeluście internetów i istotnie – usługi gastronomiczne dla obcokrajowców są tańsze. Podobnie z hotelami, gdy płaci się karta w recepcji. Ale póki co noclegi wyszukuję na bookingu lub na Airbnb. W Carmelo, gdzie zaraz się udam, znalazłem mieszkanko na booking.com, ale właścicielowi zapłacę w gotówce, z ręki do ręki. Więc póki co, z tytułu noclegów żadnych zniżek, a szkoda! Bo to 7% w ich przypadku można by już finansowo odczuć.

Tak sobie patrzę na ludzi na tym niewielkim dworcu. Są tu tabliczki ‘Gracias por no fumar’, ‘Dziękujemy za niepalenie’. A ludziska palą. Przypomniała mi się plaża w Montevideo i zakazy wprowadzania na nią psów. Zakaz, zakazem, a Urugwajczycy – jakby jak na złość, specjalnie - zrobili z niej jedną wielką wyprowadzalnię psów. Na przejściach też widzę, że na czerwonym świetle przechodzą wszyscy, gdy tylko nic nie jedzie. Można rzec, że czasem przypomina mi to Polaków, choć kto wie, czy w tym łamaniu reguł mieszkańcy Urugwaju nie są jeszcze lepsi od nas ;)

No nic, zaraz odjazd!

21 lipca, 10:53, en la carretera

(czyli) W drodze. Lubię patrzeć na mijane krajobrazy za oknem. Zielone trawy, puste pastwiska, wyschnięte, bladożółte krzaki kukurydzy, wyskakujące tu i ówdzie wiejskie domki z okrągłymi wiatraczkami na slupach (jak w amerykańskich filmach). Pusto, cicho. Płaskie krajobrazy. Cudownie błękitne niebo, wygodny autobus, w słuchawkach 'Estranged' Guns n'Roses. Solówki Slasha płyną jak te krajobrazy; spokojnie, miękko, przyjemnie...

21 lipca, wieczór, Carmelo

Dotarłem do Carmelo. Niewielkie to miasteczko, liczące około 18 tysięcy osób. Nie ma tu wysokich budynków, bloków czy czegoś takiego. Są uliczki, wzdłuż których ciągną się jednopiętrowe kamienice w nieco starym stylu. Carmelo jest młode, założono je w 1816 roku i dokonał tego osobiście sam generał Artegas. Co ciekawe, jest to jedyne miasto w Urugwaju, które założyła ta – ciesząca się tu wielką estymą – osoba. Na ulicach miasteczka, które są do siebie bardzo podobne i właściwie to na pierwszy rzut oka wszystkie wyglądają identycznie, nic się nie działo. Czasem przejechało przez nie jakieś auto, czasem przejechał jakiś pyrkający motor. Cisza, spokój, nie było nawet pieszych. Zdawało się, że Carmelo śpi.

Autobus wysadził mnie na jednej z uliczek w okolicach centrum, do mieszkania musiałem iść pieszo jakieś 20 minut. Samo miejsce jest całkiem przyjemne! Na dole jest salon z aneksem kuchennym, na górze łazienka i sypialnia. Jest jeszcze mały dziedziniec, gdzie można wysuszyć sobie pranie (od razu uprałem bieliznę i jeden podkoszulek – do wieczora rzeczy te wyschły). Całkiem sporo, jak na jedną osobę! Na dole jest elektryczny grzejnik, sypialnię ogrzewa się klimatyzacją. Przyjęła mnie pani w średnim wieku, wzięła pieniążki, sprawdziła ze mną działanie sprzętów (ciepła woda, spłuczka, itd.), pożyczyła miłego dnia i zostawiła mnie samego. Jak wspomniałem, zrobiłem małe ręczne pranie, powiesiłem na sznurkach na dziedzińcu i również wyszedłem.

Jednym z moich celów była plaża (Playa Carmelo), położona dość daleko, bo godzinę drogi piechotą. Ale miałem czas, miałem chęci, więc czemu nie? Po drodze wpadłem do małego sklepu aby kupić jakiś mały napitek na plażę i tak odkryłem… Grappa Miel! Jest to likier na bazie grappy (mocny alkohol destylowany z wytłoków winogronowych) z miodem. Ja zakupiłem najsłynniejszą urugwajską wersję, pod nazwą Vesuvio (czyli Wezuwiusz). Nic dziwnego, że nazwa kojarzy się z Włochami i słynnym wulkanem – to Włochy są ojczyzną grappy, a do Urugwaju przemycili ją włoscy imigranci. Zakupiony przeze mnie Vesuvio produkowany jest tu od 1917, ma pomarańczową (jak miód!) etykietkę, z dużą pszczołą na jej górnej części. Smak opiszę potem, bo kupiwszy kilka buteleczek (na przyszłość) poszedłem dalej.

Przy wymarłym placu, udekorowanym tu i tam smutnym o tej porze roku drzewostanem, natrafiłem na informację turystyczną. Starsza pani samotnie siedząca w niewielkim kioseczku była bardzo zaskoczona, gdy dowiedziała się, że jestem z Polski. Jeszcze Polaka tu nie widzieli! Lubię reakcję ludzi z Ameryki Łacińskiej na moje pochodzenie. Dla nich kojarzymy się z geograficznym końcem świata! Może podświadomie jesteśmy dla nich jakimś mitologicznym ludem, o którym niby się czasem słyszy, ale tak naprawdę to nie istnieje. Gdy w końcu pokazujemy się we własnej osobie, ludzie tu doznają chwilowego szoku. Coś jakby – „Nie może być! Prawdziwy, mityczny, Polak!”. Pani z informacji nie miała zbyt wiele do zaoferowania. Za 50 dolarów można było zwiedzić pobliską winnicę. Za połowę tej ceny dwa lata temu w Argentynie odwiedziłem nie jedną, a kilka winnic, więc właściwie nie było potrzeby przeżywać jakiegoś déjà vu, w dodatku płatnego sporo więcej. Zapytałem ją, czy da się z Carmelo dostać na wyspę Martin Garcia. Niestety, nie da się, można próbować z Argentyny. No cóż… Na odchodne poleciła mi znajdujący się nieopodal Dom Kultury, do którego to się udałem.

W Domu Kultury (skromny budynek parterowy) można było zobaczyć jedynie wystawę dzieciaków z okolicznej szkoły artystycznej. Coś w rodzaju wylepianek na płótnie. Ambitne, niektóre ładne, no ale tylko tyle!

No nic, trzeba iść dalej. Zrobiłem sobie spacerek przez prowincjonalne miasteczko w kierunku plaży. Mijałem takie same domki, takie same ulice, przeszedłem przez rzekę (oczywiście mostem!), liczba domków za rzeką drastycznie spadła – zamiast gęstej kamienicznej zabudowy pojawiały się prywatne działki z prywatnymi domami. Potem przejście przez niewielki, rzadko wysadzany drzewami park Bicentario, w którym pasły się uwiązane do palików konie i dotarłem do plaży. Wracając jeszcze do parku – sporo w nim otwartej przestrzeni, ścieżek rowerowych i skwerków. Są też stoły piknikowe i sporo zieleni. O tej porze roku park oczywiście był pusty!

Plaża (Playa Carmelo) jest bardzo urokliwa. Łagodnie schodzi w kierunku wód ujścia rzeki Uruguay (która później zamienia się w estuarium Rio de la Plata). Woda jest spokojna, nie widać jej nurtu, zdaje się stać w miejscu, albo co najwyżej lekko falować. Co jakiś czas poprzecinana jest wychodzącymi prostopadle w wodę betonowymi falochronami. Takie konstrukcje mają kilka funkcji, m.in. zmniejszanie siły fal i zatrzymywanie piasku, aby plaża się nie wypłukiwała. Porządkują też nurt rzeki. Ja natomiast znalazłem dla nich inną funkcję – posłużyły mi za murek, pod którym mogłem sobie usiąść, i o który mogłem się oprzeć. Tak też uczyniłem!

Wyjąłem sobie niewielkich rozmiarów książeczkę będącą pamiętnikiem Ernesto ’Che’ Guevarry z jego podróży motocyklem po Ameryce Południowej (‘Dzienniki Motocyklowe’). Dwa lata temu widziałem ten motocykl w Alta Gracia, w domu, gdzie przez 11 lat mieszkał Che (od 4-go do 15-go roku życia). Widziałem tam również oryginalny pamiętnik, który teraz przyszło mi mieć ze sobą w anglojęzycznej, drukowanej formie. Dwukrotnie widziałem też świetny film o tej podróży. Z komórki zapuściłem buntownicze ‘Appetite for destruction’ Guns n’Roses. Otworzyłem mojego Wezuwiusza! I na niebie, literalnie!, pojawiło się słońce! Grappa Miel marki Vesuvio smakował wybornie! Napitek ma 25% alkoholu, ale pijąc go, alkoholu wcale się nie wyczuwa! Konsystencja jest nieco gęsta, kolor ciemnopomarańczowy. Przypomina trochę miód, który czuć na podniebieniu. Przywodzi też na myśl, przynajmniej mnie, jakieś ukryte w podświadomości odległe wspomnienia smaku polskich cukierków z dzieciństwa. Jest słodkawy. Myślę, że czasem Wezuwiusz będzie mi towarzyszył w dalszej podróży!

Zrobiło się gorąco. Zdjąłem podkoszulek, czapkę z daszkiem przekręciłem daszkiem do przodu, co by rzucał on nieco cienia na moją coraz to bardziej i bardziej przypalaną gorącym słońcem owłosioną facjatę. Przez sączące się z telefonu magiczne dźwięki młodocianych (wówczas) buntowników z LA słyszałem skrzeczenie dziesiątek ptasich gardeł. Na drzewach rosnących tuż za warstwą miękkiego piasku zlokalizowałem wzrokiem ich gniazda. Były one dość spore, w kształcie worka, z dziurą na środku. Zobaczyłem też ich upierzonych lokatorów, wlatujących i wylatujących, tudzież kręcących się blisko na gałęziach. Papugi! Drogi Thorze, ależ się one drą!

Posiedziałem sobie tak trochę, trudno powiedzieć, ile, bo czas zatrzymał się w miejscu. Mam szczęście nie być youtuberem czy innym influencerem i nie muszę skupiać się stukrotnym powtarzaniu jednego ujęcia i myśleniu przez cały dzień, co, jak i gdzie fotografować/kamerować, by potem do późnej nocy to obrabiać i wmawiać potem ludziom w internetach, jaki to mam super urlop i jakież to niesamowite przygody co chwila przeżywam. Dzięki temu, mogę sobie bez żadnych wyrzutów sumienia usiąść pod murkiem (falochronem), nieopodal drących dzioba papug, sączyć w siebie powoli lokalny alkohol przy kultowym rocku i fajnej lekturze będące dziełem przyszłego rewolucjonisty. Pokazywanie światu innych krajów to nie jest moja praca – wyjeżdżam, bo jestem ciekawy świata i uwielbiam w ten sposób spędzać urlop. Pisaniem zajmuję się wieczorami, edycją po powrocie, a robię to przede wszystkim dla siebie, trochę dla nielicznych historyków, którzy może dokopią się do tego za 100 lub 200 lat, a dopiero na końcu (o ile w ogóle) dla współczesnych, do których nie mam za bardzo jak dotrzeć, a którzy zresztą i tak jakby w większości zatracili umiejętność czytania (a przynajmniej chęć do tej jakże pożytecznej czynności). A już na pewno nie robię tego dla pieniędzy. Si, jestem na urlopie! Dlatego straciłem rachubę czasu i dzięki temu prawdziwie sobie dzisiaj odpocząłem. Zamierzam tak jeszcze wiele razy czynić, przecież Urugwaj ma setki kilometrów plaż do wykorzystania. I mam nadzieje, że te, które jeszcze zobaczę, będą tak puste, jak ta w Carmelo!

Po jakimś czasie wstałem, otrzepałem się z piasku i powlokłem się wzdłuż plaży, natrafiając na kamienne molo (będące też rodzajem falochronu), na szczycie wyłożone szerokimi płytami chodnikowymi. Wychodziło głęboko w rzekę, która wydawała się być już oceanem. Na kamieniach, wzdłuż mola, co kilkanaście metrów siedział jakiś rybak maczając wędkę w wodzie. Niektórzy mieli profesjonalny, widać, że drogi sprzęt, a inni tylko najzwyklejszy, trzcinowy patyk z przywiązaną na jego końcu linką. Żadnego kołowrotka – ot, łowienie jak za dawnych czasów! Na końcu mola siedziało czterech rybaków. Podszedłem do nich, przywitałem się. Grzecznie odpowiedzieli. Wtedy jeden z nich, powyżej pięćdziesiątki, coś złapał! Po chwili z dumą pokazywał mi żółciutką, 30-centymetrową rybę. Z wąsami! Wydawała z siebie przeraźliwe… wysokie piski! „Dużo hałasu!” mówię zaskoczony! „Si” – uśmiechnął się rybak. „Mucho ruido” – powtórzył, po czym pacnął rybkę w głowę i ta wyzionęła ducha. Ten pisk był straszny, jak z horroru! Nie wiedziałem, że ryby potrafią wydawać dźwięki! W dodatku takie! Zapisałem sobie nazwę – bagre amarillo (‘żółty sum’), po łacinie pimelodus maculatus.

Usiadłem jeszcze na chwilę na kamieniach ciągnących się wzdłuż mola, wyjąłem drugiego Wezuwiusza i posiedziałem sobie jeszcze z pół godziny. Czekała mnie długa droga do wynajętego mieszkanka (półdomku). Gdy minąłem już park i rzekę i dotarłem do jednolitych zabudowań i takich samych, kopiuj-wklej, uliczek, zauważyłem, że w Carmelo pojawili się ludzie! Samochody, piesi, dzieciaki kopiące piłkę na asfalcie. Pokończyli pracę, wrócili ze szkoły. Miasteczko ożyło! W niewielkim supermarkecie kupiłem pasztet i jakieś warzywa, do tego… rybę (!) konserwową i wróciłem.

Późno już. Dobranoc.

22 lipca, Carmelo

W Carmelo nie ma dworca, w odróżnieniu od Colonia del Sacramento, skąd się tutaj dostałem. Jest kilka firm rozrzuconych po uliczkach, gdzie kupuje się bilet i sprzed których to budynków wsiada się w autobus. Wczoraj jedną z takich firm mijałem i zapamiętałem sobie, że o 6:05 codziennie odjeżdża autobus do Montevideo. Jutro się tam wybiorę i może uda się stamtąd od razu pojechać dalej na wschód, na przykład do Punta Del Este. Podobno jest tam piękna plaża. Oby tylko pogoda była dobra! 26-go, w sobotę, może udam się do Paragwaju! Pomyślę jeszcze, jak to wszystko ogarnąć.

Teraz jest godzina 13:34, siedzę sobie, a właściwie wpół leżę, na niewielkiej, piaskowej skarpie na plaży w Carmelo. Playa Sere. Tu literkę ‘Y’ i dwie literki ‘L’ (czyli ‘ll’), wymawia się tak, jak w Argentynie, czyli jako ‘Ż’. Plaża. Żo. Caże. Nie mogę się przyzwyczaić, heh.

Podjadam mani, czyli orzeszki ziemne, piję Grappa Miel, czasem patrzę sobie na rzekę. Wczoraj była spokojna, nieruchoma i wyglądała jak jezioro. Dzisiaj są małe fale wpadające na brzeg – rzeka zdaje się być morzem. Po drugiej stronie widać niewyraźne brzegi Argentyny. Dzisiaj spędzam sobie czas w pobliżu drzew rosnących tuż przy wodzie. Wyglądają jakby rosły na plaży. Właściwie to rosną na plaży, na małym kawałku zieleni, który jakimś cudem nie przegrał walki z piaskiem. W oddali czasem zaskrzeczą papugi. Z telefonu gra spokojnie utwór ‘Cuando hoy es ayer’ (Gdy dzisiaj jest wczoraj) zespołu Rata Blanca. Jest spokojnie, pięknie, choć niezbyt słonecznie. Ale nie szkodzi, ważne, że jest spokój. Jestem tu sam. Tak pięknie sam… „Es extraño sentir que hoy es ayer” ♪♫♪

15:46

Zakupiłem piwko w takim jakby wiejskim barze, siedzę przy beczce, na której to stoi buteleczka. Za drogą, na niezabudowanej działce, leniwie pasie się koń, przykryty jakimś workiem. Może dla ochrony przed słońcem? Albo zimnem? Mnie tu jest ciepło i przyjemnie, ale tutaj jest przecież zima i wszystkie istoty żywe w Urugwaju zapewne odczuwają temperaturę inaczej niż ja. W każdy razie, wracając do konia. Na koniu stoi jakiś mały ptaszek. Inny ptak zaś skacze i skacze obok końskiego pyska zanurzonego w trawie. Ciekawe o co chodzi w takiej symbiozie? Co ma z tego koń i co mają z tego ptaki?

16:36

Idę przez Carmelo. Na oko dziesięcioletnie dzieciaki uprawiają na ulicy szermierkę, trzymając w ręce puste, plastikowe butelki. Starsze jeżdżą zygzakiem we dwójkę na jednym rowerze – jedno na siodełku, drugie na ramie. Słychać śmiechy, jest zabawa. Jeżdżą motory, pickupy. Mimo, że to miasteczko, czuć jakiś rustykalny klimat.

18:21

Rozczuliłem się, w oczach mam łzy. Zmarł Ozzy Osbourne. Słucham kawałka „I’m just a dreamer’ i jest mi bardzo, bardzo przykro. Ozzy i Black Sabbath, ich posklejana kaseta typu tanie „The Best Of” z dziadowskich lat -90tych , którą pożyczył mi kumpel, gdy mieliśmy po 14 czy 15 lat, zmieniła moje życie… Bo potem już poszło niemal – jak się to mawia – lawinowo; pojawił się Iron Maiden, mózg rozwalała Metallica, w pokoju zagościły dzieła dziesiątek, setek innych zespołów, człowiek zaczął zaliczać koncerty, poznawało się wspaniałych ludzi…

Bardzo pozytywna, piękna osoba odeszła. Świat coś utracił, ja też coś utraciłem. Wszyscy coś utracili…

23 lipca, trasa Carmelo – Montevideo – Punta del Este

Jestem w autobusie do Punta del Este. To na wschód od stolicy. Z Carmelo dotarłem na dworzec Tres Cruzes w Montevideo i na dworcu, w jednej z wielu kas, od razu zakupiłem bilet do Punta del Este. Czekając na autobus w to miejsce, zakupiłem również bilet do Paragwaju. Kosztował sporo, bo aż 150 dolarów! Okazuje się, że od miesiąca trzeba mieć ubezpieczenie zdrowotne by przejechać przez Argentynę. Spokojnie, ubezpieczenie mam, wydrukowane, jak zawsze, ale tym razem jest ono jakieś dziwne, bo każda rubryka opisana jest tylko po polsku! Ani słowa po angielsku! Się chyba wkopałem. Napiszę do ubezpieczyciela, może podeślą dwujęzyczną wersję. Najwyżej zostanę na granicy, ale szkoda by było straconych pieniędzy… Trochę martwi mnie ta sytuacja…

WOW! Uderzyliśmy właśnie w… papugę! Siedzę w górze w piętrowym autobusie, tuż przed przednią szybą (chyba najniebezpieczniejsze miejsce w autobusie, ale ma najwięcej miejsca na nogi i najlepszy widok!). Widziałem właśnie, jak z drzew zerwało się stadko papug i przeleciało przed autobusem. Myślałem, że papugi zrobią jakiś magiczny manewr by uniknąć uderzenia, ale nie… Jedna papuga nie zdążyła przelecieć… BACH! Dobrze, że szyba nie pękła, nie posypała się (na mnie) w drobny, ostry, tnący skórę jak skalpel, proch. Nie ma na niej żadnego śladu tego incydentu. Dobrze, że tylko jedna papuga została uderzona. Choć i tej jednej szkoda. Wątpię, by przeżyła…

13:11 – wjazd do Punta del Este. Widzę duuuże fale. Pas plaży jest pusty. Zauważyłem trójkę rybaków stojących w wodzie i tyle. W oddali, przed nami, linia brzegowa porośnięta bielejącymi jasno apartamentowcami. Wychodzi słońce!

15:27 – plaża Mansa, z ładnym, drewnianym molo. Na jego końcu siedzi rybak i zarzuca czasem wędkę. To sztuka, siedzieć tyle godzin z samym sobą, w jednym miejscu. Bo tu chyba nie o łowienie chodzi, ale byciem samym, i o pielęgnowanie tego stanu samości.

Wieczór

Punta del Este liczy sobie 20 tysięcy mieszkańców, ale przechadzając się jego ulicami, ma się wrażenie, że to dość duże miasto, a nie – de facto – miasteczko. Dlaczego? Otóż PdE składa się z naprawdę wysokich apartamentowców, panuje w nim spory ruch, jest sporo restauracji, drogich hoteli, są też i kasyna. Ale też należy napisać, że Punta del Este sąsiaduje ze 100-tysięcznym miastem Maldonado, i to sąsiaduje dosłownie, gdyż miejscowości te są ze sobą niemal zrośnięte, bez jakiejś wyraźnej granicy, ot, coś jak na zasadzie Piekar Śląskich i Katowic. Samo Punta del Este nadal rośnie i nadal się rozwija, wiele wysokich wieżowców jest w budowie i kilka lat po moim wyjeździe będzie ich jeszcze więcej. To miasteczko szumnie nazywane jest „Monaco Południa”, „St. Tropez Ameryki Południowej”, a nawet „Perłą Atlantyku”. Oczywiście nazwy te brzmią bardzo górnolotnie, wręcz patetycznie i stosowane są bardzo na wyrost, ale oczywiście istnieje powód, dla którego są używane. W 1967 odbywał się tu Szczyt Amerykański, spotkanie prezydentów krajów amerykańskich, z Lyndonem B. Johnsonem (USA) na czele. Tu w 1986 rozpoczęły się międzynarodowe negocjacje handlowe, znane jako Runda Urugwajska, które finalnie doprowadziły do powstania Światowej Organizacji Handlu. W okresie letnim jest tu pełno imprez, filmowych, muzycznych, zjeżdżają tutaj najbogatsi mieszkańcy Ameryki Południowej.

A dzisiaj, w lipcu, jest raczej spokojnie. Zwłaszcza na uroczych plażach. Przy jednej z nich, niedaleko dworca, z którego wysiadłem, znajduje się rzeźba wystających z ziemi palców, a raczej ręki, bo rzeźba nazwana jest La Mano (czyli ‘ręka’), ukończona przez chilijskiego rzeźbiarza w 1982 roku. Co ciekawe, w styczniu tego roku ktoś napisał na palcach żółtym i różowym sprayem „Te amo, CR7” (Kocham cię, CR7). Wandalem, a raczej wandalką, okazała się być 30-letnia kobieta, chcąca wysłać wyrazy miłości portugalskiemu piłkarzowi, Cristiano Ronaldo. No cóż, miłość czasem odbiera rozum, fakt. Teraz po miłosnym wyznaniu stukniętej kobiety nie pozostał nawet ślad. Oczywiście podszedłem do tych palców i poprosiłem jakąś rodzinę o zrobienie mi zdjęcia. Ale nim do tego doszło musiałem swoje odczekać – do rzeźby ustawiła się kolejka południowoamerykańskich turystów.

Moje mieszkanie usytuowane jest w niewielkiej, podobnej do brytyjskich, kamieniczce. Jest mała kuchnia łącząca się z obszernym salonem, osobna sypialnia z dużym, miękkim łożem, i czysta łazienka. Można regulować sobie jasność lamp i światła, a tym samym wieczorem zrobić wewnątrz miły, ciepły klimat. Kamienica, jedna z dwóch takich, wrośnięta jest między otaczające je wieżowce. To tutaj zresztą normalne – ot, obok siebie stoi na przykład mały, stary domek, a dosłownie za płotem wyrasta 30-piętrowe, białe monstrum z lokalami mieszkalnymi. Często takie apartamentowce otoczone są tylko trawą i gruzem – na sprzątanie i zagospodarowanie terenu wokół przyjdzie czas później. Czasem ma się wrażenie, że te nowe budynki wyrastają losowo, gdzie tylko inwestor zdobędzie jakąś działkę. I ma się wrażenie, że buduje się na szybkiego. Powstanie jeden wysoki, luksusowy blok, zwija się sprzęt i idzie na kolejną działkę, budować kolejny taki twór. Szkoda trochę, bo mam wrażenie, że jestem tu świadkiem tego, jak drapieżny kapitalizm agresywnie niszczy historię i starą kulturę zastępuje jakąś bezduszną, dolarową neokulturą. Niedługo będzie tu tylko betonowa dżungla dla bogaczy. No nieważne.

24 lipca, Punta del Este, ≈ 9:30

Rano, para z ust. Byłem przed momentem, na chwilę, na plaży Mansa, tej z molem. Na piasku były ślady ogromnych grabi, które wyrównały i wyczyściły plażę ze śmieci. Pewnie do traktora doczepiono jakąś maszynę, będącą kolektorem śmieci. Na plaży byłem oczywiście tylko ja. Teraz jestem trochę dalej, poszedłem w kierunku południowym. Słońce jest nisko, budynki rzucają cienie, jest chłodno. Idę ramblą (nadmorską promenadą) generała Artigasa, patrzę na wodę zatoki, która oddziela mnie od wysokich budynków miasta po jej drugiej stronie. Obserwuję niesamowite zjawisko – między te znajdujące się w oddali budynki wdziera się mgła, która zdaje się pożerać je na dzisiejsze, czwartkowe śniadanie. Wygląda to nieco złowieszczo, ale i pięknie zarazem. Jakoś mistycznie! Tak wysokie, ciężkie, betonowe cielska nie są w stanie obronić się przed czymś tak lekkim i efemerycznym, jak sunąca z gracją w ich stronę mgła. Płynie ona powoli, majestatycznie, połykając – na moich oczach – niewzruszenie budynek po budynku. Pa! Pa! Budynki! Ciekawe czy zastanę was po powrocie, czy może mgła zabierze was ze sobą gdzieś, w jakąś krainę nicości.

11:00

Czekam na rejs na wyspę de Lobos, czyli Wyspę Lwów Morskich. Tu w porcie pływają one tuż przy nabrzeżu, grzeją się w słońcu, uprawiają jakieś tańce godowe (gryzą się, zrzucają z kamieni). Są czarne, duże, troszkę śmieszne, ale zarazem potężne i silne. Sprzedawcy ryb czasem im coś rzucą, wtedy do wody zlatują się też dziesiątki mew, które robiąc sporo hałasu walczą z lwami o pożywienie. W porcie wszystko to dzieje się dwa, trzy metry od ludzi chodzących po betonowym nabrzeżu. Przeciekawy widok!

Wieczorem

Nie popłynąłem na wyspę de Lobos, bo – jak się okazało – na rejs zapisałem się tylko ja. Właścicielowi niewielkiej łajby nie opłacało się wypływać. Rejs kosztuje 70 dolarów od osoby, a za mniej, jak 500 dolarów, nie opłacało (nie chciało?) się mu wypływać. Tak mi przynajmniej powiedział. Ale zaraz zaproponowano mi inną ofertę – rejs na Isla Gorriti (Wyspa Gorritti). Tylko 10 dolarów – i to w dwie strony! Zabierają na wyspę, zostawiają, a wraca się, kiedy się chce kursem powrotnym.

Wyspa znajduje się jakiś kilometr od portu. Ma kilometr długości i jakieś 500 metrów szerokości. Niewielka! Na wyspie nikt nie mieszka. Popłynęła nas tam całą łódką, jakieś 10 osób. Na wyspie już każdy poszedł sobie w swoją stronę i – choć jest ona mała – nie przeszkadzaliśmy sobie swoją obecnością.. Środek wyspy porośnięty jest sosnami, są przyjemne, ciche plaże, a także niewielkie trawiaste tereny, na których znaleźć można ruiny starego fortu i kilka armat.

Na jednej z plaż znalazłem… krzesło. Z miękkim poddupkiem i oparciem. Widok zaiste abstrakcyjny! Co tu, na niezamieszkałej, pustej wyspie, – do licha! – robi krzesło?! Nie znajdując na to pytanie odpowiedzi postawiłem je sobie kilka metrów od wody i zasiadłem na nim jak król. 20 metrów dalej jacyś turyści o ciemnej karnacji (pewnie Brazylijczycy) rozłożyli sobie kocyki i siedzieli rozmawiając sobie. Chyba patrzyli na mnie jak na debila. Przytachał taki jakieś krzesło, ściągnął bluzę i siedzi taki w podkoszulku bez rękawów (zrobiło się gorąco!), popija coś, ewidentnie alkoholowego (tak, małą buteleczkę Grappa Miel!). No Polak na wakacjach! Choć ja, w odróżnieniu od stereotypowego Polaka wyjąłem sobie książkę (Che!) i sobie czytałem, co jakiś czas zasłuchując się w spokojny szum fal i patrząc na wysokie budynki Punta del Este w oddali. Po jakimś czasie grupka siedzących sobie na kocyku turystów się zawinęła i zostałem sam. Bogowie, ale mi było dobrze! Taki mój mały, prywatny raj!

Po jakimś czasie wstałem i przeszedłem się plażą – niektóre jej fragmenty pokryte były gęstym, długim, naprawdę ogromnym, dywanem muszel i muszelek! Szedłem też pasem zieleni, widziałem wspomniane przeze mnie ruiny fortu (właściwie to niskie, skromne pozostałości muru) i kilka armat. Potem spacer lasem rosnącym na podmokłej trawie. Bałem się momentami by nie wpaść w jakąś dziurę i nie zostać przez nią zassanym. Drzewa, sosny, były wysokie, gołe, jedynie na ich wysokich czubkach ostały się jakieś igły. Drzewa tu tracą gałęzie, widziałem ich sporo na podłożu. Leżały smutno suche, zapadające się w ziemię szyszki stawały się białe. Musi tu być wietrznie. Na ostałych się czubkach siedziały ptaki i darły się w niebogłosy. Po jakimś czasie wróciłem do prowizorycznego portu. Czekałem sam na ławeczce. Po 20 minutach podpłynęła łódka. Pusta. Wsiadłem do niej i tak płynąłem sobie sam ze starym kapitanem. Mimo, że to była mała łajba, taka większa łódka ze sterem i silnikiem na kilkanaście osób, wyglądał jak stereotypowy kapitan wielkiego statku (choć miał dwie swoje nogi i jego twarz nie zdradzała napięcia, jak u jednego z najbardziej wyrazistych kapitanów w literaturze, kapitana Ahaba z ‘Moby Dicka’). Siwy, pomarszczony, doświadczony przez życie i oceany (choć może i zakładam nieco zbyt wiele, pisząc o tych oceanach). Trochę poopowiadał mi o swojej pracy. Pracuje po 11 godzin 7 dni w tygodniu. Sporo! Zarabia 100 dolarów dziennie. Rachunek więc jest prosty – 3 tysiące dolarów miesięcznie. Sporo (jak na polskie warunki), ale jednak człowiek nie ma innego życia, niż to monotonne, na kilometrowym odcinku między Punta del Este, a Isla Gorriti. Chyba wolę zarabiać mniej, niż on, zwłaszcza w tańszej Polsce, niż tak bardzo zostać pochłoniętym przez jednostajną pracę, nawet jeślibym ją choć trochę lubił.

Z portu niedaleko jest pod latarnię. Nie można było wejść na górę, ale można sobie było na nią popatrzeć. Obok stał sklepik z pamiątkami. Bardzo sympatyczny sprzedawca śmiał się głośno i długo, nie mogąc uwierzyć, że wpadł do niego gość z Polski. Ogólnie Urugwajczycy na przyjezdnych z dalekiej Europy, zwłaszcza ze wschodniej, reagują bardzo entuzjastycznie, ale z dosyć sporą domieszką zdziwienia. Zawsze są pytania: „Co ty tu robisz?”, „Po co ty tu przyjechałeś?”, tak jakby pogodzili się z faktem, że większość ludzi omija ich kraj szerokim łukiem i wybiera większe kraje z większą ilością rzeczy do zobaczenia – Argentynę, Brazylię, Peru, Chile. Na takie pytania z reguły odpowiadam, ‘Bo jeszcze tu nie byłem’, co jest prawdą, jako że lubię odwiedzać nowe miejsca. Ale uważam też, że w podróżowaniu nie chodzi o zaliczanie widoczków czy jakichś atrakcji, ale o poznawanie, zdobywanie wiedzy. Jak kraj wygląda, jak ludzie żyją. To ogólne poznawanie makrootoczenia i środowiska, w jakim się żyje – poznawanie planety (to trochę jak otwierania okienek w kalendarzu adwentowym – za każdym coś się kryje), a także chyba – w moim przypadku – poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, czym jest człowiek, jaki jest gatunek, którego jestem jednym z przedstawicieli. Poznaje się techniczne cuda myśli ludzkiej, cuda kultury, ale też i miejsca, w których widzi się mroczną naturę człowieka (niegdysiejsze miejsca tortur, obozy, itd.). W pewnym stopniu, na krótką metę zaspokaja to na chwilę głód wiedzy, ale w dłuższej perspektywie powoduje wysyp kolejnych pytań, na które nie ma chyba odpowiedzi. Co sprawia, że człowiek zachwycający się muzyką, potrafi skopać na śmierć innego człowieka? Jak to jest, że malarz i miłośnik sztuki potrafi wysłać do gazu niezliczone rzeszy ludzi? I dalej – czym jest dobro, czym jest zło? Czy wszystko jest względne? Dokąd zmierzamy jako gatunek? To pytania bez odpowiedzi, ale jednak kiełkują w głowie. Nie tylko w mojej przecież, wielu większych ode mnie próbowało się z nimi zmierzyć, ale póki co, nie znam nikogo, komu by się udało z takich myślowych potyczek wyjść zwycięsko.

W każdym razie z panem od pamiątek, który posługiwał się wyśmienitym angielskim („Mieszkałem w Stanach kilka lat”) udało się uzyskać 1/3 zniżki na kilka pocztówek, które jutro wyślę bliskim (i sobie!).

Potem dworzec. A tam same autobusy marki Yutong. Chińczycy przejmują rynek! Nie tylko urugwajski. Pisałem o tym rok temu, będąc w Chile (cytując):

„Dowiedziałem się też, co zresztą zauważyłem, że coraz popularniejsze w Chile stają się chińskie samochody, np. marki Great Wall (nazwa super, heh).”

I potem:

„W Europie nie mamy zaufania do chińskich produktów (choć są wyjątki), zwłaszcza do samochodów (bo o ile kogoś stać na kupno badziewia za 10 dolarów, to już zakup auta za 15 tysięcy dolarów to nie byle wydatek), ale przewiduję, że to się może zmienić. Cenowo na pewno auta z Państwa Środka są konkurencyjne, a wiadomo, że Polska to nie jest jakiś bogaty kraj (choć niektórym, po ośmiu latach propagandy sączonej przez poprzedni rząd prawicy, może się tak wydawać). Zapewne niejeden Kowalski dzisiaj naśmiewający się z chińskich aut i wypisujący na ich temat prześmiewczo-krytyczne komentarze w internetach, nie będzie myślał dwa razy gdy przyjdzie mu dać 20% mniej za chiński odpowiednik samochodu, który planuje sobie zakupić. Kupi, i tyle, mało tego! - jeszcze będzie znajomym mówił, że zawsze miał dobrą opinię o chińskich produktach motoryzacyjnych oraz będzie ciamkał i mlaskał klaszcząc do tego rączkami zachwalając swój najnowszy nabytek Hecho en China.”

I tu zapewne będę miał rację, choć do Bobkowskiego (i jego „Szkiców Piórkiem”), który miał rację chyba w KAŻDEJ swojej supozycji, zapewne w wielu kwestiach mi daleko (zresztą ja raczej w przewidywaniach przyszłości się zbytnio nie lubuję – wszak ‘omne futurum incertum’). I dobrze, bo nikt mnie nie oskarży o dopisywanie przewidywań post factum, tak jak wspomnianego Bobkowskiego :)

W każdym razie – same chińskie autobusy! Nowiutkie, błyszczące, warczące drapieżnie niczym smoki z chińskich legend; nie mogąc doczekać się już odważnego przecinania urugwajskich dróg i urugwajskiej pampy.

Co robiłem na dworcu? Ano jest tu taki kantor/biuro rachunkowe, gdzie zrobiłem przelew na numer telefonu właścicielowi mieszkanka (trochę jakby nasz BLIK, ale zrobiła go za mnie miła pani siedząca za okienkiem). Chcę tu zostać dłużej jeden dzień, do jutra, poprosiłem o przedłużenie rezerwacji. Poza aplikacją z 58 dolarów zrobiło się 35! Zaoferował mi jeszcze kolejne dwa dni za… 18 dolarów/doba! Przebitka niezła. Ale pojutrze, w sobotę, jadę do Paragwaju, więc nie mogę tu tak długo zostać.

Kupiłem ser. Bogowie, po tygodniu jedzenia zupek instant, pasztetu i ryb z puszki, ser smakuje jak… no jak po prostu ser! Ale przywraca mi on trochę godności i człowieczeństwa, haha.

Właśnie oglądam film „Pociecha”, w pełni dostępny na YouTube. A tam dialog rzekomej córki, dziewczyny około 20-letniej, z rzekomym ojcem, facetem po 50-tce:

- Czemu ty Dacią jeździsz? - Bo to auto praktyczne i jeździ jak każde inne. - Traktor też jest praktyczny.

Oj, deprecjonowanie biednej Dacii. Ale przecież tu, oraz w Argentynie, te same auta mają znaczek Renault. Nie są takie złe! Pamiętam, jak w Rumunii trafiłem na wyścigi tych aut w miejscowości Sinaia. Dawały radę, nawet te starsze modele mające ponad 30 lat! A i znajomy ostatnio bujał się po Islandii właśnie Dacią – mówił, że świetnie dawała rady poza głównymi drogami! W tym filmie jest też scena gdy główny bohater puszcza Vivaldiego w tej swojej Dacii. A ta niby córka się denerwuje, że puszcza gówno. Czy każdy boomer słucha Vivaldiego?! Przecież ja pisałem kilka dni temu, że sobie go słucham. Ale dzisiaj, po filmie, poleci (już niestety świętej pamięci) Ozzy Osbourne!

PS (po obejrzeniu filmu): Film był nudny i kiepski :/

25 lipca, Punta del Este

Deszczowo. Trochę spałem w ciągu dnia (jestem w końcu na urlopie), wyszedłem na chwilę, co by połazić sobie po plaży. Lekko mżyło, oprócz mnie nie było nikogo, poza jednym rybakiem stojącym sobie po pas w wodzie i łowiącym ryby. Szum fal, cisza, smutne niebo ciężko wiszące nad pięknymi, 20-piętrowymi apartamentowcami górującymi nad plażą. Wszystko było tak niemożliwie spokojne, pięknie wyciszone, zupełnie nierealne. Miało to swój urok! Odczuwałem niemal fizyczną samość – samość, której można musnąć opuszkami palców.

Piękna, słodka samość.

26 lipca

Wyjazd z Punta del Este do Montevideo miał miejsce o 6:45 rano. Ciemno, zimno, zupełnie puste ulice, brak zapalonych świateł w oknach. Ten sam kierowca, ten sam autobus (poznałem po małym pęknięciu na szybie), to samo miejsce (ten sam fotelik), co na trasie Montevideo – Punta del Este. Trochę sobie podespałem, do Montevideo jechaliśmy 2,5 godziny.

W Montevideo, na dworcu Tres Cruzes, podszedłem do stanowiska firmy przewozowej, która kilka dni wcześniej sprzedała mi bilet do Paragwaju. Zwróciłem im uwagę, że źle napisali moje nazwisko (Duris). Powiedzieli, że na bilecie nie muszą nic zmieniać, ale informacje w systemie, które są przeznaczone dla straży granicznej, już muszą. „Dobrze, że pan przyszedł” – powiedzieli. Zapytałem o kwestię ubezpieczenia…

Wspominałem już, że decyzją prezydenta Milei – każdy, kto wjeżdża do Argentyny (a do Paragwaju jedzie się przez Argentynę), musi mieć ubezpieczenie. Oczywiście mam ubezpieczenie, nawet wydrukowane, ale tylko w języku polskim. Żadna z rubryk nie ma nawet malutkiego, choćby angielskiego tłumaczenia! Pisałem do firmy ubezpieczeniowej kilka dni temu, czy nie mogliby podesłać mi wersji z jakimś angielskim tłumaczeniem dla pracowników służb granicznych/celnych, ale nie otrzymałem ŻADNEJ odpowiedzi.

(I tak zostało do końca podróży – nazwa firmy to ERGO, ERGO Reiseversicherung AG siedzibą w Monachium działająca przez Oddział w Polsce. To już chyba trochę nietypowe, że klient jest dobry tylko wtedy, jak jeszcze nie zapłacił, a jak już to zrobił, to można go ignorować i udawać, że nie istnieje. Taktyka taka ma ‘krótkie nóżki’ – choćbym miał dopłacić, firmy ERGO już nie wybiorę, a i będę ją odradzał, komu tylko się da. Pozdrawiam geniuszy z działu obsługi klienta tej firmy! – przyp.).

Pocieszałem się, że dzisiaj można sobie taki dokument przeskanować aparatem w telefonie, który podmieni słowa na dowolny język. Poza tym to tylko tranzyt (czyli tylko przejazd), a więc może na kwestię nieprzetłumaczonego ubezpieczenia przymkną oko. Zapytałem o to na stanowisku przewoźnika. Zaśmiali się i powiedzieli, machając zbywająco ręką, bym się nie przejmował. No więc skoro oni tak mówią…

Zostały trzy godziny do odjazdu.

Poczytałem Kinga (The Shining!), poprzeglądałem internet, pochodziłem sobie trochę. Dworzec zajmuję dolną część budynku. Dwa piętra powyżej zajmuje centrum handlowe. Na wielu dworcach bywałem, ale ten jest naprawdę czysty i bardzo spokojny. Czułem się bezpiecznie i całkiem przyjemnie.

26 lipca, 14:15

Jedziemy! Dostaliśmy po cukierku i kubeczku Coli. Wi-fi działa na pokładzie.

26 lipca, 16:34

Po autobusie chodzi pan w czerwonym fartuszku, jest takim stewardem na pokładzie. Jak w samolocie! Mijamy Rio Negro (Czarną Rzekę), dookoła ciągną się rozległe pampy, wszędzie, aż po horyzont wysuszona trawa, na której czasem pasą się niewielkie stadka krów. Krajobraz jest płaski, nie ma gór czy wzniesień. Droga równa, autobus zdaje się płynąć w powietrzu.

26 lipca, 18:42

Dostaliśmy orzeszki i herbatniki. Wśród napojów do wyboru między innymi: wermut albo whiskey. Wziąłem coca-colę.

26 lipca, 19:40

Dojechaliśmy do miejscowości Salto (Urugwaj) i Concordia (Argentyna), leżących po dwóch stronach rzeki. Łączy je most Salto Grande. Za mostem, po stronie argentyńskiej znajduje się budynek, gdzie kontroluje się wjeżdżających.

26 lipca, potem

Kontrola graniczna przeprowadzana przez argentyńskie służby celne bezproblemowa. Nikt nie pytał o ubezpieczenie! Obyło się bez skanowania bagaży, które pozostały w autobusie. Gdy do niego powróciliśmy, steward rozdał babeczki i bułeczki. Ale to nie wszystko! Jeszcze ciepłe puree ziemniaczane, pod którym była gruba warstwa mielonego mięsa (takiego, jak do spaghetti). Kolacja! Dobrze, że przed wyjazdem połknąłem dwa węgielki. W każdy razie obsługa super, no ale w końcu zapłaciło się to, bagatela!, 150 USD!

27 lipca, 3:35 na ranem, nadal autobus

Otwarłem foliowy worek, który każdy pasażer dostał na początku jazdy. W worku znajdowały się poduszka i kocyk. Jak w samolocie. Tak jak i na pokładzie samolotu, tak tu również, chłodzą powietrze. To zresztą typowe w autobusach w całej Ameryce Łacińskiej. Pytanie – po co? Tu nie ma innego ciśnienia, ludzie w autobusach nie zemdleją. W Europie taki Flixbus, Sindbad czy Eurolines nie schładzą do arktycznych temperatur powietrza i wszyscy żyją. O, już Posadas! Pada i walą pioruny. Jedziemy Costanerą, nabrzeżem rzeki Parana, właśnie skręcamy na most łączący Posadas z paragwajskim Encarnacion. Posadas wywołuje u mnie miłe wspomnienia – byłem tu 2 lata temu, stąd miałem bazę wypadową na ruiny do dawnych ośrodków jezuickich położonych na terenie Argentyny.

Dzisiaj przez Encarnacion tylko przejadę, ale wrócę tu (przynajmniej taki jest plan). Póki co, niedługo pewnie znowu kontrola paszportów. Trzeba będzie wyjść? Jak tu nie przemoknąć?

Kilka chwil potem

Nie zmokłem. Autobus zatrzymał się pod zadaszoną częścią drogi. Przejście przez budynek z celnikami. Po stronie argentyńskiej starsze kobiety sprzedają bułeczki i ciepłą kawę, po stronie peruwiańskiej czynią to mężczyźni. Ciekawe, czy to są małżeństwa? Kobiety z jednej strony, ich mężowie z drugiej? A swoją drogą, pracować o takiej godzinie by za grosze sprzedać kilka bułeczek… Trzeba być naprawdę zdesperowanym, naprawdę biednym.

Obok mnie w autobusie siedzi jakiś młody chłopak – pożyczam mu powerbanka, bo gdy próbuje ładować z siedzeń, telefon pokazuje mu dziwne komunikaty. Kiedyś tak się naciąłem, gdy pożyczyłem powerbanka współpasażerowi – prawie całkiem mi go wyczerpał. Dzisiaj, mam nadzieję, trochę się chłopak doładuje i mi go odda.

PARAGWAJ

27 lipca, 9:00, a właściwie 8:00, bo tu, w Paragwaju cofamy czas

Dojeżdżamy do Asunción, stolicy Paragwaju. Gdy dojedziemy, to będzie już 21 i pół godziny w trasie! Ja przed wejściem do tego autobusu jechałem jeszcze z Punta del Este do Montevideo, a włączając w to czekanie na dworcu, to w drodze będę 27 godzin i 45 minut! Ma się zdrowie, cholera!

Leje, dzień będzie brzydki, ale zobaczę przynajmniej, jak wygląda Asunción w czasie deszczu. Nasz steward biega po autobusie i coś roznosi. Za oknem zalane parteros, czyli pastwiska. Stoi na nich woda, są ogromne czerwone kałuże. Woda jest czerwona, zarówno na pastwiskach, jak i w przydrożnych rowach. Jakby ziemia krwawiła! Biegnące wzdłuż drogi udeptane, wychodzone chodniki też są czerwone. Podobnie jak wąskie dróżki prowadzące między pola. Czytając ‘The Shining’ i pamiętając Redrum (Murder od tyłu) napisane krwią na lustrze czy świeżo jeszcze trwając w oparach wizji Dannego, typu zakrwawiona łazienka w żyjącym hotelu Overlook, można naprawdę odnosić wrażenie, że ziemia – tu, w pobliżu Asunción – spływa rzeczywistą krwią. Ale próbuję sobie wmawiać, że to tylko tak mi się wydaje, albo że to tylko gaspacho, albo jakaś pomidorówka.

Czasem mijamy wioseczki, umiejscowione między gęstymi, bujnymi drzewami. Nad nimi, jak i nad polami, nad naszym autobusem i chyba nad całym światem wisi jedna wielka, nieprzenikniona chmura, jakby ktoś wrzucił nasza planetę w jakąś brudną, foliową torebkę. („Jedna Ziemia? Dobrze, już zważymy”. )

O, jest nasz autobusowy steward. Przyniósł ciasteczko typu brownie, herbatniczki, jest i gorąca kawa. Fajnie, odżyję! Po autobusie przeszedł jeszcze wpuszczony przez kierowcę młody chłopak z okolicy, sprzedające z niesionego na ramieniu plecionego kosza, nakryte szmatką, chipy. Chipa to taka paragwajska bułka z wkładką w środku. Zjem tego pewnie jeszcze dużo, póki co czuję się przekarmiony przez obsługę autobusu.

27 lipca, 9:20

Wjeżdżamy do Asunción! I chyba przestało padać!

27 lipca, 12:26, Asunción

Idę przez miasto, nie pada, ale woda leje się ulicami, auta chlapią, muszę odskakiwać w tył by nie zostać przemoczonym. Ludzie po tych wszystkich kałużach chodzą w klapkach, nie przejmują się.

27 lipca, 15:03

Mży, na ulicach w centrum miasta absolutne pustki. Mijam opuszczone budynki, zwisające ze słupów druty (nad chodnikami ciągną się ich, jeden przy drugim, dziesiątki, jeśli nie setki, splątane ze sobą, czarne, jak pajęczyzny jakichś człowiekożernych pająków z Silent Hilla czy jakiegoś innego wymiaru, którego wrota gdzieś tu muszą się znajdować). Są małe śmieci, średnie śmieci, duże śmieci, a wszystkie cuchnące, niezależnie od rozmiaru. Gdy zawieje wiatr, jakaś pusta butelka zaczyna się turlać w moją stronę. Przecznicę dalej zaczyna podskakiwać, zmierzając ku mnie, jakieś plastikowe, puste pudełko po jedzeniu na wynos. Tak jakby te turlające się w moją stronę śmieci chciały mnie zaatakować! Ugryźć, jak jakiś mały, wściekły aligator. Pod nogami wszędzie – jak jakieś niezagojone rany - są rozbite, dziurawe kostki brukowe. Dziury są też na ulicach, do tego włóczące się bez celu bezpańskie psy i ta złowieszcza cisza. A przecież to centrum miasta! Czuję się jak w jakimś postapokaliptycznym filmie. Gdy jest za cicho, jak tutaj, człowiek – w jakiś tajemniczy, atawistyczny sposób – wyostrza wszystkie zmysły w oczekiwaniu zagrożenia. Ale nie czuję się zagrożony, tzn. ten racjonalny ja. Ale ten ukryty, pierwotny ja, już chyba trochę tak. Gdzieś zaszumi samotny samochód – czy to patrole ocalałych z jakiejś zagłady ludzi, którzy polują na zagubionych wędrowców, jak ja? Nie, to tylko – jak się okazuje – stary, pordzewiały pick-up, który ledwo trzyma się na kołach. Przetacza się przed moimi oczami i po chwili znika w czeluściach pustych ulic. Jak jakiś Latający Holender („Den fliegenden Holländer nennt man mich!”), jakiś surrealistyczny statek – a właściwie auto – widmo. Gdzieś zawyje alarm, gdzieś skrzydłami zatrzepocze jakiś ptak. Czy to pradawny jaszczur, który wydostał się z jakiejś dziury, wyrwy w drodze? Może pod tymi ulicami jest jakaś ogromna, prehistoryczna, przedwieczna jaskinia z różnymi drapieżnymi monstrami? Zza rogu, chwiejnym krokiem wychodzi jakiś bezzębny bezdomny. Ma tylko dwie górne trójki, przypomina wampira, ale rusza się miarowo, na boki, kołysze się jak kobra. Próbuje coś mi powiedzieć, ale otwiera tylko i zamyka bezgłośnie usta, jak ryba wyrzucona na brzeg morza. Wygląda strasznie. Mijam go bez słowa. Nie ma sklepów, restauracji, kawiarenek, śmiechów, muzyki. Puste, opuszczone domy na sprzedaż, na wynajem, albo po prostu zapomniane, pozostawione by czas dopełnił ich atrofii.

Środek dnia, weekend, centrum miasta, stolicy kraju! W życiu czegoś tak przygnębiającego nie widziałem!

27 lipca, spisane potem (i na dzień drugi też), Asunción

Mijając puste, płatne garaże (estacionamentos), mające w środku ołtarzyki z palącymi się na nich świeczkami, dotarłem pod budynki rządowe. Parlament i Palacio de los Lopez (czyli pałac prezydencki). Wszędzie stoi policja i wojsko. Wszyscy patrzą na mnie, bo poza mną, i oczywiście nimi, mundurowymi, nie ma tu nikogo. Robię sobie zdjęcia tego dziwnego pałacu mającego dziwny kolor (moje proste męskie oko rozróżniające może z 16 kolorów stwierdza, że to jakiś blady różowy) i czuję się, jakbym robił coś nielegalnego. Jeden z wojskowych, w zielonym mundurze, stoi kilka metrów ode mnie i trzyma spoczywający na piersiach karabin w gotowości, tak, że ciągu ułamka sekundy mógłby go wycelować w moją stronę.

Co to za miejsce? Całe kwartały ulic są puste, poniszczone, ciche, wyludnione. Tylko kilka psów, paru bezdomnych i dziesiątki funkcjonariuszy trzymających palce na spustach swych ogromnych karabinów! Czuć w powietrzu jakąś elektryczność, namacalne niemal napięcie, mam wrażenie, że nie jestem tu mile widziany, że jestem obcy. Tak jakbym zakłócił spokój jakichś mitycznych strażników, którzy ponownie znieruchomieją, przemienią się z powrotem w kamień, gdy tylko opuszczę to miejsce.

Odczuwałem jakąś wewnętrzną ulgę mogąc oddalić się od centrum. Im dalej, w tym lepszym stanie ukazywały się mym oczom budynki. Może dlatego, bo są po prostu nowsze i nie zdążyły się jeszcze śmiertelnie zestarzeć? Niemal na każdy rogu napotykam śpiącego bezdomnego. Jest 16.00, a oni śpią. No tak, bezruch powoduje oszczędność energii. Niby żyją, ale jakby już nie. Trwają tak na tym świecie już chyba tylko z przyzwyczajenia. Na jednym ze skrzyżowań szyby stojących na czerwonych świetle samochodów myje matka z dzieckiem na ręku. Za nią stoi wielki, kolorowy billboard z wyprężających do przodu pierś pięknym Supermanem. Na tym plakacie powinna być ta kobieta, myjąca auta z dzieckiem na ręku. Ten widok poruszył we mnie jakieś wewnętrzne struny. Zabolał.

Na mapce Google (kartę SIM kupiłem na dworcu autobusowym, zaraz po przyjeździe – było z tym trochę kłopotów, bo zadziałała dopiero druga wsadzona do telefonu) znalazłem Hard Rock Cafe. Od centrum dość daleko. Poza tym dawało znać o sobie zmęczenie. Do tego momentu naprawdę sporo się uchodziłem. Najpierw z dworca do wynajętego mieszkania. 40 minut. Mieszkanie spore, za niewielkie, w porównaniu z Urugwajem, pieniądze. Salon, kuchnia, sypialnia, łazienka i spory balkon. Ugościła mnie miła, starsza pani, która mieszka w mieszkaniu z osobnym wejściem na dolnym piętrze. Do centrum też mam z godzinę, po nim chodziłem też naprawdę sporo. Oczywiście spróbowałem dostać się do HRC pieszo (7 kilometrów), ale po przejściu może 3 kilometrów po prostu już opadłem z sił. Prawie 30 godzinna podróż, niewyspanie, zmęczenie… Doczłapałem do przystanku autobusowego. Tam siedziała jakaś pani po 40-tce i dwie nastolatki. Łamanym hiszpańskim pytam o dzielnicę Recoleta albo Villa Mora. Wszyscy się naradzają, po czym mówią, że ta pani jedzie w tamtą stronę, niedługo powinien podjechać autobus. Mówią bym biletem się nie przejmował. I rzeczywiście, po 10 minutach podjeżdża nie pierwszej nowości autobus, pani płaci mi za bilet (tj. przybija kartę dwa razy – raz za siebie, raz za mnie) i jedziemy. Sporo ludzi o indiańskich rysach, spokojni, grzeczni. Jest elektroniczny wyświetlacz – wskazuje 20 stopni Celsjusza, jest ciepło. Dla mojego organizmu, bo Paragwajczycy s a okutani, wszyscy mają na sobie albo kurtki albo płaszcze, a ja wyglądam jak jakiś kosmita, albo debil – znowu mam krótkie spodenki i podkoszulek. Ale nikt nie przypatruje mi się za bardzo – ‘ot, obcokrajowiec, z nimi tak często, oni tak mają’, pewnie myślą tutejsi. Wreszcie pani kiwa mi głową, że to tutaj, że już jesteśmy. Sprawdzam też mapkę w telefonie – istotnie. Dziękuję jej za pomoc i za zaapłacenie za mnie, po czym wysiadam.

Trafiłem w miejsce przypominające współczesny, normalny świat. Dzielnica handlowa z handlowymi galeriami. Rzuciłem okiem, w jednej znalazłem bardzo tanie cygara! (10 zł sztuka) Kupiłem ich kilka, porozmawiałem ze sprzedawcą. „Właściciel sklepu jest Niemcem” – powiedział mi. Ano, ten salon z cygarami, bo to nawet nie sklep, a miejsce premium, rzeczywiście tchnął jakimś niemieckim koneserstwem!

Hard Rock był rzut beretem. Kupiłem koszulkę, udałem się do baru, poprosiłem o coś lokalnego. Piwo Pilsen, całkiem dobre! Byłem sam w całym lokalu, nudziło się i mnie, i obsłudze. Obsługę barową stanowiło dwoje facetów (w lokalu były też dwie dziewczyny, ale siedziały gdzieś w kącie i czasem przecierały, raczej z nudów niż konieczności, jakiś pusty stolik), imion już nie pamiętam. Jeden po trzydziestce bardzo przypominał mi Freddiego Mercurego – był to kierownik zmiany, facet z Wenezueli. Drugi chłopaczek miał może 20 lat, był z Asunción. Oboje o rocku nie mieli pojęcia, po angielsku też nie mówili. Ale czasem następuje taki moment, że znajduje się z ludźmi tę nić lingwistyczną, tj. że zaczynamy nadawać na tych samych częstotliwościach, w tym przypadku na tym samym poziomie językowym. Niewątpliwie wymaga to chęci i pewnych wrodzonych umiejętności od native speakerów – w tym przypadku tak było. Mimo mojego łamanego hiszpańskiego rozumieli mnie stuprocentowo i dostosowali swój język do mojego poziomu (tzn. nie łamali gramatyki, jak ja, ale używali prostych słówek, mówili wolniej i wyraźniej niż ze sobą)! Jako że ceny mieli niskie (zaczynam coraz bardziej lubić Paragwaj!), zamówiłem połowę butelki Danielsa stojącego na półce za nimi. I tak sobie dolewając do szklanicy, zabijałem nudę gawędząc z nowopoznanymi, miłymi ludźmi. O Polsce, Paragwaju (zabawne, bo nikt nie potrafił mi polecić żadnych atrakcji w tym kraju!), Wenezueli.

Skończyliśmy późno. Byłem zmęczony, lekko wstawiony, poprosiłem o zamówienie taksówki, bo mieszkanie to jednak jest dosyć daleko, a nocą po tak dziwnym mieście jak Asunción (które wywarło na mnie raczej przytłaczające, negatywne wrażenie) nie chciałem sobie łazić. Zresztą będąc w pełni wypoczętym i 100% trzeźwym też bym nie chciał. Ale tego oczywiście im nie powiedziałem. Pożegnaliśmy się, odjechałem. Bardzo mili ludzie, bardzo fajne miejsce!

PS: Polecili mi posłuchać paragwajskiego zespołu Kchiporros. Słucham El Sistema Solar. Całkiem fajnie wpada w ucho!

28 lipca, Asunción

Dzisiaj miasto wygląda już całkiem inaczej. Ulice pełne są samochodów, ulicznych sprzedawców, dzieci idących z plecakami do szkoły, ludzi pędzących do pracy. Wszędzie pachnie jedzeniem, chodniki zastawione są sprzedawanymi w sklepach towarami – na sprzedaż są grzejniki, wentylatory, rowerki dla dzieci, owoce. Nie mam na myśli ścisłego centrum, ale okolice je okalające. Miasto zmieniło swoje oblicze. A może to ja dzisiaj patrzę na nie nieco inaczej? Wyspałem się, nie jestem świeżo po podróży, ból głowy po spotkaniu z Jackiem nie jest też jakiś zbyt mocny.

Rynek Mercado 4 (Mercado Quatro). Wczoraj jeszcze cichy, z pozamykanymi budami, również tylko ze mną przemierzającym jego opróżnione wnętrzności. A dzisiaj? Śmiało mogę powiedzieć, że to jeden z największych rynków ulicznych, na jakich byłem! Podzielony jest na specjalne zony – z ubraniami, jedzeniem (hot-dogi za dolara!), z warzywami, i tak dalej. A w każdej zonie setki sprzedawców! Ciekawe wrażenie robią figurki matki boskiej obok klapków z Myszką Miki. Chodzenie przez labirynty alejek zająć może całe wieki i można się zgubić, co nastąpiło w moim przypadku. Ale nie jest to żadna tragedia, można sobie chodzić i chodzić, patrząc na sprzedawców, ich towary, oraz przeciskać się między kupującymi. Jest to autentyczne doświadczenie kulturowe, z którego można wynieść nie tylko doznania związane z lokalnym życiem, ale również i – por supuesto! – zakupione towary. Ja na przykład znalazłem cygaretki za 50 groszy i cygara za kilka złotych! Zakupiłem tego niezliczoną ilość!

Usiadłem sobie jeszcze w jakiejś otwartej restauracji myśląc, co dalej. Asunción nie oferuje już właściwie nic więcej do zobaczenia. Wypiłem piwko i poszedłem na dworzec, tam kupując bilet na jutro rano w inne miejsce. Po drodze wstąpiłem też do supermarketu, kupując w nim ser i szynkę. Ceny są tu rewelacyjne – po głodowaniu w Urugwaju zamierzam sobie spożywczo pofolgować!

W supermarkecie małe zaskoczenie – jakaś młoda pani z obsługi najpierw przypatrywała mi się, jak to ja przypatruję się szynkom, potem zdobyła się na odwagę i podeszła do mojej nadal przypatrującej się szynkom osobie i poprosiła bym zostawił plecak w półeczkach przy wejściu. „3 minutki i wychodzę, por favor” – rzekłem. „Okay” – powiedziała speszona i szybko gdzieś podreptała. Rozumiem, taka polityka w krajach, gdzie notuje się sporo kradzieży. Za każdym razem jednak mam jakąś wewnętrzną pretensję, że podejrzewa się mnie o chęć zakoszenia jakiejś tanizny. Czy to z mojej strony wyraz jakiegoś paternalizmu? Bo u nas się nie kradnie? U nas, czyli gdzie? – w tej niby lepszej Europie? W Polsce? Czy aby na pewno jesteśmy jacyś lepsi? Przecież u nas, w Polsce, też się kradnie! I to na potęgę! Tylko może inaczej się podchodzi do kwestii kradzieży – stawia raczej na monitoring, a ewentualne straty wlicza się w koszty (więc właściwie wszyscy płacimy nieco więcej). Tutaj jednak tego pilnują i w zasadzie mają pełne prawo to robić. Myślę, że to chyba nie dotyka mnie jako Europejczyka czy Polaka (na szczęście!), ale jako mnie, Artura. Bo ja nie kradnę, a ktoś jakby wrzuca mnie do worka z potencjalnymi złodziejami.

Wróciłem dość wcześnie, bo i dość wcześnie mam jutro odjazd. Włączyłem telewizor. Jeden z newsów – uczniowie dzisiaj wrócili do szkoły po feriach. „Nauczyciele, z powodu chłodu, będą bardziej tolerancyjni dla dzieci”. Chłodu! Jest 20 stopni Celsjusza! Na plusie!

29 lipca, 6:41, Asunción

Czekam na autobus. Dworzec jest pełen ludzi. Między ławkami krążą sprzedawcy dziwnych lekarstw (dziwię się naprawdę tym, którzy kupują od nie wiadomo kogo leki – jakby nie można było tego zrobić w pewniejszej aptece), losów na loterię, gazet i zestawów do picia yerby. Ludzie w wełnianych czapkach, z kapturami na głowie, w kurtkach. O 5:45 pożegnałem się z uroczą starszą panią, której oddałem klucze, i ruszyłem przede siebie ulicami Asunción. Na krzywe chodniki padały cienie drutów kolczastych zabezpieczających mury wokół domów. Co chwila mijał mnie jakiś motor. Mrok, pozorna cisza, i te motory. W kilku krajach napatrzyłem się na wiadomości telewizyjne, w których sprawcami kradzieży czy zabójstw byli motocykliści. Podjeżdża się szybko, robi swoje, szybko odjeżdża, i wchodząc bez większego zwalniania w zakręty łatwo gubi się gdzieś na zawsze w wąskich uliczkach. Pocieszała mnie myśl, że jaki to przestępca grasuje po ulicach około 6-ej nad ranem? Aczkolwiek lepiej zachować czujność. Jak zawsze powtarzam sobie będąc w krajach Ameryki Łacińskiej – bać się trzeba najbardziej wtedy, kiedy człowiek przestaje się bać. Strach, oczywiście nie jakiś paniczny czy paraliżujący, to dobra rzecz. Strach ratuje mienie. I życie. Na głównej ulicy było już lepiej – mimo ciemności (miasto jest nocą beznadziejnie oświetlone – jest mrocznie i posępnie) ludzie już ruszali do pracy, jeździły autobusy, młodzież z plecaczkami szła do szkoły (choć twierdzę, że zaczynanie lekcji o 7:00 czy 8:00 to barbarzyństwo, zwłaszcza dla młodych, u których zegar biologiczny każe im spać później – niby wszystkie badania to potwierdzają, ale naukowcy swoje, a rządy i ministerstwa swoje). Dotarłem jakoś na szczęście. Czas ruszać do Encarnación!

10:29, na trasie Asunción – Encarnación

Niekończące się pola zielonych traw, gdzieniegdzie porośniętej kępkami pożółkłej trawy. I setki krów pasących się leniwie na pastwiskach. Niektóre z nich są całkiem białe, inne szare, Mają dziwne worki wiszące pod podbródkami. Wygląda to jak wole. W Polsce takich gatunków krów nie mamy. Wzdłuż drogi ciągną się druty kolczaste podwieszone na prostych, drewnianych słupkach. Wśród tych pól nie ma internetu. Można się zdrzemnąć.

13:09

Właśnie pierwszy raz zjadłem chipę! Dobre! To taka ciepła bułeczka, tylko w środku ma jakąś wkładkę, na przykład szynkę i ser. Kosztuje to 8000 guarani i na chwilę zabija głód. Kupiłem ją w autobusie (jedziemy już nieco ponad 6 godzin) od pana, który trudni się sprzedawaniem pieczywa w autobusach. Ot, wsiada taki na jednym przystanku, wysiada na następnych, po czym oczekuje kolejnych busów. Już tu było czterech takich sprzedawców, jeden z nich nie sprzedawał chip, ale napoje. Niestety zimne, gazowane. A ja potrzebuję kawy… A propos – sporo ludzi tutaj pije sobie yerbę, ale nie aż tylu, co w Urugwaju (o Argentynie nie mówiąc). Ja jednak wolę kawę – całodzienne siorbanie yerby, dolewanie ciepłej wody z termosu, to nie dla mnie. Choć w domu czasem w niedzielę mi się zdarzy napić yerby, ale bardziej dla smaku i na uspokojenie, niż pobudzenie ;)

Wieczorem, 29 lipca, Encarnación

Dotarłem na dworzec, potem szybko poszedłem do mieszkania. Nowy, niewielki apartamentowiec, kilka kroków od plaży. Mieszkanie lśni nowością, widać, że dopiero co zostało oddane do użytku. Jestem tu pierwszym gościem, co ma swoje małe wady, bo każdy małe zadrapanie na śnieżnobiałych ścianach może zostać przypisane mnie. Znalazłem dwa takie niewielkie zadrapania – od razu napisałem do właściciela, żeby nie było (na mnie)! Ale fakt faktem, mieszkanie rewelacyjne!

Encarnación to superładne miasto! Nie to, co stolica, Asunción. Jest tu też plaża San Jose. Pozwoliłem sobie krótko zapisać wrażenia w czasie, gdy na niej byłem.

16:25, Encarnación, Playa San Jose

Piwo na plaży (która wygląda jak morska plaża, choć leży nad rzeką) kosztuje zaledwie 2 dolary! Piję sobie jedno teraz, leżąc na białym, drewnianym leżaku obok plażowej restauracji. Do tego raczę się cygarem. Jest cudownie!

Dwa lata temu byłem w Posadas, argentyńskim mieście położonym za rzeką (Parana) – stamtąd patrzyłem na paragwajskie Encarnación. Teraz jest odwrotnie - jestem w Encarnación i patrzę sobie na Posadas. Wspominam teraz tamten fajny czas. Widzę stąd malutki posąg Indianina, Andresito Guacurari. Dwa lata temu byłem obok niego i był taki duży! Rzeka Parana jest ślicznie niebieska, piasek żółtawy – jak nad jakimś morzem! Mam krótkie spodenki i podkoszulkę – ciepło, bardzo ciepło!

Chcę zobaczyć tu w okolicy ruiny misji jezuitów – widziałem ruiny po argentyńskiej stronie, teraz czas na paragwajską! Przypomina mi się film „Mission” z Robertem de Niro i Jeremy Ironsem z 1986 roku. Piękna produkcja (z piękną muzyką Ennio Morricone)! Robili go między innymi tu, niedaleko Encarnación. Wracam do odpoczywania (jechałem tu 7 i pół godziny).

[po chwili, dla przypomnienia wizyty za rzeką sprzed dwóch lat, ściągnąłem sobie moją relację w pdf z Argentyny i tam m.in. jest taki fragment:

„Widoczny z Posadas brzeg należący do Paragwaju wydaje się tak spokojny, jak ten, na którym się znajduję, należący do Argentyny. Aż kusi by się tam przedostać i zobaczyć sobie, jak to tam wygląda, ale celem tegorocznego wypadu jest Argentyna i kropka!”

Istotnie, brzeg Encarnación jest bardzo spokojny!]

19:20, w jakimś pubie w Encarnación

Głaskam czarnego kota. Nazywam go Rademenesem Mówię mu, że może tajemnica życia (i śmierci) jest tak przewrotna, że za 100 lat to on może będzie głaskał mnie. Piwo i kolejne cygaro działają. Mówię kotu, że ma być dobrym kotem. Że ja chcę być dobrym człowiekiem. Choć to trudne, bo ludzie mają w sobie jakiś dziwny pierwiastek zła. Nawet ci dobrzy. Nawet ci najlepsi. Kot mnie rozumie, koty to mądre stworzenia. A nawet jeśli nie rozumie, to w swojej mądrości udaje, że rozumie, bym nadal go głaskał. Nawet jeśli by nie rozumiał i nie udawał, że rozumie, głaskałbym go nadal. Lubię głaskać koty.

Wieczorem, 29 lipca, Encarnación

W drodze do mojej wypasionej, nowiutkiej kwatery, zahaczyłem jeszcze o supermarket. Kupiłem papaję, zapytałem zdziwioną sprzedawczynię, czy pestki tego czegoś się je. Mówi, że się je, ale nie dużo, bo są dobre na… przeczyszczenie. Wziąłem litrowe piwo w szklanej butelce, ale przy kasie pani mnie zaskakuje nabijając kaucję w wysokości 7000 guarani. Mówię, że chyba nie wezmę tego piwa, kupię gdzieś po drodze w puszce. Pani szybko każe mi poczekać, przybiega z plastikową butelką i mówi, że może mi do niej przelać piwo. Przez chwilę nie wiem co powiedzieć, ale co tam! Biorę! Wyglądało to komicznie, gdy ekspedientka przy kasie dosyć długo (bo musiała to robić z zachowaniem sporej dozy ostrożności) przelewała mi litr piwa do plastikowej butelki. Takiej sytuacji jeszcze nie miałem!

No nic, czas iść spać.

PS1: Czy ta notatka o kocie ma jakiś sens? PS2: Pestki papai smakują jak słabsza wersja ziarenek pieprzu. Są dobre! Ale oczywiście jem tylko kilka.

30 lipca, Encarnación, Trinidad, Jesús de Tavarangue

Dzień długi, męczący, ale w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Męczący dzień dla podróżnika to wszak dzień udany!

Z rana udałem się na niewielki w sumie dworzec autobusowy. Osoby z małych biur oferujących bilety wychodzili z nich i pytali, dokąd sobie życzę jechać. Rzucałem się w oczy – taki trochę biały, lekko ubrany, z kucykiem, rozglądający się nieco zagubionym wzrokiem. W końcu jeden z tych zagadujących okazał się być osobą, która zaoferowała mi bilet do miejscowości, gdzie znajdę ruiny misji jezuickich. No, prawie, bo konieczna miała być wysiadka gdzieś nieopodal i spacerek.

Mały, ciasny autobusik, na który kupiłem bilet, pełen był sprzedawców, którzy przed wyruszeniem wpadali do środka i oferowali pasażerom przeróżne produkty. By wymienić zaledwie kilka z nich: były dropsy, słuchawki, chipy (bułeczki), naklejki z Jezusem, tanie głośniczki i podejrzane powerbanki. Gdy autobus już wyruszył, zatrzymywaliśmy się na każdym przystanku, zabierając coraz więcej i więcej pasażerów, co znacznie spowalniało postępy jazdy. W autobusiku robił się coraz większy tłok – ludzie już stali w przejściu. Tutejszych podróżnych wcale a wcale to nie ruszało, siedzieli sobie spokojnie i co chwila zalewali yerbę matę. Ci stojący gawędzili sobie między sobą nie tracąc dobrego humoru. To mi się podoba w Ameryce Południowej – tu nie narzeka się na drobnostki, w odróżnieniu od Polski! Tutaj szkoda życia na utratę uśmiechu!

Po trzydziestu kilometrach i prawie półtorej godziny jazdy wysiadłem przed bramą wjazdową do wioski o nazwie Trinidad (nazwa znaczy Trójca Święta). Brama była dość ładna, ceglana, z łukami nad drogą i rzeźbą misjonarza z wiszącym na piersiach krzyżem, nad którym umieszczono lokalnego ptaka z rozłożonymi skrzydłami. Przed nim tryskała niewielka, skromna fontanna. Skromnie, lecz rustykalno-lokalnie, może nieco ckliwie, acz niewątpliwie urokliwie. Szedłem w coraz mocniej przypiekającym słońcu przez asfaltową drogę bez chodników. Mijałem małe domki, przy których stały stare samochody. Co chwila piały koguty – z przodu, za mną, gdzieś z boku. Po pewnym czas asfalt zastąpiony został czymś rodzaju czerwonawych kocich łbów wykonanych z okolicznych kamieni. Trindad to przyjemne, czyste miejsce. W dodatku spokojne – idąc tak przez tę miejscowość nie spotkałem ani żywej duszy, czy to pieszej, czy też zmotoryzowanej. Cisza, spokój – warunki idealne do wędrówki!

Po jakichś dwudziestu minutach pieszej tułaczki dotarłem do jej celu. La Santísima Trinidad de Paraná – tak brzmi pełna nazwa kompleksu redukcji misji jezuickich w Trinidadzie.

Co to były redukcje jezuickie? Za stroną UNESCO: redukcje jezuickie (hiszp. reducciones) to osiedla zakładane przez jezuitów w XVII–XVIII wieku, których celem było:

- chrystianizowanie rdzennej ludności Guaraní, - ochrona tej ludności przed systemem encomienda (praktykami narzucającymi niewolniczą pracę), - wprowadzenie regularnej edukacji, rzemiosła i organizacji społecznej.

W regionie dorzecza La Plata (czyli w pobliżu wszystkich rzek wpadających do La Plata) powstało około 30 takich redukcji — część w obecnym Paragwaju, Argentynie i Brazylii.

Pamiętać jednak trzeba, że dawniej nie było tu takich samych granic, jak obecnie. Ustanowione później granice przecięły ruiny tych misji, stąd 2 lata temu będąc w Argentynie widziałem ruiny San Ignacio, które w linii prostej leżą może z 30 km od tych z Trinidadu. Dawniej stanowiły jeden system naczyń połączonych, dzisiaj trzeba przejeżdżać przez granicę, przechodzić kontrolę dokumentów, i tak dalej.

Wracając jednak do ruin z Trinidadu. Kilka faktów: - misja została założona w 1706 roku jako jedna z największych i najbardziej ambitnych w regionie - funkcjonowała do 1768 roku, kiedy jezuitów wypędzono z kolonii hiszpańskich.

Ruiny więc, na dzień dzisiejszy, mają najmniej 257 lat.

Całe założenie wydawało się oczywiście szczytną ideą – zbieramy lokalną ludność, ‘cywilizujemy’ ją, uczymy przydatnych rzeczy, a przy okazji nawracamy na wiarę chrześcijańską (to ‘przy okazji’ to tak miało wyglądać oczywiście w oczach Indian, bo prawdziwym celem była oczywiście chrystianizacja). Do tego chronimy ich przed pazernością tego czy innego kraju (np. Hiszpani), czyli w owym czasie po prostu przed wykorzystywaniem i niewolnictwem. Ale jednak jezuici wpisywali się w kolonizację kontynentu, a także zdarzało się, że przymusowo rekrutowali siłę roboczą. Pytanie też, czy Indianom rzeczywiście potrzebna była cała ta chrystianizacja? Niemniej jednak Jezuici i ich misje uważani są ogólnie za działalność pozytywną, choć ja akurat nakłanianie, nawet choćby przez dobre czyny (acz z oczywistą intencją konwersji), kogoś do zmiany wiary nie uważam za coś pozytywnego.

Jak podają internetowe źródła, cały kompleks (łącznie 8 hektarów) miał charakter urbanistyczny, z szerokimi ulicami i uporządkowanym planem miasta. Dzisiaj po ulicach nie ma już śladu, wszędzie rośnie gęsta, zielona trawa. Centralnym miejscem jest plac główny, który zachował się w doskonałym stanie! Otoczony jest zabudowaniami gospodarczymi, a po zachodniej stronie znajdują się ruiny kościoła z 1745 roku. Najważniejszą częścią jest ściana za ołtarzem i odchodzące od niej, w kierunku wnętrza świątyni, ściany boczne z wykutymi zdobieniami. Pięknie zdobione są też przejścia do bocznych pomieszczeń – zdobienia są wyraźne, bardzo kunsztowne (to widać nawet dzisiaj!) i łączą w sobie elementy europejskie ze sztuką lokalną. Wszystko to w kolorze czerwonej cegły. Świątynia nie ma już sufitu, nie ma kopuły, ale ściany, zwłaszcza te w obszarze ołtarza, są bardzo wysokie i można sobie wyobrazić, jak monumentalnie to wszystko niegdyś wyglądało. Nawet dzisiaj, gdy mamy do tego możliwości i środki finansowe, nie buduje się tak ogromnych świątyń, zwłaszcza na wsiach, a redukcje (osady) jezuickie nie były przecież superliczne, jeśli chodzi o populację. Po co budowanie takich gigantów w środku dżungli? Żeby pokazać Indianom, jak wielkie rzeczy można budować, gdy wierzy się w chrześcijańskiego boga? Żeby ich onieśmielić? Wywrzeć na nich wrażenie? W ten sposób zachęcić do pójścia nową drogą? Przez rozwiązania, jakby nie patrzeć, stricte techniczne? Choć tak cholernie przecież niepraktyczne. Zresztą, jaka praktyczność jest w dekorowaniu katedr złotem czy obrazami? W ten sposób, w Europie, chciano wygrać z surowością protestantów, przyciągnąć/zatrzymać wiernych. Tu, w paragwajskiej dżungli, chciano wygrać z prymitywną, tubylczą techniką i prostotą nie samych wierzeń, ale tego, w jaki te wierzenia manifestowano. Jakieś proste, małe totemy? Roślinne, skromne dekoracje? Co to ma być? Popatrzcie na co NAS stać! Popatrzcie przez co manifestuje się potęga NASZEGO boga! Świątynia w misjach jezuickich była prawdziwym architektonicznym monstrum, jeżeli chodzi oczywiście o rozmiar. Górowała nad całą wioską i nad pustym placem. Piękno zdobień w środku robiło wrażenie. Echa tego piękna zachowały się do dzisiaj.

Wychodząc ze świątyni na kolejny plac usłyszałem donośny, niski skrzek. Po chwili w trawie wypatrzyłem kilka szarych, naprawdę dość niepozornie wyglądających, niewielkich ptaków. Ewidentnie wydawały z siebie dźwięki ostrzegawcze. Zatrzymałem się. Iść, czy nie iść? Przejdę powoli – myślę sobie. Kilka kroków, skrzek. Stoję. Kilka kroków, skrzek. Stoję. Serio? Co mi zrobi taki mały ptak? Kilka kroków…

WTF? CO JEST?!

Jeden z tych ptaków poderwał się do lotu, zrobił półokrąg lekko wzbijając się w górę, po czym zanurkował w moim kierunku i począł lecieć wprost na mnie. NIE MOŻE BYĆ! – pomyślałem. ZARAZ ODBIJE! STCHÓRZY, JEST ZA MAŁY BY W MNIE WBIĆ! – takie myśli przemknęły po wypustkach moich mózgowych neuronów w nierejestrowanym odstępie zaledwie kilku pikosekund.

Zdążyłem odskoczyć w ostatniej chwili! Ten szalony ptak nie zrezygnował! Leciał z rozpostartymi skrzydłami, nabierając prędkości jak jakiś cholerny nurkujący sztukas, prosto w moją twarz! Rzuciłem się w prawo, jak bramkarz, wykonując całkiem niezłą (eghem!) robinsonadę, choć nie wyciągałem łap po żadną piłkę. Szybko wstałem i pobiwszy rekord świata w biegu na 20 metrów popędziłem w kierunku najbliższych ruin zabudowań, bacząc by po drodze nie było żadnego z tych nienormalnych ptaków. KURWA! Kląłem już nie tylko w myślach. FUCK! SZLAG JASNY, KUR…! Czytelnik wybaczy brak cenzury, ale to w imię rzetelności i dla dobra realności relacji. Byłem przestraszony, nieprzyjemnie zdumiony, do tego wkurzony, a serce waliło jak młotem! W moim ciele wytworzyła się adrenalina, w dodatku prawa ręka zaczęła pulsować tępym bólem od łokcia do barku. Unikając uderzenia tego lecącego wprost na mnie upierzeńca upadłem w sposób mało kontrolowany, wszystko to odbyło się tak szybko! Łapa złamana? Wybity bark? Nie… Rusza się, czucie jest, będzie dobrze… Zielony łokieć, kolano – ubabrane trawą. Telefon cały? Wszystko mam? Powoli powracał normalny oddech. CO TO BYŁO? Takie małe coś, na mnie, czyli takie duże coś? Samica chroniąca jaja. Ale co to za ptak! Czemu, gdy kupowałem tu bilet wstępu nikt mnie nie ostrzegł przed tym czymś? Przy ruinach kościoła pracowało sobie przy muzyczce z radyjka dwoje ubranych na jasnopomarańczowo konserwatorów – też nic mi nie mówili. A ja nie stąd przecież jestem! Nie znam się na tutejszym drobiu! Ptactwie, znaczy się, tfu! No i moja nie tyle męska, co człowiecza duma! Ptak jakiś, kurna! Jak on mógł? Jak śmiał? Samica pewnie jakaś, broniła jaj. No ale czemu nie ma tu nigdzie chociażby jakiejś małej tabliczki ostrzegającej przed tym gatunkiem kamikadze?

W każdy razie przeżyłem i powoli wróciłem do siebie. Nawet przypomniało mi się zdarzenie, jak mając pięć czy sześć lat zostałem zaatakowany przez kaczora – skoczył mi na kark i dziobał po głowie. Nie, żeby jakoś bolało, ale również napędziło mi stracha. Ten ptak jednak, tu, w ruinach Trinidad, leciał prosto w moją twarz. Wbiłby się dziobem w moje oko? Dżizas… Przebiłby się do mózgu? No nieważne, nieważne…

Pochodziłem jeszcze dość długo po całym kompleksie ruin, oczywiście bacząc, by nie napotkać nigdzie wściekłych ptaków (Angry Birds!). Swietnie zachowała się dzwonnica, sporo pomniejszych budowli o arkadowych łukach, będących miejscem, gdzie mieszkali i pracowali Indianie Guarani. Do tego cisza i piękna pogoda. Kawał historii. 250 lat to niby nie tak wiele, ale to jednak i inny świat, inne cywilizacje, inne myślenie, całkiem inne realia geopolityczne. W przypadku paragwajskiego Trinidad pozostałości tamtych czasów są świetnie zachowane.

Wróciłem pieszo w miejsce, gdzie wysadził mnie autobus. Nie chciałem jednak jeszcze wracać do Encarnación. Nieopodal, jakieś 12 kilometrów dalej, były jeszcze jedne ruiny - Jesús de Tavarangue. Ale najpierw trzeba odpocząć i opracować jakiś plan. Kilkaset metrów, może kilometr dalej od bramy wjazdowej do Trinidadu, znajdował się supermarket, obok którego stał mały punkt gastronomiczny, taki fast food z tostami i kawą dla kierowców, z ladą, tosterem, lodówką i czajnikiem na zewnątrz. Były też dwa stoliki w cieniu i skromne krzesełka. Za jakieś grosze poprosiłem o colę (zrobiło się już gorąco), kawę i tosta. Młoda, uśmiechnięta dziewczyna wkrótce podała mi moje zamówienie. Zapytałem, czy są jakieś autobusy do ruin Jesús de Tavarangue. „Rzadko, bardzo rzadko. Jeden na godzinę, na dwie godziny.” Patrzyłem sobie jak lokalni mieszkańcy podjeżdżali motorkami pod niewielki supermarket. Sporo kobiet. Wychodziły, z niepełną siatką, mijały ochroniarza z ogromną strzelbą na przewieszoną na plecach, wskakiwały zgrabnie na motory i wracały do domu. Konsumowałem tosta i myślałem. Pójść drogą w stronę tych drugich ruin, może akurat pojedzie autobus. Tutaj zatrzymują się wszędzie, więc jak mnie zobaczy, jak mu pomacham, to na pewno się zatrzyma. Przy okazji cały czas łapać stopa. To wiejski obszar, te ruiny nie leżą przy głównej drodze, raczej jakiś przestępca czy psychopata się tutaj nie buja. Zatrzyma się jakiś rolnik czy ktoś. A jeśli nie? 12 kilometrów. Hmm, tyle myślę, że zrobię, gorzej z powrotem, ale o to najwyżej się będę martwił potem. No nic, czas ruszać.

I poszedłem!

Nie minęło 10 minut jak już jechałem samochodem! Co ciekawe, zatrzymała się kobieta przed 30-tką, na przednim fotelu wioząca sześcio-, może siedmioletnią córeczkę. Opowiedziałem im o mojej przygodzie z chcącym mnie ukatrupić ptakiem. Dziewczynka od razu krzyknęła: „Tero-tero!” Zabrzmiało to jak ‘terror! Terror!’, co w zasadzie bliskie było moim przeżyciom pełnych grozy. I tak, dzięki tej dziewczynce, doszedłem do tego, co to był za ptak! Czajka miedziana!

Za Wikipedią: „Widząc przy gnieździe potencjalnego drapieżnika, zaczyna ostro krzyczeć. Poza tym wydaje głośne, metaliczne odgłosy keek, keek keek.. (…) W postawie grożącej demonstruje szpony na zgięciu skrzydeł. Ogólnie jest agresywna, zwłaszcza w okresie lęgowym. Może także symulować ataki lub udawać zranioną.” [2]

To co mnie spotkało, nie wyglądało na symulowany atak! Ułamek sekundy więcej i ta miedziana czajka zaliczyłaby czołowe zderzenie z moją (najpierw zaskoczoną, potem przerażoną) twarzą!

Ter(r)o(r)-ter(r)o(r)! Tu nawet małe dzieci wiedzą, że jak mowa o atakującym ptaku, to chodzi o tę czajkę. Ale jakaś informacja dla zwiedzających spoza Ameryki Południowej powinna być gdzieś zamieszczona! (choć ja chyba nadal myślę za bardzo po europejsku, czy może amerykańsku, na zasadzie ‘jak sprzedajesz żelazko, zamieść informację, by nie prasować rzeczy na sobie’)

Pani wysadziła mnie zaraz przy wjeździe do wioski, do przejścia zostały mi więc jakieś 2 kilometry. Jesús de Tavarangue to mała miejscowość z małymi, parterowymi domkami. Spod kępek trawy przebija czerwona ziemia, tu nawet asfalt jest czerwony. Ciekawy widok przedstawiał niewielki przystanek autobusowy – otóż pod ławeczką kury zrobiły sobie miejsce do… wysiadywania jaj. Kur zresztą tu wszędzie pełno – są przy co drugim domu. Podobne jest z kaczkami i psami, które widuje się tu co chwila. W tej wiosce mija się też dużo dziwnych kościółków, które często zlokalizowane są w zwyczajnych chatach, np. „Iglesia Evangélica Dios Proveerá” czyli Kościół Ewangelicki ‘Bóg Zapewni’. (A tak apropos: w samym Encarnación mapa Google pokazała mi 15 różnych denominacji) W Jesús de Tavarangue pranie wisi po prostu na ogrodzeniach. Jest dosyć czysto, cicho, spokojnie. Ludzie patrzą na mnie jakoś dziwnie, dość nachalnie. Chyba nienawykli patrzeć na gringos przemierzających pieszo ich małą miejscowość.

Jakoś doczłapałem do celu mojej wędrówki. Przy wejściu na ogrodzony teren misji powitał mnie taksówkarz i zaoferował przejażdżkę powrotną, ale cena, jaką mi podyktował, wydała mi się mocno przesadzona. Podziękowałem. Wsiadł do samochodu i gdzieś odjechał. Powiedział mi jeszcze bym skontaktował się z nim przez sprzedawców biletów, jeśli zmienię zdanie. Co do biletu – nie musiałem kupować, bo ten zakupiony wcześniej, w Trinidad, obowiązywał również tutaj.

Ruiny to właściwie ruina. Jedna ruina. Bardzo duży kościół, który jednak nie został dokończony, ponieważ jezuitów wcześniej stąd wygnano (w połowie XVIII wieku). To co jednak powstało i zachowało się w doskonałym stanie, samo w sobie robi wrażenie. Zachowały się wszystkie cztery ściany, wysokie, z czerwonej cegły. Po bokach zarośniętego trawą środka świątyni stoją podstawy kolumn (po siedem z każdej strony), nigdy niedokończone. Na zachód od ołtarza przechodzi się do połączonej ze świątynią częścią funkcjonalną – są pomieszczenia szkoły, które miały służyć do edukowania Indian.

Całe ruiny były do mojej dyspozycji – oprócz mnie nie było tu żywego ducha. Do małego dramatu doszło, gdy je opuściłem. Otóż zobaczyłem tył odjeżdżającego w stronę głównej drogi autobusu. Natychmiast ruszyłem za nim w pościg, desperacko krzyczałem, machałem rękoma – kierowca jednak mnie nie zauważył i autobus odjechał. No cóż… Taksówka? Nieee, nie dam się naciągnąć! A więc droga powrotna pieszo. Minąłem wioskę, wszedłem na drogę prowadzącą do drogi głównej (droga nr 6). Minęły mnie trzy kobiety siedzące jedna za drugą na jednym motorze - od najmniejszej przy kierownicy, do największej z tyłu. Minęło mnie kilka samochodów, na które machałem w nadziei, że któryś się zatrzyma i mnie podwiezie. Nic! Na czwartym z 12 kilometrów do przejścia znalazłem cebulę. Cola kupiona wcześniej dawno mi się skończyła. Zabrałem więc tę cebulę - kto wie, czy mi się nie przyda. Było bardzo gorąco, zacząłem opadać z sił. Cebula i cukierek, który zabrałem z firmy transportowej na dworcu (były za darmo dla klientów). Zawsze to kilka kalorii, jak coś. Może nie umrę!

Łapałem niestrudzenie dalej. I w końcu zatrzymał się jakiś SUV. Hyundai!

Kierowcą okazał się być trochę łysiejący Cristian, lekarz pediatra około 40-tki. Mieszka w okolicy, pracuje w kilku placówkach medycznych. Widząc, że jestem obcokrajowcem, nie bardzo pozwalając mi dojść do słowa, od razu zadzwonił do 15-letniej córki, włączył ją na głośnik i poprosił o tłumaczenie z angielskiego na hiszpański. Chyba chciał ją tylko sprawdzić, bo jak się okazało, chodzi do jakiegoś prywatnego ‘institutio’ na lekcje języka. Jej znajomością angielskiego chciał się też chyba pochwalić przede mną, jak to kochający ojciec, który ma zdolną córkę. Jej zaś chyba chciał zaimponować faktem, że ma ‘mochillero de Polonia’ (turystę wędrującego z plecakiem z Polski) w samochodzie. Dziewczyna dała radę – okazało się, że Cristian jedzie na dyżur do Encarnación, w dodatku w okolicy mojego mieszkania i plaży, więc nie muszę martwić się łapaniem autobusu przy drodze głównej. Ruszyliśmy. Jego angielski był bardzo słaby, wręcz nie istniał, więc aby nie siedzieć w ciszy siłą rzeczy musieliśmy przejść na hiszpański. I okazało się, że moją prostą znajomością tego języka mogliśmy przegadać 45 minut jazdy! Okazało się, że Crisitan też czasem podróżuje, ale raczej zwiedza tylko kraje Ameryki Południowej. Trzymając kierownicę jedną ręką, drugą pokazywał mi w telefonie zdjęcia z Brazylii; z Rio i San Paulo. W Rio był z córką na koncercie grupy kpopowej – zespół zgromadził 60 tysięcy widzów! Sporo – jak widać, w Ameryce Południowej fenomen tych koreańskich grup również istnieje. Śmiał się, że dzisiaj jest Dzień Przyjaciela i akurat dzisiaj zostaliśmy ‘amigos’.

Nieopodal plaży, już w Encarnación, Cristian pokazał mi trybuny ciągnące się wzdłuż równoległej drogi. „Wiesz co to?” – zapytał. Odparłem, że nie wiem. „Sambodromo Encarnaceno” – odparł i wyjaśnił, że sambodron to ulica, wzdłuż której jadą platformy z artystami prezentującymi spektakle z tańcem i kostiumami w czasie karnawału (w styczniu i lutym). W Encarnación, jak mówił, odbywa się największy festiwal karnawałowy w Paragwaju. Hmm, więc nie tylko Urugwaj, ale i Paragwaj, organizuje karnawał, pokazy tańca i kostiumów! Cristian zatrzymał się przy plaży - na pamiątkę dał mi naklejkę ubezpieczeniową na szybę samochodu. Dodaliśmy się też do mediów społecznościowych – zapewne nie będziemy tam specjalnie rozmawiać, ale on poobserwuje sobie jak życie toczy się w Polsce, a ja będę sobie patrzył, jak ludzie żyją sobie w Paragwaju. To też ciekawa rzecz!

Na pustawej plaży poszedłem w to samo miejsce co wczoraj. Mała restauracyjka na piasku, drewniany leżaczek, dwa piwa. Leżałem sobie bez koszulki, czytałem Che Guevarrę, po prostu odpoczywałem po intensywnym jeżdżeniu i chodzeniu. Gdy nabrałem trochę sił zdecydowałem się iść w stronę centrum miasta, bo raczej niewiele go zwiedziłem.

Największymi atrakcjami miasta są plaże (w tym ta, na której sobie odpoczywałem, San Jose), przypominające bardzo plaże leżące nad morzem. Jest też promenada, którą można sobie spacerować czy na której można rekreacyjnie uprawiać proste sporty – jogging lub jazdę na rowerze. Samo miasto jest czyste, pełne różnych sklepów, atmosfera spokojna. Plac główny, czyli Plaza de Armas, jest pełen palmowatych drzew (po prostu palm!), które rzucają wszędzie sporo cienia. Dzisiaj odbywały się tam skromne obchody Dnia Przyjaciela – było sporo równo rozłożonych straganików z małymi pamiątkami, zazwyczaj podpisanymi zdaniami w rodzaju „Dla mojego najlepszego przyjaciela”, „Przyjaciele na zawsze”, i tak dalej. Do tego coś dla dzieci – baloniki, słodycze, plastikowe zabaweczki. Na placu był też malutki ogród japoński z niewielką sadzawką wśród drzew. Ciekawy pomysł na wykorzystanie głównego placu. W Polsce obecnie kultywuje się pozbawione roślin, wyłożone betonowymi płytami place, które w lecie – z racji panujących na nich ogromnych temperatur – nie są przyjazne do użytkowania. Tutaj, w Encarnación, postarano się zrobić coś na kształt niby-parku z zadbanymi alejkami, gdzie każdy sobie chętnie przyjdzie, pochodzi, przysiądzie. Wokół placu znajdują się małe kawiarenki i sklepy, dzięki czemu miejsce to jest naturalnym miejscem spotkań mieszkańców. Żyje ono, coś się tu dzieje, są wibracje!

Nie chodziłem długo. Zapadał wieczór, powracało męczenie. Wracając do mieszkania minąłem sklepik o wdzięcznej nazwie „Soltys”, co kojarzy się jednoznacznie z Polską. Może właścicielem jest ktoś o takim nazwisku? Potomek emigrantów sprzed stu lat? Na te tereny swego czasu zjeżdżało sporo polskich chłopów-emigrantów. A co ciekawe – właściciel mieszkania, które wynajmuję, na swoim profilu w zakładce „Kraje, które chciałbym zobaczyć” ma wpisane Polskę. Tylko Polskę! To ciekawe, bo pierwszym wynajmującym jego nowe mieszkanie w nowym apartamentowcu jest Polak (czyli ja!). Ale nic nie pisał, nie proponował spotkania. Może się nie zorientował? Może brak mu odwagi? A może po prostu nie chce. A szkoda, bo byłaby okazja porozmawiać z kolejnym mieszkańcem Paragwaju.

No nic, jutro nowy dzień!

31 lipca, godz. 13:01, w drodze do Ciudad del Este

Niewielki busik jedzie już 4 godziny i jedną minutę. Droga jest trochę długa, pojazd nie jest wypasionym autokarem, ale takim małym busikiem, który trochę się trzęsie na sam dźwięk silnika, nie mówiąc o tym, co się z nim dzieje, kiedy już jedzie. Mimo, że drogi tu mają nawet niezłe, to pojazd cierpi na mikrowstrząsy, jak człowiek potraktowany taserem. Kierowca i drzwi wejściowe są od nas oddzielone ścianką z drzwiami – czuję się trochę nie jak pełnoprawny pasażer, ale jak jakiś towar na tyłach furgonetki. Na ściance wisi obraz Matki Boskiej trzymającej małego Jezusa, pod sufitem wyświetla się elektroniczny napis Dios te bendiga – Niech Bóg cię błogosławi. Na szczęście mam trochę miejsca – przed moim siedzeniem nie ma żadnego fotelika, mogę więc sobie siedzieć z rozprostowanymi nogami.

13:35 Przy wjeździe do dystryktu Alto Parana zatrzymała nas kontrola policyjna. Dwójka policjantów sprawdziła szybko wszystkich pasażerów (wystarczyło zwykłe pokazanie dokumentów), natomiast mnie poświęcono szczególnie dużo uwagi. Jeden policjant dość dokładnie sprawdzał plecak, drugi kartka po kartce wertował mój paszport. Dopytywano mnie, co robię w Paragwaju. Ale po wszystkim się uśmiechnęli, pokazali kciuka w geście ‘wszystko okay, powodzenia’ i mogliśmy jechać dalej. Bagażu w luku nie przeszukiwali.

15:14 Ponad sześć godzin jazdy. W okolicach Tavapy Paragwaj wygląda jak Polska. Podobnie wyglądające drzewa, pagórki, łąki. Można się zapomnieć!

Potem, Ciudad del Este

Przybyłem do Ciudad del Este, miasta przygranicznego, leżącego na granicy z Brazylią. Czemu tu? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, heh. Jest tu w okolicy jakiś wodospad do zobaczenia, jest też jakaś potężna hydroelektrownia. Ale myślałem też (a przynajmniej nie wykluczałem) o krótkim wypadzie gdzieś w głąb Brazylii. Ale moje plany chyba nieco się zmieniły, ale o tym zaraz.

Nie przybyłem od razu na dworzec – wysiadłem nieopodal wynajętego mieszkanka, bo nasz ledwo zipiący, ale dzielny pojazd akurat przejeżdżał przez okolicę, gdzie jest ono zlokalizowane. Spotkałem się z przyjaznym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych